Decydujemy się na rolę ofiary… z wygody? Tak mówi psychologia
getty images

Decydujemy się na rolę ofiary… z wygody? Tak mówi psychologia

Co nas nie zabije, to nas porani. Pytanie, co z tym zrobimy.
Sylwia Niemczyk
03.09.2019

Jeśli mam pracę, rodzinę, przyjaciół, hobby, to te światy trzymają mnie w równowadze. Jak ze stołem – im więcej nóg, tym pewniej stoi. A gdy całą energię inwestujemy w jedno, to cokolwiek złego wydarza się w tym obszarze, jest katastrofą – tłumaczy w rozmowie dla „Urody Życia” Michał Lewandowski*, psycholog i psychoterapeuta. 

Małgorzata Plawgo, „Uroda Życia”: Podobno co nas nie zabije, to nas wzmocni. Ile w tym prawdy?

Michał Lewandowski: Wyzwania codzienności są potrzebne, bo przechodzenie przez nie wzmacnia. Jednocześnie wiele sytuacji nas osłabia, odcina od siebie, od ludzi, od życia. Wydarzenia trudne, traumatyczne, są dużym obciążeniem dla systemu odporności emocjonalnej. To, czy nas wzmocnią, nie jest oczywiste. Bardziej pewne, że nas poobijają, poranią. Pytanie, co my z tym poranieniem zrobimy.

A co możemy zrobić?

Ważna rzecz o odporności psychicznej: ona nie polega na tym, że jestem kuloodporny, że wszystko się ode mnie odbija. Nie chodzi o to, żeby nie czuć zranienia. To oczekiwanie często bywa niemożliwe do spełnienia. Cierpimy i odczuwamy ból, bo to część życia. Istotą zdrowia jest niedokładanie sobie dodatkowego cierpienia. Ważnym elementem jest zdolność wchodzenia w trudne emocje i wychodzenia z nich.

Wejście w emocje? Wtedy mogą nami całkiem zawładnąć. 

Może się tak zdarzyć, na szczęście zwykle to stan przejściowy. Czasem trzeba, by potrwał. Weźmy śmierć bliskiej osoby. Kiedyś wdowa miała umowny rok na przeżycie smutku, straty. Mogła mieć stany depresyjne, widzieć zmarłego małżonka i rozmawiać z nim, mogła nie umieć odnaleźć się w rzeczywistości. Wszyscy to traktowali jako naturalne i  respektowali. Ona miała czas, żeby wejść w żałobę i z niej wyjść. Teraz żyjemy w tyranii efektywności. Wszystko musi być szybko. Zawsze musimy być całkowicie sprawni, pełni energii. W konsekwencji odcinamy się od siebie, zamiast te emocje przepracowywać, zarządzać sobą. Bardzo nam to zaburza odporność psychiczną. Ta tyrania to także kwestia społecznej akceptacji traumy – czy otoczenie rozumie, że ja teraz jestem w takim stanie, ponieważ spotkało mnie to czy tamto. Bo jeśli pogania: „Powinieneś stanąć na nogi, weź się w garść”, jest jeszcze trudniej. Przestaje wtedy działać podstawowy element leczący – relacja z  drugim człowiekiem. Poczucie, że jestem zrozumiany, że ktoś mnie wesprze. Jeśli po drugiej stronie mam ścianę, oczekiwanie, że mam być zwarty, gotowy, że mam dobrze funkcjonować, to zabiera mi to wsparcie z otoczenia, bliskość z inną osobą.

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Odporność emocjonalną można doskonalić

Utrata kogoś bliskiego, żałoba jest mimo wszystko społecznie usankcjonowana, można liczyć na zrozumienie. Ale te mniej dramatyczne straty? Nawet sami sobie nie bardzo pozwalamy na ich „opłakiwanie”. 

Strata to strata. Nie dostałem awansu, na który liczyłem, zdechł mi pies, opuściła mnie partnerka, nie pojechałem w  wymarzoną podróż... Jeśli straciłem coś, co było dla mnie ważne, to cierpię. I potrzebuję czasu, żeby przez to przejść. Gdy nie pozwalam sobie na wycofanie się i smutek, gdy zabijam tę przykrość, poczucie frustracji, to nie jestem w stanie zareagować adekwatnie do sytuacji i swoich potrzeb. A kiedy przyjmuję tę stratę i swój obecny stan emocjonalny, to dalej mogę zacząć się zastanawiać, co zrobić, jakie mam możliwości. 

Mogę adekwatnie zarządzić swoim zachowaniem. I tu mamy kolejny element odporności psychicznej – poczucie sprawstwa. 

Bywa jednak i tak, że nie jestem w stanie pogodzić się ze stratą, mocno trzymam się wyobrażenia, które sobie stworzyłem. Wtedy buduję wyłącznie poczucie bycia ofiarą. To zresztą czasem wygodna rola. To ze światem jest coś nie tak, nie ze mną. To inni są źli – wy, którzy mnie krzywdzicie, ja nie muszę niczego zmieniać. Pozbywam się odpowiedzialności, lecz jednocześnie zabieram sobie sprawstwo. Dla odporności to kiepski interes. 

Oczywiście bywa też, że inni krzywdzą. Jak sobie radzić z poczuciem krzywdy, gdy jesteśmy ośmieszeni, odrzuceni?

Dopuścić te uczucia do siebie. Oglądałem dokument o skokach na bungee. Instruktor tam opowiada: „Jak przychodzi człowiek, po którym widać, że się boi, i on się do tego przyznaje, to kiedy już stanie na platformie, zwykle skacze. Najgorzej jest, jak przychodzi ktoś, kto zgrywa chojraka. Widać, że jest napięty, ale musi tę fasadę trzymać. I gdy ma już skoczyć, zamienia się w słup soli. Lęk go paraliżuje”.

Dlaczego tak się dzieje?

Bo nie miał czasu, żeby coś z tym napięciem zrobić, choćby je oswoić. Całą energię zabrało mu trzymanie pozy, że jest mocny. Zaprzeczanie rzeczywistości, zaprzeczanie uczuciom kosztuje masę energii. A później jej brakuje, żeby sobie z tą rzeczywistością poradzić.

Wystarczy uświadomić sobie, że się boję i przyznać to tego?

Wyrażenie lęku czy złości zmniejsza je. Przestajemy być w takim ścisku, te uczucia zaczynają się rozprzestrzeniać na zewnątrz. Napięcie spada, jestem już w  stanie jakoś tą energią zarządzić. Co nie znaczy, że sama emocja całkowicie mija. Ale nad tym, co nazwane, wyrażone, łatwiej zapanować, wykorzystać uwolnioną energię do pójścia do przodu.

Wróćmy do lęku, który sparaliżował chojraka. Jak sobie z tym radzić?

Przy lęku w organizmie nagromadzone jest ogromne napięcie i ono nie znajduje ujścia. Są na to różne sposoby. Wszystkie opierają się na oddechu, bo lęk sprawia, że wstrzymujemy oddech. Kiedy więc zaczynamy głęboko oddychać, wypuścimy to powietrze, lęk się zmniejsza. 

Gdy dopadnie nas atak paniki, warto też „wyjść z głowy”, rozejrzeć się dookoła, zacząć zauważać rzeczywistość, by przekierować uwagę z natłoku myśli kłębiących się w głowie na zewnątrz. Niektórzy wybierają jednak destrukcyjne strategie, jak alkohol czy narkotyki.

Ciężko nam, więc się znieczulamy.

Jeśli radzimy sobie z emocjami poprzez zaprzeczanie im, zalanie ich innymi czynnościami – zakupami, jedzeniem, alkoholem, używkami – to oznacza najczęściej, że nie wypracowaliśmy w sobie zdolności do sięgania po wsparcie, zwykle po drugiego człowieka. Jesteśmy stworzeniami społecznymi. Nasz fundamentalny talent warunkujący przetrwanie polega na nawiązywaniu relacji, czerpaniu wsparcia od innych i  dawaniu wsparcia. To zdolność do tego, żeby być z innymi.

To dlaczego niedostatecznie korzystamy ze wsparcia innych ludzi, dlaczego inni nie mogą na nas liczyć? Co się właściwie stało? 

W pędzie, w którym żyjemy, następuje rozpad relacji, tracimy zdolność bycia ze sobą. Życie skoncentrowało się na konsumowaniu i byciu konsumowanym. A  żeby konsumować i być konsumowanym, staramy się dopasować do wzorca, który jest najbardziej pożądany. Coraz mniej w tym podmiotowości, bycia człowiekiem, a coraz więcej dążenia do bycia dobrym produktem. 

„Dobry produkt” nie sięga po pomoc?

Dobry produkt po prostu działa. I zawsze może być wyparty przez lepszy produkt. W efekcie żyjemy w kulturze bycia „nie dość”. Jesteśmy nie dość mądrzy, nie dość wyjątkowi, nie dość atrakcyjni, nie dość dowcipni, kreatywni, wysportowani itd. Ten wyścig nie ma końca. Rządzi nim perfekcjonizm, w którym nie ma możliwości osiągnięcia celu. Ten cel zawsze będzie wyżej. Ja zawsze będę „nie taki”.

Niezadowolenie z siebie, bycie „nie dość” mogą nas nieźle zatruć. Ale też mobilizują, aktywują, w jakichś sferach stajemy się bezsprzecznie lepsi. 

Ależ oczywiście. Gdyby to w żaden sposób nie działało, to by nie istniało. Mało tu jednak miejsca na to, czego ja tak naprawdę chcę, czego potrzebuję. A   jeśli nie znamy własnych potrzeb, to żyjemy wyłącznie tym, czego ludzie od nas oczekują, w odcięciu od siebie. Punkt odniesienia jest na zewnątrz, a nie wewnątrz nas. Fundamentem odporności jest czucie się bezpiecznie ze sobą w świecie. Żeby to było możliwe, muszę się znać i akceptować. A jak tylko gonię za tym króliczkiem, to nie mam czasu siebie poznać. No i nie akceptuję siebie, bo cały czas nie jestem taki, jak obraz siebie, który wytworzyłem i do którego dążę. Czuję napięcie i niepokój, bo ciągle jestem nie w tym miejscu, w którym powinienem. W tym szaleństwie, żeby się ustabilizować, trzeba się zatrzymać.

Łatwo powiedzieć.

Dlatego często zatrzymujemy się dopiero, gdy zdarza się coś dramatycznego, strata bliskich osób, pracy, zdrowia. Coś, co nas wytrąca, powoduje, że musimy przemyśleć życie, które zaczyna nam się sypać. I  coś w nim zmienić. Stąd te dramatyczne wydarzenia mają też wymiar pozytywny, zwany wzrostem potraumatycznym. Zaczynamy doceniać życie, głębiej wchodzić w relacje, zwracamy się ku sobie i ku ludziom. Kolega robił badania nad traumą osób z  wirusem HIV. I oni w końcu zirytowali się na niego: „Czego pan ciągle o tej traumie?! To już nie jest tylko trauma. Moje życie zmieniło się in plus”. 

Nie wszyscy wychodzą z traum mocniejsi. 

Nie ma osób w pełni odpornych psychicznie. To zależy, co to było za wydarzenie i na ile trafia ono w słaby punkt danej osoby. Jeden straci pracę, ale to nie będzie dla niego dramatem. Bo to nie jest aspekt, który mocno w nim rezonuje, z którym się utożsamia. A będą tacy, którzy po utracie pracy lecą w dół. Ważne jest w tym też, ile mamy tych aspektów, z którymi się utożsamiamy. Jeśli istotny jest dla mnie tylko jeden, tam ładuję całą energię i definiuję siebie tylko poprzez niego, to cokolwiek negatywnego wydarza się w tym obszarze, jest szalenie zagrażające. Natomiast jeśli mam tu pracę, rodzinę, którą zbudowałem, rodzinę natywną (matka, ojciec), przyjaciół, jakieś hobby, to inne obszary trzymają mnie w  równowadze, gdy jeden się sypnie. Im ten stół ma więcej nóg, tym pewniej stoi.

Można sobie na zapas nagromadzić odporności emocjonalnej, żeby mieć na ciężkie czasy, jak nas życie łupnie?

Budowanie odporności ma źródło w  dzieciństwie, w dobrej, bezpiecznej relacji z opiekunami i w doświadczeniu „dawania sobie rady” nawet w banalnych sytuacjach. Część z nas dostała tych doświadczeń więcej i ma zasób na całe życie. Ci, którzy dostali mniej, muszą wykonać większą pracę w dorosłym życiu, by być odpornymi psychicznie. Im częściej próbujemy różnych rzeczy, podejmujemy ryzyko i radzimy sobie –  z pomocą innych lub bez – tym większe mamy poczucie wpływu na swoje życie. Potrzebny jest świadomy wysiłek, by zauważać te doświadczenia, które nas wzmacniają, budować portfolio tych sposobów, by móc elastycznie z nich korzystać. I budować narrację swojego życia: „Jestem w stanie sobie poradzić w taki czy inny sposób”. Dochodzi tu też kwestia brania odpowiedzialności i nawyku przechodzenia do działania.

Nie zastygać, gdy jest trudno? Zrobić pierwszy krok?

Nie zostawać w: „Mój Boże, jest problem”. Tylko po pierwsze, zaakceptować: OK, jest, jak jest. Po drugie, czego ja w  związku z tym potrzebuję, chcę, na czym mi zależy? W jaki sposób mogę zadziałać? I zadziałać. Przechodzenie do działania to szalenie istotny element. Taki nawyk możemy w sobie wyrabiać nawet w drobnych sytuacjach życiowych. Bo jak się zdarzy dramat, to za późno na gromadzenie zasobów. Wtedy warto posłuchać własnej mądrości wołającej –  cytując Borisa Cyrulnika – „Ratuj się, życie wzywa” i sięgnąć po pomoc, na przykład po psychoterapię. 

Wielkie tragedie życiowe zdarzają się rzadko. Na co dzień mamy osądy, złośliwości, aroganckich szefów, nielojalnych znajomych, własne porażki.

Te frustracje i trudności życia codziennego były, są i będą jakoś na nas oddziaływać. Trzeba zatem przyjąć to, co jest: smutek, niepokój, złość, napięcie. Poza tym nikt nie da rady żyć w  permanentnym stanie napięcia. Jak jest moment mobilizacji, to musi być moment odprężenia. To jak wdech i wydech. Bo wdech jest tą mobilizacją. Żeby więc wziąć następny, najpierw trzeba zrobić wydech. I potrzebujemy sobie na ten wydech pozwolić. Jeśli masz poczucie, że musisz być perfekcyjna, w  każdej sytuacji wspiąć się na wyżyny, do ostatniej chwili dopinać wszystko na ostatni guzik, to dojdziesz do momentu, w którym twój organizm powie: „Dość, ja tak dalej nie jadę”. I tu wkraczają starzy przyjaciele, jak depresja, stany lękowe, choroby psychosomatyczne, autoimmunologiczne itd.

Da się z dnia na dzień zwolnić, nabrać dystansu?

Dużo zależy od otoczenia. Jeśli sami mamy tendencję, by się dociskać, śrubować, a środowisko jeszcze to nakręca, krytykuje nas, dołuje oraz – jak to się mówi teraz w korporacjach – „czelendżuje”, to jest problem. Bo musi być ten moment wyciszenia, zrelaksowania, kiedy mam czas dla siebie, by porobić coś, co sprawia przyjemność. Miejsce, w  którym nie muszę niczego udowadniać, czuję się akceptowany, przynależę do niego. Warto znaleźć choć jedno środowisko, które będzie nas ładować.

I odpuszczać sobie...

Stawanie przed lustrem, prężenie muskułów i powtarzanie: „Jesteś zwycięzcą” nie zadziała. Jeśli jednak raz czy drugi emocjonalnie sobie odpuszczę, powiem: „Popełniłem błąd, ale to też jest w  porządku”, „Mam słabszy dzień, prochu dziś nie wymyślę”, to te kamyki budują poczucie przyjęcia siebie takim, jaki jestem. A gdy poczuję się bezpiecznie sam z sobą, to mogę się mierzyć ze światem. 

I nie traktować siebie śmiertelnie serio...

Profesor Wiktor Osiatyński miał na to przepięknie sformułowaną radę: „Wstać rano, zrobić przedziałek i odpieprzyć się od siebie”. Gdy jestem nadmiernie skoncentrowany na swoim wizerunku –  jak wypadam, jak mi idzie, jak inni mnie oceniają, czy jestem dostatecznie profesjonalny, mądry i błyskotliwy – to nie mogę w pełni zaangażować się w nic, co dla mnie sensowne, ważne i co w efekcie zbuduje mnie jako osobę. Czyli nie mogę zaangażować się w życie po prostu. 

Jakie są sygnały, że spada nam odporność emocjonalna?

Im więcej napięcia, tym mniejsza kontrola nad sobą. Pojawiają się bóle głowy, kręgosłupa, trudności ze snem, z koncentracją. Niektórzy są ciągle zirytowani, dużo w nich złości, frustracji. Innym obniża się nastrój, spada energia, brakuje im sił, unikają ludzi. Te elementy mogą też przeplatać się ze sobą. Gdy system odpornościowy zaczyna szwankować, często też w taki lub inny sposób odsuwamy od siebie ludzi. Tym samym zabieramy sobie podstawowe narzędzie do regulacji tego systemu. 

Co mają robić ludzie, którzy są ważnym kołem ratunkowym? Jak pomóc?

By wesprzeć drugą osobę, zwykle nie trzeba nic specjalnego robić. Trzeba tylko być z tą osobą i dla niej. Zrobić herbatę i wysłuchać. Bez prób doradzania, rozwiązania problemu. W badaniach nad skutecznością terapii, okazało się, że mniejsze znaczenie ma podejście terapeutyczne, użyte techniki itd. Ważna jest relacja, jej jakość. Relacja jest lecząca sama w sobie.

*Michał Lewandowski – psycholog, psychoterapeuta. Związany z Wydziałem Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego. Traumą i odpornością emocjonalną zajmuje się tam naukowo i dydaktycznie. Prowadzi warsztaty o budowaniu odporności emocjonalnej na Uniwersytecie Otwartym UW oraz psychoterapię indywidualną i grupową w Centrum Terapii Dialog.

Rozmowa z Michałem Lewandowskim ukazała się w „Urodzie Życia” 11/2018

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
wdzięczność w życiu
Unsplash

Psycholożka Ewa Tyralik-Kulpa: „Doceniaj to, co dostajesz od innych”

Na początek wystarczy przed snem zrobić rachunek sumienia i pomyśleć, za co mogę być sobie wdzięczna. I za co dziękuję najbliższym. A potem – za co czuję wdzięczność tego dnia wobec obcych ludzi.
Anna Zych
02.04.2020

Może zamiast stale za czymś gonić i narzekać, wreszcie nauczyć się wdzięczności za to, co mamy. „Docenianie dobra, którym zostaliśmy obdarowani, podnosi poczucie szczęścia” – tłumaczy Ewa Tyralik-Kulpa, trenerka dobrych rozmów ze Szkoły Trenerów Komunikacji Opartej na Empatii. Anna Zych: Tyle jest rzeczy wokół, za które moglibyśmy czuć wdzięczność, choćby za piękną pogodę za oknem, uśmiech dziecka, dobrą pracę, a my tego nie dostrzegamy… Wolimy skupiać się na tym, co złe, albo na tym, czego nie mamy. Dlaczego? Ewa Tyralik-Kulpa: Z dwóch powodów: żeby przetrwać w świecie pełnym niebezpieczeństw, nasz mózg nastawiony jest na wyłapywanie z otoczenia tego, co nie działa. Dostrzeganie zagrożeń to uwarunkowanie biologiczne. Prędzej zauważymy, że ktoś na nas krzywo spojrzał, niż że się uśmiechnął, bo uśmiech nie był aż tak potrzebny do przetrwania. Mamy też przyzwyczajenia kulturowe: jeżeli coś działa, raczej się o tym nie mówi. Gdy dziecko jest grzeczne i nie sprawia problemów, przyjmujemy to za normę, nie chwalimy za to. Ale gdy rozrabia, natychmiast to wychwytujemy i reagujemy. Poza tym jesteśmy wychowywani w kulturze braku – to kolejne uwarunkowanie. Cała nasza edukacja jest na braku skupiona: naucz się tego, czego nie umiesz, zdobądź to, czego jeszcze nie masz. Czyli to jest biologia?! To teraz trochę psychologii: co nam daje umniejszanie szczęścia, które jest wokół nas? Dlaczego tak trudno nam się cieszyć? Kiedyś było modne w Polsce powiedzenie: cisze budiesz, dalsze jedziesz. W wolnym tłumaczeniu: nie chwal się, bo to niebezpieczne. Dlaczego? Bo spotkamy się z zazdrością i np. ktoś nam będzie źle życzył. Bo ryzykujemy utratę dobrej relacji z osobą, której się pochwaliliśmy – ja mam, ty nie. Ludzie pomogą pani chętniej, gdy jest...

Czytaj dalej
kobieta bez dzieci
Getty Images

„Bezdzietność z wyboru to nie jest egoizm” – mówi psycholożka, Anna Mochnaczewska

Bezdzietne kobiety wciąż budzą potępienie albo współczucie – czemu?
Anna Zych
19.08.2019

Macierzyństwo nie jest już społecznym nakazem, ale wyborem kobiety lub pary. Opowieści o jałowym życiu bez dziecka odchodzą do lamusa, ale powoli. Dlaczego jednak tak wolno? Z psychoterapeutką Anną Mochnaczewską, psycholożką i certyfikowana psychoterapeutką współzałożycielką Centrum Terapii Schematu w  Warszawie, rozmawia dla „Urody Życia” Anna Zych. Anna Zych, „URODA ŻYCIA”: Coraz więcej kobiet nie ma dzieci, bo nie chce ich mieć. Czy możemy mówić już o pewnym stylu życia?  Anna Mochnaczewska: Decyzja, by nie mieć dzieci, to raczej jedna ze składowych stylu życia, gdy chcemy korzystać z możliwości, jakie pojawiają się, kiedy dzieci nie ma. Macierzyństwo było kiedyś „efektem ubocznym” małżeństwa. Dziś wiele kobiet nie chce wychodzić za mąż. Spełniają się w pracy, poświęcają działalności artystycznej, charytatywnej. Macierzyństwo czasem kojarzy im się z ograniczeniami.  Kobiety mają dość bycia matka Polką, poświęcania się dla dobra dzieci?  Dla kobiet z pokolenia 50 plus małżeństwo często oznaczało zmęczenie, stres. Ich córki, patrząc na zmagania matek, często nie decydują się na dzieci, bo nie chcą tak żyć. Oczywiście ktoś może powiedzieć, że to egoistyczne, jednak lepiej być świadomym egoistą, niż za wszelką cenę spełniać normy społeczne, a później unieszczęśliwiać siebie i drugiego człowieka. Budzi się we mnie złość, gdy słyszę, że osoba, która się decyduje na bezdzietność, jest egoistką. Przecież ona nie robi nikomu krzywdy. Tego dziecka nie ma na świecie, nie cierpi przez nią, mimo to często jest społecznie piętnowana. A nikt nie ma prawa źle jej oceniać – to świadomy wybór innej drogi życiowej związanej często z samorealizacją. Część osób odczuwa lęk przed posiadaniem dzieci, bo...

Czytaj dalej
Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne

„Czy nasz związek przetrwa?” Żeby poznać odpowiedź, zadaj sobie te 15 pytań

Na etapie zakochania możesz patrzeć na swój związek przez różowe okulary. Ale kiedy minie pierwsza fascynacja, możesz zacząć zadawać sobie pytanie: „Czy to na pewno to? ”
Sylwia Arlak
24.07.2020

Na początkowym etapie związku możesz czuć się, jak bohaterka komedii romantycznej Chcesz wierzyć, że tak już będzie zawsze. Kiedy minie pierwsza fascynacja, zaczyna się prawdziwe życie i pojawiają się pierwze wątpliwości. Jednak samej może być ci trudno ocenić swoją relację. Z pomocą przychodzi profesor psychologii z Manmouth University, Gay W. Lewandowski, który opracował kwestionariusz składający się z 15 pytań.  Ekspert powiedział „The Independent”, że listę pytań stworzył na podstawie własnych doświadczeń z pacjentami. Kiedy przychodzą do jego gabinetu, najczęściej pytają: „Skąd mam wiedzieć, czy jestem w odpowiednim związku?” Pytania:  Czy twój partner sprawia, że jesteś lepszą osobą i ty tak samo na nią działasz? Czy oboje z partnerem czujecie się bezpiecznie i swobodnie w mówieniu o swoich uczuciach, w bliskości, a także nie obawiacie się, że ta druga osoba odejdzie? Czy oboje akceptujecie się w pełni i nie staracie się wzajemnie zmieniać? Gdy pojawiają się różnice zdań czy rozmawiacie ze sobą z szacunkiem, bez pogardy lub gniewu? Czy dzielicie się podejmowaniem ważnych decyzji i nikt na stałe nie przyjmuje pozycji jedynego lidera w związku? Czy twój partner jest twoim najlepszym przyjacielem, a ty jego? Czy ty i twój partner częściej myślicie w kategorii „my” niż „ty” i „ja”? Czy powierzyłabyś swojemu partnerowi hasło do kont bankowych i social media? Czy macie o sobie wzajemnie dobre zdanie, ale bez przesadnego zachwytu? Czy twoi bliscy przyjaciele, oraz przyjaciele partnera uważają, że wasz związek jest udany i przetrwa próbę czasu? Czy w waszym związku nie ma sygnałów ostrzegawczych (tak zwanych czerwonych flag) takich jak zazdrość, próba nadmiernej kontroli jednej ze...

Czytaj dalej
orina krajewska
Fot. Wojciech Foit

Orina Krajewska: „Joga to dla mnie niekończąca się podróż”

„Ostatnie dwa lata są dla mnie przełomowe, jeśli chodzi o świadomość ciała. Zrozumiałam, że ciało jest pierwszym krokiem do tego, żeby poruszyć wnętrze” – mówi aktorka i pasjonatka jogi Orina Krajewska.
Magdalena Żakowska
17.12.2020

Orina Krajewska, aktorka, córka Małgorzaty Braunek i prezeska Fundacji „Bądź” znana jest nie tylko jako joginka, ale też promotorka medytacji integralnej, czyli holistycznego podejścia do zdrowia, w którym postrzega się na człowieka jako całość, a nie sumę niezależnych od siebie organów. Na aktorstwo zostaje je niewiele czasu, ale gra w serialu „Barwy szczęścia" i epizodycznie w innych projektach. Magdalena Żakowska: Ćwiczysz czy praktykujesz jogę? Orina Krajewska: Dziś praktykuję, ale zaczynałam od ćwiczenia. Gdybym ćwiczyła i myślała o sobie, że praktykuję, byłoby chyba nie fair. Na czym polega różnica? Na podejściu. Czy traktujesz jogę jako fajny rodzaj fitnessu, czy element stylu życia? Ćwiczyć jogę zaczęłam jakieś osiem lat temu. Przez pierwsze dwa lata to była hatha joga, czyli po prostu zestaw asan, który traktowałam jak szczególny rodzaj gimnastyki. Co było bodźcem? Bezpośrednim? To, że chciałam zachować szczupłą sylwetkę, a nie lubię biegać i nie miałam też innych sportowych zajawek. A niebezpośrednim? Jako nastolatka miałam problem z relacją ze swoim ciałem. Punktowałam wszystko i miałam potworne kompleksy, wydawało mi się, że jestem za gruba, mam za małe piersi i kręcone włosy zamiast prostych. W jodze trzymam się swoich nauczycieli Standard w tym wieku. Chociaż pochodzisz z domu, w którym relacja z ciałem i aktywność fizyczna były chyba ważne. To taki schemat, że skoro buddyści medytują, to na pewno też ćwiczą jogę i są wysportowani. Ale prawda jest taka, że moja mama nie była jakoś szczególnie aktywną fizycznie osobą. Lubiła pływać i jeździć na rowerze, ale robiła to sporadycznie. Nie praktykowała jogi. Rano wykonywała jakieś błyskawiczne, proste ćwiczenia i to był koniec tematu. Stawiała na duchowość. ...

Czytaj dalej