Psycholożka radzi każdej z nas: „Nie zmieniaj się na siłę”
Rodney Smith
#lepszeżycie

Psycholożka radzi każdej z nas: „Nie zmieniaj się na siłę”

Rozwój osobisty wcale nie na tym polega, mówi dr Heidtman
Aleksandra Więcka
04.01.2019
Wystarczy otworzyć dowolną gazetę, żeby zrozumieć, że żyjemy w kulturze zmiany. Mamy się zmienić na Nowy Rok, na wiosnę, schudnąć, zwolnić i zostać boginiami seksu. Dlaczego zmiana stała się naszym fetyszem? Czemu nasz rozwój osobisty zrównujemy z ciągłymi zmianami? I w końcu najważniejsze pytanie: jak zatrzymać się w pędzie i docenić to, co już mamy? Przeczytaj wywiad z psycholożką i coachem, Joanną Heidtman.
 
Test wiedzy na Dzień Matki! Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Dlaczego stale mamy coś zmieniać?

Bo żyjemy w kulturze, w której zmiana stała się fetyszem. Medialne zachęty do „ulepszenia” swojego życia pojawiają się cyklicznie i sezonowo. Na Nowy Rok obiecujemy sobie, że zerwiemy ze złymi nawykami. Na wiosnę mamy obowiązkowo schudnąć, przed świętami znaleźć czas dla rodziny, w lecie wyglądać seksownie, a jesienią awansować. I to wszyscy razem, jak na komendę. Czy rzeczywiście zachęca się nas do istotnych zmian wewnętrznych, czy tylko do bardzo powierzchownych korekt zachowania, które służą właśnie temu, żeby od głębokiej zmiany uciec? Kiedyś pracowałam w Stanach Zjednoczonych i ludzie zajmujący się marketingiem wytłumaczyli mi, co kryje się pod hasłem „new and improved”, które co jakiś czas pojawiało się w reklamach kolejnych produktów.

 

No i co się pod nim kryje?

Właśnie nic. Chrupki, które w zeszłym sezonie były okrągłe, teraz są kwadratowe. Nie zmienia się ich smak, skład, nic istotnego. Chodzi wyłącznie o wywołanie wrażenia, że coś się zmieniło, bo to zwiększa szanse na to, że klient kupi produkt. Czy nie taką samą pozorną zmianę oferują nam różnego rodzaju poradniki, warsztaty samorozwoju czy kursy internetowe?

 

Po których mamy wyjść „nowe, lepsze, inne”?

Oceniamy jakąkolwiek zmianę jako coś lepszego niż utrzymywanie status quo. Ta fascynacja zmianą sięga lat 20. XX w., czasów boomu industrialnego, kiedy ugruntowywały się idee postępu – wiara, że świat zmienia się na lepsze. Zaczęto uznawać, że „nowy” równa się „lepszy”. Z czasem zmiana stała się wartością samą w sobie, niestety.

 

Dlaczego niestety?

Bo jeśli założymy, że to, co nowe, jest lepsze tylko z tego powodu, że jest nowe, to doprowadzi nas to do skrajności, które możemy obserwować coraz częściej. Szczególnie jeśli zastosujemy to przekonanie nie tylko do rzeczy materialnych, ale też do relacji międzyludzkich.

 

Niedawno w sieci krążył obrazek z parą trzymających się za ręce staruszków i podpisem „Za naszych czasów rzeczy się naprawiało, a nie wymieniało na nowe”.

To jest świetny przykład. Z grubsza rzecz ujmując, jeżeli przeniesiemy ten fetysz nowości na relacje społeczne, to nam się już nie musi chcieć niczego naprawiać ani o nic dbać, bo po prostu możemy starą relację odrzucić i wejść w jakiś nowy układ. Tyle że jeśli nie potrafiliśmy zadbać o „stare”, to o nowe też prawdopodobnie nie będziemy umieli. Ciągła pogoń za nowością doprowadzi nas do paradoksu, kiedy nieustannie coś zmieniając, nie zmienimy tak naprawdę nic. To może dotyczyć sfery rodzinnej, uczuciowej, zawodowej. Ludzie powtarzają ten sam cykl, tylko w nowym miejscu, z nowym człowiekiem, w nowych okolicznościach. „Naprawianie” relacji międzyludzkich, przechodzenie kryzysów uczuciowych czy zawodowych jest okazją do przepracowania jakichś problemów, szansą na rozwój. Jeśli jej nie wykorzystamy, będziemy tkwić w owej iluzji zmiany i – zaskoczeni – ciągle docierać do tego samego punktu.

 

Jeszcze nie tak dawno normą była praca przez kilkadziesiąt lat w jednym miejscu, ślub „póki śmierć nas nie rozłączy” czy mieszkanie przez całe życie w jednej miejscowości. Obecnie zmieniamy pracę, adres, a czasem i partnera kilka razy w życiu. Jesteśmy już do tego przyzwyczajeni?

Z pewnością kiedyś cykl życia przebiegał wolniej, ale wygląda na to, że jako gatunek dość dobrze adaptujemy się do tych przyspieszonych zmian. Inaczej sprawa się ma, jeśli skoncentrujemy się na indywidualnej psychice. Amerykański psycholog i coach Robert Dilts opisał hierarchię poziomów neurologicznych, na których zachodzą zmiany. Najłatwiejsza do wprowadzenia w życie jest zmiana na poziomie otoczenia. Przemalowanie mieszkania, przeprowadzka do innego miasta zwykle nie sprawiają nam problemu. Nieco trudniej zmierzyć się z naszymi nawykami – zacząć ćwiczyć lub oszczędzać, rzucić palenie. Następne poziomy: umiejętności, wiedzy, przekonań, wartości związane są ze zmianą tego, co uważamy za prawdę o świecie, z jakimi rolami społecznymi się identyfikujemy. Nad nimi jest jeszcze poziom tożsamości i duchowości. Tu zmiany nie powinny zachodzić zbyt często, bo człowiek do tego, żeby określić swoją tożsamość, potrzebuje pewnej stabilności. Nie można budzić się co rano i odpowiadać sobie od nowa na pytanie „Kim jestem ”. Jeśli na tym poziomie zmiany zachodzą zbyt szybko, człowiek po prostu się rozpada. Ale paradoksalnie – prawdziwe, głębokie zmiany muszą zachodzić właśnie na tych najwyższych poziomach, bo to one wpływają na poziomy niższe. Jeśli uda nam się przebudować swoją tożsamość, zmienić świadome lub nieuświadomione przekonania na temat świata i swoich możliwości, to nasze zachowanie do nich się dostosuje.

 

Brzmi to trochę jak magia.

Ale jest całkowicie racjonalne. Wyobraźmy sobie świeżo upieczoną mamę, która na poziomie świadomym lubi swoją pracę, za to podświadomie jest przekonana, że miejsce kobiety jest przy dzieciach. Wyniosła to przekonanie z domu, gdzie ani jej mama, ani babcia nie pracowały. Ale czasy się zmieniły i ona po pół roku wraca do pracy i na dodatek awansuje. Jest zadowolona, czuje się doceniona. Ale też bywa zmęczona, w pracy myśli o domu, zawala terminy, nie ma pomysłów, nie daje rady. W końcu składa wymówienie. Można powiedzieć – to naturalne, ma małe dziecko, więcej obowiązków. Ale to jej podświadome przekonanie, że aby być dobrą matką, trzeba poświęcić się dziecku w stu procentach, spowodowało, że dostosowała do niego swoje zachowania i możliwości. Przekonania mają ogromny wpływ na nasze życie.

 

Czyli jeśli podświadomie jestem przekonana, że faceci są nieodpowiedzialni, to choćbym szukała w Opus Dei, i tak znajdę takiego, który ma w sobie ten rys?

Dokładnie tak. I choćby na początku wydawał się bardzo poukładany, w końcu jakoś uda wam się tak zbudować relację, żeby tę nieodpowiedzialność z niego wydobyć. Jeśli zastanawiając się, co takiego się stało, że on aż tak się zmienił, trafisz do psychologa, coacha czy terapeuty, to razem będziecie szukać tych ukrytych przekonań, które sabotują próby stworzenia dojrzałego związku.

 

Czy koniecznie potrzebuję do tego coacha?

Teoretycznie zamiast iść do terapeuty, można sobie kupić książkę i zbadać swoje przekonania, żeby wiedzieć, czy warto je zmienić. Ale to wymaga pewnej wrażliwości i umiejętności krytycznego słuchania tego, co mówimy do innych, a także monologu wewnętrznego, czyli tego, co mówimy do siebie. Na przykład jeśli ktoś często bezrefleksyjnie powtarza „Pieniądze szczęścia nie dają” – to trudno oczekiwać, że będzie żył w dostatku. Podobnych przekonań jest cała masa!

 

Jak już dzięki zmianie myślenia stanę się bogata, mogę zainwestować w seks, coaching, a potem pójść jeszcze na warsztat kulinarny. Niby świetnie, a jednak rodzi się we mnie bunt. Może ja nie chcę ciągle czegoś w sobie poprawiać?

To nieustanne dążenie do zmiany może spowodować, że zaczniemy myśleć, iż nie jesteśmy OK, wymagamy ciągle jakiegoś naprawiania i zamiast dawać nam satysfakcję z dokonanych zmian, spowoduje jeszcze większą frustrację.

 

Do tego wszystko wydaje się takie proste! Wystarczyć kliknąć i zapłacić za kurs, by stać się zrelaksowaną mamą. Albo pójść na life coaching i w ogóle zmienić swoje życie. Grzech nie skorzystać.

To z kolei pokłosie psychologii humanistycznej, tzw. psychologii człowieka zdrowego. Jej pojawienie się było wielkim przełomem, bo wcześniej – od Freuda począwszy – wszyscy zajmowali się wyłącznie psychologią różnych zaburzeń. A tu zaczęto mówić nie o leczeniu, lecz o rozwoju, samorealizacji, wykorzystywaniu potencjału. Początkowo taka praca nad sobą zalecana była psychologom, aby mogli lepiej pomagać innym. Z czasem te metody stały się masowe. A skoro każdy może się rozwijać, to może każdy powinien? A jeśli mimo wysiłków nam się w życiu nie wiedzie, to czyja to wina?

 

Nasza. Nie dość się staraliśmy. Ale skoro nasza wina, my możemy to zmienić.

Chodzi o to, by znaleźć złoty środek. Jeśli mówię „Nie zarabiam dużo, bo nie zadałam sobie trudu, żeby poszukać lepszej pracy” i jest to prawda, to OK. Ale jeśli tak mówię, a nie biorę pod uwagę zjawiska szklanego sufitu i dużego bezrobocia Przyjęcie odpowiedzialności za własne życie jest czymś dobrym, ale wiara w to, że wszystko zależy wyłącznie ode mnie, świadczy o pewnej niedojrzałości. Takie przekonanie będzie nas pchało na kolejne kursy, terapie i szkolenia, jednocześnie nigdy nie pozwalając na osiągnięcie satysfakcji z tego, jacy jesteśmy. Badania potwierdzają, że to permanentne poczucie niedoskonałości częściej dotyka kobiety niż mężczyzn.

 

Dlaczego?

Dlatego, że mają większą skłonność do tego, co Martin Seligman nazywa „przeżuwaniem”. Analizują różne wydarzenia, głównie niepowodzenia, pod kątem swojego wpływu, a nawet winy za te zdarzenia. Z wieloma moimi klientkami pracujemy nad zatrzymaniem ich w pędzie do zmiany. Szukamy rzeczy, które dziś są powodem do satysfakcji. Zauważenie tego, co jest OK, pozwala podejmować racjonalne decyzje – choćby co do tego, że teraz przez jakiś czas odpoczywam i konsumuję owoce swojej pracy. To jest bardzo ważna umiejętność, której akurat kobietom często brakuje. Bez niej łatwo popaść w nieustający brak satysfakcji, nerwicę, depresję.

 

Z drugiej strony, lęk przed zmianą też może utrudniać życie.

Niewątpliwie. Wszyscy jesteśmy rozdarci między potrzebą zmian a pragnieniem poczucia bezpieczeństwa. Wiele zależy od tego, jak rozległa jest nasza przestrzeń, w której czujemy się bezpiecznie. Są osoby, dla których zmiana drobnego szczegółu w rozkładzie dnia – spóźnienie autobusu, brak kawy do śniadania – jest powodem zdenerwowania. I takie, dla których przeprowadzka do innego kraju nie stanowi istotnego źródła stresu. Kiedy obserwuję młode pokolenie, bardzo mobilne, gotowe do nieustannego zdobywania nowych umiejętności, mam wrażenie, że oni są do takiej zmienności po prostu przyzwyczajeni.

 

Czy to znaczy, że możemy się nauczyć adaptowania do kolejnych zmian?

Wiele kursów poświęconych zwiększaniu efektywności polega na nauce dostosowywania się do sytuacji, pokonywania wewnętrznych usztywnień i oporów. Ale jest coś jeszcze, co nazywamy ekologią zmiany. Współczesne myślenie o człowieku zakłada, że żyje on w różnego rodzaju systemach, czyli układach złożonych z różnych elementów. Jednym z takich elementów są relacje międzyludzkie. Jeśli zmienisz jeden element – choćby drobny – to ta zmiana wpływa na cały system.

 

Zmiana koloru paznokci może doprowadzić do rozwodu?

Może nie będzie to prostą konsekwencją zmiany koloru, ale wyobraźmy sobie dziewczynę, która na kursie asertywności nauczyła się mówić „nie”. Z nowo nabytą umiejętnością wraca do kręgu rodzinnego, zawodowego i towarzyskiego. Wcześniej otaczały ją osoby, które coś zyskiwały na jej nieumiejętności mówienia „nie”, przywłaszczając sobie jej czas, uwagę, pomoc. Kiedy ona zaczyna odmawiać, wypadają z tego kręgu. Okazuje się, że w ciągu kilku miesięcy zupełnie zmienia się jej otoczenie, niektóre relacje się rozpadają. Zaczyna zmieniać się jej poczucie przynależności. To może mieć wpływ na zmianę tożsamości. Dziewczyna zaczyna myśleć o sobie: nie godzę się na pewne rzeczy, które spotykają mnie w pracy. To powoduje konieczność zmiany pracy. Nie ma znaczenia, czy konsekwencje nauczenia się asertywności ocenimy jako korzystne – musimy być świadomi, że niewinna z pozoru zmiana może zmienić nasze życie.

 

Myśląc tak, bałabym się wrócić do domu inną drogą niż zwykle, nie mówiąc o wprowadzeniu poważniejszej zmiany.

Zanim zdecydujesz się na jej wprowadzenie, warto oszacować, jakie inne zmiany za sobą pociągnie. Postanawiasz schudnąć. Zapisujesz się na siłownię i zmieniasz dietę na wegańską. Czy to, że będziesz dłużej poza domem, zmieni sposób, w jaki do tej pory funkcjonowała cała rodzina Jak teraz będą przygotowywane posiłki? Czy zmieni się twój sposób wypoczynku? A kiedy schudniesz, jaki wpływ na budżet domowy będzie miała wymiana garderoby?

 

Być może kiedy wszystkie kobiety, które chcą schudnąć, schudną, życie wielu rodzin wywróci się do góry nogami, ale dla większości z nas ważniejsze jest pytanie: jak się nie poddać i osiągnąć cel?

Najważniejsza jest motywacja. Na początku jest zwykle łatwo. Jest entuzjazm. Wkładamy w zmianę dużo wysiłku i jesteśmy zachwycone, że wreszcie się za siebie wzięłyśmy. Ale potem następuje moment, w którym mimo wysiłków nie widać jeszcze efektów. Zaczyna nas to wszystko nużyć. Widzimy zmianę jako problem, wątpimy, czy to się uda, czy kiedykolwiek będą efekty. Zaczynają cierpieć różne bieżące sprawy, praca, związki, inni ludzie. Wtedy zaczyna się okres, który nazywamy w naszym żargonie długą, ciemną nocą innowatora. Nie widać skutków, które by były pocieszeniem, a nakład pracy jest duży. Pojawia się tendencja do wycofywania się ze zmiany.

 

Ale nie możemy wtedy tego zrobić.

Nie powinniśmy, bo to trzeba przeczekać. Zaraz za zakrętem widać rezultaty naszych wysiłków. Zakwasy są coraz mniejsze, endorfin jest coraz więcej, nasza siła wzrasta, czujemy się coraz lepiej. Czasami pomaga skrócenie perspektywy. Himalaiści często mówią, że kiedy nie mają już sił, przestają myśleć o zdobyciu szczytu. Starają się zrobić tylko następny krok. I jeszcze następny. I nagle pyk – są na szczycie.

 

Rozmowa z dr Joanną Heidtman ukazała się w „Urodzie Życia” 1/2015

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Rozwój osobisty
PLAINPICTURE/FREE

Dlaczego tak bardzo chcemy być piękne i wciąż się sobie nie podobamy? Posłuchaj psychologa

Dlaczego nie podobasz się sama sobie?
Sylwia Niemczyk
04.01.2019

„Banalna ładność lansowana przez media sprawia, że zapominamy, co to prawdziwe piękno. Nasze życie to działanie. I to w nim, a nie w wyglądzie trzeba szukać źródła szczęścia” – mówi profesor Wiesław Łukaszewski, wykładowca Uniwersytetu SWPS, autor książki „Wielkie i te nieco mniejsze pytania psychologii”.  Rozmawia Karolina Rogalska.   Dlaczego chcemy być piękni? Pogoń za pięknem jest w istocie pogonią za przeciętnością. Ale nikt się do tego nie przyznaje, bo wszyscy deklarują, że chcą wyjątkowości. Działa tu też stara zasada propagandowa, zgodnie z którą kłamstwo wielokrotnie powtarzane staje się prawdą. Jeżeli jakiś wzorzec jest nieustannie lansowany w przestrzeni publicznej, to staje się priorytetowy, pożądany i wszyscy staramy się do niego upodobnić. A dlaczego dziewięć na dziesięć kobiet w Polsce nie akceptuje swojego wyglądu? Bo nasz mózg jest leniwy i woli to, co już zna. A schematy są łatwiej przyswajane i pociągają za sobą mniejszy wysiłek poznawczy. Zjawisko, o którym mówię, dotyczy percepcji twarzy. Udowodniono to zresztą w licznych badaniach. Jeśli nałożymy na siebie wiele zdjęć, to ten składany portret wydaje nam się znacznie piękniejszy niż każdy z portretów wyjściowych. Do tego dochodzą standardy kulturowe lansowane w mediach. Są zupełnie nierealistyczne i mało kto potrafi im sprostać. Dla wielu osób jest to źródłem ogromnej frustracji. Pisze pan w książce, że najważniejszą cechą kobiet w oczach mężczyzn jest gładka skóra, błyszczące włosy i białe zęby, czyli cechy świadczące o zdrowiu, a więc potencjalnie także o płodności. Te standardy wynikają z mechanizmów ewolucyjnych. Podobnie ludzie reagują na stosunek obwodu talii do bioder. Na przykład u wszystkich miss Ameryki na przestrzeni ostatnich...

Czytaj dalej