Psycholog, Joanna Heidtman o naszym napięciu psychicznym: „Same sobie to robimy”
Thibault Debaene 
#lepszeżycie

Psycholog, Joanna Heidtman o naszym napięciu psychicznym: „Same sobie to robimy”

„Wyżej, dalej, szybciej, lepiej”? Zwolnij, bo nie dobiegniesz.
Sylwia Niemczyk
05.07.2019

Pędzimy. W stresie i rozedrganiu, cały czas na pełnej adrenalinie. Od  rana do wieczora, nawet nocą nie umiemy wyhamować. „Tymczasem im dalej  chcemy dobiec, tym bardziej musimy zadbać o mądre rozłożenie własnej energii”, mówi dr Joanna Heidtman, psycholog i coach.

Sylwia Niemczyk, „Uroda Życia”: Czy możemy same, bez tabletek i psychoterapii, uwolnić się od ciągłego napięcia i stresu? 
Joanna Heidtman: Moje doświadczenie coacha podpowiada mi, że z tym napięciem, rozedrganiem i kotłowaniną myśli możemy walczyć tylko wtedy, kiedy staniemy z nimi oko w oko. Czyli zamiast bezsennie leżeć w łóżku, lepiej wstańmy, weźmy kartkę i wypiszmy wszystko, co mamy w  głowie. 

Tyle że wypowiedzenie na głos naszych lęków czy smutków jest bardzo trudne. 
Ale dopóki pozostaną niesformułowane, będą wywoływać w nas niepokój. Uzewnętrznienie naszych lęków czy smutków może boleć, ale już po chwili przyniesie ulgę. Poza tym, dlaczego aż tak bardzo boimy się poczuć swój smutek? Czemu uciekamy przed trudnymi uczuciami? To duży błąd, bo jeśli chodzi o emocje, to mamy do wyboru: albo wszystko, albo nic. Nie chcemy czuć smutku, strachu czy złości? OK, to jest możliwe, ale wiąże się z tym, że przestaniemy też czuć radość, entuzjazm czy szczęście. Tutaj nie ma kompromisu. 

Skąd się bierze to nasze współczesne rozedrganie nerwów? 
Najbardziej oczywistym powodem jest ogromna liczba bodźców, które wołają o naszą uwagę. I ona skacze jak pies za rzucaną piłką – raz tu, raz tam. 

Nadmiar informacji może dekoncentrować, ale czemu wywołuje w nas taki stres?
Bo jeśli nasza uwaga co chwilę przeskakuje gdzieś indziej, to szybko się męczy. Nie jesteśmy wtedy już w stanie zebrać myśli, czujemy, jakbyśmy łapali rwące się wciąż nitki. To z kolei budzi frustrację i nerwowość, bo przecież muszę coś zaplanować, rozwiązać problem, skupić się. Dlatego jedną z podstawowych technik radzenia sobie z codziennym, przewlekłym stresem jest poranne wyciszenie. Dobrze, jeśli trwa tyle, że zdążysz spokojnie zjeść śniadanie i porozmawiać z najbliższymi, ale niech to nawet będzie pół godziny czy 15  minut. Zaplanuj dzień, ustal ze sobą trzy – maksymalnie! – najważniejsze rzeczy, jakie chcesz zrobić tego dnia. Zastanów się, jak się dzisiaj czujesz i ile masz siły. 

Problem w tym, że budzimy się na budzik w telefonie i kiedy go wyłączymy, tylko jeden klik nas dzieli od internetu. 
Same sobie to robimy! Jeśli nie znajdziemy tych kilkunastu minut, żeby uważnie się wsłuchać w siebie, to któregoś dnia możemy się złapać na tym, że już nic nie czujemy. Bo wszystko zostało zagłuszone. 
Gdzieś w ciągu dnia musi być taki moment, kiedy z namysłem nastawiamy swoją północ na wewnętrznym kompasie. Wiele osób w tym celu medytuje. Robi to właśnie po to, żeby utrzymać wysokie tempo w ciągu całego dnia. Robi tak duży procent ludzi z samego wierzchołka światowego biznesu, to jest ich codzienna higiena umysłu. Tłumaczą: „Im więcej chcesz zrobić, im szybciej chcesz pędzić, tym bardziej zadbaj o start i odpowiednie rozłożenie własnej energii”. To mądra rada.

A jeśli ktoś nie lubi medytować i nie umie skupiać się na oddechu? 
To kolejną prostą i skuteczną metodą rozładowania stresu, polecaną często nawet w atakach lęku, jest świadome, chwilowe przekierowanie uwagi na coś innego, konkretnego i prostego. Skupienie się nawet na zwykłej rzeczy, jak prasowanie czy zmywanie. Z badań wynika, że  wystarczy przekierować całą uwagę jedynie na dwie minuty, żeby zatrzymać reakcję stresową i skutecznie obniżyć poziom stresu w organizmie. 

Czyli kiedy Scarlett O’Hara mówiła: „Pomyślę o tym jutro”, miała rację.
Stuprocentową. I co więcej, my doskonale znamy tę strategię i często ją stosujemy, tylko że nie wobec siebie. Kiedy nasze dziecko stłucze kolano, wyciągamy palec i krzyczymy: „Zobacz, leci ptaszek!”. I kiedy ono na chwilę zatrzyma oko na ptaszku, to już nie wróci na wcześniejsze obroty. Jego stan emocjonalny się zmieni. Z naszym umysłem jest podobnie.

Nadmiar bodźców to na pewno niejedyna przyczyna naszego napięcia. Co jeszcze?
Presja, która przyszła do nas z Zachodu, czyli postawa, którą ja nazywam: „Wyżej, dalej, szybciej, lepiej”. Do tego dochodzi jeszcze bardzo niszczące porównywanie się z innymi. To tak, jakby w naszej głowie żyło dwóch krytyków: jeden, nasz depresor, który wciąż nas krytykuje, i drugi, nasz fikser, który ciągle nas popycha do  przodu, bez względu na to, czy mamy jeszcze siły, czy nie: „Popraw się, zrób to lepiej, pociśnij jeszcze mocniej”. Często, nawet kiedy próbujemy się zrelaksować, nasz fikser nam nie pozwala. Nawet kiedy mamy coś robić „dla siebie”, nie jesteśmy w stanie zrezygnować z  ciągłych porównań. Idziemy na jogę, ale zamiast się tym cieszyć i wyciszać, ukradkiem sprawdzamy, czy ktoś czasem nie rozciągnął się bardziej od nas. 

Tylko że powiedzieć osobie, która nie umie przestać się porównywać z innymi: „Nie rób tego”, to tak, jakby powiedzieć komuś z depresją: „Weź się w garść”. Gdyby wiedziała, jak to zrobić, to dawno by to zrobiła.
To jest trudne i nie da się zrobić ani za pomocą jednego artykułu, ani jednej sesji u  coacha czy psychologa. To są długie procesy coachingowe, czasem terapeutyczne. Tylko że zanim cokolwiek zaczniemy zmieniać, najpierw musimy same sobie uświadomić, że nasze wymagania wobec siebie nie pochodzą z  naszych pragnień czy nawet ambicji, ale z „przymusowego” porównywania się z innymi. Proces wyzbywania się tych ciągłych porównań zawsze musi się rozpocząć od poznania i polubienia siebie. A  to również, przyznajmy, nie dla każdej z  nas jest proste. 

Ale na pewno możemy coś zrobić, żeby się w końcu same polubić, prawda? 
Takim „Kursem lubienia siebie dla początkujących” będzie prowadzenie dziennika. Ale nie lamentów ani wszystkich wydarzeń z całego dnia. Niech to będzie „Dziennik osiągnięć”. Jeśli to dziecinne, przepraszam. Ale spróbuj zapisać: „Co mi się udało”. Jak nie codziennie, to raz w tygodniu. Czasem trzeba podsunąć sobie samej przed nos, że coś umiemy, coś zrobiliśmy. To dobry początek zmiany myślenia o sobie i swoich działaniach.

Chociaż dużo łatwiej jest nakręcać w głowie spiralę negatywnych myśli, niż pracować nad nimi.
Szacuje się, że nawet do 80 proc. stresu, odczuwanego przez nas, to autostres. Sami się nakręcamy albo przeżuwamy ciągle nasze porażki, albo piszemy sobie czarne scenariusze na przyszłość i  martwimy się na zapas. Pozwalamy rosnąć lękom, które potem nas wykańczają. Kiedyś Margaret Thatcher powiedziała, że z dziesięciu rzeczy, których się boimy, dziewięć nigdy się nie wydarzy. Nasze życie w porównaniu z życiem pokolenia naszych rodziców i dziadków jest bardzo łatwe, ale poziom stresu gigantyczny. 

W kontekście stresu dużo się obecnie mówi o zbawczej roli mindfulness.
Czyli programu pracy z ciałem, oddechem i koncentracją, stworzonego przez Jona Kabata-Zinna dla pacjentów w  klinice, w której pracował. To dobra metoda, ale musi iść w parze ze zmianą naszego podejścia do życia i samych siebie. Upraszczajmy. Nie nakręcajmy się. Nie  utrudniajmy same sobie. Rezygnujmy z niepotrzebnych spraw i relacji, ale za to zadbajmy o te, które są tego zadbania warte. Uważnie przyglądajmy się sobie. I ostatnia rzecz: zdajmy sobie wreszcie sprawę z wartości naszego czasu. Czas to nasza najcenniejsza waluta, wydawajmy ją więc świadomie i z uwagą. Naprawdę nie znam lepszej recepty na  spokojniejsze życie.
rozmawia Sylwia Niemczyk

Rozmowa z Dr Joanną Heidtman ukazała się w „Urodzie Życia” 3/2019 w ramach cyklu Akademia Urody Życia


Dr Joanna Heidtman – psycholog i socjolog, trener biznesu, doradca, coach. Współzarządza firmą doradczą Heidtman & Piasecki, współzałożycielka Fundacji na rzecz Kapitału Intelektualnego, prowadzi zajęcia na studiach podyplomowych na SWPS. Wiedzę i doświadczenie zdobywała m.in. w University of South Carolina i Cornell University w USA. Od wielu lat realizuje projekty rozwojowe, m.in. programy rozwoju przywództwa oraz umiejętności i kompetencji menedżerskich.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
depresja
Getty Images

Uśmiechnięta depresja może trwać latami i skazywać nas na niewidoczne cierpienie

Śmiech, żart, pogoda ducha. Pozornie.
Karolina Rogalska
23.06.2019

Depresja? Jaka depresja – przecież się śmiejemy, żartujemy. Fakt. Ale pod uśmiechem może kryć się prawdziwe cierpienie. O tym, dlaczego ukrywamy swoje prawdziwe emocje i czym może się to skończyć, pytamy dr Magdaleną Nowicką, psycholożkę, psychoterapeutkę i autorkę publikacji poświęconych depresji.  Karolina Rogalska, „Uroda Życia” : Na zewnątrz świetnie funkcjonują, odnoszą sukcesy, wzorowo odgrywają społeczne role. O tym, że zmagają się z ogromnym cierpieniem, czasem dowiadujemy się dopiero wtedy, gdy dochodzi do tragedii. W mediach pojawił się nawet termin opisujący to zjawisko – uśmiechnięta depresja. Podobno bije on rekordy klikalności w wyszukiwarkach internetowych. Dr Magdalena Nowicka: Część osób pomimo ogromnego cierpienia, jakie niesie ze sobą depresja, potrafi się zmobilizować i założyć taką społeczną maskę, udawać, że wszystko jest OK, i  w miarę sprawnie funkcjonować. Ale do czasu. Nasze zasoby w zakresie samoregulacji i samokontroli są wyczerpywalne, a depresja jest chorobą postępującą, w związku z czym wcześniej czy później i  tak dojdziemy do momentu, że w żaden sposób już nie będziemy w stanie jej kontrolować. Często jest tak, że ignorujemy pierwsze oznaki choroby albo szukamy szybkich rozwiązań, np. w lekach czy alkoholu. Nie słuchamy swojego organizmu, a  przecież ten smutek, to cierpienie, które odczuwamy, jest dla nas bardzo ważnym komunikatem. Depresja jest zazwyczaj odpowiedzią organizmu na pewne sytuacje, które nas w życiu spotykają, często są to sytuacje straty. Bywa też wynikiem przeciążenia, długotrwałego stresu, jakichś traumatycznych doświadczeń. Tu potrzebna jest pomoc specjalisty, która musi dotyczyć nie tylko łagodzenia objawów, ale także przeciwdziałać przyczynom depresji. Czyli coraz częściej funkcjonujemy w...

Czytaj dalej
skuteczna dieta odchudzająca
getty images

Odchudzamy się, by nie myśleć o swoich prawdziwych problemach, mówi psycholog

Problemy z wagą, czy z pewnością siebie?
Agnieszka Dajbor 
02.01.2020

Psychologia diety angażuje naszą głowę i ciało. Bo do uzyskania wymarzonej wagi ma nas doprowadzić nie tylko liczenie kalorii. Ale też to, co myślimy o samej diecie. Czy ona nie maskuje nam innych problemów, czy skupiając się na jedzeniu, chcemy od czegoś w życiu uciec, a może do czegoś dojść”, mówi terapeutka Marta Szydłowska-Pierzak. Katarzyna Olkowicz „Uroda Życia”: Zna pani kogoś, kto nigdy nie był na diecie? Marta Szydłowska-Pierzak: Nie. Słowo dieta stało się bardzo popularne, jest to indywidualny sposób odżywiania i wszyscy jesteśmy na jakiejś diecie – odchudzającej, zdrowotnej, wegetariańskiej, sportowej, dla nabrania kilogramów itd. A jednocześnie ponad połowa ludzi na świecie ma nadwagę. I to w momencie, gdy wydaje się, że wiemy wszystko o zdrowym stylu życia. Co stoi na przeszkodzie, byśmy byli szczupli? Żyjemy w dużym pośpiechu, mamy ciągłe oczekiwania w stosunku do siebie, innych. Poczucie nieustannej presji sprawia, że nasze wymagania wciąż rosną. W trudnym momencie, kiedy mamy mniej energii, włącza się wewnętrzny autopilot. Podsuwa destrukcyjne myśli, na przykład: „Dziesięć razy próbowałam schudnąć, za każdym razem skończyło się fiaskiem, więc nie spróbuję jedenasty raz. Po co mam znów się męczyć, skoro wiadomo, jak się to skończy?”. Dążymy do tego, by chudnąć, ale nasze życie, wielość obowiązków i komplikujące sprawę myśli często uniemożliwiają posuwanie się naprzód. Podejmujemy bezcelowe, automatyczne zachowania i nie zdajemy sobie sprawy z tego, co robimy. Przeszkodą może być też zbyt duży cel, który zakładamy, np. „Chcę schudnąć 10 kilogramów w ciągu miesiąca”. A gdy nam to nie wychodzi, bo ma prawo nie wyjść, poddajemy się. Warto zauważać wysiłek, który wkładamy w dojście do wyznaczonego...

Czytaj dalej
wdzięczność w życiu
Unsplash

Psycholożka Ewa Tyralik-Kulpa: „Doceniaj to, co dostajesz od innych”

Na początek wystarczy przed snem zrobić rachunek sumienia i pomyśleć, za co mogę być sobie wdzięczna. I za co dziękuję najbliższym. A potem – za co czuję wdzięczność tego dnia wobec obcych ludzi.
Anna Zych
02.04.2020

Może zamiast stale za czymś gonić i narzekać, wreszcie nauczyć się wdzięczności za to, co mamy. „Docenianie dobra, którym zostaliśmy obdarowani, podnosi poczucie szczęścia” – tłumaczy Ewa Tyralik-Kulpa, trenerka dobrych rozmów ze Szkoły Trenerów Komunikacji Opartej na Empatii. Anna Zych: Tyle jest rzeczy wokół, za które moglibyśmy czuć wdzięczność, choćby za piękną pogodę za oknem, uśmiech dziecka, dobrą pracę, a my tego nie dostrzegamy… Wolimy skupiać się na tym, co złe, albo na tym, czego nie mamy. Dlaczego? Ewa Tyralik-Kulpa: Z dwóch powodów: żeby przetrwać w świecie pełnym niebezpieczeństw, nasz mózg nastawiony jest na wyłapywanie z otoczenia tego, co nie działa. Dostrzeganie zagrożeń to uwarunkowanie biologiczne. Prędzej zauważymy, że ktoś na nas krzywo spojrzał, niż że się uśmiechnął, bo uśmiech nie był aż tak potrzebny do przetrwania. Mamy też przyzwyczajenia kulturowe: jeżeli coś działa, raczej się o tym nie mówi. Gdy dziecko jest grzeczne i nie sprawia problemów, przyjmujemy to za normę, nie chwalimy za to. Ale gdy rozrabia, natychmiast to wychwytujemy i reagujemy. Poza tym jesteśmy wychowywani w kulturze braku – to kolejne uwarunkowanie. Cała nasza edukacja jest na braku skupiona: naucz się tego, czego nie umiesz, zdobądź to, czego jeszcze nie masz. Czyli to jest biologia?! To teraz trochę psychologii: co nam daje umniejszanie szczęścia, które jest wokół nas? Dlaczego tak trudno nam się cieszyć? Kiedyś było modne w Polsce powiedzenie: cisze budiesz, dalsze jedziesz. W wolnym tłumaczeniu: nie chwal się, bo to niebezpieczne. Dlaczego? Bo spotkamy się z zazdrością i np. ktoś nam będzie źle życzył. Bo ryzykujemy utratę dobrej relacji z osobą, której się pochwaliliśmy – ja mam, ty nie. Ludzie pomogą pani chętniej, gdy jest...

Czytaj dalej