Prof. Dobroczyński: „Pandemia udowodniła, że hasła o byciu kowalem własnego losu to bzdury”
Adobe Stock

Prof. Dobroczyński: „Pandemia udowodniła, że hasła o byciu kowalem własnego losu to bzdury”

„Koronawirus jest jak czarny łabędź, którego nikt się nie spodziewał i który dzisiaj produkuje niemożliwe do przewidzenia konsekwencje. Pandemia udowodniła, że wszelkie hasła o byciu kowalem własnego losu to bzdury.”
Sylwia Niemczyk
07.09.2020

To nie my rządzimy swoim życiem, ale przypadek. To on trzyma pakiet kontrolny akcji, jeśli chodzi o naszą rzeczywistość. Zawsze tak było, koronawirus tylko nam to uświadomił. Życie to zawsze powinien być taniec z rzeczywistością: gdy ona robi krok w bok, to i my musimy za nią. Jak ona krok do przodu, to my krok w tył. To sztuka dostrzeżenia, skąd wieje wiatr i jakich umiejętności teraz potrzebujemy” – mówi prof. psychologii Bartłomiej Dobroczyński.

Sylwia Niemczyk: Ależ się pół roku temu przestraszyliśmy…

Prof. psychologii Bartłomiej Dobroczyński: Pandemia koronawirusa to coś, co nas zaskoczyło. Poza znawcami wirusów nikt poważnie nie rozważał, że kiedykolwiek czeka nas powtórka z „Decameronu” Boccaccia albo nawet z mniej odległej epidemii hiszpanki, która wybuchła tuż po I wojnie światowej. Nasza pamięć jest bardzo krótka. Więc po pierwsze: wydarza się coś nieprzewidzianego, a po drugie: to coś wymusza na nas drastyczną zmianę przyzwyczajeń. Brutalnie ingeruje w nasze automatyzmy, a tego człowiek nie lubi najbardziej. Dla nas najbardziej komfortowa sytuacja jest taka, kiedy automatyzmy stanowią 98 procent naszego funkcjonowania. I zazwyczaj właśnie tak jest. Nie zastanawiamy się co, gdzie i kiedy – większość rzeczy robimy bez angażowania świadomych myśli. A teraz ten nasz pilot automatyczny zaczął wibrować i migać na czerwono. 

Przestał działać.

I nagle musimy zwracać uwagę praktycznie na wszystko: ile razy dotykamy dłonią twarzy, jakich innych przedmiotów dotykamy, w jaki sposób witamy się z przyjaciółmi, jak wsiadamy do autobusu, czego dotykamy w windzie. Im więcej automatyzmów jest naruszonych, im więcej reguł zostało zmienionych, tym wyraźniejszy sygnał dla mózgu, że sytuacja jest poważna.

I do strachu o zdrowie doszło jeszcze ogromne poczucie zagubienia.

Nasza świadomość jest czymś w rodzaju płynącej rzeki: ma swoją przeszłość, ale też swoją przyszłość. I nie chodzi mi tutaj o nasze świadome plany, ale o pewne przekonanie, którego nie analizujemy na co dzień, nawet z niego nie zdajemy sobie sprawy. Bierzemy kredyt, bo wiemy, że kiedyś go spłacimy. Patrzymy na kilkuletnie dziecko i wiemy, że kiedyś pójdzie na studia, wyprowadzi się, dorośnie. A teraz nagle ta przyszłość przestaje być taka oczywista. Nie wie pani, czy będzie pani miała pracę, czy jeszcze kiedykolwiek pojedzie pani za granicę, czy pani dziecko skończy szkołę. Nagle nic już nie wiadomo. 

Ale nasze poczucie zagubienia ma też jeszcze jedno źródło, wynikające bardziej z naszej historii. Badania pokazują, że ludzie w Polsce raczej sobie nie ufają nawzajem i tak samo nie ufają władzy, oficjalnym komunikatom. Ten brak zaufania to idealne pole do szerzenia się teorii spiskowych, pojawiają się podejrzenia, że prawdziwa sytuacja wygląda inaczej, zakażonych jest o wiele więcej. 

Dlaczego tacy jesteśmy: nieufni, podatni na fake newsy?

Żeby to zrozumieć, wystarczy prześledzić ostatnie 300 lat, pisze o tym wnikliwie Jan Sowa w książce „Fantomowe ciało króla”, której jestem wielkim fanem. Na naszą dzisiejszą mentalność w dużej mierze wpłynęło to, co działo się nawet 200 czy 300 lat temu: rozbiory, pańszczyzna, feudalne stosunki, potem wojny światowe, wreszcie coś, co nazywamy okupacją sowiecką. Jeśli to wszystko prześledzimy, to zauważymy, że obywatel Polski był szkolony przez ostatnie wieki, żeby rozumieć prawo, dyscyplinę społeczną i wymagania obywatelskie, jakie stawiamy sobie nawzajem, jako coś narzuconego przez obce siły, z czym musimy walczyć i czemu należy się sprzeciwiać. 

Z jednej strony kibicujemy i współczujemy służbie zdrowia, z drugiej – buntujemy się przeciw ograniczeniom. 

Chociaż czujemy, że ta sytuacja bezpośrednio nas dotyka, to jednocześnie wszystko, co się z nią wiąże, jest dla nas obce, nie nasze. Nasz sposób postrzegania świata widać wyraźnie, kiedy np. porównany się do społeczeństwa Szwecji czy Norwegii. Abstrahując od tego, czy tamtejsze władze wybrały dobrą strategię walki z koronawirusem, ważne jest to, że ludzie tam ufają rządowi, sami wręcz nadmiarowo stosują się do zaleceń i mają wypracowane pewne obywatelskie strategie, których, niestety, my nie mamy. U nas raczej popularny jest sposób widzenia świata, którego główną zasadą jest: „Ile ty wygrasz, tyle ja przegram”. Widać to np. w sklepach, gdzie toczy się walka na kły i pazury o papier toaletowy i drożdże. Przykład z ostatnich dni: poszedłem do apteki po rozpuszczalną witaminę C i dostałem radę od pani farmaceutki: „Niech pan weźmie trzy opakowania, bo tylko tyle zostało!”. Po cóż mi aż tyle?! Są granice szaleństwa, bierzmy jedno, a te dwa pozostałe zostawmy dla innych. 

Wybitny polski filozof prawa Leon Petrażycki napisał na początku XX wieku, że największym zadaniem jest uwierzenie, że nasza godność wynika nie z tego, że jesteśmy dziećmi Bożymi, tylko z tego, że jesteśmy obywatelami. Do dzisiaj to zadanie jest jeszcze przed nami. Oczywiście ktoś może powiedzieć, że przesadzam, wskazać NGO-sy, zaangażowanych aktywistów, ale ja mówię o pewnej ogólnej panoramie. Bo niestety to, co sobie wyobrażamy, żyjąc w naszych bańkach informacyjnych w Warszawie, Krakowie, Gdańsku czy Wrocławiu, nijak się ma do tego, co się dzieje między Olsztynem a Krosnem, co się dzieje pod Sanokiem czy Leskiem. To zupełnie inny świat, w którym panują inne strachy. 

Zastanawia się pan, jak teraz będzie? 

Zadaję sobie to pytanie, ale nie znam na nie odpowiedzi. Koronawirus jest jak czarny łabędź, którego nikt nie przewidział i który dzisiaj produkuje niemożliwe do przewidzenia konsekwencje. Pandemia udowodniła, że wszelkie hasła o byciu kowalem własnego losu to bzdury. To nie my rządzimy swoim życiem, ale przypadek. To on trzyma pakiet kontrolny akcji, jeśli chodzi o naszą rzeczywistość. 

Jak w takim razie żyć ze świadomością, że tak mało od nas zależy i że wiemy tylko tyle, że nic nie wiemy.

Ale to nie jest tak, że to koronawirus zmienił zasady gry – one były takie od zawsze. Życie to taniec z rzeczywistością: kiedy ona robi krok w bok, to i my musimy zrobić krok w bok, jak ona krok do przodu, to my krok w tył, ona krok do tyłu, to my krok za nią. Nie łudźmy się, że kiedykolwiek kontrola będzie należała do nas. W kosmosie, którego naturą, co wiadomo już od Heraklita, jest ciągła zmiana, wszelkie próby utrzymywania stałego porządku rzeczy są kompletnie pozbawione sensu. Wzorem dla nas powinno być raczej takie zwierzę jak szczur czy karaluch, a nie słodka panda czy koala. Bo jak koala je tylko eukaliptus, a panda tylko bambus, to gdy tego zabraknie, to panda i koala też zginą. A szczur może jeść wszystko – od ziaren pszenicy po cukierki – i za każdym razem będzie tak samo zadowolony. W związku z tym to szczurów jest dużo, są prężne i silne, a koala i panda to dwa gatunki zagrożone wyginięciem. Oczywiście to nie jest ich wina, to my zniszczyliśmy ich środowisko naturalne, jednak to nie zmienia faktu, że będzie im trudno się dostosować do nowych warunków.

Czyli mamy robić wszystko, żeby przetrwać od narodzin do śmierci?

Życie, które polega tylko na przetrwaniu, to nie jest żadne życie. Sztuka życia polega na umiejętności dostrzeżenia tego, skąd wieje wiatr, i zdiagnozowania środowiska: fizycznego, kulturowego, społecznego, w którym przychodzi nam żyć. Nie po to, żeby się konformistycznie podporządkować, ale po to, żeby wiedzieć, jakie problemy nas czekają i jak mamy je rozwiązywać. Jakie umiejętności powinniśmy opanować, żeby żyć w zmienionych warunkach możliwie w najlepszy, najpełniejszy sposób. Próbkę tego mieliśmy już w marcu, kiedy nagle zostaliśmy zamknięci w domach i ruszyły inicjatywy wspólnotowe, ludzie zaczęli się dzielić pomysłami na kwarantannę: lekcje jogi online, wirtualne spacery po lesie.

Choć duża grupa mówiła jednak: „Ja nie chcę w pandemii funkcjonować w możliwie najlepszy sposób, ja chcę ją po prostu przetrwać”.

Ale taka strategia przetrwania sprawia, że tylko będzie nam coraz gorzej, będzie bardziej bolało. Im głębiej zabrniemy w sytuację, w której się rozpadamy, to tym dłuższe i trudniejsze będzie wychodzenie z niej. Kosmos pod pewnymi względami jest bezlitosny. O wiele lepiej jest zdyscyplinować się, narzucić sobie pewien porządek. Na tej samej zasadzie: gdy ktoś ma depresję, to dobrze jest, aby próbował się przełamać, próbował wychodzić do ludzi, medytować, biegać, choćby nawet wydawało mu się, że nie ma siły ruszyć ręką. I oczywiście wiem, że są sytuacje, kiedy człowiek jest w zupełnej rozsypce, nie jest w stanie wziąć się w garść i wtedy konieczna jest fachowa pomoc medyczna, psychiatryczna czy farmakologiczna. Ale jak to mówił pewien mądry psycholog, psychiatra i filozof niemiecki Karl Jaspers, największa mądrość życiowa polega na tym, żeby odróżnić, kiedy możemy sobie odpuścić, a kiedy musimy się jednak przycisnąć. 

W połowie kwarantanny zaczął się hejt na osoby, które odczuwały w zamknięciu objawy lęku czy depresji. Byli tacy, którzy uważali, że to kwestia przewrażliwienia i tego, że ludziom, którzy całe dotychczasowe życie spędzili w dobrobycie, przewraca się już w głowie. 

To, że jedni są w stanie wziąć się w garść, nie jest ich wyłączną zasługą, tak samo jak to, że drudzy nie mają sił zwlec się z łóżka, nie jest ich winą. Jak mówi Pismo, nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni, a jak dopowiadają Indianie: nikt nie chodzi w cudzych mokasynach. Myślę, że często ludzie różnią się między sobą bardziej niż dżdżownica od płetwala błękitnego i ważka od nosorożca, w związku z tym nikt nie ma prawa nikogo oceniać. 

Tamten hejt był raczej wyjątkiem, jednym z niewielu. Mam wrażenie, że zdaliśmy egzamin z solidarności.

Boję się, że kiedy tylko się polepszy – oczywiście, jeżeli się polepszy – to szybko wrócimy do starych przyzwyczajeń. Nico, wokalistka Velvet Underground, miała takie powiedzenie: „To było wczoraj”. A skoro coś było wczoraj, to dzisiaj już się nie liczy. Kiedy umarł Jan Paweł II, to kibice Wisły i Cracovii przysięgali sobie rozejm po wsze czasy – a potem uniesienie minęło i rozejm się skończył. Człowiek, jak to mówiła Barbara Skarga, to niestety nie jest piękne zwierzę. Często Polacy pokazują, że w obliczu trudności umieją się zjednoczyć, ale na dłuższą metę to nie jest dobra informacja, bo to pokazuje, że najlepiej działamy w kryzysie, a przecież każdy kryzys kiedyś się kończy. Ale wierzę, że jeśli dzięki ostatnim doświadczeniom zmienimy swoje wyobrażenie na temat tego, co jest w życiu ważne, a co nie jest, to wyjdziemy z tego kryzysu obronną ręką.

No to w takim razie wyliczmy, co jest na świecie ważne.

Edukacja, służba zdrowia, ekologia. Ważna jest umiejętność negocjacji i dzielenia się z innymi, w tym – umiejętność podzielenia się naszą planetą ze zwierzętami i roślinami. Ważne jest nauczenie się działania w grupach, wyzbycie się egocentryzmu. Jeśli będziemy umieli zmienić nasze myślenie na temat edukacji i zaczniemy w końcu płacić dużo nauczycielom na każdym etapie nauki, począwszy już od przedszkolanek, jeśli zrozumiemy, że bycie pielęgniarką to ważny zawód, ważniejszy od bycia politykiem czy przedsiębiorcą – to mamy szansę. Kwarantanna pokazała, jak bardzo potrzebujemy ludzi, którzy produkują żywność, którzy sprzątają, opiekują się starszymi ludźmi w Domach Opieki Społecznej. Prawdziwa hierarchia wartości jest zupełnie inna niż ta, którą się kierowaliśmy przez ostatnie dziesięciolecia. Żyjemy w zniekształconym mentalnie społeczeństwie i to byłoby najcenniejsze, gdybyśmy umieli przyjąć, że te wartości, których byliśmy dotąd uczeni, tak naprawdę są zupełnie nieistotne. Najważniejsi są nauczyciele, bo wszystkiego, co robimy w życiu, musimy się od kogoś nauczyć. A hierarchia u nas jest zupełnie odwrotna, nauczyciele są lekceważeni przez wszystkich od prawa do lewa. 

Powtarza pan: „jeśli zrozumiemy, jeśli zmienimy myślenie”. Nie ma pan pewności, że to dziwne doświadczenie nas zmieni?

Nie namówi mnie pani na przedstawienie jakiejkolwiek prognozy. Ja naprawdę nie wiem, jak się zmienimy po tej pandemii i jak się zmieni świat. Może stanie się tak, że wirus się zmutuje i wszystko się wycofa, ale nie zmienia to faktu, że będą następne pandemie, tak samo jak to nie zmienia faktu, że zostały uruchomione teraz różne procesy, które są dla nas i dla całej planety bardzo niebezpieczne. Ale my ich nie widzimy – więc w nie nie wierzymy. Nie wierzymy w ocieplenie klimatu, w zarazki, w zaburzenie równowagi ekologicznej, słyszymy ostrzeżenia naukowców i machamy ręką: „A tam, panie, czego to te profesory nie wymyślą”. 

Jestem raczej pesymistą, bo takie przełożenie świadomości na inne tory, zrozumienie pewnych rzeczy, docenienie czegoś, czego do tej pory nie ceniliśmy w ogóle, wymaga dużej pracy, a my przez to, że jesteśmy słabo wykształceni, nie rozumiemy, jak działa rzeczywistość. Wielu ludzi jest przekonanych, że zawód nauczyciela jest o wiele prostszy niż zawód programisty czy dyrektora banku – to jeden z największych naszych błędów w myśleniu. 

W przeciwieństwie do pana jestem optymistką i wierzę, że skoro nawet taki wirus potrafi się zmieniać, to my tym bardziej. Podczas naszej rozmowy dostałam SMS, że moja przyjaciółka właśnie rodzi dziecko, i wierzę, że będzie ono żyło w lepszym świecie, a nie gorszym. Nie wiem, jak bez tej nadziei moglibyśmy dalej żyć, wychowywać swoje dzieci. 

I oczywiście, że tak też może być, i daj Boże, aby tak właśnie było! Konrad Lorenz, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie fizjologii, powiedział: „Wszystko na Ziemi dzieje się po raz pierwszy”. I zaraz dodał: „Wszystko się dzieje na naszą własną odpowiedzialność”. Jeśli zbłądzimy, to zginiemy, jeśli nie zbłądzimy, to nie zginiemy. Ale nikt nam nie powie: „Idźcie tędy, a tamtędy nie”, sami musimy podjąć tę decyzję i ponieść jej konsekwencje.

Prof. Bartłomiej Dobroczyński – psycholog, nauczyciel akademicki, profesor nadzwyczajny Uniwersytetu Jagiellońskiego. Kierownik Zakładu Psychologii Ogólnej Instytutu Psychologii UJ i członek Kolegium Interdyscyplinarnego Centrum Etyki Wydziału Filozoficznego UJ.

***

Rozmowa z prof. Bartłomiejem Dobroczyńskim ukazała się w „Urodzie Życia” 6/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Pewność siebie, Kasia Malinowska
Adobe Stock

Pewność siebie trzeba w sobie zbudować! Jak to możesz robić, mówi Kasia Malinowska, coach

Z pewnością siebie jest jak z jazdą na rowerze: im dłużej ją w sobie ćwiczysz, tym lepiej ci wychodzi. Dlatego nie czekaj, poczujesz w sobie pewność siebie. Bój się i rób – to pierwsza zasada, dzięki której zyskasz więcej pewności siebie
Sylwia Niemczyk
03.09.2020

Niepewne czasy to… najlepsze czasy, żeby budować własną pewność siebie. Ale – co podkreśla coacherka Kasia Malinowska – nie opierać jej na zawodowych sukcesach, tylko na świadomości tego, kim tak naprawdę jesteśmy i do czego dążymy w życiu. Sylwia Niemczyk: Kto ma rację: ci, co mówią, że z pewnością siebie się rodzimy, tak jak z kolorem oczu, czy ci, którzy mówią, że to umiejętność, w której trening czyni mistrza? Kasia Malinowska: Jedni i drudzy po trochu. Na pewno każdy z nas rodzi się z jakimś poziomem pewności siebie, tak samo jak każdy z nas już od urodzenia ma predyspozycje do tego, żeby rozwijać się muzycznie, matematycznie czy jeszcze inaczej. Każdy ma inny pakiet startowy. Ale później w zależności od tego, w jakim otoczeniu wzrastamy, nasza pewność siebie może się trochę zwiększać albo zmniejszać.  Mówiąc o otoczeniu, masz na myśli zbyt krytycznych rodziców? Mam wrażenie, że w psychologii są oni najczęstszym wytłumaczeniem wszelkich naszych braków i słabości.  Rodzice są ważni, ale to nie jest tak, że od nich zależy wszystko. Gdyby tak było, to każde z, powiedzmy, pięciorga rodzeństwa miałoby podobną pewność siebie, a tak przecież nie jest: jeden brat jest bardziej pewny siebie, drugi mniej. Więc uspokajam wszystkich rodziców: to, czy wasze dzieci będą pewne siebie w dorosłym życiu, zależy od wielu rzeczy, nie tylko od tego, czy ich uważnie słuchaliście i wzmacnialiście w ich najwcześniejszych latach. Chociaż oczywiście zachęcam, aby to robić.  Niedawno w „Urodzie Życia” Martyna Wojciechowska dziękowała rodzicom za to, że to właśnie dzięki nim z nieśmiałej dziewczynki wyrosła na odważną, pewną siebie kobietę.  Jeśli to ich zasługa, to naprawdę zrobili dobrą robotę! Kiedyś w mojej grupie na...

Czytaj dalej
Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne

Graj według swoich zasad, mniej się przejmuj i... Oto 5 zasad szczęśliwego życia

Szczęście może szybko się rozprzestrzeniać i jest bardzo zaraźliwe. Ale jak je osiągnąć?
Sylwia Arlak
03.09.2020

Szczęście wcale nie jest tak nieuchwytne, jak mogłoby się nam wydawać: dzięki setkom (tysiącom!) badań na jego temat, wiadomo o nim bardzo wiele. Choćby to, że szczęście sprawia, że jesteś zdrowsza  – i mniej samotna, bo pozytywnym nastawieniem przyciągasz innych pozytywnych ludzi. Wiadomo też, i to ze stuprocentową pewnością, że szczęście można sobie wypracowywać, czy inaczej: można go się nauczyć. To nie jest cecha – jak kolor oczu, ale raczej umiejętność: jak jazda na rowerze. Oto pięć zasad, które pomogą ci wieść szczęśliwe życie: Nie bierz życia zbyt poważnie Martwienie się o rzeczy, które są poza naszą kontrolą to najprostsza droga do złego samopoczucia. Zamiast marnować czas i energię na zmartwienia, podejmuj działania. Nasz czas na ziemi jest ograniczony, należy więc dobrze go wykorzystać. Spójrz na życie, jak na próbę generalną — nawet jeśli pomylisz się w jakiejś kwestii, możesz się zatrzymać, skorzystać z porady wspierających ekspertów, a potem wrócić do gry. Szukaj własnej definicji szczęścia Nie pozwól innym definiować za ciebie, bo szczęście to dla każdego coś zupełnie innego. Dla jednych może to być wypełniony portfel czy najdroższe auto na rynku. Dla innych może oznaczać czas wolny, spotkania rodzinne albo kochać i być kochanym. Masz możliwość stawiania sobie własnych celów. Marz swoimi marzeniami. Tylko ty wiesz, co sprawia, że się uśmiechasz. Masz prawo zmieniać zdanie Kiedyś spędzaliśmy całe życie w jednej firmie i jednym małżeństwie. Dzisiaj wiele z nas już nie boi się zmian. Próbujemy różnych rzeczy, żeby móc podążać za swoimi marzeniami. Ryzykujemy, szukając swojego miejsca. Mamy prawo błądzić, zastanawiać się i podejmować różne (także te błędne, bo to świetna...

Czytaj dalej
szczęśliwa starość
iStock

Carl Honoré o starości w radości: „I sport, i seks, i kreatywność – wszystko jest dostępne w starszym wieku”

„Wszyscy się zestarzejemy i żadne zaklinanie rzeczywistości nic nie zmieni. Ważne, by odnaleźć w procesie starzenia się też dobre strony”, wyjaśnia Carl Honoré, jeden z twórców ruchu „slow”, autor wielu książek – najnowsza to „Siła wieku” – w rozmowie z Aleksandrą Pezdą.
Aleksandra Pezda
03.09.2020

Starość to dla wielu osób gorsza perspektywa niż nawet śmierć. Niedołężność, brak samodzielności, samotność – w naszych wyobrażeniach starość wygląda jak pasmo udręki i cierpień. Ale przecież tak wcale nie musi być, przekonuje Carl Honoré, myśliciel i pisarz, w swojej nowej, mądrej i dającej nadzieję książce „Siła wieku”.  Aleksandra Pezda: Jesteśmy w tym samym wieku, nawet urodziliśmy się w tym samym miesiącu… Carl Honoré: W grudniu! Strzelec – świetny znak zodiaku. ...dlatego z niepokojem pytam: czy uważasz, że jesteś stary? Nie, ale dawniej zamartwiałem się swoim wiekiem. Aż zdałem sobie sprawę, że w każdym momencie mojego życia jestem starszy niż w poprzednim roku, a młodszy od siebie za rok. Na razie nikt nie wynalazł metody, żeby to zmienić, dlatego przestałem się przejmować. Zresztą słowo „stary” brzmi dla mnie jakoś sztywno. Gdzie jest ta granica, od której miałbym tak o sobie myśleć? I co – po pięćdziesiątce dojechałem do końcowego peronu i już nic się nie zdarzy? To okropnie dołujący punkt widzenia i zwyczajnie nieprawda.  A jednak – już o 50-latkach mówi się „seniorzy”.  Kiedy po pięćdziesiątce zabierałem się do napisania „Siły wieku”, też o sobie myślałem, że jestem stary. Pamiętam nawet moment, kiedy to się zaczęło – podczas meczu hokeja. Gram od kilkudziesięciu lat, to dla mnie coś więcej niż ulubiony sport czy okazja towarzyska. To również element kanadyjskiej tożsamości, ważny, tym bardziej że żyję poza krajem. Inny argument – ilekroć odbijam piłkę na boisku, czuję się znowu jak nastolatek. Aż do zawodów w Gateshead, w północnej Anglii, jakieś trzy lata temu. W ćwierćfinałach strzeliłem gola, który uratował moją drużynę....

Czytaj dalej