Prof. Bartłomiej Dobroczyński o sensie życia: „Musimy żyć własnym życiem, a nie cudzym”
iStock

Prof. Bartłomiej Dobroczyński o sensie życia: „Musimy żyć własnym życiem, a nie cudzym”

Co robić, by nie czuć nieznośnej lekkości bytu?
Dorota Szuszkiewicz
04.01.2019

Możemy stać się niezwykli, zrobić wszystko, żyć kolorowo – takie hasła słyszysz od rana do wieczora. A ty siedzisz nad szklanką herbaty i myślisz, że przed tobą kolejny szary dzień. Siedzisz i pytasz: jaki sens ma to moje życie. Co na to odpowiada dr hab. Bartłomiej Dobroczyński, psycholog, wykładowca na Uniwersytecie Jagiellońskim?

Dorota Szustkiewicz: Skąd się biorą nasze lęki? Czy kiedyś było lepiej? Mężczyzna miał spłodzić syna, wybudować dom i posadzić drzewo i wtedy jego życie coś znaczyło? Kobieta miała urodzić i wykarmić dzieci.

Dr hab. Bartłomiej Dobroczyński: To się bierze m.in. z przepływu informacji. Z zalewu, potopu, deszczu informacji. Ten zalew rozbił naszą izolację, nie żyjemy już w zaścianku, naszym światem nie jest już tylko rodzina, sąsiedzi i pejzaż po horyzont. Dziś żyjemy w społeczeństwie spektaklu, jak powiedział w 1968 r. francuski pisarz i filozof Guy Debord. Każdy marzy, żeby stać się częścią tego przedstawienia. Kto nie gra żadnej roli, ten nie istnieje. Stąd parcie na szkło, bo jeśli czegoś nie ma w telewizji, to nie ma wcale. Stąd sukces fotografii – być na zdjęciu to też rodzaj udziału w grze. Mówi się, że o wszystkim decydują media, ale Debord – bardzo lewicowy myśliciel – poszedł dalej, stwierdził, że jest to forma sprawowania rządów.

A tak bardziej przyziemnie, czemu w duszy odczuwamy błahość życia?

To jest właśnie forma sprawowania rządu dusz, jeśli pani woli. Człowiek żyje w społeczeństwie, które jest pewną formą organizacji, ale jest też formą przymusu. Spektakl jest tak skonstruowany, że przedstawia wzorce: jak spędzać wakacje, jak wyglądać, co jeść. Wszyscy podlegamy temu przymusowi i jeszcze go sami wymuszamy! 

To znaczy?

Naszą rolę mamy włożoną na plecy, na głowę, jak w Afganistanie kobieta burkę – nie tylko musi ją nosić, ale jeszcze kontroluje, żeby inne ją nosiły. A kobiety w Afryce, które przeszły obrzezanie One wiedzą, że to nie jest przyjemne, ale pomagają przy obrzezaniu innych.

A my? Też musimy i wymuszamy?

Oczywiście. Musimy mieć iPhone’a, bo tego oczekuje nasze otoczenie, ale sami też oczekujemy od tych, którzy go jeszcze nie kupili, że dołączą do szczęśliwej grupy posiadaczy tego jakże niezbędnego przedmiotu, bez którego trudno sobie wyobrazić „normalne” życie. Dopóki ktoś się nie wyłamie, to będzie trwało. Spektakl zabiera nam nasze życie i podstawia cudze! Zaczynamy żyć życiem innych. Interesujemy się, jaką wpadkę modową miała Liszowska albo że Brad Pitt wolał Angelinę Jolie od Jennifer Aniston.

Jeżeli tak na to spojrzymy, to ludzie dawniej musieli być szczęśliwsi. Nikt im nie wmawiał, że ich życie może być kolorowe i fascynujące.

Wtedy były inne mechanizmy, ale działały tak samo. Puszenie się najbogatszych, wychwalanie tych, którym się powiodło, wszystko to sugerowało, że ktoś ma lepsze życie niż my. Mniej błahe. Tak jest też w świecie zwierząt. Kto ma większy ogon lub poroże, ten się liczy. Ludzie tylko powielają te atawistyczne zachowania. Chcą być wysoko w hierarchii, żeby mieć dostęp do następnego etapu, czyli najlepszych partnerów seksualnych. Zmieniają się tylko symbole statusu. Nadal żyjemy cudzymi potrzebami, cudzymi marzeniami, cudzym pejzażem.

Dlaczego cudzym? Nasz własny jest tak banalny?

Może tak, może nie. Trudno to stwierdzić samemu. To zbiorowość narzuca nam pragnienia. Dzwoni do mnie pani z telewizji i mówi: „Zapraszam pana do programu”. Odpowiadam: „Dziękuję, nie jestem zainteresowany”. W słuchawce zapada cisza. Wreszcie pani z telewizji zupełnie innym tonem pyta: „To pan… hm… to pan mówi, że pan nie chce wystąpić w telewizji ”, „Dokładnie to pani mówię. W ogóle mnie to nie bawi, uważam, że bez sensu jest występowanie w telewizji”. To nie znaczy, że jestem odporny na narzucane marzenia. Największym złudzeniem jest przekonanie, że nie podlegamy prawidłom, którym inni podlegają. Oczywiście, że podlegamy, tylko w innych dziedzinach. Najczęściej nawet nie wiemy w jakich. Dopiero ktoś z boku mógłby powiedzieć: zależy ci na tym i na tym. Jesteś jak Komancz, który siedzi w namiocie i myśli, że jest niepowtarzalny, bo marzy o 200 mustangach, a w każdym innym namiocie siedzi inny samotny i niepowtarzalny Komancz i marzy o takich samych 200 mustangach. Różnicie się najwyżej tym, w jaki sposób marzycie i jak wyobrażacie sobie drogę do osiągnięcia celu.

 Czy cel tych Komanczów jest osiągalny?

Mniej więcej tak samo jak mój. Bo ja np. chciałbym się umówić ze Scarlett Johansson, ale ona nic nie zrozumie z mojej angielszczyzny i dlatego jest to tak trudne. Bo gdyby mnie zobaczyła, to wszystko by się udało. Ale tak naprawdę to dobrze wiem, że nie mam po co dzwonić nawet do Kaśki z naprzeciwka, a co dopiero do Scarlett Johansson. 

Czyli każdy ma swoją prywatną błahość?

Oczywiście. Tylko że są różne stopnie błahości. Dziewiętnastowieczny robotnik pracujący 12 godzin na dobę zapewne nie zastanawiał się nad tym, czy jego życie jest błahe. Kobieta w Afganistanie, którą biją, kamienują, okaleczają, też się nad tym nie zastanawia, bo ona marzy tylko o tym, żeby nie bolało. Można powiedzieć, że z błahością życia jest jak z nudą.

Ktoś mówi, jest mi nudno, ja odpowiadam: ciesz się, bo to jest luksus. Luksus intelektualny. To znaczy, że skoro myślisz, że twoje życie jest błahe, to po pierwsze czujesz, że coś jest nie tak, masz potencjał, chcesz coś zmienić, a po drugie, to znaczy, że żyjesz w luksusie, bo nie zastanawiasz się, czy twoje życie jest zagrożone. To są dylematy mieszkańca Zachodu, który zarabia więcej niż od dwóch do pięciu dolarów dziennie i nie trapi się, czy jutro uda mu się coś zjeść.

Czyli inni mają gorzej, mają prawdziwe problemy, więc przestańmy marudzić?

Też nie do końca. Właśnie dobrze, że marudzimy, że napór informacji wyrywa nas z marazmu. Współczesny człowiek może porównać swoje życie z życiem bardzo dużej liczby ludzi. Są Facebook, Twitter, wszyscy chwalą się zdjęciami z wakacji albo wyciągają smartfona i mówią: zobacz, jakie mam zdjęcia, to są moje kochanki, to wszyscy moi niewolnicy. Ludzie konstruują tożsamość. Nikt tam nie pokaże się w sytuacji upodlenia. 

Ale to przecież rzeczywistość kreowana. Ich życie jest tak samo błahe jak nasze!

Zgoda, każdy się stara zrobić film o sobie z gatunku „American Dream”. Ale co ma mówić ktoś, kto pracuje w fabryce na trzy zmiany i dokręca tam słoiki? On nie może spełnić nawet części amerykańskiego snu. Bo, zgoda, to jest sen i nie wolno wmawiać ludziom kompletnych bzdur w rodzaju chcieć to móc, świat stoi przed tobą otworem albo jeszcze gorzej: daj sobie trochę luzu, rób tylko to, co lubisz. Bo przecież większość ludzi wykonuje pracę, którą trudno lubić – ciężką, monotonną, czasem niebezpieczną.

To gdzie ta dobra strona naporu informacji?

Dobrą stroną jest to, że ludzie czują jakąś presję na to, żeby optymalizować swoje życie. Żeby się doskonalić, żeby mieć lepiej. I to już nie jest pięknoduchostwo. Jeżeli np. chcę, żeby ktoś, kiedy przyjdzie do mojego domu, powiedział: „Masz fajnie zaprojektowane w środku! Dobrze się u ciebie czujemy”, to wtedy na prostszym poziomie jestem dumny, bo inni mi zazdroszczą, a na poziomie bardziej złożonym pomyślę, że może ktoś się ode mnie czegoś nauczy, zastosuje to i jego życie stanie się lepsze.

Przecież i tak nigdy nie dogonimy spektaklu. Mieszkanie możemy zmienić, ale nie kupimy jachtu, rezydencji, spektakl zawsze nas przegoni, zawsze podsunie nam pod oczy coś, czego nie spełnimy, zawsze będzie z nas drwił. I to jest kluczowe. Żyjąc w globalnej wiosce, żyjemy w potwornej sprzeczności między wyobrażeniami marketingowo-reklamowymi, jakie są nam narzucane, a tym, jak wygląda nasze codzienne życie. 

To może nie pozostaje nic innego jak polubić prozę życia?

To jest delikatna sprawa, bo istnieją różne szkoły i sposoby myślenia. I każdy przedstawia się jako jedyny możliwy. Ja mam takie sympatie probuddyjskie. Z punktu widzenia buddyjskiego takie rzeczy jak grypa, miłość, szczęście nie istnieją same w sobie. Natomiast istnieje człowiek chory na grypę. Konkretny. Będzie pani miała ludzi chorych na grypę, będzie pani miała Jasia kochającego Małgosię albo Kubusia szczęśliwego, bo zrobił babkę z piasku i ona mu się nie rozsypała. To oznacza, że to, co dla jednego człowieka jest dobre, dla innego dobre być nie musi. I teraz co zrobić, żeby polubić własne życie? Nie ma jednej recepty dla wszystkich.

Kultura anglosaska mówi – trzeba myśleć pozytywnie. Myśl sobie, np. że to, że myjesz naczynia, jest super. Jednak badania pokazują, że dla osób o skłonnościach melancholijnych czy depresyjnych ta rozbieżność między tym, czego się od nich oczekuje, a tym, jak są zdołowane – dołuje je jeszcze bardziej. Więc podkreślanie pozytywnych aspektów nie dla każdego będzie dobre.

Inną, modną na Zachodzie rzeczą, są terapie uważnościowe, wzięte bezpośrednio z orientu, z buddyzmu. Najwięcej ludzi szczęśliwych, takich, których nie imają się przeciwności życia, znajdujemy w zaawansowanych praktykach różnych religii. Przede wszystkim w monastycznych. 

Życie zakonne jest tak fascynujące?

Tej monastyczności nie należy traktować dosłownie. Można ją nosić w sobie. „Uważność” to umiejętność zaangażowania się i poddania każdej wykonywanej czynności, tak że nie zostawia się miejsca na inne rzeczy. Dowolna czynność w ten sposób dokonywana jest odbierana jako raczej przyjemna niż raczej nieprzyjemna.

Dlaczego?

Mechanizm jest buddyjski. Buddysta powie, że to, co człowieka najbardziej w życiu gnębi, składa się z dwóch rzeczy: z lęku i z pragnienia. Z lęku, żeby to, co było niedobre w jego życiu, się nie powtórzyło, i z pragnienia, żeby to, co było dobre, się powtórzyło. Pierwsze wyrzuca nas w przeszłość, drugie w przyszłość. Nie jesteśmy w stanie przeżywać tego, co robimy w teraźniejszości. A przecież wszystko, co możemy zrobić z naszym życiem, ze sobą, ze szczęściem, miłością, czymkolwiek – możemy zrobić tylko teraz. Więc to, co nas od teraźniejszości odgradza, utrudnia nam to zadanie. Niby banalne, ale to jest tak jak z nauką gry na fortepianie. Widzimy, jak ktoś pięknie gra, i chcemy tak samo. Sednem jest to, że trzeba się tego nauczyć.

Tak samo jest z uważnością. Ktoś musi być naprawdę zmotywowany, żeby się do tego zabrać i zrobić sobie z tego nawyk albo lepiej – drugą naturę. W dodatku wielu ludzi będzie sceptycznych i powie „Nie wierzę, że to zadziała. Najlepiej dajcie mi jakąś tabletkę, somę Huxleya, a znajdę nowy, wspaniały świat”. Zachód bardzo w to poszedł. Badania wody w Tamizie pozwoliły tam wykryć… śladowe ilości antydepresantów! Tak dalece wspomagamy szczęście chemią!

Czemu nie?

Zgoda, dla niektórych jest to konieczne. Są ludzie chorzy. Ale nie można z tego robić recepty dla wszystkich. Bo skończymy jak Michael Jackson, który podobno pod koniec życia spożywał 30 tabletek xanaxu dziennie.

Czyli nie ma recepty dla wszystkich?

Nie ma. Ale są pewne wskazówki. Badania pokazują, co wywołuje w nas poczucie szczęścia. To rzeczy dość proste i właściwie banalne. Błahe, jeśli pani woli. Na przykład, że zachowanie altruistyczne pozwala nam lepiej się poczuć. To znaczy, że wystarczy każdego dnia zrobić coś dobrego dla innych, choćby tak banalnego jak przeprowadzenie staruszki przez jezdnię. Jest też zła wiadomość. Okazuje się bowiem, że sami nie potrafimy sobie dobrze wyobrazić, co nas uszczęśliwi, a co nie.

Wybitny psycholog Daniel Gilbert wykazał, że mając do wyboru różne wersje przyszłości, zwykle wybieramy błędnie. W ramach eksperymentu zorganizował fikcyjny kurs fotograficzny dla studentów. Na zakończenie każdy uczestnik miał wybrać ze swoich prac dwa zdjęcia, które jego zdaniem nie tylko są najlepsze, ale też najlepiej wyrażają jego osobowość twórczą. Potem ogłoszono, że z tych dwóch zdjęć jedno można zostawić sobie, a drugie trzeba oddać organizatorom. I tu zaczyna się kluczowa część eksperymentu. Czas na podjęcie decyzji dla wszystkich wynosił pięć minut. Przy czym połowa uczestników wie, że decyzja jest nieodwracalna i że wybranego zdjęcia nigdy już nie odzyskają, druga połowa wie, że ma siedem dni na zmianę decyzji. Eksperyment ma odpowiedzieć na pytanie „Jak człowiek będzie się czuł z tym zdjęciem, które sobie zostawi ”, czyli z wybraną przez siebie przyszłością.

Na logikę można by przypuszczać, że osoby z drugiej grupy czuły się bardziej komfortowo. Mogły przecież odzyskać zdjęcie, podmienić je, miały dużo czasu do namysłu. Jednak wyniki badania okazały się zaskakujące. Osoby, którym nie dano czasu na dylematy i wahania, czuły się świetnie i były ze swojego wyboru bardzo zadowolone. Osoby z drugiej grupy były nieszczęśliwe, uważały, że dokonały złego wyboru, a nawet jeżeli ten wybór zmieniły przed upływem siedmiu dni, to też uważały, że zrobiły głupstwo. Zaś zdjęcia, które przy nich pozostało, serdecznie nienawidziły.

Czyli sytuacja zwiększonego wyboru wszystko pogorszyła?

Co więcej, jak się teraz weźmie kandydatów na kurs fotografii i opisze się im ten kurs z tymi dwoma warunkami i spyta, co wolicie, to większość będzie chciała mieć tydzień na zastanowienie! To znaczy, że jesteśmy ignorantami w stosunku do siebie samych. Że nasz mózg nie umie sobie wyobrazić, co jest dla nas dobre! Co z tego wynika? Że lepiej planować swoje działania w taki sposób, żeby – jak w polskim powiedzeniu – palić za sobą mosty. Nie zostawiać sobie drogi odwrotu. Inaczej nawet po 20 latach będziemy jęczeć, że może źle wybraliśmy. Tam, gdzie jest wybór, tam jest żal. 

Dla szczęścia lepszy jest brak wyboru?

Właśnie tak. Tyle że my o tym nie wiemy. Jeśli człowiekowi się powie: albo budzisz się rano, kiedy chcesz, i robisz, co chcesz, albo budzą cię o 4 rano, jesteś w zakonie kontemplacyjnym i najpierw godzinę śpiewacie psalmy, potem czytacie pismo, potem jecie śniadanie, potem pracujecie w ogrodzie, potem jecie obiad, potem znowu psalmy, kolacja i spać, to prawie każdy odpowie: chcę się zbudzić, kiedy chcę, i przez cały dzień robić to, na co mam ochotę. A tymczasem, z punktu widzenia wiedzy eksperymentalnej o szczęściu, lepszy jest wybór dobrze ułożonego dnia. Bo wtedy nie mam wyboru i muszę dowartościować te wszystkie czynności, które mam zrobić. Tę tajemnicę pięknie i obrazowo przedstawił Mark Twain. Kiedy Tomek Sawyer, zmuszony za karę do malowania parkanu przed domem ciotki, wmawia kolegom, że ta żmudna praca jest przywilejem, i to w dodatku takim, który rzadko się trafia, koledzy płacą mu za możliwość wykonania tej pracy za niego. To pokazuje, że często bardzo proste operacje umysłowe powodują, iż rzeczywistość zmienia się w sposób niewyobrażalny. Mając tę wiedzę, nawet gdy idziemy na błahy spacer, nadajmy mu jakiś sens, np. „Idę do ogrodu botanicznego nie, ot, tak sobie, tylko żeby zrobić zdjęcie tamaryszkowi, dębowi i czarnej wiśni”.

Czyż nie jest to wkładanie sobie samemu burki, o której pan wspomniał, i skazywanie się na błahość?

Leonardo da Vinci stwierdził, że matką wolności jest dyscyplina. Mnich jest bardziej wolny niż ktoś, kto nie ma nic do roboty. Ten drugi po miesiącu, dostanie nerwicy lękowej. Ludziom, którzy przechodzą na emeryturę, jakość życia gwałtownie się pogarsza. Nie mają co ze sobą zrobić. Czują się nieprzydatni, ich życie traci sens.

A może tak im się tylko zdaje, bo byli przyzwyczajeni do kieratu i nagła wolność jest szokiem?

Nauka o szczęściu mówi: musisz być potrzebny, im więcej dasz ludziom, tym bardziej będziesz szczęśliwy. Im bardziej uporządkujesz swój czas, zorganizujesz go i zdyscyplinujesz – tym lepiej. To jest oczywiście przerysowana sytuacja, ale co jest alternatywą? Alternatywą jest to, że ludziom życie organizują inni! I to nie tacy, którzy koniecznie mają na myśli ich dobro. Bardzo wielu takich „organizatorów życia” tylko czeka na kogoś, kto nie wie co ze sobą zrobić. Dzwonią i mówią: mamy dla ciebie propozycję, ty nam daj 3000, a my ci za chwilę 300 tys., przyjdź na pokaz naszych produktów, a poczęstujemy cię ciasteczkiem i kredytem, który cię zniszczy. Mamy niestety tę paskudną właściwość, że sami nie wiemy, co jest dla nas dobre.

 I wybierzemy źle?

Prawdopodobnie. Dlaczego lepszy jest aktywny odpoczynek niż bierny? Dlaczego po biernym odpoczynku będziemy jeszcze bardziej zmęczeni i smutni Bo możliwości wyboru nas zniszczą. Większość ludzi marzy o tym, żeby mieć dużo pieniędzy, a badania pokazują, że zaskakująco dużo ludzi, którym zdarzyło się wygrać na loterii, nie potrafi sobie z tym poradzić. Lepiej wszystko, co masz, zarób sobie sam. Nagłe bogactwo nie zniszczyło życia tym, którzy wygrali dwa miliony, ale wcześniej mieli dziesięć. Bo oni wiedzą, jak żyć z pieniędzmi. Prawie każdej rzeczy trzeba się nauczyć. Tak zwanego szczęścia też. Tak zwanej niebłahości – również.

Czyli nie ma zdefiniowanego szczęścia?

To człowiek jest niezdefiniowany i w tym jego nieszczęście. Powrócę do Indian, jestem bardzo indianolubny. Oni są praktykującymi totemistami. I bardzo dużo mądrości przekazują poprzez mówienie o zwierzętach. Mają takie powiedzenie, że każde zwierzę wie, kim jest, borsuk jest borsukiem, sikorka jest sikorką, motyl jest motylem. Zwierzęta nie mają wyboru, a człowiek ma go aż za dużo. I na tym polega jego problem. Są oczywiście nieliczni ludzie szczęśliwi, bo zdefiniowani. Na przykład Mozart. Ma pięć lat i wie, że będzie muzykiem. Albo ludzie, którzy żyli w dawnych plemionach i mieli tylko kilka dróg: urodziłem się Komanczem, więc mogę być albo dobrym wojownikiem, albo dobrym myśliwym, albo uzdrowicielem.

Plemiona pierwotne miały lepiej niż my?

Dzisiaj życie, wbrew pozorom, jest dość ciężkie, nawet w porównaniu z życiem wspólnot pierwotnych. Bo my nie mamy mniej pracy i zmartwień niż ludzie żyjący parę tysięcy lat temu. We wspólnotach pierwotnych oczywiście były wojny, były okrutne śmierci, było zagrożenie, ale oni mieli tę przewagę nad nami, że mieli mniej wzorców do porównywania. A my mówimy: popatrz, jak ona fajnie jest ubrana, jaki dom sobie kupiła. 

Ale przecież nie wiemy, jak ona się z tym czuje Może też uważa swoje życie za błahe?

Zgoda. Nasze wyobrażenie o tym, co jest dla kogoś ważne, a co jest błahe, może być chybione. Próbujemy dogonić innych, ba, próbujemy naśladować nie tylko ich sukcesy, ale ich marzenia o sukcesach. W ten sposób żyjemy cudzym życiem. Tracimy energię, którą można by poświęcić na szukanie własnej drogi. Einstein powiedział kiedyś coś takiego „Każdy jest geniuszem”, strawestujmy Einsteina: każdy prowadzi niebłahe życie. Tylko nie zapominajmy, że ryba, jeśli będzie oceniana po tym, czy umie wchodzić na drzewo, czy nie, będzie żyła w przekonaniu, że jest idiotką.

Jak mężczyzna, który nie spłodził syna, nie zbudował domu…

To takie patriarchalne, zmaskulinizowane, seksistowskie wyobrażenie. A co kobieta ma w życiu zrobić Urodzić dziecko A po co jej to Jak bardzo chce, to może. To są wyobrażenia, a wszyscy, którzy nie spełnią tej „normy”, mają być nieszczęśliwi. Natomiast recepta na szczęście dla każdego jest inna. Starożytni mieli świątynie, na których widniał napis „Poznaj samego siebie”. To jedyne wyjście. Można powiedzieć, że to jest jedyna recepta: musisz oddzielić to, co ci narzucili inni i przyjąłeś to dlatego, żeby się podporządkować albo wyobrażałeś sobie, że to jest dla ciebie dobre, od tego, co jest twoim prawdziwym pragnieniem. 

To jest ryzykowne sformułowanie, bo ktoś powie, że człowiek nie jest w stanie żyć poza kulturą, ani mieć pragnień, których nie podziela z innymi ludźmi.

Wybitny francuski antropolog René Girard twierdzi, że żadne z naszych pragnień nie jest dwuskładnikowe. To nieprawda, że istnieją tylko dwa składniki: „obiekt pragnień” i „ja, który go pragnę”. W rzeczywistości składniki są trzy: „obiekt”, „wzór”, czyli ktoś, kto informuje mnie, że on jest wartościowy, i dopiero „ja”, który mówię: aha, skoro obiekt jest wartościowy dla wzoru, to ja też go muszę pragnąć. Można powiedzieć, na takim lekko seksistowskim przykładzie, że nie ma kobiet ładnych czy brzydkich, tylko są takie, które potrafią stworzyć wrażenie, że są pożądane, i takie, które tego wrażenia stworzyć nie potrafią. 

Jak wybrnąć z tej matni? Dał pan cztery kluczowe porady: poznanie samego siebie, altruizm, dyscyplina, palenie za sobą mostów, aby nie pozostawiać sobie wyboru. Najważniejsza z nich?

Ta pierwsza. Musimy wyrzucić z siebie wszczepione nam pragnienia innych i odkryć nasze własne pragnienia. Musimy poznać siebie, aby móc żyć własnym życiem, a nie cudzym.

I wtedy nasze życie nie będzie błahe?

To będzie w każdym razie pierwszy krok do pozbycia się nieznośnej błahości bytu.

***

Rozmowa z psychologiem Bartłomiejem Dobroczyńskim ukazała się w „Urodzie Życia”, 4/2015

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Katarzyna Miller o miłości
Błażej Heldwein

Katarzyna Miller: „Romantyczna miłość jest tylko na chwilę, jeśli w nią wierzycie, przegracie”

– Im dłużej pracuję z kobietami, tym wyraźniej zauważam, że istnieje taka reguła: najpierw bardzo chcemy mieć faceta, a potem, jak już go mamy, to mamy z nimi same problemy – mówi psychoterapeutka, Katarzyna Miller. 
Sylwia Niemczyk
03.09.2020

Jest w Polsce dużo typów domów, z których dziewczyna wychodzi stęskniona bliskości i miłości – mówi Katarzyna Miller, psychoterapeutka, prowadząca grupy terapeutyczne dla kobiet. – I co ona robi? Marzy. Wymyśla, że gdy już założy rodzinę, to jej dom będzie zupełnie inny. Że ona będzie inna niż mama, a jej partner będzie inny niż jej ojciec: będzie mnie rozumiał, kochał, wiedział, co mi jest potrzebne.  Takie marzenia, zdaniem Katarzyny Miller, mogą być bardzo niebezpieczne, bo prowadzą do idealizacji zarówno partnera, jak i samej wizji związku. I nawet jeśli sam początek relacji jest taki, jak w marzeniach, to jednak kolejne lata przynoszą rozczarowanie. – Zawsze powtarzam: dziewczyny, romantyczna miłość jest na troszkę, na krótko. A wy marzycie o niej na całe życie. Jeśli wyobrażacie sobie, że tak będzie wyglądało całe życie, to zawsze przegracie – podkreśla Katarzyna Miller.  Katarzyna Miller: „Niedokochane kobiety są ofiarami psychopatów” – Najgorsze jest to, kiedy dziewczyna miała tatusia tyrana, agresywnego alkoholika i matkę-ofiarę, bo takie kobiety są często w dorosłym życiu wybierane przez facetów, którzy świetnie czują, jaka ona jest, czyli przez licznych psychopatów lub przez wygodnych panów, którzy dopiero w takim związku stają się psychopatyczni, bo mogą. To jest strasznie nieszczęśliwy temat – mówi Katarzyna Miller.  Psychoterapeutka zwraca też uwagę na to, że niedokochane w dzieciństwie kobiety są pozbawione wewnętrznego poczucia własnej wartości:  – Ona by chciała, aby jej ból, jej tęsknota, jej niepewność siebie, brak wiary w samą siebie były wyrównywane przez partnera. Żeby on jej cały czas dawał zachwyt, żeby był tatusiem, mamusią, księdzem,...

Czytaj dalej
Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne

Graj według swoich zasad, mniej się przejmuj i... Oto 5 zasad szczęśliwego życia

Szczęście może szybko się rozprzestrzeniać i jest bardzo zaraźliwe. Ale jak je osiągnąć?
Sylwia Arlak
03.09.2020

Szczęście wcale nie jest tak nieuchwytne, jak mogłoby się nam wydawać: dzięki setkom (tysiącom!) badań na jego temat, wiadomo o nim bardzo wiele. Choćby to, że szczęście sprawia, że jesteś zdrowsza  – i mniej samotna, bo pozytywnym nastawieniem przyciągasz innych pozytywnych ludzi. Wiadomo też, i to ze stuprocentową pewnością, że szczęście można sobie wypracowywać, czy inaczej: można go się nauczyć. To nie jest cecha – jak kolor oczu, ale raczej umiejętność: jak jazda na rowerze. Oto pięć zasad, które pomogą ci wieść szczęśliwe życie: Nie bierz życia zbyt poważnie Martwienie się o rzeczy, które są poza naszą kontrolą to najprostsza droga do złego samopoczucia. Zamiast marnować czas i energię na zmartwienia, podejmuj działania. Nasz czas na ziemi jest ograniczony, należy więc dobrze go wykorzystać. Spójrz na życie, jak na próbę generalną — nawet jeśli pomylisz się w jakiejś kwestii, możesz się zatrzymać, skorzystać z porady wspierających ekspertów, a potem wrócić do gry. Szukaj własnej definicji szczęścia Nie pozwól innym definiować za ciebie, bo szczęście to dla każdego coś zupełnie innego. Dla jednych może to być wypełniony portfel czy najdroższe auto na rynku. Dla innych może oznaczać czas wolny, spotkania rodzinne albo kochać i być kochanym. Masz możliwość stawiania sobie własnych celów. Marz swoimi marzeniami. Tylko ty wiesz, co sprawia, że się uśmiechasz. Masz prawo zmieniać zdanie Kiedyś spędzaliśmy całe życie w jednej firmie i jednym małżeństwie. Dzisiaj wiele z nas już nie boi się zmian. Próbujemy różnych rzeczy, żeby móc podążać za swoimi marzeniami. Ryzykujemy, szukając swojego miejsca. Mamy prawo błądzić, zastanawiać się i podejmować różne (także te błędne, bo to świetna...

Czytaj dalej
Pewność siebie, Kasia Malinowska
Adobe Stock

Pewność siebie trzeba w sobie zbudować! Jak to możesz robić, mówi Kasia Malinowska, coach

Z pewnością siebie jest jak z jazdą na rowerze: im dłużej ją w sobie ćwiczysz, tym lepiej ci wychodzi. Dlatego nie czekaj, poczujesz w sobie pewność siebie. Bój się i rób – to pierwsza zasada, dzięki której zyskasz więcej pewności siebie
Sylwia Niemczyk
03.09.2020

Niepewne czasy to… najlepsze czasy, żeby budować własną pewność siebie. Ale – co podkreśla coacherka Kasia Malinowska – nie opierać jej na zawodowych sukcesach, tylko na świadomości tego, kim tak naprawdę jesteśmy i do czego dążymy w życiu. Sylwia Niemczyk: Kto ma rację: ci, co mówią, że z pewnością siebie się rodzimy, tak jak z kolorem oczu, czy ci, którzy mówią, że to umiejętność, w której trening czyni mistrza? Kasia Malinowska: Jedni i drudzy po trochu. Na pewno każdy z nas rodzi się z jakimś poziomem pewności siebie, tak samo jak każdy z nas już od urodzenia ma predyspozycje do tego, żeby rozwijać się muzycznie, matematycznie czy jeszcze inaczej. Każdy ma inny pakiet startowy. Ale później w zależności od tego, w jakim otoczeniu wzrastamy, nasza pewność siebie może się trochę zwiększać albo zmniejszać.  Mówiąc o otoczeniu, masz na myśli zbyt krytycznych rodziców? Mam wrażenie, że w psychologii są oni najczęstszym wytłumaczeniem wszelkich naszych braków i słabości.  Rodzice są ważni, ale to nie jest tak, że od nich zależy wszystko. Gdyby tak było, to każde z, powiedzmy, pięciorga rodzeństwa miałoby podobną pewność siebie, a tak przecież nie jest: jeden brat jest bardziej pewny siebie, drugi mniej. Więc uspokajam wszystkich rodziców: to, czy wasze dzieci będą pewne siebie w dorosłym życiu, zależy od wielu rzeczy, nie tylko od tego, czy ich uważnie słuchaliście i wzmacnialiście w ich najwcześniejszych latach. Chociaż oczywiście zachęcam, aby to robić.  Niedawno w „Urodzie Życia” Martyna Wojciechowska dziękowała rodzicom za to, że to właśnie dzięki nim z nieśmiałej dziewczynki wyrosła na odważną, pewną siebie kobietę.  Jeśli to ich zasługa, to naprawdę zrobili dobrą robotę! Kiedyś w mojej grupie na...

Czytaj dalej
szczęśliwa starość
iStock

Carl Honoré o starości w radości: „I sport, i seks, i kreatywność – wszystko jest dostępne w starszym wieku”

„Wszyscy się zestarzejemy i żadne zaklinanie rzeczywistości nic nie zmieni. Ważne, by odnaleźć w procesie starzenia się też dobre strony”, wyjaśnia Carl Honoré, jeden z twórców ruchu „slow”, autor wielu książek – najnowsza to „Siła wieku” – w rozmowie z Aleksandrą Pezdą.
Aleksandra Pezda
03.09.2020

Starość to dla wielu osób gorsza perspektywa niż nawet śmierć. Niedołężność, brak samodzielności, samotność – w naszych wyobrażeniach starość wygląda jak pasmo udręki i cierpień. Ale przecież tak wcale nie musi być, przekonuje Carl Honoré, myśliciel i pisarz, w swojej nowej, mądrej i dającej nadzieję książce „Siła wieku”.  Aleksandra Pezda: Jesteśmy w tym samym wieku, nawet urodziliśmy się w tym samym miesiącu… Carl Honoré: W grudniu! Strzelec – świetny znak zodiaku. ...dlatego z niepokojem pytam: czy uważasz, że jesteś stary? Nie, ale dawniej zamartwiałem się swoim wiekiem. Aż zdałem sobie sprawę, że w każdym momencie mojego życia jestem starszy niż w poprzednim roku, a młodszy od siebie za rok. Na razie nikt nie wynalazł metody, żeby to zmienić, dlatego przestałem się przejmować. Zresztą słowo „stary” brzmi dla mnie jakoś sztywno. Gdzie jest ta granica, od której miałbym tak o sobie myśleć? I co – po pięćdziesiątce dojechałem do końcowego peronu i już nic się nie zdarzy? To okropnie dołujący punkt widzenia i zwyczajnie nieprawda.  A jednak – już o 50-latkach mówi się „seniorzy”.  Kiedy po pięćdziesiątce zabierałem się do napisania „Siły wieku”, też o sobie myślałem, że jestem stary. Pamiętam nawet moment, kiedy to się zaczęło – podczas meczu hokeja. Gram od kilkudziesięciu lat, to dla mnie coś więcej niż ulubiony sport czy okazja towarzyska. To również element kanadyjskiej tożsamości, ważny, tym bardziej że żyję poza krajem. Inny argument – ilekroć odbijam piłkę na boisku, czuję się znowu jak nastolatek. Aż do zawodów w Gateshead, w północnej Anglii, jakieś trzy lata temu. W ćwierćfinałach strzeliłem gola, który uratował moją drużynę....

Czytaj dalej