„Pozwólmy dzieciom być dziećmi!” – mówi André Stern, ekspert od wychowania
getty images

„Pozwólmy dzieciom być dziećmi!” – mówi André Stern, ekspert od wychowania

Szczęśliwe dziecko musi się pobawić, pobrudzić i ponudzić...
Aleksandra Pezda
19.02.2020

Chociaż nigdy nie chodził do szkoły, biegle zna pięć języków, jest muzykiem i lutnikiem gitar. Jego rodzice, nauczycielka Michèle Arellow i pedagog Arno Stern, uznali, że będą go uczyli w domu. André Stern jest mówcą edukacyjnym i propagatorem „ekologii dzieciństwa”. Co to właściwie oznacza?

Aleksandra Pezda „Uroda Życia”: Prowadzisz wykłady i konferencje o wychowaniu dzieci i mówisz na nich zawsze to samo: „Dajcie dzieciom wolność”.

André Stern: Przemawiam w ich imieniu, bo dziś dużo się dyskutuje o dzieciach, ale rzadko kto je pyta o zdanie. A ja nadal czuję się dzieckiem przez to, jak mnie wychowano. 

Przyznajesz się do niedojrzałości?

Przeciwnie. Rodzice od zawsze traktowali mnie poważnie i ufali mi. I myślę, że dzisiaj jestem takim człowiekiem, jakim byłby każdy z nas, gdyby pozwolono nam wszystkim żyć w zgodzie ze sobą. Jeśli więc mówię, że czuję się ciągle dzieckiem, to dlatego, że podziwiam dzieci i dzieciństwo. To wspaniały okres w życiu: możesz wymyślać, kim chciałbyś być, kim będziesz, wszystko cię ciekawi i możesz się nieskrępowanie wszystkiego uczyć. Zwłaszcza jeśli – tak jak ja – nie musisz stawiać czoła absolutnie żadnym oczekiwaniom dorosłych.

Niemożliwe, żeby rodzice niczego od ciebie nie oczekiwali. Nigdy ci nie mówili, na przykład: „Zostań muzykiem”? 

Nie, nigdy. I byli pionierami na tym polu. Moi rodzice postanowili nie mieć na mnie żadnego „pomysłu”, nie uczestniczyć w żadnym „projekcie dziecko”. Po prostu pozwolili mi swobodnie żyć, podczas gdy większość rodziców widzi w nowo narodzonym dziecku niegotową jeszcze istotę ludzką. Cały czas ludzie wierzą, że dziecko to niezapisana tablica, którą oni mają obowiązek zapełnić jakimiś treściami. Nie traktują dzieci poważnie. Czekają, aż dzieci dorosną i staną się „jakieś”. Sęk w tym, że dziecko już jest „jakieś” od samego początku, od dnia narodzin. Wiesz, jakie pytanie zadaje się młodym rodzicom najczęściej?

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Bezwarunkowa miłość i bezstresowe wychowanie

Czy dziecko dużo płacze i czy dobrze śpi?

Czy przesypia całe noce. To pytanie, które wcześniej czy później po narodzinach dziecka usłyszą wszyscy rodzice. Od ciotki, kolegi z pracy, taksówkarza, obcych ludzi na ulicy. Problem w tym, że dziecko nigdy nie śpi całą noc, takie dzieci nie istnieją. To zostało dowiedzione naukowo i wszyscy o tym wiedzą, ale kolejne pokolenia rodziców i tak są tym pytaniem dręczone. Ono podkopuje ich poczucie własnej wartości, zasiewa w głowach myśl, że chodzi o jakąś fundamentalną regułę. „Coś robię źle” albo „Z moim dzieckiem jest coś nie tak” – rodzice zaczynają się dręczyć. A przecież są w szczególnym momencie: narodziny dziecka wywróciły ich świat do góry nogami, mają pod opieką bezbronną istotę, do tego – no właśnie – nie dosypiają. I tak, przemęczeni i dręczeni przez innych, zaczynają komunikować swojemu dziecku, że nie jest doskonałe, kompletne. „No śpij, śpij więcej. Czekamy, aż się poprawisz”. Co można zinterpretować: „Będziemy cię bardziej kochać, jeśli zaczniesz wreszcie spać”. Później większość dorosłych dopracuje to hasło: „Kocham cię, ale…”. I to „ale” możemy dowolnie rozwijać: ale posprzątaj pokój, umyj naczynia, lepiej się ucz, bądź grzeczniejszy(a), lepiej jedz. I tak całe społeczeństwa wychowują poranionych, niewierzących w siebie ludzi. 

Jakie są twoje rany z dzieciństwa? 

Nie miałem toksycznych rodziców, nigdy nie chodziłem do szkoły, nie miałem żadnych przemocowych rówieśników. Więc tak się składa, że ja nie zostałem poraniony. Moje dzieciństwo było naznaczone zaufaniem. Rodzice dali mi poczucie, że kochają mnie takim, jaki jestem, dzięki czemu widziałem w nich bezpieczny port, do którego zawsze mogłem zawinąć i który dał mi poczucie pewności siebie i bezpieczeństwa. Dzisiaj nazywam to „ekologią dzieciństwa” i zrobiłem z tego przesłanie dla rodziców z całego świata. 

Nie wierzę, że rodzice nigdy ci niczego nie zakazali albo nie powiedzieli: „Idź spać”.

Oczywiście, że nie pozwalali mi na wszystko. Nasze życie podlegało strukturom i było pełne rytuałów. Co więcej, jeśli z jakiegoś rytuału rezygnowaliśmy albo został zaburzony z powodu podróży czy wizyty gości, czułem się niepewnie. Każdego dnia o 20.30 odkładałem zabawki, brałem kocyk, misia i kładłem się do łóżka. Ze spokojem. Bawiłem się już cały dzień i wiedziałem na pewno, że następnego ranka będę mógł wrócić do ulubionych zajęć, że nikt mi tego nie zabroni i nie powie: „Masz ważniejsze rzeczy na głowie”. Bo dla dziecka nie ma ważniejszej sprawy niż zabawa. Tak poznaje siebie, tak poznaje świat i przez to się uczy. Jeśli dzieciom nie będziemy przeszkadzać, one będą się uczyły same, będą zawsze robiły „coś”. Nie trzeba tego za nie wymyślać. Mój młodszy syn Benjamin wstaje o trzeciej nad ranem i prosto z łóżeczka idzie się bawić do innego pokoju. I my nie przeszkadzamy mu w tym. Dlatego kładzie się spać jak kiedyś ja: ze spokojem, ponieważ jest zmęczony, a w odłożeniu zabawy do następnego dnia nie widzi katastrofy. 

Czemu inne dzieci przeżywają dramat, kiedy się je wysyła do łóżka? 

Moim zdaniem dlatego, że nie mają pewności, co się będzie działo, kiedy się obudzą. I dlatego, że mają złe doświadczenia, że wcześniej się nie nabawiły tyle, ile potrzebowały. Dzieci nie mają problemu z przyjęciem zasad czy z rytuałami. Są im wręcz niezbędne, bo dają poczucie bezpieczeństwa. I pewnie teraz chciałabyś mi podać przykłady dzieci, które się buntują albo nie chcą się podporządkować regułom? Jestem przekonany, że tak się dzieje wtedy, kiedy na co dzień często słyszą „nie”. Moi rodzice też mi nieraz czegoś zabraniali – ale rzadko, na co dzień miałem swobodę działania. Dlatego nie przechodziłem buntu jako nastolatek. Jeśli dziecko słyszy zazwyczaj „tak”, a tylko czasem „nie”, idzie na ustępstwa. Gorzej, jeśli jest odwrotnie. 

Twoje życie nie jest więc opowieścią o totalnej wolności. 

Nie popieram koncepcji pozostawienia dziecka całkowicie samemu sobie, bo moim zdaniem totalna wolność dałaby takie same skutki, co jej przeciwieństwo, czyli nadmierna kontrola. Ludzie często mylą wolność z robieniem wszystkiego, na co ma się ochotę. To błąd. Zapytałem ostatnio mojego starszego syna, 10-letniego, co dla niego oznacza wolność. Odpowiedział: „To jest wtedy, kiedy się mnie traktuje poważnie”. No więc ja miałem taką wolność. Sypiałem tak długo, jak mi to było potrzebne, nikt mnie nie budził do szkoły.  

Przymus nauczania nie jest skuteczny

Nie chodziłeś do szkoły, ale rodzice zdobywali dla ciebie nauczycieli: wujek uczył cię informatyki, przyjaciel domu – matematyki, ktoś inny fizyki, a mama tkactwa. 

Tak, ale to ja wybierałem, co teraz robię. Wolno mi było uczyć się tylko tego, co mnie pociągało. Nikt mi nie narzucał tematów czy przedmiotów. Tego, co to jest prąd, uczyłem się w trakcie budowania kolejki elektrycznej. Gitarę skleiłem, bo chciałem na niej grać, a tylko „przy okazji” dowiadywałem się, co to jest akustyka. Uczyłem się wyłącznie tego, co mnie obchodziło: chciałem mieć kolejkę i chciałem grać na gitarze, i te chęci przywiodły mnie do nauki. Mogłem codziennie uczyć się niemieckiego i nikt mi nie mówił po 45 minutach, że czas się skończył albo że lepiej, gdybym teraz się zajął matematyką. Nigdy nie usłyszałem, że z czegoś jestem słaby, mogłem się doskonalić w tym, co mnie zachwycało. Podczas gdy dzisiaj całe społeczeństwa podlegają abstrakcyjnej obsesji kształcenia się. Szkoły uczą mnóstwa rzeczy z  wielu dziedzin i wpychają uczniom regułki, choć ich mózg przygotowany jest raczej do rozwiązywania problemów niż do pamięciówek. Czy wiesz, jaki wniosek ze szkolnej edukacji łączy ludzi z całego świata? 

Mówią, że nie pamiętają niczego ze szkolnych przedmiotów.

Według badań zapominają 80 proc. wciskanej przez szkołę wiedzy. Resztę pamiętają – w głowie zostaje im to, z czym poczuli emocjonalny związek. Mózg najłatwiej uczy się rzeczy, które mają związek z emocjami, ale my jako społeczeństwo nie zwracamy na to uwagi. Więc kolejną rzeczą, która łączy uczniów ponad granicami, jest zdanie: „Jestem kiepski z matematyki”. Straszne. To jak przyznać się do bycia wybrakowanym, do wady, której nie da się usnąć. A przecież to zdanie powinno brzmieć: „Matematyka mnie nie obchodzi, dlatego jej nie umiem”. Zobacz, jakie to proste: od razu jest ci lżej, jeśli tak powiesz. Bo wtedy to nie z tobą jest coś źle, to po prostu matematyka cię nie obchodzi. 

Może trzeba uczniów nią bardziej zainteresować?

Żadna aktywność, której nie towarzyszy entuzjazm, nie prowadzi do skutecznej nauki. Motywacja musi przyjść z wewnątrz, z emocji, tylko wtedy będzie skuteczna. 

Urodziłeś się w zamożnej rodzinie intelektualistów. Niewiele dzieci ma taki sam start. 

Ale w wychowaniu dzieci najważniejsze są nie pieniądze, tylko szacunek i zaufanie. Nie musisz być zamożny, żeby uznać, że twoje dziecko nie musi się zmieniać i komuś dorównywać. Teraz świat interpretujemy jako groźną dżunglę i wmawiamy kolejnym pokoleniom, że muszą między sobą konkurować, żeby przetrwać. I że przetrwają tylko najsilniejsi. „Musisz walczyć, musisz być pierwszy, inaczej wszystko stracisz” – powtarzamy naszym dzieciom. Dlaczego nie bierzemy pod uwagę tego, co nauka mówi o naszym świecie? Naukowcy udowodnili, że w naturze liczy się współpraca, że nawet największe organizmy nie mogłyby istnieć bez tych malutkich. Więc nie konkurencja buduje nasz świat, ale wspólne działanie. Jeśli je sobie odpuścimy, świat nam się rozpadnie.

Chciałeś być zawodowym muzykiem – zostałeś mówcą. Czemu zrezygnowałeś z tamtego marzenia?

To, co robię ostatnio, traktuję jako misję. Kiedy gram, ludzie skupiają się na mnie. A kiedy mówię o dzieciach – ludzie myślą o dzieciach, nie o mnie. To ważniejsze. Wierzę, że tak mogę bardziej zmienić świat.

Rozmowa z André Sternem ukazała się w „Urodzie Życia” 3/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Janusz Józefowicz, Viva! 1/2019
Marta Wojtal

Janusz Józefowicz przyznaje, że nie był gotowy na dzieci 

„Ukradłem to dla mojej córeczki, a ona oszalała ze szczęścia”.
Opracowanie: Marzena Rogalska
04.09.2018

Żeby najstarszej córce wynagrodzić, że wciąż go nie ma, w sklepie z zabawkami w Szwecji ukradł dla niej różową walizeczkę. Był koniec lat 80. O swoim dorastaniu do bycia ojcem dla Kamy, Kuby i Kaliny Janusz Józefowicz opowiedział w rozmowie z Marzeną Rogalską.    Kiedy urodziła się moja pierwsza córka, Kamila, byłem studentem pierwszego roku Szkoły Teatralnej w Warszawie. Przed jej narodzinami przeżywałem trudne chwile, byłem wtedy związany z Teatrem Muzycznym w Chorzowie, wystawialiśmy rewie, musicale... Nagle, w 1981 r., cała idea tego teatru runęła. Razem z Danką, wtedy moją dziewczyną, kompletnie nie wiedzieliśmy, co ze sobą robić. Poczuliśmy się rozczarowani, oszukani. Wszystko rozsypało się jak domek z kart. Dokładnie w takim momencie okazało się, że Danka jest w ciąży. Postanowiliśmy się pobrać, zadzwoniłem szybko do moich rodziców, żeby przyjechali, bo ślub będzie za tydzień. Przez pierwszy rok Danka mieszkała z Kamą w Chorzowie, starałem się jeździć do nich na weekendy, ale różnie to wyglądało. Wybuchł stan wojenny, trzeba było załatwiać zezwolenia na przejazd. A ja w szkole harowałem od rana do nocy. Masakra. Byłem u progu kariery, szukałem swojego miejsca w świecie, a tu rodzina, obowiązki. Kochałem Dankę i Kamilkę, ale bardzo rzadko dawałem im to, czego oczekiwały. Kiedy byliśmy razem, byliśmy szczęśliwi, ale mnie wciąż nie było. A Kamilka rosła tak szybko... Może się usprawiedliwiam, ale pierwsze dziecko to dla wszystkich wyzwanie i przy nim robi się najwięcej błędów. Tak czy owak, wyrzuty sumienia stale kołatały mi się z tyłu głowy. Danka przyjechała z Kamilą do Warszawy. Pracowała w Teatrze Syrena, pomagali nam dziadkowie, rzadkie wakacje spędzaliśmy razem. Gdy Kama miała dziewięć, dziesięć lat, zacząłem wyjeżdżać z nią sam, zabierałem ją na koniec...

Czytaj dalej
Dawid Ogrodnik
fot. Szymon Szcześniak

Dawid Ogrodnik: „Jestem wierzący, ale dziś już nie praktykuję”

„W Hollywood za takie role dostaje się Oscary”, piszą krytycy po każdym jego filmie. Genialny w „Ostatniej rodzinie”, „Cichej nocy” i „Ikarze. Legendzie o Mietku Koszu”.
Magdalena Żakowska
10.11.2020

Mieszkałem przez rok na plebanii i wyciągnąłem z tego doświadczenia przerażający obraz tego, co się dzieje w Kościele. Byłem świadkiem sytuacji, kiedy księża pod pretekstem urlopu wyjeżdżali na seksualne orgie do Niemiec – mówi w wywiadzie Dawid Ogrodnik.  Przed nim kolejne wielkie role: w „ Na pełnej petardzie” zagra ks. Jana Kaczkowskiego, w „Broad Peak” – jednego z najlepszych polskich himalaistów Adama Bieleckiego, a w planowanym na ten rok „Najmro. Kocha, kradnie, szanuje” – kanciarza i „mistrza więziennych ucieczek” Zbigniewa Najmrodzkiego.  Magdalena Żakowska: Ile jest Dawida Ogrodnika w Mieczysławie Koszu?   Dawid Ogrodnik: Nie chciałbym, żeby ktoś poza mną znał odpowiedź na to pytanie. Ale odpowiem tak: w filmie są trzy sceny, które nie są historią Mieczysława Kosza. Jedna jest historią Krzysztofa Komedy – to ta scena, w której pijany Kosz nie może przypomnieć sobie melodii utworu, który ma zagrać na koncercie, i prosi kolegę, żeby mu zanucił. Druga dotyczy relacji Kosza z jego partnerką. A trzecia scena jest sceną z mojego życia. Opowiedziałem ją Maćkowi Pieprzycy i stwierdziliśmy, że warto ją umieścić w filmie, bo dobrze oddaje też prawdę o Koszu.  Która to scena? Nie mogę powiedzieć. To zbyt osobiste. Ta rola to taka kreacja totalna. Jak w filmie „Chce się żyć”, gdzie zagrałeś chłopaka z porażeniem mózgowym, czy w „Ostatniej rodzinie”, gdzie wcieliłeś się w postać Tomasza Beksińskiego.   Tym razem moje przygotowania polegały na tym, że Lech Możdżer przysyłał mi filmy, w których gra – z różnych ujęć kamery w swoim mieszkaniu we Wrocławiu, a ja odpalałem je na laptopie, a potem godzinami próbowałem odtworzyć. Ćwiczyłem też grę na...

Czytaj dalej
Mariusz Szczygieł
Adam Lach/FORUM

Mariusz Szczygieł przyznaje: „Ze mnie taki miły gość…”

Pisarz przekonuje, że jest słodziakiem z wyboru.
Jakub Janiszewski
04.01.2019

Dla wielu ludzi mówienie innym „spadaj” jest proste jak wydalanie. Dla mnie nie. Po dziś dzień męczę się i pocę, gdy muszę to zrobić. Ale już umiem, mogę. Słodziakiem jestem z wyboru – mówi Mariusz Szczygieł w rozmowie z Jakubem Janiszewskim   Na twojej stronie internetowej jest taki wpis: „W związku z tym, że w ostatnim miesiącu dostaję dziesiątki maili z prośbą o pomoc w znalezieniu pracy w dziennikarstwie albo chociaż umieszczenie tekstu w jakimś tytule, odpowiadam, że nawet jako Dziennikarz Roku nie mam takich możliwości”. Wyobrażałeś sobie kiedyś siebie na miejscu tych młodych ludzi, którzy do ciebie piszą? Zawsze, kiedy dostaję takiego maila. To są kiepskie czasy dla dziennikarstwa. Etatów nie ma, pracy nie ma. Chcesz pisać rzeczy wartościowe, to nie spłacisz kredytu, nie utrzymasz rodziny. Są przyparci do muru. Ale po nagrodzie Woyciechowskiego i tytule Dziennikarza Roku zacząłem dostawać masę listów. Mogłem już tylko przeklejać te same odpowiedzi albo zrobić to hurtem. Wyraźnie powiedzieć, że nie mogę i nie chcę pośredniczyć. Mogę poradzić – i zrobiłem to – jak tej pracy lepiej szukać.   Bo ty w ogóle lubisz radzić. Mnie parę lat temu powiedziałeś, że jeśli chcę coś osiągnąć, to mam zawsze planować pięć lat do przodu. Potem nigdy nie miałem okazji cię zapytać, jak tobie to planowanie wychodziło i czy rzeczywiście działało. Długi czas myślałem, że zrobiłem w życiu mnóstwo błędów, a największym z nich było prowadzenie „Na każdy temat” w Polsacie. Nie mogę patrzeć na tego faceta. Czasem, jak mi przysyłają jakieś kawałki, które krążą po sieci, to mnie mdli. Czuję się, jakbym oglądał siebie sfotografowanego nago, przez SB, w jakiejś dwuznacznej sytuacji.   To dlaczego w ogóle w to...

Czytaj dalej
Joaquin Phoenix
East News

Joaquin Phoenix wychował się w sekcie, a jego brat, River, zmarł na jego oczach

Joaquin Phoenix żył w sekcie, miał sześć lat, kiedy został aktorem i 19 lat, kiedy starszy brat na jego oczach przedawkował narkotyki. Gdy 2 lata później Joaquin wrócił do aktorstwa, wszystko się zmieniło. Najbardziej on sam.
Magdalena Żakowska
02.11.2020

Joaquin Phoenix jechał krętą drogą na wzgórzach Hollywood. Nagle hamulec przestał działać, a samochód zaczął nabierać tempa. Z olbrzymią prędkością zjechał na pobocze, spadł ze skarpy, dachował i wbił się przednim zderzakiem w ziemię. Był 2006 rok, a Joaquin Phoenix cudem uniknął wtedy śmierci. Choć od dawna gardził dziennikarzami, po tym wypadku po raz pierwszy w życiu zwrócił się do nich sam z siebie i wygłosił oświadczenie. „Kiedy leżałem w szoku w roztrzaskanym aucie, usłyszałem głos mężczyzny z wyraźnie niemieckim akcentem. Pytał, czy żyję, prosił, żebym się uspokoił. Odpowiedziałem, że jestem przytomny i spokojny. Siedząc tak do góry nogami, unieruchomiony przez poduszki powietrzne, wyciągnąłem z kieszeni papierosa i zapaliłem. Wtedy w oknie pojawiła się twarz Wernera Herzoga. Zabrał mi papierosa i zapalniczkę: »Chyba jednak nie jesteś całkiem przytomny, skoro odpalasz papierosa w samochodzie zalanym benzyną«. Uśmiechnął się, wyjął telefon i zadzwonił po pogotowie. Potem pomógł mi wydostać się z auta, ale zebrał się spory tłum, więc nie czekał ze mną na ambulans. Rozumiem, też nie lubię robić z siebie sensacji. Chciałem mu publicznie podziękować za pomoc. Jestem zachwycony, że mogłem go poznać. Ten wypadek skończył się w sumie całkiem szczęśliwie, okazało się, że Bóg ma niemiecki akcent”. Dziennikarze podeszli do sprawy sceptycznie, podejrzewając, że to kolejna prowokacja Phoeniksa, ale kilka lat później niemiecki reżyser potwierdził jego wersję zdarzeń. Prawdopodobnie to jedyna prawdziwa historia, którą Joaquin opowiedział mediom na swój temat. Imiona rodzeństwa Phoenix: Rzeka, Wolność, Deszcz, Lato Od zawsze wiadomo było, że jest inny. Z początku wydawało się, że to konsekwencja ekscentrycznego...

Czytaj dalej