Czy zerwanie kontaktu z rodziną może nam wyjść na dobre?
Getty Images

Czy zerwanie kontaktu z rodziną może nam wyjść na dobre?

Odpowiada psychoterapeutka, Ewa Chalimoniuk.
Karolina Rogalska
15.10.2018

Rodzina to źródło ciepła, bezpieczeństwa, miłości, a czasem ogromnego cierpienia. Bo konflikty, które bolą najbardziej, to te z najbliższymi. Czasami konflikty rodzinne są tak silne, że łatwiej zerwać relacje z krewnymi, niż utrzymywać więzi i spotykać się przy stole. Co zrobić, kiedy ranimy się tak mocno, że łatwiej zerwać więź, niż o nią walczyć? O tym, dlaczego bliscy nas ranią najmocniej i czy zerwanie kontaktów z rodziną może być dla nas dobre, opowiada Ewa Chalimoniuk, psychoterapeutka.

Karolina Rogalska: Artyści z grupy Twożywo zrobili kiedyś plakat z napisem: „Tarcie to ciepło, ciepło to rodzina”. Czy ci, których kochamy najbardziej, mogą najmocniej nas zranić?

Ewa Chalimoniuk: Rodzina jest po to, żeby zaspokoić podstawowe potrzeby emocjonalne człowieka: bezpieczeństwa, przywiązania, bezwarunkowej akceptacji i miłości. Jeśli tego nie dostajemy, to cierpimy. W stosunku do najbliższych mamy też największe oczekiwania, więc te zawody bardzo bolą. Ktoś, kogo nie kochamy, nie może sprawić nam głębokiego bólu. Jeżeli ubliży pani pijak na ulicy, to zezłości się pani i pójdzie dalej, ale jeśli zrobi to ukochany syn czy rodzic? Miłość i nienawiść to dwa końce tej samej liny.

Czasem ten ból jest tak wielki, że ludziom łatwiej zerwać kontakt niż pozostać w relacji, ale czy cena, jaką za to płacą, nie jest zbyt wysoka?

Jest bardzo wysoka. Myślę jednak, że rzadko kto zrywa kontakt z rodziną bez ważnego powodu. Musimy czuć się mocno zranieni, nierozumiani czy nieakceptowani w jakiejś swojej decyzji – wyboru partnera, wiary czy ścieżki życiowej – że dokonujemy tak ostatecznego gestu. Najczęściej decydują się na to ludzie, którzy nie mieli bezpiecznej więzi z rodzicami. Doświadczający w tej relacji upokorzeń, odrzucenia albo przemocy psychicznej, fizycznej czy seksualnej. Zerwanie więzi z rodziną to bardzo trudne i bolesne doświadczenie. Dla obu stron. Często tym trwającym w więzi jest łatwiej niż tym, którzy decydują się ją zerwać.

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Zerwanie kontaktów z rodziną to trudna decyzja

Dziś wiele rodzin zrywa relacje z tak błahego powodu, jak na przykład poglądy polityczne. Ostatnio w kawiarni znajomy opowiadał mi, że nie utrzymuje kontaktu z ojcem, który popiera inną partię. W pewnym momencie pani siedząca przy sąsiednim stoliku wtrąciła się do naszej rozmowy, mówiąc, że z tego samego powodu jej siostra, z którą przez 50 lat miała dobry kontakt, przestała do niej dzwonić.

Nie sadzę, że teraz ludzie częściej zrywają więzi niż kiedyś. Dziś po prostu mają odwagę, żeby głośno o tym mówić. Mam nadzieję, że zjawiska społeczne czy polityczne, o których rozmawiamy, są przejściowe, że te rodziny się na trwałe nie podzielą. Czasem, rzeczywiście, trudno jest przebywać razem, bo różnice światopoglądowe są tak duże, że dochodzi do awantur. Ludzie wybierają więc mniejsze zło i nie kontaktują się ze sobą. Ale nie jest to jeszcze zerwanie więzi, bo zwykle one nadal są podtrzymywane, tyle że nie w sposób bezpośredni. Tata nie podchodzi do telefonu, ale mama zdaje relację, co u niego. Poszczególni członkowie rodziny nie kontaktują się, nie rozmawiają, ale więź nadal jest. Powodem zerwanych czy naderwanych więzi rodzinnych są nie tylko podziały polityczne, ale też kulturowe czy te dotyczące wyznawanych wartości lub wiary. Żyjemy w dobie tak szybkich przemian, że niektórzy ludzie nie mogą mentalnie za tym nadążyć.

Różnice światopoglądowe są wystarczającym powodem do zerwania relacji, czy już wcześniej musiało dziać się źle?

Bywa różnie. Zwykle te więzi już wcześniej były pozorne: słabe, trudne, nadwątlone. Ale czasami, w geście rozpaczy, ludzie decydują się na taki ruch z nadzieją, że na przykład wpłyną na dziecko, które postępuje wbrew ich woli. Wyobraźmy sobie taką sytuację: młoda osoba oznajmia rodzicom, z którymi wcześniej miała dobre relacje, że jest homoseksualna i chce zamieszkać ze swoim partnerem, na co ojciec czy matka mówią: „Po moim trupie” lub ,,Nie jesteś już moim dzieckiem”. Wtedy syn czy córka, jeśli mają na to siłę i wsparcie z zewnątrz, mogą powiedzieć: „Jeśli tak, to ja zrywam kontakt, nie zobaczycie mnie więcej”. Rodzina ma nadzieję, że ta osoba się „opamięta” i wróci, a ona, dopóki najbliżsi jej nie przeproszą i nie uznają jej decyzji, może nigdy się już do nich nie odezwać. Bo czuje, że została w swoim jestestwie przez nich odrzucona. Zraniona w najwrażliwszych dla człowieka obszarach – własnej tożsamości i prawie do samostanowienia o swoim życiu.

Dlaczego czasami stanie na straży wartości i przekonań wygrywa z miłością do dziecka?

To jest kwestia bardzo złożona. Rodziny, które mają sztywne granice, nie potrafią elastycznie adaptować się do zmian czy otwierać na inność, bardzo przeżywają, gdy któryś z jej członków wyłamuje się z obowiązujących wzorców czy postaw. Traktują to jak porażkę, sprzeniewierzenie się klanowi. W dodatku zachowanie czy postawa niezgodne z tym, co uznane za normę, mogą być negatywnie oceniane przez otoczenie. Bo co ludzie powiedzą, kiedy się wyda, że mamy córkę lesbijkę? Albo że nasz syn nie ochrzcił dziecka? Rodzice, zwłaszcza żyjący w małych społecznościach, mogą w związku z tym odczuwać wstyd i lęk, a czasem wściekłość. Gdy dzieci kontestują wartości, które im przekazujemy, w które mocno wierzymy, swoimi wyborami godzą w nasze poczucie tożsamości, której ważną częścią są nasz system przekonań i wiara. Do tego polskie rodziny mają bardzo duży komponent lojalnościowy, czyli biorą odpowiedzialność za czyny krewnych. Dzieci wstydzą się za ojca, który je bije, albo za matkę alkoholiczkę. A rodzice się wstydzą za dzieci, które źle się uczą lub nie potrafią zarobić pieniędzy. Zupełnie jakby między członkami rodziny nie było granic. A przecież dziecko to oddzielny człowiek, wszystko, co robi, idzie na jego własny rachunek. Wybory dorosłych członków naszej rodziny nie świadczą o nas.

Toksyczni rodzice – moda na obwinianie czy przełamanie tabu?

Obwinianie rodziców za życiowe nieszczęścia to popularny trend. Książka Susan Forward „Toksyczni rodzice” stała się przecież międzynarodowym bestselerem. Destrukcyjny wpływ rodziny na nasze życie jest też często omawiany podczas psychoterapii. Czy upowszechnienie tej wiedzy nie powoduje, że zerwanie więzi jest dziś łatwiejsze niż kiedyś?

Może się zdarzyć, że młody człowiek pod wpływem tego typu literatury zacznie używać swoich urazów, zranień i frustracji z dzieciństwa do separowania się, czyli przerwania symbiotycznej relacji z rodzicami. Dzięki temu ma szanse stać się dorosłym. Często te krzywdy czy zaniedbania są prawdziwe, ale niekoniecznie muszą być wynikiem złej woli rodziców. Są raczej efektem błędów, braku wiedzy, doświadczenia, albo przekonania, że dotychczasowe wzorce wychowania dzieci były prawidłowe i adekwatne. Rodzice mówią: „OK, czasem cię ojciec zlał, ale nikt wtedy nie wiedział, że to jest przemoc, chcieliśmy dobrze, a ty każesz się przepraszać”. Młody człowiek może wówczas odejść od rodziny, na przykład wyjechać na rok do Islandii albo w góry lub wyprowadzić się do przyjaciół. Ale nie nazwałabym tego zerwaniem więzi, raczej zerwaniem symbiozy z rodzicami. Nigdy nie słyszałam, żeby z takich powodów ktoś na zawsze przestał się odzywać do rodziny.

Znam natomiast taki przypadek, że kobieta po przeczytaniu odpowiedniej literatury odważyła się wreszcie wyznać matce, że ojciec w dzieciństwie ją molestował. Usłyszała wtedy: „Co ty wymyślasz? Co za głupoty, jak możesz?!”. Jednym słowem, doświadczyła powtórnego odrzucenia.

Czyli?

Najpierw została zdradzona przez ojca, a później przez matkę. W nikim nie znalazła oparcia, zupełnie jakby nie miała rodziny. A liczyła, że jej krzywda w końcu zostanie uznana, że zostanie wreszcie przez matkę przyjęta ze swoim żalem i poczuciem opuszczenia, a sprawca – osądzony i ukarany. Niestety, tak się nie stało. To zwykle są bardzo trudne sytuacje, bo każdy ma swoją własną historię o tym, co działo się w dzieciństwie. Na przykład jeden z braci twierdzi, że jako dziecko był katowany przez ojca, a cała rodzina mówi, że to nieprawda. Nie tylko matka, ale i rodzeństwo, które jest o kilka lat młodsze, i takiego traktowania nie doświadczyło. Bo ojciec w ciągu tych kilku lat przestał pić i nad resztą dzieci już się nie znęcał. Niemożność bycia przyjętym w swoim subiektywnym odczuciu jest tragiczna. I właśnie w takich momentach ludzie zrywają więzi.

Przed naszą rozmową przejrzałam fora internetowe, na których ludzie dzielą się doświadczeniami związanymi z opuszczeniem rodziny. Wiele osób pisze, że sytuacja w domu nigdy nie była dobra, ale dopiero gdy w ich życiu pojawił się partner czy partnerka, dochodziło do eksplozji.

Jeżeli dorosłej osobie stawia się ultimatum: on czy ona albo my, to wiadomo, że powinna wybrać partnera. Jeśli postąpi inaczej, to oznacza, że jest wiecznym dzieckiem, uzależnionym od swoich rodziców. Kiedy rodzice boją się o dziecko, bo człowiek, z którym się ono wiąże to narkoman albo złodziej czy pięciokrotny rozwodnik, mogą powiedzieć: „Dziecko, boję się o ciebie, uważam, że źle robisz, ale będę w tym wszystkim przy tobie”. Ale jeżeli zamiast tego uciekają się do szantażu albo nie idą na ślub, to zwiększają ryzyko rozpadu rodziny. Mogą usłyszeć: „Jeśli nie szanujecie mojej dorosłości, także moich błędów, a wasze potrzeby, choćby troski o mnie, są dla was ważniejsze, skoro mnie opuszczacie w tak ważnym momencie, to ja nie chcę mieć z wami nic wspólnego”.

Czasami rodzina obsadza nas w roli, której nie chcemy, na przykład osoby, która kosztem własnych planów ma przejąć opiekę nad starzejącymi się rodzicami. Kiedy usiłujemy tę rolę porzucić i układać życie po swojemu, natrafiamy na opór tak wielki, że jedynym ratunkiem może być zerwanie więzi.

Czasem ludzie się buntują, przechodzą ten proces separacji dopiero w wieku pięćdziesięciu czy sześćdziesięciu lat. Dojrzewają do świadomości, że byli kochani warunkowo, czyli wtedy, gdy pełnili wyznaczone funkcje. I choć wcześniej, gdy matka zadzwoniła, gnali do niej, nawet jeśli akurat byli potrzebni w swoim domu, po latach, pod wpływem książek, męża czy dorosłych już dzieci, zaczynają wreszcie dostrzegać toksyczność relacji, w jakiej funkcjonują. Mówią, że już nie chcą postępować wbrew sobie, żeby zasłużyć na miłość i akceptację. Próbują rozmawiać z rodzicami, wyznaczać granice, żeby nie pozwalać się dalej ranić. Wtedy najczęściej słyszą: „Jak nie spełniasz moich oczekiwań, to nie jesteś już moim dzieckiem”. I tej osobie zostaje już tylko pogodzenie się z gorzką prawdą, że jej potrzeby są dla rodzica nieważne. Wówczas przeżyje jakiś rodzaj straty i cierpienia, ale poczuje też ogromną ulgę wynikającą z faktu, że wreszcie stanęła po swojej stronie.

Rodzina to system, więc jeśli my zerwiemy relacje z matką, to nasze dzieci tracą babcię, a mąż teściową.

Niekoniecznie. Mam klientkę, której zmarł mąż. Byli bardzo dobrym małżeństwem. Po jego śmierci ta kobieta nie mogła się podnieść. Tym bardziej że rok wcześniej zmarli również jej brat i ojciec. Matka nigdy nie spytała, jak ona sobie radzi po tej stracie. W każdej rozmowie opowiadała o własnym cierpieniu, domagała się kolejnych przysług. W pewnym momencie kobieta uznała, że sama już więcej do swojej matki nie zadzwoni, a telefon działa przecież w dwie strony. I tak kontakt się urwał. Za to jej córka często rozmawia z babcią. Nie przeszkadza jej to, jaka babcia jest, nie boli jej to tak, jak matkę. Jednocześnie rozumie i szanuje tę decyzję. Można powiedzieć, że wzięła całą odpowiedzialność za relacje ze starszą panią na własne barki.

A jeżeli rodzice umrą, a my zostaniemy z ogromnymi wyrzutami sumienia? Będziemy się obwiniać, ale będzie już za późno.

Są sytuacje, w których po prostu nie da się nic zrobić. Proszę sobie wyobrazić, że jedzie pani do swoich rodziców, a oni mówią, że dopóki czegoś tam pani nie zrobi, nie postąpi wbrew sobie, to drzwi ich domu pozostaną zamknięte. Pisze pani listy, próbuje dzwonić, ale słuchawka jest odkładana. Nie pozostaje pani nic innego, jak zaprzestać prób kontaktu, przepracować tę stratę i się z nią pogodzić. Bo z drugiej strony nie ma woli, aby tę relację naprawić, spotkać się w pół drogi. Kiedy w takiej sytuacji ktoś z rodziny dzwoni, że matka czy ojciec zmarli, pozostaje pytanie, czy powinniśmy jechać na pogrzeb. Wiele osób będących u mnie w terapii ma z tym problem. Trzeba mieć świadomość, że śmierć niczego nie rozwiązuje. Dalej będziemy zatruwać się myślami, przeżywać dawne emocje. Warto więc podjąć tę decyzję w zgodzie ze sobą. Pomyśleć: z czym chcemy dalej żyć? Tylko zdrowa więź z rodzicami pozwala na dobrą separację. Jeśli nasza taka nie była, trzeba pewne rzeczy przepracować samemu.

Domyślam się, że nie jest to łatwe.

To jest bardzo trudne. Wiele lat temu pracowałam z młodzieżą uzależnioną od narkotyków. Przyjechała do nas pewna badaczka z Wielkiej Brytanii, która chciała sprawdzić, jak symbiotyczna więź z rodzicem wpływa na skłonności dzieci do uzależnień. Okazało się, że niektóre dzieci, zbyt mocno trzymane przez matki na emocjonalnym sznurze, aby się odseparować, idą w narkotyki. Żeby tej matce – bo najczęściej są to matki – dowalić i dzięki temu wreszcie się od niej uwolnić. To są oczywiście procesy nieświadome. Robię z siebie tak trudne dziecko, że rodzic zaczyna się modlić, żebym wreszcie sobie poszedł. W skrajnych przypadkach modli się o śmierć, bo nie może już patrzeć na moją destrukcję i cierpienie. Te związania są tak silne, że normalny bunt tu nie wystarcza. Dziecko intuicyjnie to czuje, dlatego używa tak drastycznych środków. Robi to, żeby się wreszcie oddzielić od matki, która w inny sposób nie pozwoli mu odejść. Stać się autonomicznym bytem.

Powiedziała pani, że osoby, które zrywają destrukcyjną relację, płacą za to wyższą cenę niż te, które w niej pozostają. Dlaczego?

Bo dotykamy tu spraw z obszaru kulturowego tabu. W związku z tym zawsze gdzieś w środku pozostaje lęk, że kiedyś spotka nas za to kara. Że to może wrócić i jeśli nie my, to wnuki albo prawnuki będą musiały zapłacić za nasze czyny. Jak w antycznej tragedii. Jednak z tym lękiem i poczuciem winy trzeba się uporać. Bo gdzieś na końcu jest egzystencjalne, bardzo trudne pytanie: „O kogo muszę zawalczyć?”. O siebie czy o osobę, którą porzucam? Z praktyki wiem, że większość rodziców stara się dbać o dzieci najlepiej, jak potrafi, ale z powodu własnych ograniczeń i problemów, tego, czego sami doświadczyli w przeszłości, część z nich nie jest w stanie zapewnić podstaw dobrej więzi, o których mówiłyśmy na początku: miłości, bezpieczeństwa i bezwarunkowej akceptacji.

Może warto wziąć to pod uwagę i – jeśli nasze rany nie są zbyt głębokie – zamiast żegnać się z prawdziwym rodzicem, ale też córką, synem czy rodzeństwem, pożegnać się z nadzieją, że ci ludzie się zmienią, a my w końcu dostaniemy od nich to, czego do tej pory nie potrafili nam dać. Czyli przyjąć ich takimi, jacy są. I z tą urealnioną osobą próbować odbudować więź na nowych zasadach.

Ewa Chalimoniuk – psychoterapeutka współpracująca z Laboratorium Psychoedukacji. Posiada duże doświadczenie w pracy z osobami po stracie, przeżywającymi żałobę. Pomaga ludziom w kryzysie i z nieprzeżytą traumą. Przez wiele lat prowadziła zajęcia na Uniwersytecie SWPS. W latach 2009-2011 przewodnicząca Polskiego Towarzystwa Integracji Psychoterapii.

***

Rozmowa z Ewą Chalimoniuk ukazała się w „Urodzie Życia” 8/2018

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
rodzina patchworkowa
Getty Images

Rodzina patchworkowa: czy on pokocha moje dzieci? - wywiad z psychologiem

„Zobacz, to są moje dzieci i ty masz je tak samo kochać jak mnie”. Ale to jest nie do zrobienia. Dlatego, że inaczej się kocha kobietę, a inaczej kocha się dzieci. Poza tym nawet własnych dzieci nie kochamy automatycznie, tylko się ich uczymy.
Anna Maruszeczko
22.10.2018

Rodzina patchworkowa przeżywa inne problemy niż rodzina, w której dzieci mają biologicznych rodziców. Przykład: nowy partner mamy dzieci nie był zainteresowany przejęciem kontroli, władzy, tylko tym, co im dać, żeby trochę wzrosły. Bacznie się im przyglądając, zauważył podstawowy deficyt, jakim był brak uwagi. „Kobiety nie mogą swoją miarką mierzyć partnera, który ma krótszy albo żaden staż rodzicielski. Na początku taki mężczyzna bardziej potrzebuje wsparcia, niż to wsparcie może dawać. Ale jeżeli partnerzy się naprawdę kochają, to dzieci będą objęte tą miłością” – zapewnia psychoterapeuta i filozof Jacek Masłowski. Anna Maruszeczko: Mamy nową parę, która się na tyle mocno kocha, że planuje wspólne życie, ale – UWAGA! – ona ma dzieci. On deklaruje, że nie ma nic przeciw, a mimo to wspólne życie się nie układa. Jacek Masłowski: A czy on już jest tatą? Pytam, ponieważ jest grupa mężczyzn, którzy nie są w  stanie być ojcami dla nie swoich dzieci. Z reguły dotyczy to tych, którzy mają już swoje. Przeżywają coś w rodzaju dylematu, poczucia winy, blokady: „Skoro nie mogę być ojcem dla własnych dzieci, to czy będę potrafił być ojcem dla cudzych? Swoim coś zabrałem, tym mam dać? Czy to jest w porządku?”. To praktycznie uniemożliwia wejście w głęboką relację z nową partnerką. Drugie pytanie, które mi się nasuwa, to: „Czy ta kobieta szuka partnera dla siebie, ojca dla swoich dzieci czy może jednego i drugiego?”. Jednego i drugiego! To chyba oczywiste? Wcale nie. Czasem kobieta szuka przede wszystkim opiekuna dla swoich dzieci. W tym przypadku jest tak: „Kochaj mnie w pakiecie z moimi dziećmi”. Tylko że dzieci stają okoniem. Bo dzieci już mają tatę. Nie trzeba być na co dzień ze sobą, żeby dzieci...

Czytaj dalej
Syndrom DDD
Adobe Stock

Dorosła skrzywdzona Dziewczynka z rodziny Dysfunkcyjnej. Jak wyleczyć ten ból?

Kiedy cień nieszczęśliwego dzieciństwa kładzie się na nasze dorosłe życie, warto uświadomić sobie, w jakich wzorcach tkwimy i poszukać pomocy, żeby z nich wyjść.
Aleksandra Nowakowska
29.05.2020

Perfekcjonistka. Idealne matka. Przyjaciółka, na której zawsze można polegać – bardzo często Dorosła Dziewczynka z rodzin Dysfunkcyjnej pozornie świetnie sobie radzi w życiu. Napięta do ostatnich granic, umie ogarnąć rzeczywistość – bo nauczyła się tego, gdy była mała. Wiedziała, że musi liczyć tylko na siebie, nieraz – że to na jej plecach spoczywa odpowiedzialność za całą rodzinę, dlatego dziś, w dorosłym życiu, nadal prze do przodu jak automat. Porównanie do bezdusznego automatu nie jest przypadkowe: kobiety pochodzące z dysfuncyjnych rodzin mają ogromny problem z odczuwaniem jakichkolwiek uczuć: zarówno trudnych: złości, gniewu, jak i radości czy nadziei. Często nie umieją kochać i być kochane – w środku czują ciągły lęk przed odrzuceniem. Nawet kiedy odnoszą sukcesy zawodowe – a tak bywa bardzo często – nie mają poczucia własnej wartości, często towarzyszy im tzw. syndrom oszusta, czyli przekonanie, że wszystko, co osiągnęły, przytrafiło im się przez przypadek. Cały czas są głodne pochwał i uznania – nigdy nie są w stanie się tym nasycić. Czują pustkę, której nic nie jest w stanie wypełnić. Jeżeli nie uzyskają pomocy terapeutycznej, z tym strasznym poczuciem pustki przejdą przez całe życie.  Skąd się bierze syndrom DDD? Trauma z dzieciństwa nie musi być związana z przemocą i wykorzystywaniem seksualnym. O wiele częściej w naszym kraju DDD – syndrom Dorosłego Dziecka z rodziny Dysfunkcyjnej jest spowodowany po prostu alkoholizmem rodziców, zaniedbaniami czy rozwodem.   Każde dziecko, aby prawidłowo się rozwijać, potrzebuje poczucia bezpieczeństwa i przewidywalności, które zapewniają opiekunowie. Jeśli nie mają zapewnionej bezpiecznej struktury ani kojącej rutyny, gdy nie mają jasnych...

Czytaj dalej
dziedziczenie
Magnum photo/Photo power

Co dziedziczymy po przodkach? Na przykład nieudane związki i nasze lęki

Trauma z przeszłości, np. naszej babci, nie tylko zniszczyła jej psychikę, ale i zmieniła biochemię jej mózgu. Ta zmiana ma też wpływ na nas. „Może wreszcie przyszedł czas, aby się z tymi naszymi wdrukowanymi lękami z przeszłości zacząć rozprawiać”, mówi psychoanalityczka Wiola Rebecka.
Karolina Morelowska-Siluk
12.10.2018

Dziedziczymy cechy charakteru po członkach naszej rodziny – to wiedza powszechna. Jednak jak się okazuje, to nie wszystko: „w spadku” dostajemy znacznie więcej. Na życie prawnuczki bardzo realny wpływ może mieć to, czego w swoim życiu doświadczyła jej prababka. Karolina Morelowska-Siluk: Czy to znaczy, że życie każdego z nas naznaczone jest historiami naszych przodków? Wiola Rebecka: Tak, potencjalnie każdy z nas naznaczony jest przeżyciami poprzednich pokoleń swojej rodziny. I to tymi najgorszymi, najcięższymi doświadczeniami, niestety. Od kilku miesięcy prowadzę w Nowym Jorku projekt, który dotyczy właśnie tego zagadnienia: trauma transmission, czyli przekazywania traumy. Dokładna nazwa mojego projektu brzmi: „Rape. A  History of Shame”, czyli: „Gwałt. Historia wstydu”. Tym konkretnym tematem, tą konkretną traumą nie zajęłam się bez powodu. To temat, który dotyczy mojej własnej rodziny. 20 lat temu poznałam sekret, jaki moja babcia nosiła w sobie przez kilkadziesiąt lat. Była więźniarką obozu koncentracyjnego w Ravensbrück, przeżyła piekło, będąc poddawana eksperymentom medycznym jako jeden z tak zwanych „rabbits”, czyli królików doświadczalnych. Ale to nie był koniec jej dramatu. Podczas wyzwolenia została zgwałcona przez sołdata Armii Czerwonej. Jak wszyscy wiemy, gwałt jest ogromną traumą. Dla osoby zgwałconej, dla rodziny takiej osoby, dla potencjalnego dziecka, które urodzi się z tego gwałtu, ale także, i z tego już niewielu z nas zdaje sobie sprawę, dla kolejnych pokoleń w tej rodzinie, bo to właśnie jedno z tych doświadczeń, które przenosi się jako tak zwany przekaz transgeneracyjny. Przeżycie mojej babci, przez lata ukrywane, bez wątpienia ma wpływ na życie mojej mamy, na moje życie i życie moich dzieci. Jak to się dzieje? Jak to możliwe, że...

Czytaj dalej