Porozmawiajmy o rozmawianiu: kiedy wybrać milczenie, kiedy ucieszyć się z „niedogadywania się”?
iStock

Porozmawiajmy o rozmawianiu: kiedy wybrać milczenie, kiedy ucieszyć się z „niedogadywania się”?

O niedogadywaniu się, które jest pożyteczne. O tym dlaczego „mówienie" myli nam się z „rozmawianiem" i o milczeniu, które też bywa rozmową. I to jaką!
redakcja „Uroda Życia”
15.10.2020

Drugi człowiek konieczny jest do tego, żeby siebie w ogóle usłyszeć. Sprawdzić, co tam we łbie przeszkadza, albo i pomaga. Co się zgadza, co czemu przeczy bądź się wyklucza – opowiada psycholożka Magdalena Trus-Urbańska, która wydała właśnie książkę „DoSłownie. Rzecz o porozumiewaniu się” (wyd. Onepress, Sensus, 2020).

Jak pisze, sama zorganizowała sobie kiedyś tygodniowy obóz przetrwania: 

– Przez siedem dni – tłumaczy – postanowiłam jak na diecie 1000 kalorii konsumować zdrowo rzeczywistość, rozumiejąc wszystkich i wszystko z buddyjską wręcz cierpliwością i współczuciem. Dogadywać się ze sobą i światem całym. Koncyliacyjnie podchodzić do każdej relacyjnej sytuacji, w której uczestniczę bezpośrednio lub pośrednio.

Przez pierwsze trzy dni żyłam jak oświecony Budda normalnie. Czwartego dnia przechodziłam klasyczny kryzys głodnego człowieka. Głodnego intensywnych emocji i jakiegoś choćby niewielkiego konflikciku wewnętrznego. I wkurwiało mnie wszystko, jak leci. I nie nacjonaliści wymachujący prawymi łapami w rzymskim pozdrowieniu, politycy z gębami wykrzywionymi w grymasie, gdy używano w rozmowie skrótu LGBT, albo kolejna bezsensowna wojna na Bliskim Wschodzie.

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Niedogadujmy się dla zdrowia

Mnie irytował szczypiorek w spożywczaku, który leżał tam, gdzie zawsze był koperek, mail z pytaniem o możliwość wzięcia zlecenia za dobrą kasę i Mariusz Szczygieł, który wydał kolejną zajebistą książkę. Piątego dnia byłam tak umęczona, że było mi już wszystko jedno. Nie chciało mi się ani rozumieć, ani nie rozumieć. Dopiero tak pod koniec siódmego dnia, wolnego już od roboty rozumienia i nierozumienia, porozumień i nieporozumień, uznałam, że każda dieta musi być zrównoważona. A równowaga to nie równość. Gdy tylko przyjęłam do wiadomości, że niedogadywanie się z ludźmi, i ze sobą, jest mi konieczne, niezbędne wręcz do tego, żeby żyć zdrowo, to poczułam się jak po melisie. Totalnie uspokojona, że nie muszę pobierać innych ziół na odlotowe życie. Nie bywam jednakowa. Równo przycięta. Jestem totalnie niejednakowa. I bywam nierówna.

Żyję wśród równie niejednakowych i nierównych ludzi. Mogę się oczywiście elegancko irytować na ich nierówności, z pominięciem swoich własnych, bo moje nierówności zawsze będą równiejsze od nierówności innych. Mogę też zrobić kaskaderski manewr, skoczyć z ufnością w przepaść „nie mojego” i zobaczyć, jak tam jest. Od samego przyglądania się jeszcze nikt na planie życiowym nie zginął. Od słuchania uszy nie wypełniają się natychmiast woskowiną. Mówienie jest proste. Słowa poskładane w zdania są przedstawicielami naszych myśli. Reprezentują nas albo poprawnie stylistycznie i gramatycznie, albo nie. To nie jest duży kłopot. Kłopotem bywa czasami to, że mówienie zdarza nam się mylić z rozmawianiem...

Osąd pogania osądem

Nasze umysły są jak spadochrony – działają tylko wtedy, gdy są otwarte. „Ja mam tak, a ty jak masz?”To jest zmieniona wersja pytania: a co ty o tym sądzisz? Słyszycie tutaj osąd? Ja tak. Mnie od razu konie pod maską wiozą do opinii wyrażonej w trybie natychmiastowym, bez możliwości niesądzenia czegoś na jakiś tam temat. Czuję się tak zobligowana do sądzenia, że zaczynam się nawet znać na uprawie bobu oraz hodowli dżdżownic. Osąd jest produktem końcowym. Nie jest żadną opowieścią o mnie, jest kropką na końcu procesu sądzenia. I to w zasadzie zamyka sprawę. Ja sądzę, ty sądzisz. Jak sądzimy tak samo, to ekstra. Jak sądzimy inaczej, to phi! Nie może być przecież dwóch różnych osądów. Mogą. W pytaniu pierwszym: „A ty skąd tak masz, że myślisz tak właśnie?” kryje się zaproszenie do opowiedzenia, a nie powiedzenia tylko. Ja lubię opowieści.

I teraz będzie opowieść prawie wigilijna. Proszę. Niespełna tydzień przed świętami Bożego Narodzenia. Prowadzę ostatni wykład w sezonie 2018. W przerwie wykładu dochodzę do grupki babek, które omawiają wyższość obrusów lnianych nad nie lnianymi, tylko tymi innymi, na które można wylewać barszcz czerwony, a one, te obrusy, nic. Len się gniecie. Te sztuczne obrusy są brzydkie, i do tego nienaturalne, a teraz na czasie naturalność jest. Bo wiadomo, ziemia nam się zaczyna troszkę psuć. W powietrzu fruwają te wszystkie osądy, acz zgrabnie ukryte gdzieś pomiędzy słowami uprzejmości, potakiwaniami i uśmiechem wyrazistych ust, bo maźniętych pomadką róż koko szanel: „no ja to nie kumam”…, „ja bym tak nie mogła”…, „to jak nie święta”…, „a po co to się w ogóle nad tym zastanawiać…?” Osąd osądem pogania, a mety nie widać.

Otwartość jest prostsza

Rozmowa wydaje się bez sensu, bo prawdopodobnym jest, że za kilka chwil panie rozejdą się każda w przekonaniu, że jej koncepcja obrusowa jest optymalna i mogłaby obowiązywać jako rozporządzenie Ministerstwa Estetyki i Użyteczności (co więcej, po świętach ta rozmowa będzie bez kompletnego znaczenia dla żadnej strony tego obrusowego sporu). I nagle rzutem na taśmę pada pytanie rozjemca: „A ty ten lniany, to czemu... to się nie gniecie, lubisz len?”, „Noo, bo ja mam taką małą firmę z mężem i my szyjemy z lnu obrusy i pościele i... ja już od lat... to gdybym mogła, to i ręczniki miałabym z lnu. He he”. „Aaaa, no tak”. „A te takie sztuczne, niebrudzące się, co mówiłaś, to...?”, „Mam trzy siostry, i wszystkie mamy małe dzieci, jak ja bym położyła len, to byłoby po lnie, po stole i po barszczu”, „Aaa, no tak...”. I już.

Przejście z trybu powiedz na opowiedz jest warunkiem dojścia do dowiedz się. I te obrusy oczywiście nie świadczą o postawie życiowej. Są stenogramem z, wydawałoby się banalnej, rozmowy o dość nieistotnych sprawach. Ale w tych nieistotnościach właśnie kryją się nasze postawy globalne. Te postawy wobec świata: moje jest lepsze od twojego. Nie. Jeszcze inaczej. Właściwsze, a nawet fajniejsze. Otwartość na inne od mojego może być naturalna i normalna, jak to, że pobieram tlen z powietrza, i to nawet podczas snu.
 
Mam jeszcze gorszą wiadomość: otwartość jest ogromnie prosta do stosowania. Nic szczególnego nie trzeba robić. Jest w zasadzie bezwysiłkowa. I to jest jak z paleniem i niepaleniem. Palenie jest czasochłonne, bo poza samym aktem wdychania tytoniu trzeba pamiętać o jego zakupie, o zapalniczce, która zawsze znika w nieodpowiednim momencie, trzeba pamiętać o odświeżaczu do ust, gdy zamierzamy się całować.

W niepaleniu nic nie trzeba robić w kwestii palenia. W byciu otwartym też żadnych szczególnych działań nie trzeba podejmować. W byciu nieotwartym, czyli zamkniętym, trzeba bardzo uważać, żeby nie przegapić momentu, w którym należy się zamknąć. I jeszcze trzeba pamiętać, na co się zamyka. Mnie by się to tak wszystko mieszało, że ja bym na pewno o czymś zapomniała.

Z nawykowym przywiązaniem do „mojego lepszego” oczywiście da się żyć. Ciężko zaczyna być wówczas, gdy usilnie próbujemy przekonać do czegoś, do czego przekonać się nie da i w ogóle niewarte jest przekonywania. Co zmieni na świecie przekonanie połowy populacji do uznania, że kolor łososiowy to nie bladoróżowy? Niewiele. Co zmieni na świecie przekonanie połowy populacji, że homoseksualizm to nie pedofilia? Wiele.

W budowie mojego DNA jeden z łańcuchów owinięty jest lenistwem i zamiast napierać na opór, który tylko irytował mi końcówki nerwowe, zaczęłam używać aparatu mowy, który sprawę załatwia mi w trymiga. Fabryka intelektualna, która produkuje oceny, przekonania i stereotypy, ma fajrant, a całą robotę robi mi aparat mowy. Zaczęłam po prostu najpierw pytać. W odpowiedziach gruchnęło ulewą osobistych historii, których ja nie miałam, a podobnych wcześniej nie znałam. Niektóre wbiły się w umysł jak permanentny makijaż na brwi i noszę je do dzisiaj w pamięci, bo po prostu były dla mnie ważne. Za tymi historiami kryły się wszystkie inności, do których nie miałabym dostępu, gdybym nie zapytała o nie. Dopytując, dowiaduję się, żeby zrozumieć, a nie podważyć, choć oczywiście mogę się zadziwić, nierzadko nawet zbulwersować. Dosłuchując do końca, robię to, co podobno charakteryzować powinno każdego dojrzałego i rozumnego człowieka. Rozwijam się. I to sama! Samorozwijam się, po prostu. Ale nie to jest najważniejszą korzyścią. Największą jest luksus zajmowania się istotnościami, a nie pierdołami.
 

Milczenie  jak sztuka kulinarna

To, że milczę, nie znaczy że nie mam nic do powiedzenia. Milczenie obrosło w wiele mitów. A to że jest złotem i że gdy ktoś milczy, to znaczy, że słucha, a gdy zamilkniesz na kogoś, to on w końcu pojmie, jakim jest bęcwałem, bo tylko w milczeniu można do takich konkluzji dochodzić. W milczeniu jest wiele nie tylko znaczeń, ale i funkcji, co czyni je bardziej skomplikowanym niż sama rozmowa. Dlatego właśnie ja nie mogę milczeć na milczenie. Tym bardziej że sama brałam w nim udział i to nie zawsze z przychylnych innym pobudek.

Milczenie nie jest niemówieniem. Znaczy, czasami jest, ale częściej nie. Jest niemówieniem, gdy milczeniem robi się miejsce na słuchanie i przyjmowanie tego, co się słyszy, bez przymusu natychmiastowego odpowiadania. Chodzi o to, by milczeć przez chwilę na siebie, żeby pomieścić treści drugiego człowieka. Nierzadko ogromnie trudne, i o nim, i na nasz temat. Nie chodzi o to, by przyjmować bezkrytycznie, zgadzać się bezrefleksyjnie; rzecz w tym, żeby odroczyć odpowiadanie. Dosłuchać do końca. W finale wypowiedzi bowiem czasami ukryta jest esencja. Niedotarcie do niej to jakby pozbawić się szansy na sukces, zrozumienia i porozumienia.

Są trzy rodzaje milczenia. Są przemilczenia, jest milczenie skoncentrowane na słuchaniu i milczenie jako kara.(…) Milczenie skoncentrowane na słuchaniu jest ekstra. Tak milczeć potrafią ludzie o wysokich kwalifikacjach milczących. I tu nie chodzi o to, by się powstrzymywać, miny stroić, walkę wewnętrzną prowadzić, by jakiegoś jaszczura z paszczo-gęby nie wydobyć. Z tym milczeniem jest jak ze sztuką kulinarną. Japońską sztuką, gdyż na myśli mam japońską rybę fugu. Źle oporządzona i podana restauracyjnemu gościowi może skutkować ciężkim zatruciem, a nawet śmiercią.

Aby przyrządzić rybę fugu, trzeba mieć w Japonii odpowiedni certyfikat. Innymi słowy, trzeba posiadać zaświadczenie o swoich kwalifikacjach. Gdyby certyfikować umiejętność znaczącego milczenia, specjalistów byłoby niewielu na świecie chyba. Ale oni są, powiadam wam, znam takich śmiałków, którzy słuchają, żeby zrozumieć, zanim odpowiedzą w kontrze do tego, co usłyszeli.

Takie wysoko wykwalifikowane milczenie to milczenie dialogujące: w takim milczeniu jest miejsce na dosłuchanie do samego końca, na to, żeby nie odpowiadać od razu, nie myśleć raptownie i nie oceniać pochopnie. To jest milczenie, w którym można nie wiedzieć, nie rozumieć i nie umieć. To jest fajne milczenie. Odmowa rozmowy nie zawsze jest zwykłym milczeniem, czasami bywa karą. Kara z milczenia jest jak kilkugodzinne przemówienie Fidela Castro. Dotkliwie męczące.

Milczenie jak  przemoc

To tak, jakby milczenie było gumką myszką. Wygumkowywanie, wykreślanie z listy osób ważnych dla milczącego to istota milczenia karzącego. To tak, jakby wykreślić człowieka z jego własnego istnienia. Tak przynajmniej jest na początku. Gdy kara milczenia przechodzi w codzienność, staje się przemocą. Karany staje się współuzależniony. Przesiąknięty poczuciem winy, że nabroił strasznie, a kara i tak jest niewielka. Bo ta kara to przecież TYLKO cisza. W tej ciszy ludzie zaczynają się urządzać, miejsca ulubione sobie znajdywać. W tej ciszy karany milczeniem zaczyna dopowiadać sobie to, co wcale nie zostało wypowiedziane, a nawet nie zostało pomyślane. Na milczenie odpowiada się milczeniem. I to wcale nie jest trwanie w nierozmawianiu, to trwanie w dręczeniu. Uczucia zostają zapomniane, słowa się dezaktualizują, pragnienia tracą ważność. To nie jest fajne milczenie.

dosłownie
Fot. mat. prasowe

Powyższy fragment pochodzi z książki Magdaleny Trus-Urbańskiej „DoSłownie. Rzecz o porozumiewaniu się”, wyd. Onepress, Sensus, 2020.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Czy ciche dni w związku mają znaczenie?
Krists Luhaers/Unsplash.com

Ciche dni w związku. Czy milczenie naprawdę działa?

Konflikty i spory pojawiają się w każdej relacji. To normalne. Psychologowie przekonują, że to raczej ich brak jest sygnałem alarmującym, że coś niedobrego dzieje się w związku. Zatem choć konflikty są całkiem „zdrowe”, „niezdrowe” mogą być sposoby radzenia sobie z nimi. A co z tzw. cichymi dniami?
Karolina Morelowska-Siluk
23.11.2020

Wśród wielu nieporozumień dotyczących konfliktów jednym z dość powszechnych jest założenie, że tzw. ciche dni są dobrą metodą radzenia sobie ze sporem. Tymczasem niektórzy psychologowie sądzą, że „ciche dni” to nic innego jak potoczne określenie zjawiska, które w psychologii nazywane jest ostracyzmem społecznym. Polega ono na maksymalnym  ograniczeniu kontaktów z drugą osobą, zarówno pod względem ich częstotliwości, jak i jakości. Ciche dni w związku jako kara Do korzystania z metody „cichych dni” w relacjach z partnerem otwarcie przyznaje się w Polsce 1 na 4 osoby. W Stanach Zjednoczonych 7 na 10 osób potwierdza, że używa tej formy „komunikacji”. Partner, który rozpoczyna tę grę milczenia, może mieć różne intencje. Najczęstszą z nich jest chęć ukarania drugiej strony. Zatem milczenie jest rodzajem zemsty. Pytanie, co z taką „karą” zrobi druga strona? Jak poradzi sobie z nieprzyjemną sytuacją? Są przynajmniej dwie możliwości: jedna z nich to próba pojednania, druga zawzięte trwanie przy swoim stanowisku. Wtedy z pewnością konflikt będzie eskalował. Czytaj także: Jak mówić o swoich potrzebach w związku? Otwarcie, na bieżąco i na chłodno Czas, który ma leczyć Ludzie wykorzystują „ciche dnie” także do tego, by zyskać czas niezbędny do uspokojenia się, odzyskania kontroli nad swoimi emocjami, które podczas konfliktu „szaleją”. W tym przypadku problem polega na tym, że osoba „karana” ciszą zazwyczaj nie jest świadoma tych intencji. Dla niej czas jest w tym przypadku męczarnią – rozmyśla o konflikcie, odczuwa całe mnóstwo negatywnych emocji. W konsekwencji brak komunikacji, zamiast obniżyć poziom emocji u obu stron, przyczynia się do jego wzrostu przynajmniej u jednej z nich....

Czytaj dalej
7 książek psycholo
Fot. iStock

Książki psychologiczne pod choinkę – polecamy 10 najciekawszych tytułów

O miłości, wrażliwości, o tym, jak nie zabijać sobie codzienności sprzeczkami, o apetycie na sukces – najlepsze książki psychologiczne na Gwiazdkę dla tych, którzy chcą lepiej poznać siebie i swoje relacje.
Agnieszka Dajbor
16.12.2020

Książki psychologiczne mogą pomóc nam lepiej poznać i zrozumieć siebie. Dają wiedzę, która może nieraz nas uratować: przed depresją, toksycznym związkiem albo decyzjami, których żałowałybyśmy przez resztę życia. Dlatego – jeśli chcesz komuś dać naprawdę dobry prezent na święta, pomyśl o dobrym poradniku psychologicznym. W 2020 roku wyszło dużo naprawdę świetnych propozycji! Polecamy 7 książkowych nowości psychologicznych, które pozwolą nam lepiej zrozumieć siebie i nasze relacje z bliskimi. „Psychiatrzy” Chociaż już co czwarty Polak mierzy się z zaburzeniami psychicznymi, to nadal psychiatria jest traktowana po macoszemu – pokazuje to choćby nikła liczba oddziałów psychiatrycznych i łóżek, które się tam znajdują. Kryzys psychiczny albo choroba psychiczna ciągle są stygmatyzujące. Ciągle wstydzimy się powiedzieć, że potrzebowaliśmy pomocy specjalisty albo że ktoś z naszych bliskich cierpi na schizofrenię czy uzależnienie. Ewa Pągowska, dziennikarka, w swojej książce „Psychiatrzy” rozprawia się z mitami i przekłamaniami, które wciąż towarzyszą tematowi naszego zdrowia psychicznego. Zadaje trudne pytania, ale jej rozmówcy nie boją się na nie odpowiadać. Na książkę składają się rozmowy z piętnaściorgiem wybitnych specjalistów w dziedzinie psychiatrii, m.in. prof. Jackiem Wciórką , drem n. med. Bartoszem Grabskim i prof. dr hab. n. med. Agatą Szulc.  „Psychiatrzy. Sekrety polskich gabinetów”, Ewa Pągowska, Znak 2020 „Nigdy dość. Mózg a uzależnienia” Judith Grisel upiła się po raz pierwszy, kiedy miała 13 lat. I spodobało jej się to uczucie. Niedługo później doszły narkotyki. Przez kolejną dekadę szukała wszelkich okazji, by się odurzyć, to był właściwie cud...

Czytaj dalej
homoseksualne dziecko
iStock

„Moje dziecko nie jest hetero” – rodzice na coming out swojego dziecka LGBT reagują żałobą

Dyskusja o osobach LGBT (lesbijkach, gejach, osobach biseksualnych i transpłciowych) wciąż nie prowadzi do większej tolerancji i akceptacji. Nieheteronormatywne osoby często boją się powiedzieć o swojej orientacji seksualnej własnym rodzicom – a rodzice na taką wiadomość często nie wiedzą, jak zareagować.
Anna Zych
17.06.2020

Szok, niedowierzanie. Rodzice osób LGBT często mówią, że podczas coming outu swojego dziecka czuli się tak, jakby nastąpił koniec świata, jakby spotkała ich jakaś kara. Złoszczą się, zamykają w sobie, zaprzeczają. Nie zdają sobie sprawy, że syn czy córka nie obudzili się pewnego dnia z takimi słowami na ustach: „Jestem gejem”, „Jestem lesbijką”. Oni przeszli wiele trudnych chwil, załamań, czuli się inni. Z terapeutką Paulą Chmielewską rozmawia Anna Zych. Coming out dziecka Anna Zych: „Mamo, tato, muszę wam coś powiedzieć…”. I rodzic słyszy, że jego dziecko jest homoseksualne. Co teraz?  Paula Chmielewska: Gdy dziecko ujawnia nieheteronormatywną tożsamość, w rodzicu przelewają się różne emocje. Pierwszymi reakcjami najczęściej są złość, niedowierzanie, szok, potem smutek, żal, nawet żałoba.  Żałoba? Brzmi strasznie. Tak. Rodzic nagle dowiaduje się, że w ogóle nie zna swojego dziecka. Zdarza się oczywiście, że coś podejrzewał, widział, że syn czy córka odróżniają się od rówieśników, ale mimo wszystko ta informacja zaskakuje, bo najczęściej sygnały były bagatelizowane. Mogą pojawić się wyrzuty sumienia, poszukiwanie winy w sobie. Rodzic zaczyna analizować sposób wychowania dziecka, postępowania z nim. I zastanawia się, gdzie popełnił błąd? Tak. W przestrzeni publicznej funkcjonuje dużo stereotypów na temat tego, skąd bierze się orientacja inna niż heteroseksualna. Jest dużo teorii zupełnie nieprawdziwych, np. że przyczyną mógł być nieobecny ojciec czy nadopiekuńcza mama. A to nie ma wpływu na tożsamość dziecka, ona warunkowana jest biologicznie. Czyli nie da się dziecku zaszczepić homoseksualności czy transpłciowości. Albo w drugą stronę: nie da się zaszczepić...

Czytaj dalej
do slow
iStock

Joga i medytacja pomogą nam żyć slow. Nie dajmy się miejskiemu pośpiechowi!

Jak być slow w wielkim mieście, gdy pośpiech to nasza codzienność? Natalia Kraus znawczyni i trenerka jogi oraz slow life napisała o tym książkę i opracowała Złotą Receptę na codzienny slow. Dla każdej z nas!
redakcja „Uroda Życia”
11.08.2020

Wielkie miasta kojarzą nam się raczej z zaganianiem i stresem  niż byciem slow. Niby spowolnił nas trochę covid - przez prace zdalną odpadły przynajmniej męczące dojazdy do pracy i stanie w korkach. Ale biura mamy teraz w domu, na głowie rodzinę, dom, kredyty, itp.  Jak pisze Natalia Kraus w swojej nowej książce „Slow w wielkim mieście” ( wyd. „Sensus” i „Onepress”, 2020) dla nas „żyjących w dużych miastach, termin „slow life” kojarzy się zwykle z czymś, na co po prostu nie możemy sobie pozwolić. Niektórym wydaje się nawet, że życie slow jest wtedy, kiedy rzuca się wszystko, wyjeżdża na wieś, łowi ryby w pobliskim jeziorze i kupuje jedzenie od lokalnych gospodarzy. Aby żyć slow, wcale nie trzeba dokonywać spektakularnych rewolucji. Nie trzeba zmieniać ani pracy, ani miejsca zamieszkania, ani wielu innych czynności, które na co dzień wykonujemy”. Ponieważ – jak tłumaczy Natalia Kraus – slow life można całkowicie wkomponować w twój dotychczasowy tryb życia. Ona sama po wnikliwej obserwacji codziennego życia rodziny i wielu rozmowach na ten temat z przyjaciółmi opracowała kilka podstawowych zasad życia slow na co dzień w dużym mieście. „Jeśli pominiesz choć jedną z nich, wypadniesz z rytmu", opowiada autorka.  „Są ze sobą ściśle powiązane i prowadzą Cię przez kolejne godziny dnia tak, aby przeżyć go we własnym, dobrym tempie. Nazwałam te zasady Złotą Receptą na codzienny slow. Oto one”: 1. Wstań wcześniej. 2. Wykonuj wszystkie poranne czynności w stanie uważności. 3. Zjedz ciepłe śniadanie. 4. Pomedytuj lub pojoguj przed wyjściem.
 5. Jedź do pracy zgodnie z zaleceniami zendrivingu.
 6. W pracy zastosuj zasady Zen to done.
 7. Zjedz zdrowy lunch i pamiętaj o regularnych przerwach na odpoczynek.
 8....

Czytaj dalej