Porozmawiajmy o rozmawianiu: kiedy wybrać milczenie, kiedy ucieszyć się z „niedogadywania się”?
iStock

Porozmawiajmy o rozmawianiu: kiedy wybrać milczenie, kiedy ucieszyć się z „niedogadywania się”?

O niedogadywaniu się, które jest pożyteczne. O tym dlaczego „mówienie" myli nam się z „rozmawianiem" i o milczeniu, które też bywa rozmową. I to jaką!
redakcja „Uroda Życia”
15.10.2020

Drugi człowiek konieczny jest do tego, żeby siebie w ogóle usłyszeć. Sprawdzić, co tam we łbie przeszkadza, albo i pomaga. Co się zgadza, co czemu przeczy bądź się wyklucza – opowiada psycholożka Magdalena Trus-Urbańska, która wydała właśnie książkę „DoSłownie. Rzecz o porozumiewaniu się” (wyd. Onepress, Sensus, 2020).

Jak pisze, sama zorganizowała sobie kiedyś tygodniowy obóz przetrwania: 

– Przez siedem dni – tłumaczy – postanowiłam jak na diecie 1000 kalorii konsumować zdrowo rzeczywistość, rozumiejąc wszystkich i wszystko z buddyjską wręcz cierpliwością i współczuciem. Dogadywać się ze sobą i światem całym. Koncyliacyjnie podchodzić do każdej relacyjnej sytuacji, w której uczestniczę bezpośrednio lub pośrednio.

Przez pierwsze trzy dni żyłam jak oświecony Budda normalnie. Czwartego dnia przechodziłam klasyczny kryzys głodnego człowieka. Głodnego intensywnych emocji i jakiegoś choćby niewielkiego konflikciku wewnętrznego. I wkurwiało mnie wszystko, jak leci. I nie nacjonaliści wymachujący prawymi łapami w rzymskim pozdrowieniu, politycy z gębami wykrzywionymi w grymasie, gdy używano w rozmowie skrótu LGBT, albo kolejna bezsensowna wojna na Bliskim Wschodzie.

Niedogadujmy się dla zdrowia

Mnie irytował szczypiorek w spożywczaku, który leżał tam, gdzie zawsze był koperek, mail z pytaniem o możliwość wzięcia zlecenia za dobrą kasę i Mariusz Szczygieł, który wydał kolejną zajebistą książkę. Piątego dnia byłam tak umęczona, że było mi już wszystko jedno. Nie chciało mi się ani rozumieć, ani nie rozumieć. Dopiero tak pod koniec siódmego dnia, wolnego już od roboty rozumienia i nierozumienia, porozumień i nieporozumień, uznałam, że każda dieta musi być zrównoważona. A równowaga to nie równość. Gdy tylko przyjęłam do wiadomości, że niedogadywanie się z ludźmi, i ze sobą, jest mi konieczne, niezbędne wręcz do tego, żeby żyć zdrowo, to poczułam się jak po melisie. Totalnie uspokojona, że nie muszę pobierać innych ziół na odlotowe życie. Nie bywam jednakowa. Równo przycięta. Jestem totalnie niejednakowa. I bywam nierówna.

Żyję wśród równie niejednakowych i nierównych ludzi. Mogę się oczywiście elegancko irytować na ich nierówności, z pominięciem swoich własnych, bo moje nierówności zawsze będą równiejsze od nierówności innych. Mogę też zrobić kaskaderski manewr, skoczyć z ufnością w przepaść „nie mojego” i zobaczyć, jak tam jest. Od samego przyglądania się jeszcze nikt na planie życiowym nie zginął. Od słuchania uszy nie wypełniają się natychmiast woskowiną. Mówienie jest proste. Słowa poskładane w zdania są przedstawicielami naszych myśli. Reprezentują nas albo poprawnie stylistycznie i gramatycznie, albo nie. To nie jest duży kłopot. Kłopotem bywa czasami to, że mówienie zdarza nam się mylić z rozmawianiem...

Osąd pogania osądem

Nasze umysły są jak spadochrony – działają tylko wtedy, gdy są otwarte. „Ja mam tak, a ty jak masz?”To jest zmieniona wersja pytania: a co ty o tym sądzisz? Słyszycie tutaj osąd? Ja tak. Mnie od razu konie pod maską wiozą do opinii wyrażonej w trybie natychmiastowym, bez możliwości niesądzenia czegoś na jakiś tam temat. Czuję się tak zobligowana do sądzenia, że zaczynam się nawet znać na uprawie bobu oraz hodowli dżdżownic. Osąd jest produktem końcowym. Nie jest żadną opowieścią o mnie, jest kropką na końcu procesu sądzenia. I to w zasadzie zamyka sprawę. Ja sądzę, ty sądzisz. Jak sądzimy tak samo, to ekstra. Jak sądzimy inaczej, to phi! Nie może być przecież dwóch różnych osądów. Mogą. W pytaniu pierwszym: „A ty skąd tak masz, że myślisz tak właśnie?” kryje się zaproszenie do opowiedzenia, a nie powiedzenia tylko. Ja lubię opowieści.

I teraz będzie opowieść prawie wigilijna. Proszę. Niespełna tydzień przed świętami Bożego Narodzenia. Prowadzę ostatni wykład w sezonie 2018. W przerwie wykładu dochodzę do grupki babek, które omawiają wyższość obrusów lnianych nad nie lnianymi, tylko tymi innymi, na które można wylewać barszcz czerwony, a one, te obrusy, nic. Len się gniecie. Te sztuczne obrusy są brzydkie, i do tego nienaturalne, a teraz na czasie naturalność jest. Bo wiadomo, ziemia nam się zaczyna troszkę psuć. W powietrzu fruwają te wszystkie osądy, acz zgrabnie ukryte gdzieś pomiędzy słowami uprzejmości, potakiwaniami i uśmiechem wyrazistych ust, bo maźniętych pomadką róż koko szanel: „no ja to nie kumam”…, „ja bym tak nie mogła”…, „to jak nie święta”…, „a po co to się w ogóle nad tym zastanawiać…?” Osąd osądem pogania, a mety nie widać.

Otwartość jest prostsza

Rozmowa wydaje się bez sensu, bo prawdopodobnym jest, że za kilka chwil panie rozejdą się każda w przekonaniu, że jej koncepcja obrusowa jest optymalna i mogłaby obowiązywać jako rozporządzenie Ministerstwa Estetyki i Użyteczności (co więcej, po świętach ta rozmowa będzie bez kompletnego znaczenia dla żadnej strony tego obrusowego sporu). I nagle rzutem na taśmę pada pytanie rozjemca: „A ty ten lniany, to czemu... to się nie gniecie, lubisz len?”, „Noo, bo ja mam taką małą firmę z mężem i my szyjemy z lnu obrusy i pościele i... ja już od lat... to gdybym mogła, to i ręczniki miałabym z lnu. He he”. „Aaaa, no tak”. „A te takie sztuczne, niebrudzące się, co mówiłaś, to...?”, „Mam trzy siostry, i wszystkie mamy małe dzieci, jak ja bym położyła len, to byłoby po lnie, po stole i po barszczu”, „Aaa, no tak...”. I już.

Przejście z trybu powiedz na opowiedz jest warunkiem dojścia do dowiedz się. I te obrusy oczywiście nie świadczą o postawie życiowej. Są stenogramem z, wydawałoby się banalnej, rozmowy o dość nieistotnych sprawach. Ale w tych nieistotnościach właśnie kryją się nasze postawy globalne. Te postawy wobec świata: moje jest lepsze od twojego. Nie. Jeszcze inaczej. Właściwsze, a nawet fajniejsze. Otwartość na inne od mojego może być naturalna i normalna, jak to, że pobieram tlen z powietrza, i to nawet podczas snu.
 
Mam jeszcze gorszą wiadomość: otwartość jest ogromnie prosta do stosowania. Nic szczególnego nie trzeba robić. Jest w zasadzie bezwysiłkowa. I to jest jak z paleniem i niepaleniem. Palenie jest czasochłonne, bo poza samym aktem wdychania tytoniu trzeba pamiętać o jego zakupie, o zapalniczce, która zawsze znika w nieodpowiednim momencie, trzeba pamiętać o odświeżaczu do ust, gdy zamierzamy się całować.

W niepaleniu nic nie trzeba robić w kwestii palenia. W byciu otwartym też żadnych szczególnych działań nie trzeba podejmować. W byciu nieotwartym, czyli zamkniętym, trzeba bardzo uważać, żeby nie przegapić momentu, w którym należy się zamknąć. I jeszcze trzeba pamiętać, na co się zamyka. Mnie by się to tak wszystko mieszało, że ja bym na pewno o czymś zapomniała.

Z nawykowym przywiązaniem do „mojego lepszego” oczywiście da się żyć. Ciężko zaczyna być wówczas, gdy usilnie próbujemy przekonać do czegoś, do czego przekonać się nie da i w ogóle niewarte jest przekonywania. Co zmieni na świecie przekonanie połowy populacji do uznania, że kolor łososiowy to nie bladoróżowy? Niewiele. Co zmieni na świecie przekonanie połowy populacji, że homoseksualizm to nie pedofilia? Wiele.

W budowie mojego DNA jeden z łańcuchów owinięty jest lenistwem i zamiast napierać na opór, który tylko irytował mi końcówki nerwowe, zaczęłam używać aparatu mowy, który sprawę załatwia mi w trymiga. Fabryka intelektualna, która produkuje oceny, przekonania i stereotypy, ma fajrant, a całą robotę robi mi aparat mowy. Zaczęłam po prostu najpierw pytać. W odpowiedziach gruchnęło ulewą osobistych historii, których ja nie miałam, a podobnych wcześniej nie znałam. Niektóre wbiły się w umysł jak permanentny makijaż na brwi i noszę je do dzisiaj w pamięci, bo po prostu były dla mnie ważne. Za tymi historiami kryły się wszystkie inności, do których nie miałabym dostępu, gdybym nie zapytała o nie. Dopytując, dowiaduję się, żeby zrozumieć, a nie podważyć, choć oczywiście mogę się zadziwić, nierzadko nawet zbulwersować. Dosłuchując do końca, robię to, co podobno charakteryzować powinno każdego dojrzałego i rozumnego człowieka. Rozwijam się. I to sama! Samorozwijam się, po prostu. Ale nie to jest najważniejszą korzyścią. Największą jest luksus zajmowania się istotnościami, a nie pierdołami.
 

Milczenie  jak sztuka kulinarna

To, że milczę, nie znaczy że nie mam nic do powiedzenia. Milczenie obrosło w wiele mitów. A to że jest złotem i że gdy ktoś milczy, to znaczy, że słucha, a gdy zamilkniesz na kogoś, to on w końcu pojmie, jakim jest bęcwałem, bo tylko w milczeniu można do takich konkluzji dochodzić. W milczeniu jest wiele nie tylko znaczeń, ale i funkcji, co czyni je bardziej skomplikowanym niż sama rozmowa. Dlatego właśnie ja nie mogę milczeć na milczenie. Tym bardziej że sama brałam w nim udział i to nie zawsze z przychylnych innym pobudek.

Milczenie nie jest niemówieniem. Znaczy, czasami jest, ale częściej nie. Jest niemówieniem, gdy milczeniem robi się miejsce na słuchanie i przyjmowanie tego, co się słyszy, bez przymusu natychmiastowego odpowiadania. Chodzi o to, by milczeć przez chwilę na siebie, żeby pomieścić treści drugiego człowieka. Nierzadko ogromnie trudne, i o nim, i na nasz temat. Nie chodzi o to, by przyjmować bezkrytycznie, zgadzać się bezrefleksyjnie; rzecz w tym, żeby odroczyć odpowiadanie. Dosłuchać do końca. W finale wypowiedzi bowiem czasami ukryta jest esencja. Niedotarcie do niej to jakby pozbawić się szansy na sukces, zrozumienia i porozumienia.

Są trzy rodzaje milczenia. Są przemilczenia, jest milczenie skoncentrowane na słuchaniu i milczenie jako kara.(…) Milczenie skoncentrowane na słuchaniu jest ekstra. Tak milczeć potrafią ludzie o wysokich kwalifikacjach milczących. I tu nie chodzi o to, by się powstrzymywać, miny stroić, walkę wewnętrzną prowadzić, by jakiegoś jaszczura z paszczo-gęby nie wydobyć. Z tym milczeniem jest jak ze sztuką kulinarną. Japońską sztuką, gdyż na myśli mam japońską rybę fugu. Źle oporządzona i podana restauracyjnemu gościowi może skutkować ciężkim zatruciem, a nawet śmiercią.

Aby przyrządzić rybę fugu, trzeba mieć w Japonii odpowiedni certyfikat. Innymi słowy, trzeba posiadać zaświadczenie o swoich kwalifikacjach. Gdyby certyfikować umiejętność znaczącego milczenia, specjalistów byłoby niewielu na świecie chyba. Ale oni są, powiadam wam, znam takich śmiałków, którzy słuchają, żeby zrozumieć, zanim odpowiedzą w kontrze do tego, co usłyszeli.

Takie wysoko wykwalifikowane milczenie to milczenie dialogujące: w takim milczeniu jest miejsce na dosłuchanie do samego końca, na to, żeby nie odpowiadać od razu, nie myśleć raptownie i nie oceniać pochopnie. To jest milczenie, w którym można nie wiedzieć, nie rozumieć i nie umieć. To jest fajne milczenie. Odmowa rozmowy nie zawsze jest zwykłym milczeniem, czasami bywa karą. Kara z milczenia jest jak kilkugodzinne przemówienie Fidela Castro. Dotkliwie męczące.

Milczenie jak  przemoc

To tak, jakby milczenie było gumką myszką. Wygumkowywanie, wykreślanie z listy osób ważnych dla milczącego to istota milczenia karzącego. To tak, jakby wykreślić człowieka z jego własnego istnienia. Tak przynajmniej jest na początku. Gdy kara milczenia przechodzi w codzienność, staje się przemocą. Karany staje się współuzależniony. Przesiąknięty poczuciem winy, że nabroił strasznie, a kara i tak jest niewielka. Bo ta kara to przecież TYLKO cisza. W tej ciszy ludzie zaczynają się urządzać, miejsca ulubione sobie znajdywać. W tej ciszy karany milczeniem zaczyna dopowiadać sobie to, co wcale nie zostało wypowiedziane, a nawet nie zostało pomyślane. Na milczenie odpowiada się milczeniem. I to wcale nie jest trwanie w nierozmawianiu, to trwanie w dręczeniu. Uczucia zostają zapomniane, słowa się dezaktualizują, pragnienia tracą ważność. To nie jest fajne milczenie.

dosłownie
Fot. mat. prasowe

Powyższy fragment pochodzi z książki Magdaleny Trus-Urbańskiej „DoSłownie. Rzecz o porozumiewaniu się”, wyd. Onepress, Sensus, 2020.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Pexels

Jak wieść (wystarczająco) spełnione życie? Poznaj proste przepisy na szczęście

Nie musi być idealne, ważne, by było wystarczająco dobre. Dla nas samych nie według oczekiwań innych ludzi.
Sylwia Arlak
15.10.2020

Czytasz kolejny poradnik pod tytułem „jak prowadzić idealne życie” i kolejny raz załamujesz ręce. „Czy to musi być tak skomplikowane?” —  pytasz samą siebie. Oliver Burkeman z „The Guardian” przekonuje, że nie, o ile zmienimy oczekiwania. Słowo „idealne” zmień na „wystarczająco dobre” i koniecznie pamiętaj o kilku kwestiach: Zawsze będzie zbyt wiele do zrobienia... ... a uświadomienie sobie tego jest wyzwalające. Przestań karcić się za to, czego nie zrobiłaś. Zamiast wciąż zastanawiać się, czy czegoś nie zaniedbałaś, spędzaj czas aktywnie i  wybieraj to, co jest dla ciebie najważniejsze. „Czy to sprawi, że urosnę, czy wręcz przeciwnie? ” Zdaniem terapeuty James Hollisa, ważnych osobistych decyzji nie powinniśmy podejmować przez pytanie: „Czy to mnie uszczęśliwi?”, ale pytając: „Czy ten wybór sprawi, że urosnę, czy wręcz przeciwnie? ” Nie potrafimy przewidzieć, co nas uszczęśliwi. Drugie pytanie wywołuje głębszą, intuicyjną odpowiedzieć. Zwykle wiemy, czy odejście lub pozostanie w związku, czy pracy, jest dobre dla naszego rozwoju czy nie. Nie przejmuj się więc paleniem mostów. Nieodwracalne decyzje wydają się być bardziej satysfakcjonujące. Teraz mamy tylko jeden kierunek, w którym możemy podążać —  naprzód, niezależnie od dokonanego wyboru. Jeśli umiesz znieść lekki dyskomfort, posiadasz supermoc! To przerażające, jak łatwo odkładamy na bok nasze największe życiowe ambicje, tylko po to, by uniknąć ewentualnego dyskomfortu. Zdajesz sobie sprawę, że zainicjowanie trudnej rozmowy z przyjaciółką, zaproszenie kogoś na randkę czy sprawdzenie salda w banku, cię nie zabije, ale i tak odkładasz to w nieskończoność. Oswajaj się z uczuciem dyskomfortu. Możesz robić to stopniowo. Pozwól,...

Czytaj dalej
Isabella Rossellini
Isabella Rossellini z ukochanym psem Panem. Fot. @isabellarossellini

Isabella Rossellini: Starość daje dużo szczęścia. Jesteśmy grubsze, ale wolne! 

W wieku 42 lat straciłam wszystko – karierę filmową, kontrakt reklamowy, uwagę świata. Dziś mam 66 lat i wszystko to odzyskałam. Ale nie poradziłabym sobie, gdyby nie zwierzęta – mówi Isabella Rossellini.
Magdalena Żakowska
14.10.2020

Isabella Rossellini jest bardzo zajętą kobietą. Nie dość, że jest czynną aktorką, modelką, pisarką,  behawiorystką zwierzęcą i farmerką, to znajduje jeszcze czas na to, żeby opowiadać o seksie. W ciągu ostatnich kilku lat nakręciła serię filmów „Zielone porno " (serial dostępny na YouTube'ie), w których przebrana za różne gatunki opowiada o życiu seksualnym zwierząt: modliszkach, które zjadają samców w trakcie penetracji, wężach o dwóch penisach, dżdżownicach hermafrodytach, które są w seksie całkowicie samowystarczalne. Teraz poprowadzi serię wykładów na ten temat, które będą na żywo transmitowane z jej farmy na Long Island. Martin Scorsese, David Lynch i inni Była u szczytu sławy, kiedy w 1986 roku wystąpiła w roli tajemniczej gwiazdy nocnego klubu w kontrowersyjnym filmie Davida Lyncha „Blue Velvet”. Od kilku lat jej twarz nie schodziła z billboardów reklamowych na całym świecie, grała – z wyboru – w ambitnych awangardowych filmach i teatrze, a widzowie niemalże zapomnieli już, że jest córką swoich rodziców, wybitnej aktorki Ingrid Bergman i włoskiego mistrza neorealizmu, Roberto Rosselliniego. Sukcesy zawodowe nie szły jednak w parze ze szczęśliwym życiem osobistym. Miała już za sobą dwa nieudane małżeństwa z Martinem Scorsese i modelem Jonathanem Wiedemannem oraz kilka równie burzliwych, co krótkotrwałych romansów. Po sukcesie „Blue Velvet” związana była z Davidem Lynchem, później z aktorem Gary Oldmanem, ale wszystkie te relacje kończyły się identycznie. „To mężczyźni zawsze mnie porzucali. Łatwo sobie wyobrazić, jak się z tym czułam. Martin Scorsese rozstając się przyznał, że był ze mną tylko ze względu na mojego sławnego ojca. David Lynch po 5-latach związku zerwał ze...

Czytaj dalej
Pexels

Bój się i rób! 9 prostych rzeczy, które powinnaś zacząć  w życiu robić od zaraz

Możesz przeżyć całe życie w swojej strefie komfortu, nie próbować nowych rzeczy, nie sprawdzać się w nowych rolach. Tylko po co?
Sylwia Arlak
14.10.2020

Jak często powstrzymuje cię strach przed porażką? Albo myślisz sobie, że nie jesteś wystarczająco ładna, dobra, nie masz odpowiednich kwalifikacji? Działaj pomimo lęku. Oto dziesięć rzeczy, które powinnaś zacząć robić już teraz: 1. Mów o swoich uczuciach Wszystkie uczucia są dobre (nawet, te, których nie lubimy przeżywać) i do wszystkich mamy prawo. Oczywiście nie chodzi o to, aby wyładowywać na partnerze swoją złość, ale jeśli czujesz, że przekroczył jakąś granicę — nie bój się mu o tym powiedzieć. Zamiast „Dlaczego się tak zachowujesz? Dlaczego wciąż mi to robisz?”, powiedz: „Jest mi smutno, kiedy się tak zachowujesz. Chciałabym, żebyśmy na spokojnie omawiali nasze problemy”. 2. Mów, co myślisz Nie musisz słuchać powtarzających się pytań życzliwych członków rodziny: „A dlaczego nie zdecydowaliście się na dziecko”? Nie musisz stosować się do „dobrych rad” swojej przyjaciółki: „Chyba ostatnio przytyłaś. Nie chciałabyś wrócić do poprzedniej wagi?” Możesz grzecznie powiedzieć, że nie życzysz sobie takich rad i komentarzy i wyjść. A jeśli sytuacja będzie się powtarzać, zrezygnować ze znajomości (albo przynajmniej unikać spotkań). 3. Stawaj za sobą Nie czekaj, aż znajdzie się ktoś, kto będzie cię bronił. Sama bądź dla siebie oparciem. Kiedy ktoś próbuje cię skrzywdzić, głośno protestuj. Pokaż, że nie warto wchodzić ci w drogę. 4. Odrzuć toksycznych ludzi Toksyczni ludzie zabiorą ci całą radość życia. Zawsze znajdą powód, żeby ściągnąć cię w dół. Nie warto ich słuchać i nie warto utrzymywać z nimi kontaktów. Nawet jeśli miałabyś stracić większość swoich znajomych, nie trać na nich czasu i nerwów. Jeśli będziesz otwarta na nowe znajomości,...

Czytaj dalej