Kiedy porównujesz się z innymi, żyjesz w piekle
Rodney Smith
#czytajdlaprzyjemności

Kiedy porównujesz się z innymi, żyjesz w piekle

Ten nawyk niszczy twoje poczucie własnej wartości.
Joanna Rachoń
04.01.2019
Wygląd, wiek, zarobki, podróże, samochód, osiągnięcia dzieci – wszystko może stać się polem wzajemnych porównać. To się nigdy nie kończy! Zawsze znajdzie się ktoś ładniejszy, zdolniejszy, bogatszy. Jeśli wciąż porównujemy się z innymi, nigdy nie będziemy z siebie zadowoleni. Wiecznie naburmuszeni, sami do siebie odwróceni tyłem. 
 
Dlaczego czujemy potrzebę porównywania się z innymi i co z tego mamy?

– Najczęściej jest tak, że wypowiadając tego typu opinie, zagłuszamy jakiś swój niepokój – mówi Agata Kołodziejczyk, psycholog, terapeutka. – Takie porównywanie kogoś w dół służy najczęściej dowartościowaniu siebie. A dziś jest to szczególnie groźna pułapka, bo to, co posiadam i co robię, jest ważniejsze niż to, kim jestem. A to, kim jestem, też przestaje być ważne, jeśli nie jestem najlepszy. A jeśli nie jestem najlepszy, u tego drugiego, zamiast skupić się na plusie, zawsze wynajdę jakiś minus.

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Porównywanie się z innymi przeszkadza w rozwoju osobistym

Tak fajnie jest czasem wbić komuś szpilę, zwłaszcza kiedy tej osoby nie ma, a my sobie siedzimy w swoim gronie i rozmawiamy. Najlepiej komuś, kogo my w swoim towarzystwie – tacy fajni – niezbyt lubimy. Bo zadziera nosa, bo zagrał nie fair albo po prostu z nami nie trzyma. Jak sobie wspólnie upuścimy trochę żółci na małym sabaciku, zaraz jakoś lepiej się robi i czujemy się bardziej razem, że się rozumiemy i w ogóle. Prawdopodobnie wszyscy doświadczyliśmy dziwnej przyjemności z takich rozmów. Gdyby jej nie było, nie byłoby takiej popularności tych wszystkich portali plotkarskich, tych pytań: która ładniejsza? Jak myślicie, udało jej się? Itd., itp. Rzadko myślimy o tym, jak ja bym się czuł, gdyby mnie tak potraktowano. Albo o tym, jak my byśmy się czuli, gdyby osoba, o której mówimy, usłyszała nasze słowa.

– Tendencja do tego, by szukać u innych minusów, te komentarze: że ktoś za gruby albo że beznadziejnie uczesany, najczęściej bierze się stąd, że sami byliśmy krytykowani, negatywnie oceniani, porównywani na minus – tłumaczy Agata Kołodziejczyk. – Nikt nie wzmacniał naszych dobrych cech czy talentów, dlatego wyszukiwanie tego, co się komuś nie udało, sprawia, że sami czujemy się lepiej. Taki prosty sposób, by sobie na chwilę poprawić nastrój.

Porównujemy nasze ciała – i zawsze to wypada na minus…

– Trudno sobie poradzić z tym, że gdzieś pojawia się twoje zdjęcie i każdy może się pod nim wypowiedzieć, w dodatku anonimowo – mówi Sonia Bohosiewicz. – Każdy cię porówna, czy grubsza, czy chudsza, czy sukienka odpowiednia i fryzura. I stało się tak, że ci ludzie uważają, że mają do tego prawo. A narzędziem pracy aktora jest jego ciało, więc kiedy komentują to ciało, mówią o mnie: o moich nogach, mojej twarzy, moim głosie. Uwalniające było dla mnie, kiedy sobie pomyślałam, że ja przecież nie startuję w konkursie piękności, tylko mam być dobrą aktorką.

Jesteśmy mistrzami w opluwaniu innych przy kawce czy herbatce. Najczęściej niewiele zresztą przy tym myśląc – mówi Izabela Kobierecka, psycholog. – Mnie się wydaje, że nawet jeśli nam się to zdarzy, trzeba zapytać siebie o swoje intencje. Dlaczego coś takiego o kimś mówię. Czasami chodzi po prostu o to, żeby się dowartościować. A jeśli rzeczywiście książka, którą koleżanka wydała, jej wystąpienie na jakimś spotkaniu albo obiad, który podała, są słabe, lepiej powiedzieć jej to wprost. Będzie miała sygnał, że może warto coś zmienić, o coś jeszcze powalczyć, coś poprawić. A kiedy tylko sobie o tym w swoim gronie pogadamy, nic z tego nie wynika dla tej osoby.

– Kiedy mieszkałem w mieście – opowiada Dariusz Miliński, malarz – zewsząd otaczały mnie lustra. Oglądałem się w witrynach sklepów, szybach samochodów, drzwiach wejściowych do kamienic. Wciągałem brzuch, zerkałem, jak wypadam na tle innych, poprawiałem włosy. Miasto zmuszało mnie, żebym wciąż się kontrolował, udawał coś, był jak inni. Na wsi nie ma luster na każdym kroku, jakoś łatwiej zapomnieć o tym, jaki powinienem być. Łatwiej być tym, kim naprawdę jestem.

Kiedy wciąż się porównujemy z innymi, sami sobie z życia robimy piekło. Bo to się nigdy nie kończy: zawsze znajdzie się ktoś ładniejszy, młodszy, lepiej ubrany, zdolniejszy, bogatszy. Ty schudłaś i masz z tego satysfakcję, ale twoja koleżanka zaraz też schudnie, i to więcej niż ty, w dodatku zaczęła regularnie ćwiczyć i ma osobistego trenera. Kupisz sobie fajny wóz, ona za parę dni przyjedzie najnowszym audi. Ona ma dwoje dzieci, to ty troje. To się nigdy nie kończy, jeśli sami sobie nie powiemy: dość!

– W takiej napince bardzo trudno jest żyć – mówi Izabela Kobierecka. – Nigdy nie będziesz z siebie zadowolona. Ciągle jesteś na celowniku, wciąż musisz być podpięta, napięta, zapięta, wciąż masz poczucie, że czegoś brak. Zawsze, a pod tym względem jesteśmy niebywale kreatywni, znajdziesz kogoś, kto w danym obszarze będzie lepszy od ciebie.

Łatwo stajemy się wobec siebie bardzo srogimi sędziami. Skupiamy się na tym, czego nam brak, zamykając na to, co stanowi nasze mocne strony.

– Jesteśmy wychowywani w takim schemacie, że łatwiej jest sobie dowalić, niż się pogłaskać. Jak jesteś dobra w czymś, niech chwalą cię inni, ty skup się na tym, żeby być jeszcze lepsza. Krytyka wydaje się obiektywniejsza. Funkcjonujemy w takim świecie, gdzie braki wydają się godniejsze uwagi.

– Jak coś jest OK, to uznajemy, że tak właśnie powinno być. Nie ma tematu. Tak samo traktujemy siebie – mówi Kobierecka.

Ciągle nie taka… – przymus porównywania się wynosimy z dzieciństwa

– Córeczko, tak bardzo cię przepraszam, że porównywałam cię z koleżankami – usłyszała Kamila Szczawińska od swojej mamy.

Kamila ma dziś 30 lat, dwoje dzieci, męża, dom, bardzo stabilną sytuację zawodową, ale odkąd pamięta, połowę radości z życia zabierało jej porównywanie się z innymi. – I kiedy byłam mała i jako nastolatka, zawsze słyszałam, że jestem za chuda, za mało dziewczęca, za wysoka, że mam za duże stopy i za szerokie ramiona. Chowałam się za włosami, nosiłam wielkie swetry, byle ukryć, że jestem nie taka – opowiada. – Całe życie zajęło mi nauczenie się, że nie ma sensu porównywać się w taki sposób. Nie zmienię swoich ramion, wzrostu, chudości, to nie są rzeczy, na które mam wpływ. Udało mi się w końcu siebie polubić – mówi modelka, która pracowała dla największych domów mody na całym świecie. – Nawet na pokazach zawsze się porównywałam z innymi dziewczynami i zawsze na minus. Nie miało znaczenia, że to ze mną podpisują kontrakty, że chcą mnie i w Paryżu, i Nowym Jorku, i w Mediolanie. Dopiero niedawno poczułam się wolna od tego wiecznego poczucia wstydu, że wyglądam, jak wyglądam. W końcu nabawiłam się nerwicy, musiałam zrobić przerwę. Dobrze się stało. Nerwica minęła po krótkim pobycie w domu rodzinnym. Dałam sobie czas na te najważniejsze dla mnie sprawy: studia, męża, dzieci. Z perspektywy czasu zobaczyłam, że te słowa, przez które tyle płakałam, wypowiadali często ludzie, którzy nie mają żadnego znaczenia dla mojego życia, nie ma ich w nim. Ich opinie niewiele miały ze mną wspólnego, często wynikały z zawiści, z tego, że mieli coś ze sobą do załatwienia. Wtedy tego nie widziałam. Studia i dzieci nauczyły mnie dużej uważności, że trzeba umieć się zatrzymać, zauważyć proste piękno, które jest wokół nas. Ucieszyć się tym, co mamy. Wcześniej nie miałam na to czasu, codziennie w innym miejscu, innym hotelu, z innymi ludźmi. Wróciłam do swojej pracy, bo bardzo ją lubię. Ale mogłam wrócić, bo jestem już inna i na innych warunkach.

Kiedy jako dziecko słyszysz, że „Ola tak ładnie potrafi się zaprezentować, a ty czego byś na siebie nie włożyła, zawsze wyglądasz jakoś nie tak”, siłą rzeczy przestajesz lubić Olę. Kiedy w pracy wciąż słyszysz: „To bardzo dobre, bardzo. Ale zobacz, jak świetnie Malinowska sobie poradziła”. Albo: „Wyrobiłaś budżet OK, ale ona wyrobiła podwójnie”. Wyrobiłaś podwójnie „Ale tobie zajęło to miesiąc, ona zrobiła to w dwa tygodnie”.

– Zawsze mogę cię porównać – mówi Izabela Kobierecka. – I zawsze ci udowodnię, że ktoś zrobił coś szybciej, taniej, lepiej. To po nic. Nie sprawdza się ani w zarządzaniu zespołem – bo wtedy nie ma współpracy, ani w rodzinie. Nie lubimy być porównywani. Ja nie chcę być jak ty, ty nie chcesz być jak ja, bo ja to ja, a ty to ty. Ja mam takie mocne strony, ty masz inne. I co z tego, że Malinowska coś zrobiła szybciej Fajnie, ale co z tego dla mnie wynika? Podobnie jest w rodzinach. Jeśli słyszysz, że twoja siostra jest taka śliczna, nie to co ty, to zamiast cieszyć się, że masz siostrę, zaczynasz jej nie lubić, zazdrościć jej, może nawet szkodzić. A przecież nie zabieralibyśmy dzieciom radości z posiadania rodzeństwa, gdybyśmy jako rodzice w każdym z nich wzmacniali ich mocne strony: twoja siostra ma śliczne loki, a ty piękne wielkie oczy. Ona pięknie śpiewa, a ty malujesz. A my od małego uczymy, że to braki mają znaczenie.

– Kiedy byłem jurorem w „Idolu”, strasznie się spinałem, żeby fajnością dorównać Kubie Wojewódzkiemu – opowiada Marcin Prokop. – I to było moją porażką. Widzowie bezbłędnie odczytują, czy ktoś jest sobą, czy się sadzi i udaje. Ta sytuacja po raz kolejny pokazała mi, że porównywanie się i wynikająca z niego rywalizacja mogą się okazać zabójcze – są jak sprężyna, której nie sposób do końca nakręcić. Bardzo świadomie się z tego wypisałem. 

Tylko od nas zależy, na co się porównujemy i co z tym robimy. Chodzi o to, żeby nie zaprzeczać tym zazdrościom, ani nie pozwolić, żeby wpędzały nas w poczucie winy – że jesteśmy gorsi. Ma nas inspirować, a nie wpływać na podniesienie lub obniżenie poczucia własnej wartości. Łatwiej jest zaakceptować swoje niedoskonałości, kiedy uwierzymy, że nasze życie jest jedyne i niepowtarzalne i że mamy w nim do zrobienia coś, co może się stać tylko za naszą sprawą. Nikt inny tego za nas nie zrobi. To mogą być rzeczy wielkie i pozornie zwyczajne. Jakaś miłość do przeżycia, jakaś rozmowa, która zmieni komuś życie, ta, a nie inna rodzina. A każda z tych rzeczy możliwa będzie, jeśli ją zauważymy, nie goniąc wciąż za jakimś idealnym sobą lub ideałem podpatrzonym w telewizji.

– Możemy mieć dużo zdolności, energii, ambicji, możliwości. Kończyć jeden kurs, zaczynać kolejny, awansować, rozwijać się i pragnąć więcej. Piąć się wyżej i wyżej, ale dopiero na szczycie zauważyć, że niby wszystko OK, ale to nie mój szczyt! – mówi Izabela Kobierecka. – Trzeba się od czasu do czasu zatrzymać i zastanowić: po co ja to robię Czy aby na pewno żyję swoje życie?

Porównuj, ale w dojrzały sposób

– Korzystanie z potencjału drugiej osoby jest trudniejsze niż zazdrość, która pojawia się odruchowo – mówi Izabela Kobierecka. – Dlatego w przeciwieństwie do zazdrości to umiejętność, która wymaga ćwiczenia. Ja sobie kiedyś powiedziałam, że wolę dobrze życzyć, niż złorzeczyć. Ma to swoje konsekwencje. Jeżeli ktoś mi czymś imponuje, staram się go podpatrywać, czegoś od niego nauczyć. Zamiast myśleć, że ja jestem beznadziejna albo zazdrościć – podziwiać i skorzystać z zaszczytu dostępności tej osoby. Nauczyć się od niej innego stylu myślenia, innego podejścia do pracy, ludzi, siebie. Pamiętając, że ja jestem mocna w innych dziedzinach, a przede wszystkim, że mam inną drogę do przejścia, swoją własną. Nie muszę być genialna we wszystkim. 

Dobrą jest rzeczą porównać się z drugim człowiekiem – mówi ksiądz Krzysztof Grzywocz, salwatorianin, psycholog. – Dojrzałe porównanie się z innymi prowadzi do rozwoju, może stać się impulsem do zmiany. Ale jeśli mamy niskie poczucie własnej wartości, może prowadzić do destrukcji. Jednym z destrukcyjnych uczuć, jakie się wtedy pojawiają, jest zazdrość. Są tacy ludzie chcący zranić osobę, której zazdroszczą. To bardzo niebezpieczni ludzie, potrafią chytrze zniszczyć coś, na czym nam zależy. Sami się nie rozwijają i niszczą tych, którzy to robią.

Agresja z zazdrości może się objawiać także w pomijaniu: zdobyłaś jakąś prestiżową nagrodę, ale twoje środowisko udaje, że nic się nie stało, że to nic takiego, nie ma o czym mówić. Pomijając milczeniem czyjś choćby najmniejszy sukces, hamujemy jego rozwój. 

Jak skończyć z nawykiem porównywania się?

Jakie jest z tego wyjście Dość proste: nauczyć się innych reakcji, jeśli zdarzają nam się te destrukcyjne.

– Jeśli na skutek porównywania się z kimś, rodzi się zazdrość, to jeszcze nic złego – tłumaczy ks. Krzysztof Grzywocz. – To uczucie, ono nie podlega ocenie moralnej, ważne jest to, co pod jego wpływem zrobię.

Zostańmy więc przy zazdrości. – Za mało o niej mówimy sobie nawzajem – przekonuje ks. Grzywocz. – Przecież gdy powiem koledze: stary, zwijało mnie z zazdrości, jak cię zobaczyłem w tym kabrio! Albo: ależ ci zazdroszczę tego stypendium! – nie szkodzę mu, ale dowartościowuję! Staję się mecenasem wartości tego człowieka. Nie odczuwam zazdrości wobec czegoś, co nie ma dla mnie wartości. Więc jeśli mogę o tym powiedzieć – buduję wartość tej osoby: słyszy, że dobrze wybrał albo że dokonał czegoś ważnego. Z drugiej strony, dowiaduję się czegoś o swojej wartości, jeśli np. na widok kolegi ze szkoły idącego z żoną i gromadką dzieci czuję zazdrość. Jaką wartość ma dla mnie mój wybór Czy gdybym zobaczył siebie na ulicy, w sutannie, pozazdrościłbym go To dobry punkt wyjścia do pracy nad sobą, nad swoimi wyborami. Jeśli zazdroszczę komuś żony, co to mówi o mojej żonie, o moim związku Mogę zobaczyć, jak niewartościowy jest mój świat i coś z tym zrobić. Wspaniałe jest to, że im bardziej jesteśmy pewni swojej wartości, tym bardziej twórczo umiemy porównywać się z innymi.

Tekst ukazał się w „Urodzie Życia” 1/2015

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Rozwój osobisty: samoakceptacja
Rodney Smith

Psycholożka radzi każdej z nas: „Nie zmieniaj się na siłę”

Rozwój osobisty wcale nie na tym polega, mówi dr Heidtman
Sylwia Niemczyk
04.01.2019

Wystarczy otworzyć dowolną gazetę, żeby zrozumieć, że żyjemy w kulturze zmiany. Mamy się zmienić na Nowy Rok, na wiosnę, schudnąć, zwolnić i zostać boginiami seksu. Dlaczego zmiana stała się naszym fetyszem? Czemu nasz rozwój osobisty zrównujemy z ciągłymi zmianami? I w końcu najważniejsze pytanie: jak zatrzymać się w pędzie i docenić to, co już mamy? Przeczytaj wywiad z psycholożką i coachem, Joanną Heidtman.   Dlaczego stale mamy coś zmieniać? Bo żyjemy w kulturze, w której zmiana stała się fetyszem. Medialne zachęty do „ulepszenia” swojego życia pojawiają się cyklicznie i sezonowo. Na Nowy Rok obiecujemy sobie, że zerwiemy ze złymi nawykami. Na wiosnę mamy obowiązkowo schudnąć, przed świętami znaleźć czas dla rodziny, w lecie wyglądać seksownie, a jesienią awansować. I to wszyscy razem, jak na komendę. Czy rzeczywiście zachęca się nas do istotnych zmian wewnętrznych, czy tylko do bardzo powierzchownych korekt zachowania, które służą właśnie temu, żeby od głębokiej zmiany uciec? Kiedyś pracowałam w Stanach Zjednoczonych i ludzie zajmujący się marketingiem wytłumaczyli mi, co kryje się pod hasłem „new and improved”, które co jakiś czas pojawiało się w reklamach kolejnych produktów.   No i co się pod nim kryje? Właśnie nic. Chrupki, które w zeszłym sezonie były okrągłe, teraz są kwadratowe. Nie zmienia się ich smak, skład, nic istotnego. Chodzi wyłącznie o wywołanie wrażenia, że coś się zmieniło, bo to zwiększa szanse na to, że klient kupi produkt. Czy nie taką samą pozorną zmianę oferują nam różnego rodzaju poradniki, warsztaty samorozwoju czy kursy internetowe?   Po których mamy wyjść „nowe, lepsze, inne”? Oceniamy jakąkolwiek zmianę jako coś lepszego niż utrzymywanie status quo. Ta fascynacja...

Czytaj dalej