Pisz, będziesz szczęśliwsza. Pisanie terapeutyczne ma więcej zalet niż myślisz!
Getty Images

Pisz, będziesz szczęśliwsza. Pisanie terapeutyczne ma więcej zalet niż myślisz!

Pisanie wraca do łask. A nawet więcej, dziś traktowane jest jako terapia. Kartka papieru przyjmie wszystko, nie zdradzi naszych myśli, nie oceni nas, nie skrytykuje.
Justyna Kokoszenko
15.06.2020

Journaling, pisanie porannych stron, tworzenie psychobiografii lub pisanie ekspresywne. Bez względu na to, jak nazwiemy nasze pisanie, zawsze przyniesie wymierne korzyści. Psycholodzy przekonują, że pomaga oczyścić głowę z nadmiaru myśli, porządkuje wnętrze, poprawia pamięć i wycisza. Podobno warto zapisać choćby jedno zdanie dziennie. Powrót do pisania pamiętnika po latach? To lepszy pomysł, niż może się na początku wydawać.

Kiedy przelewamy myśli i uczucia na papier, nie tylko uświadamiamy je sobie, ale też organizujemy je i dajemy sygnał mózgowi, że już nie musi ich w kółko przetwarzać. Tę sztuczkę zna chyba każdy, kto kiedykolwiek, zamiast próbować zapamiętać rzeczy, po prostu spisał je sobie jako listę zadań do wykonania.

Autorka książki „Siła stresu” i psycholożka z Uniwersytetu Stanforda, Kelly McGonigal, uważa wręcz, że prowadzenie pamiętnika zwiększa naszą tolerancję na ból, poprawia samokontrolę, a na dłuższą metę sprawia, że mniej chorujemy. Ekspertka idzie nawet dalej! Według niej pisanie pomaga schudnąć, rzucić palenie lub przestać nadużywać alkoholu.

Julia Cameron „Droga artysty”: poranne strony to tortura?

Kiedy mowa o zaletach pisania, to wiadomo, że wcześniej czy później musi pojawić się nazwisko Julii Cameron, kobiety wielu talentów i zawodów, byłej żony Martina Scorsese i przede wszystkim autorki kultowego, przetłumaczonego na ponad 30 języków poradnika kreatywności „Droga artysty”. To o tej książce mówi się, że z jednej strony pomogła milionom ludzi odblokować wenę twórczą, a z drugiej – że dla podobnej liczby czytelników stała się narzędziem tortur. Konkretnie jednej tortury – rytuału pisania „porannych stron”.

Zasady są jasne: poranne strony – powinno być ich przynajmniej trzy – zapisujemy codziennie, koniecznie rano. Nigdy nie skracamy długości i nie pomijamy tego rytuału. Ponadto naszych porannych stron nie czytamy i nie pokazujemy nikomu innemu. Nie musimy pisać mądrze ani „uprawiać literatury”. Po prostu mamy usiąść i pozwolić dłoni spisać to, co przepływa przez naszą głowę. „Wszystkie te gniewne, płaczliwe czy małostkowe myśli, które zapisujesz o poranku, są tym, co odgradza cię od twojej kreatywności. Martwienie się o pracę, o pranie, o podejrzane stukanie w samochodzie, o dziwny wzrok ukochanej osoby – wszystko to kłębi się w twojej podświadomości i zamula twoje dni. Przelej to na papier” – radzi Julia Cameron.

Po co to wszystko? Poranne strony mają przełamać nasz strach i wstyd przed tworzeniem. Obalić mit, że aby pisać – czy też w ogóle uzewnętrzniać swoje uczucia i myśli – potrzeba weny. Wreszcie też: dzięki porannym stronom mamy szansę oczyścić głowę lub wydobyć z podświadomości nowe pomysły. Właśnie dlatego poranne strony nigdy nie polegają na pisaniu na zadany temat. Sukces całego procesu ma zapewnić również wczesna pora – zdaniem Julii Cameron dzięki temu możemy wyprowadzić w pole naszego wewnętrznego krytyka, który tuż po przebudzeniu nie jest jeszcze w formie. Tworząc poranne strony, uciekamy przed oceną naszego uporządkowanego, logicznego umysłu, który domaga się struktury, liczb i racjonalnych wyjaśnień, a które psują całą zabawę naszemu wewnętrznemu artyście. Wśród wielbicieli porannych stron jest np. Elizabeth Gilbert, która przerobiła, jak podkreśla, „Drogę artysty” trzykrotnie i twierdzi, że bez tego podręcznika nie powstałaby jej najsłynniejsza książka „Jedz, módl się, kochaj”.

Psychoterapeutka egzystencjalna z Ośrodka Psychoterapii i Coachingu Inner Garden, Ewa Polak, pisanie intuicyjne nazywa przechodzeniem w „stan Alicji w krainie czarów” i podobnie jak Julia Cameron zwraca też uwagę na przełączenie się podczas tego działania z lewej na prawą półkulę mózgu: 

– Podczas pisania nasze wglądy w siebie są bardziej emocjonalne niż racjonalne. Czasem w tych zapiskach pojawia się sałata słowna: nielogiczne skojarzenia, zdania pełne jadu, małostkowe obserwacje. Ale możemy też zaskoczyć się tym, jak dużo mamy w sobie ukrytej siły, poznać swoje głębokie pragnienia lub tęsknoty. Czy zareaguję radością, że wracam do dzikiej, instynktownej siebie? A może poczuję wstyd? Nasza ocena tych treści jest warta analizy i dużo mówi nam o tym, jaką mamy relację ze sobą – przekonuje.

Pisanie terapeutyczne: niekoniecznie codziennie

Pisanie to częsty element psychoterapii: o jego terapeutycznej sile przekonała się m.in. akredytowana coach i trenerka biznesu Monika Kliber. Na podstawie własnego doświadczenia uznała je za tak przydatne narzędzie, że dzisiaj pisanie dziennika poleca klientom, którzy przychodzą do niej na sesję coachingową, poza tym sama prowadzi warsztaty pisania ekspresywnego. Bazuje podczas nich na metodach autorytetów w tej dziedzinie: psychoterapeutki Kathleen Adams i profesora psychologii Jamesa Pennebakera, współautora podręcznika „Terapia poprzez pisanie”.

– Dzięki pisaniu możemy stworzyć alternatywne historie dotyczące naszego życia i samych siebie. Spisane historie pomogą więc nam zbudować lepszą codzienność – mówi Kliber. 

pisanie terapeutyczne
Adobe Stock

W przeciwieństwie do Julii Cameron psycholog James Pennebaker odchodzi jednak od codziennego notowania, bo, jak tłumaczy, niesie ono za sobą ryzyko, że będziemy dzielić włos na czworo i niepotrzebnie w kółko wałkować jeden temat. Jego autorska metoda polega na tym, żeby pisać cztery dni z rzędu przez ok. 20 minut o swoich życiowych traumach i słabych chwilach. I co więcej: niekoniecznie nawet pisać! Według autora książki „Terapia przez pisanie” możemy nawet nagrywać się na dyktafon, jeśli to skłoni nas do kontaktu ze sobą.

Monika Kliber uważa jednak, że pisanie odręczne przynosi zdecydowanie więcej korzyści. Tłumaczy to m.in. tym, że ręka jest pomostem pomiędzy umysłem a ciałem: 

– Badania potwierdzają dobroczynny wpływ pisania odręcznego na pracę mózgu, wykazują, że rozwija ono nasz język bardziej, niż gdy piszemy na komputerze. 

Technik pisania jest wiele. Możemy pisać listy do siebie lub do innej osoby, prowadzić dziennik lub pamiętnik, możemy też stworzyć tak zwany słoik wdzięczności lub pisać coś, co w żargonie psychologicznym nazywa się psychobiografią. Spisywanie jej jest częstą metodą pracy np. podczas terapii grupowych. 

– Nie tylko spisujemy historię swojego życia, trzeba ją potem opowiedzieć grupie. Ten podwójny proces pozwala nam przyjrzeć się, czy może dziś opiszemy jakieś wspomnienia inaczej, niż robiliśmy to 10 lat temu? A może podczas spisywania biografii uwolniliśmy już tyle negatywnych emocji, że nie mamy ochoty opowiadać historii w ten sam sposób? Ta praca pozwala nam zobaczyć odcienie szarości, wyjść z jasno określonej roli: kata lub ofiary. Może pogłębić nasze współczucie, pozwolić pozbyć się goryczy, a żal zamienić we wdzięczność, kiedy poczujemy połączenie z naszym losem i dostrzeżemy jego ciągłość, zamiast widzieć serię przypadkowych zdarzeń – mówi Ewa Polak, która w gabinecie Inner Garden prowadzi m.in. terapie grupowe.

Jedną z ulubionych technik pisania zarówno Ewy Polak, jak i Moniki Kliber jest pisanie listów: do siebie, do partnera, dziecka, byłego szefa. Takie listy zresztą nie potrzebują ani odbiorcy, ani informacji zwrotnej. Służą tylko uwolnieniu emocji – możemy potraktować je jak słowa, które wykrzykujemy w kłótni, a potem żałujemy, że padły. Wyrażenie żalu, złości, smutku w liście, pozwoli ostygnąć emocjom i nie zrobi krzywdy. Po takim liście możemy odbyć konstruktywną rozmowę w realu, a jeśli nie mamy takiej możliwości, to napisać kolejny list uwalniający nas z danej sytuacji. Z listu na list nasze emocje mogą ewoluować, łagodnieć. Ta metoda pomaga również uporać się z emocjami wobec osób, z którymi nie chcemy lub nie możemy się skontaktować, np. ze zmarłym rodzicem, któremu przed śmiercią nie zdążyliśmy powiedzieć wszystkiego, co chcieliśmy.

BHP pisania

– List pisany do siebie prawie zawsze wywołuje duże emocje – mówi Ewa Polak. – Zazwyczaj piszemy go z dorosłej perspektywy do jakiejś młodszej wersji siebie: dziecka, nastolatka, młodego dorosłego. To powoduje wiele wzruszeń, otwiera stare rany, przypomina o deficytach z dzieciństwa. Te emocje mogą być bardzo silne, dlatego należy zachować ostrożność. Najważniejsza w pracy z traumą, jest świadomość, ile ciśnienia ona w nas wyzwala. Pisząc, kontaktujemy się z ciałem bolesnym, ale mamy dać sobie ukojenie, a nie utonąć w żalu. Jeśli ból nas obezwładnia, nasze cierpienie się nie zmniejsza, to oznacza, że pisząc, fundujemy sobie kolejne trudne doświadczenie, zamiast leczyć się ze starej traumy. W przypadku, kiedy nie umiemy samodzielnie sobie poradzić, warto skorzystać z pomocy terapeuty.

Pisanie nie jest oczywiście niezbędnym warunkiem szczęśliwego życia i głębokiej autorefleksji. Ale pomaga skonfrontować się z własnymi myślami i emocjami. A bez takiej konfrontacji zmiana na lepsze nie będzie możliwa. 

– Osoby, które straciły pracę i opisywały to w swoich dziennikach, szybciej poradziły sobie z tą sytuacją w porównaniu z osobami, które nie zajmowały się pisaniem. Chociażby z tego powodu warto prowadzić notatki – twierdzi Monika Kliber.

Justyna Kokoszenko – autorka bloga Blimsien, organizatorka Kręgów kobiet i twórczyni idei #osiędbanie. Miłośniczka Ajurwedy.

***

Tekst ukazał się w „Urodzie Życia” 4/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
matka i córka
Adobe Stock

Rewolucja w psychologii: koniec z rozpamiętywaniem dzieciństwa. Czas iść do przodu

Chodzi o to, żeby wyjąć z buta kamień, który uwiera, a nie zastanawiać się, kto go tam wrzucił – mówi Joanna Godecka, terapeutka TRS.
Aleksandra Nowakowska
02.05.2020

Mieć problem czy rozwiązać problem? Oczywiście, że to drugie. Tylko jak to zrobić? Nurty psychoterapeutyczne mają na to różne pomysły. Zyskująca na popularności Terapia Skoncentrowana na Rozwiązaniu nie roztrząsa problemu, tylko pozytywnie wzmacnia, by klient sam znalazł na niego sposób najszybciej i najprościej jak tylko może. Aleksandra Nowakowska: Co wyróżnia Terapię Skoncentrowaną na Rozwiązaniu (TRS)? Joanna Godecka:  To jest terapia, która wzmacnia, i której zadaniem jest konstruowanie przyszłości. Kiedy klient przekracza próg gabinetu, pytam go, co się poprawiło od momentu, w którym do mnie zadzwonił. Terapia Skoncentrowana na Rozwiązaniu nie rozkłada na czynniki pierwsze przeszłości, nie dotykamy trudnych wspomnień z czasów dzieciństwa, o których uważa się, że ukształtowały człowieka i wpływają na jego obecne życie. Niektórzy terapeuci pracujący tą metodą prawie w ogóle nie rozmawiają o problemie, z którym ktoś przyszedł, tylko od razu zabierają się za wprowadzanie potrzebnej zmiany. Nie jest ważne, co człowieka do nas sprowadza – on może być w naprawdę trudnym momencie, ale my i tak punkt ciężkości terapii kładziemy na ukazanie pozytywnej perspektywy.  Z jakiego powodu możemy przyjść do terapeuty TRS? Z każdego – pracujemy zarówno z ciężką depresją, stanami lękowymi, żałobą, jak i problemami natury relacyjnej czy zawodowej. Przychodzimy do specjalisty, bo jak w przypadku każdej innej terapii, z czymś sobie nie radzimy i potrzebujemy pomocy. TSR należy do nurtu psychologii pozytywnej, która zdobywa coraz więcej zwolenników. Obserwując moich klientów, odnoszę wrażenie, że zbyt długo trwające zagłębianie się w przeszłości, w teraźniejszym realnym życiu nie przynosi oczekiwanych efektów....

Czytaj dalej
choroby psychosomatyczne
Adobe Stock

Praca ponad siły, stres, pośpiech. Nasz styl życia funduje nam choroby psychosomatyczne

Nawet dziesięć na sto dolegliwości, z którymi zgłaszamy się do lekarzy, ma podłoże psychosomatyczne. Nie łagodzą ich farmaceutyki, ale otwarta rozmowa z lekarzem i umiejętne radzenie sobie ze stresem.
Katarzyna Podhorecka
12.06.2020

Lekarze zazwyczaj bardzo nie lubią pacjentów z objawami psychosomatycznymi. Z prostej przyczyny – że zwykle nie wiedzą, jak im pomóc. Dlatego bywa, że chorzy z dolegliwościami psychosomatycznymi są traktowani w gabinetach lekarskich jak hipochondrycy, którzy próbują skupić na sobie uwagę, opowiadając o swoich wyimaginowanych dolegliwościach. Albo jeszcze gorzej: jak zwykli naciągacze, którzy próbują wyłudzić zwolnienia lekarskie. Lekarze w takiej sytuacji na odczepnego przepisują suplementy diety w nadziei, że pacjentowi „przejdzie samo”, albo że zmienią lekarza – problem w tym, że ludzie, którzy zmagają się z objawami psychosomatycznymi, nie symulują! Oni naprawdę odczuwają fizyczny ból i potrzebują pomocy.  – Najczęściej to ból głowy, brzucha, stawów, częste są także bóle w klatce piersiowej, duszności albo uporczywy kaszel, omdlenia, uczucie kołatania serca, zawroty głowy – wymienia dr Anna Plucik-Mrożek, specjalistka chorób wewnętrznych z Centrum Medycznego Medicover w Warszawie i dyrektor Fundacji Exercise is Medicine Polska. Rzadziej, ale zdarzają się też szumy uszne czy pogorszenie widzenia. Osobom, które pracują głosem, z powodu nadmiernego napięcia zdarza się go stracić. Muzykom z niewyjaśnionych przyczyn sztywnieją nadgarstki.  Jeszcze inni pacjenci nie mają konkretnych dolegliwości, ale tracą apetyt, od rana czują się wyczerpani, a wieczorem nie mogą zasnąć. Tym, co łączy ich wszystkich, jest źródło dolegliwości – czyli emocje, najczęściej przewlekły stres, którego doświadczają w związku z pracą czy sytuacją rodzinną.  – To wcale nie musi być traumatyczne przeżycie, np. nieuleczalna choroba kogoś bliskiego czy utrata pracy – mówi dr Izabela Pawłowska, psycholog zdrowia,...

Czytaj dalej
wdzięczność w życiu
Unsplash

Psycholożka Ewa Tyralik-Kulpa: „Doceniaj to, co dostajesz od innych”

Na początek wystarczy przed snem zrobić rachunek sumienia i pomyśleć, za co mogę być sobie wdzięczna. I za co dziękuję najbliższym. A potem – za co czuję wdzięczność tego dnia wobec obcych ludzi.
Anna Zych
02.04.2020

Może zamiast stale za czymś gonić i narzekać, wreszcie nauczyć się wdzięczności za to, co mamy. „Docenianie dobra, którym zostaliśmy obdarowani, podnosi poczucie szczęścia” – tłumaczy Ewa Tyralik-Kulpa, trenerka dobrych rozmów ze Szkoły Trenerów Komunikacji Opartej na Empatii. Anna Zych: Tyle jest rzeczy wokół, za które moglibyśmy czuć wdzięczność, choćby za piękną pogodę za oknem, uśmiech dziecka, dobrą pracę, a my tego nie dostrzegamy… Wolimy skupiać się na tym, co złe, albo na tym, czego nie mamy. Dlaczego? Ewa Tyralik-Kulpa: Z dwóch powodów: żeby przetrwać w świecie pełnym niebezpieczeństw, nasz mózg nastawiony jest na wyłapywanie z otoczenia tego, co nie działa. Dostrzeganie zagrożeń to uwarunkowanie biologiczne. Prędzej zauważymy, że ktoś na nas krzywo spojrzał, niż że się uśmiechnął, bo uśmiech nie był aż tak potrzebny do przetrwania. Mamy też przyzwyczajenia kulturowe: jeżeli coś działa, raczej się o tym nie mówi. Gdy dziecko jest grzeczne i nie sprawia problemów, przyjmujemy to za normę, nie chwalimy za to. Ale gdy rozrabia, natychmiast to wychwytujemy i reagujemy. Poza tym jesteśmy wychowywani w kulturze braku – to kolejne uwarunkowanie. Cała nasza edukacja jest na braku skupiona: naucz się tego, czego nie umiesz, zdobądź to, czego jeszcze nie masz. Czyli to jest biologia?! To teraz trochę psychologii: co nam daje umniejszanie szczęścia, które jest wokół nas? Dlaczego tak trudno nam się cieszyć? Kiedyś było modne w Polsce powiedzenie: cisze budiesz, dalsze jedziesz. W wolnym tłumaczeniu: nie chwal się, bo to niebezpieczne. Dlaczego? Bo spotkamy się z zazdrością i np. ktoś nam będzie źle życzył. Bo ryzykujemy utratę dobrej relacji z osobą, której się pochwaliliśmy – ja mam, ty nie. Ludzie pomogą pani chętniej, gdy jest...

Czytaj dalej