Nieperfekcyjna pani domu – poznaj sztukę odpuszczania sobie!
Adobe Stock

Nieperfekcyjna pani domu – poznaj sztukę odpuszczania sobie!

Perfekcjonizm to trucizna: zaburza sen, odbiera radość, niszczy relacje.
Anna Maruszeczko
04.01.2019

Niedoskonałe może być całkiem dobre. A perfekcjonizm to jedna z najbardziej podstępnych pułapek umysłu. Odwraca nasze myśli od tego, co ważne, jest złodziejem cennego czasu, przyczyną paraliżu kreatywności... – z Katarzyną Korpolewską, doktorem psychologii i coachem, rozmawia Anna Maruszeczko. 

Anna Maruszeczko. „Uroda Życia”: Kogo jest więcej – perfekcjonistów czy perfekcjonistek?

Katarzyna Korpolewska: Zdecydowanie więcej jest perfekcyjnych kobiet. Jako coach dużo pracuję z kobietami, które są na kierowniczych stanowiskach, i właściwie już przy pierwszej rozmowie widzę, że każda z nich „kupiła to w najdroższym sklepie”, czyli strasznym kosztem. Widzę, że tak naprawdę nie mają w sobie radości z tego, co osiągnęły, tylko w dalszym ciągu jest pogoń, przekonanie, że ona musi jeszcze.

Gdy kobieta wysyła mail, to sprawdza przecinki i duże litery, mężczyzna nie będzie sobie zawracał tym głowy, bo „on jest od większych rzeczy”...

Znam nawet takie panie dyrektorki, które, gdy dostają mail od pracownika, to poprawiają błędy i odsyłają z upomnieniem, że ten mail został niestarannie napisany. A tu nie chodzi o staranność, tylko o przekaz informacji, więc jeśli jest czytelny, to spełnia swoją funkcję. To nie jest literatura.

A jak perfekcjonistka ma się w domu?

„Wczoraj złapałam się na tym, że znowu zrobiłam to samo! – mówi mi jedna z klientek. – Ugotowałam rosół i nagle odkrywam, że nie mam natki pietruszki, więc zjeżdżam windą, lecę do sklepu, ale tam jej nie ma, idę do następnego… W efekcie trzeba było podgrzać rosół i obiad był godzinę później. Jak już posypywałam rosół tą natką, to miałam ochotę puknąć się w czoło, bo przecież co by się takiego stało, gdyby tej pietruszki nie było!”.

Chociaż ja też bym wolała rosół z natką. To przecież nic złego, że człowiek dąży do doskonałości…

Ale my żyjemy w takich czasach, że nie możemy wszystkiego robić w najwyższej jakości, za dużo rzeczy dzieje się wokół. Jeżeli i obiad miałby być super i pościel wykrochmalona, a w pracy idealnie dopracowany nowy projekt, to jednej osoby nie wystarczy. To jest po prostu niewykonalne.

Czasy wymuszają, żeby niektóre rzeczy robić na poziomie wystarczającym. Do tej kategorii spraw zaliczyłabym sprzątanie, obiad, bo naprawdę nikt się nie rozchoruje, jak zje rosół bez świeżej pietruszki, dzieci nie dostaną awitaminozy. Nic złego się nie stanie, a być może ktoś się nawet ucieszy, że jest rosół bez zieleniny.

Rzeczywiście obowiązków przybywa, a my nic nie skreślamy na tej liście.

To nas powinno wreszcie skłonić do refleksji. Czasy są wymagające, ale przyczyny nadmiernego perfekcjonizmu kobiet tkwią gdzie indziej – w sposobie wychowania. Od dziewczynek wymaga się bardzo dużo: ona ma być ładna, miła, ma mieć dobry kontakt z ludźmi, ma być słuchająca, zainteresowana, dobrze się uczyć i być posłuszna. W przyszłości ma być wspaniałą żoną, świetną matką, a dodatkowo ma  jeszcze robić karierę zawodową.

Ma być supermanką.

Tak! Jest strasznie dużo oczekiwań. Poza tym od dziewczynki łatwiej się wymaga, bo dziewczynki są np. staranniejsze, jeśli chodzi o szkołę, więc jeżeli ona ma dobrze prowadzone zeszyty, to łatwiej jest powiedzieć: „Gdybyś się postarała, byłoby jeszcze lepiej. Popatrz, zagięłaś róg i już cały zeszyt brzydki!”. A jej brat wyciera w zeszyt ręce po zjedzeniu kanapki i nikt nie ma o to pretensji.

Bo nikt nie wierzy, że może być lepiej.

Wszyscy się cieszą, że w ogóle ma jakikolwiek zeszyt. A od niej się wymaga. Oczywiście, że mogłaby być jeszcze lepsza, tylko pytanie, czy musi?

Rodzic jest przekonany, że trzeba przymusić do pracy, do nauki, by w przyszłości dziecku było łatwiej, by więcej osiągnęło. Trudno więc odpuścić.

Wiem, że można to zmienić, mnie samą kiedyś olśniło. Wybierałam się na zebranie do szkoły, moja córka była na początku podstawówki, ale wcześniej byłam zaproszona do Centrum Zdrowia Dziecka na spotkanie dla rodziców. Widziałam dzieci ze schorzeniami neurologicznymi, onkologicznymi, a potem pojechałam na wywiadówkę i dowiedziałam się, że dzieci się nie uczą, że niestarannie prowadzą zeszyty. Pani grzmiała. Jakiś tatuś zadeklarował, że w takim razie jego syn teraz przez tydzień nie będzie grał w piłkę, tylko będzie poprawiał zeszyt. Nie wytrzymałam: „Pan naprawdę myśli, że to jest ważniejsze niż gra w piłkę  Za chwilę spadnie śnieg i on już nie będzie mógł grać. A w ogóle, jakie to jest wspaniałe, że on jest cały, zdrowy i lubi sport! Co mu się w życiu bardziej przyda, ten starannie prowadzony zeszyt, czy to, że nie będzie chorował, bo się zahartuje na boisku ”. Zaległa cisza i wszyscy spojrzeli na mnie jak na kosmitkę. Ale ten ojciec nagle wypuścił powietrze: „Pani ma rację…”. Nie dajmy się zwariować. Dzieci tabliczki mnożenia zdążą się nauczyć. Ona jest ważna, ale to nie jest szach mat królowi.

Ale nauczycielki i matki są niecierpliwe.

I ambitne. Gdy kobiety mi opowiadają o swoich ambicjach i obawach, to zwykle mówię: „Proszę sobie przypomnieć, o czym pani marzyła, chodząc w ciąży ze swoim synem, żeby miał piątkę z matematyki ” – „Chciałam, żeby był zdrowy i szczęśliwy” – „OK, teraz coś się zmieniło ” – „Nie, nie zmieniło się, ale on będzie szczęśliwy, jak będzie miał piątkę z matematyki” – „On będzie szczęśliwy, czy pani będzie szczęśliwa ” – „Ale mnie nie uszczęśliwia jego piątka z matematyki…” – „To dlaczego to jest tak ważne ”. Zachowują się tak, jakby to była polisa na szczęście. Rodzicom się wydaje, że jak dziecko teraz nauczy się układać ubrania, jak będą pilnowali, by co wieczór myło zęby, że jak będzie miało piątkę ze wszystkich przedmiotów, to będzie to jego przepustka do szczęścia. Otóż nie, to jest nieprawda.

A co jest tą przepustką?  Istnieje jedna odpowiedź?

Tak. Ludzie tak naprawdę osiągają sukces życiowy, nie tylko zawodowy, ale też osobisty wtedy, kiedy od dzieciństwa potrafią się cieszyć, potrafią być szczęśliwi, są pewni siebie. Sukces życiowy osiąga się dzięki osobowości, nie dzięki dyplomom.

Czy niepoganiane dziecko w odpowiednim czasie samo się wszystkiego nauczy?

Dzieci dużo skuteczniej uczą się, gdy same próbują, niż wtedy, gdy im ktoś każe, podaje instrukcje. Matce wydaje się, że niezdyscyplinowane dziecko trzeba kontrolować, ale to uniemożliwia wykształcenie samokontroli. Ta umiejętność przyda im się w przyszłości bardziej niż dobra średnia ocen w podstawówce.

Czyli nie chodzi o anarchię, tylko o więcej luzu?

Dokładnie tak. Chodzi o to, żeby to nie było wielkim kosztem, żeby nie było na siłę. Dlaczego to jest ważne, żeby odpuścić dzieciom  Dlatego, że bardzo często kobietom udaje się odpuścić sobie dopiero wtedy, kiedy zaczynają odpuszczać swoim dzieciom.

Bingo!

Bo im nikt nie odpuszczał i w nich jest takie zaszczute dziecko, które miało tylko nakazy, obowiązki i wymagania. Kiedy one wreszcie zaczynają dostrzegać, że ich dziecko może być szczęśliwe w inny sposób, to gdzieś w sobie zaczynają odnajdywać tę dziewczynkę, która też kiedyś miała ochotę na trochę luzu, dni bez rygorów, ocen, upominania, też marzyła, by sobie poleniuchować, powygłupiać się, ale nie miała takich możliwości.

Dom rodzinny to chyba niejedyne miejsce, w którym kobieta jest przymuszana do niewygodnych dla siebie ról?

Pewna kobieta kiedyś powiedziała mi, że jej mąż bez przerwy miał do niej pretensje o to, że coś jest nie tak, a przy dwójce małych dzieci ciągle coś było nie tak – coś było rozwalone, nie tam leżały buciki, coś pętało się po podłodze. On zawsze jej powtarzał: „Ożeniłem się z tobą dlatego, że byłaś pedantką”. I ona mówi do mnie: „Wie pani, dopiero ostatnio sobie uświadomiłam, że ja nigdy nie byłam pedantką… On się źle ożenił!” (śmiech).

To ciekawy dysonans poznawczy.

Ona mówi: „Rzeczywiście, zawsze starałam się wszystko układać, bo wiedziałam, że mu na tym zależy, ale to nie była moja potrzeba”.

I jak im się potem ułożyło, ocalili się jako para czy nie?

Tak, ale oznajmiła mu, że to nie jest jej prawdziwa natura, że nie jest pedantką.

W sumie dobrze dla niego, bo życie z prawdziwą pedantką to musi być męka.

Pewna klientka mówi mi tak: „Wiem, że gnębię wszystkich i siebie też. Gdy wracam do domu, to myślę sobie, że tak, jestem zmęczona, ale teraz jest ważna rodzina, powinnam mieć dla niej lepszą energię. Wchodzę i wkurzam się, bo na samym środku leży rozwalony plecak mojego syna: „Boże, jaki tu jest bajzel!”. Ja na to: „A nie przyszło pani do głowy, że to jest dom szczęśliwych ludzi, którzy czują się na tyle swobodnie, że mogą po prostu walnąć plecak, żeby się książki wysypały ”. I ona jakby straciła oddech. „Ja nigdy nie myślałam o tym w ten sposób – mówi. – Tak, dom szczęśliwych ludzi… Przecież nie chodzi o to, żeby oni przychodzili ze szkoły i sprzątali”.

Tak, ale też nie chodzi o to, żeby ona przychodziła z pracy, zaczynała od sprzątania i kończyła na sprzątaniu.

To jest myślenie typu: „Bo jak ja tego nie podniosę…”. Ja: „Przykładowo ma pani dwie ręce w gipsie. I co, to będzie tak leżało ” – „Wtedy ja powiem synowi…” – „A gdyby pani nie powiedziała ” – „To pewnie wieczorem podniósłby ten plecak, bo musiałby się spakować na następny dzień” – „OK, czyli ten plecak leżałby do wieczora. I co jest w tym takiego okropnego ” – „Bo ja wiem, że on tam leży…” – „Aha, ugniata panią ta świadomość” (śmiech).

Tak, dobrze czasami popatrzeć na siebie z boku, gdy po pracy np. w biurze zabieramy się do prasowania i prasujemy wszystko, co wpadnie w ręce, choćby skarpetki.

Albo: „Wypiłeś herbatkę ” – „Nie, jeszcze mam łyczek” – „To dopij i zanieś kubek do kuchni!”. Domownik nie ma żadnej przyjemności z wypicia tej herbaty. Ktoś powie: „Niech się dzieci uczą, że wstawia się naczynia do zmywarki”, a co by było, gdyby się uczyły, że zanim pójdą spać, zbierają kubki i zanoszą do kuchni

Pamiętam historię dziewczyny z DDA, która twierdziła, że jej perfekcjonizm wziął się z tego, że wychowywała się w domu alkoholika, gdzie nic nie było pewne, nic nie było przewidywalne, bo nie mogli ufać ojcu. Nienawidziła niespodzianek, improwizacji.

Musiała mieć własne schematy. Porządek dawał jej poczucie bezpieczeństwa. Ale zatruwała życie mężowi. To nie żart. Małżeństwo zawisło na włosku. Zdecydowała się na terapię.

Perfekcjonizm takiego pochodzenia jest chyba trudniejszy do opanowania samemu?

Różne okropne rzeczy zdarzały się nam w dzieciństwie, ale jesteśmy dorośli i teraz to jest niestety już nasze zadanie, żeby coś z tym zrobić. Jedni chodzą na terapię, a inni metodą prób i błędów stosują autoterapię. Jedni mają to dlatego, że są np. DDA, a inni dlatego, że ojciec był strasznie wymagający, groźny, wszyscy się go bali. Są też takie dzieci, to niestety bardzo często przytrafia się dziewczynkom, które były zawstydzane. Wstyd jest bardzo trudną emocją dla małego dziecka. Te dzieci uczyły się, że wszystko musi być perfekcyjnie, bo inaczej mama, babcia, ojciec, bądź starsze rodzeństwo, wyśmiewali to: „Kto to tak umył! Zobacz, na tej szklance są paluchy!”. Często te dziewczynki stają się potem chorobliwie ambitne, wszystko, co robią, musi być doskonałe.

Cierpi perfekcjonistka, która za dużo od siebie wymaga, cierpi otoczenie, bo ta je terroryzuje umiłowaniem porządku, drobiazgowością itp. Kto ma gorzej?

To jest nierozerwalne. Są takie kobiety, które są „masochistkami”, cierpią samotnie, widzą różne rzeczy jako niedoskonałe, ale uśmiechają się, udają, że wszystko jest dobrze i poprawiają wszystko za swoich pracowników czy domowników. Dla tych pracowników czy domowników to też jest nieprzyjemna sytuacja, bo czują się jak dzieci, po których wszystko się poprawia, bo wszystko jest źle i nie mają żadnej motywacji, żeby się starać. A ta kobieta niby nie chce ranić, ale i tak wszystko musi być zrobione tak, jak ona sobie wymyśliła.

Tak sobie myślę, mąż perfekcjonistki… Współczuję.

My dostajemy teraz mnóstwo wzorców. Dzieci muszą mieć jakieś oceny, jakieś maniery, seks z mężem ma być atrakcyjny, do tego zdrowa dieta, posiłki tylko świeżo gotowane. I czasem słyszę od kobiet: „Ten facet do mnie nie pasuje. On został w starych schematach”. Być może on potrzebuje więcej czasu. A może trzeba się odciąć od tych wzorców. Może małżeństwo nie musi być perfekcyjne, żeby było udane. On ma prawo mieć swoje wady. On ma prawo robić coś nie tak. I to wcale nie znaczy, że ja mam być z tego powodu nieszczęśliwa. „Bo on nigdy nie odłoży na miejsce!” – „No i co ”, „Bo na niego nie można liczyć! Jak go wyślę do urzędu, to na pewno nie załatwi sprawy”. To może nie warto go wysyłać?  Może można mu zlecić coś innego. To nie może niszczyć mojej radości z życia. Spalamy się przy rzeczach naprawdę drobnych i nieistotnych, a giną nam z horyzontu te najważniejsze.

To jest chyba największy problem.

Ostatnio byłam teatrze. Rzecz dotyczyła małżeństwa z dużym stażem i ona próbowała zrobić jeszcze coś, żeby dodać pieprzu temu zastygłemu związkowi. On się opiera, ale w końcu złość mu się ulewa:„Przez 25 lat znosiłem to, że ubrania mają być poukładane tak i tak, że mam pić zieloną herbatę i teraz raptem ty mi się każesz wyluzować. Znowu mi coś każesz !”. Kobieta zamienia się w belferkę.

Tresuje go, on ma być podporządkowany. Czasami pytam: „A jakie zalety ma pani mąż ” – „On nie ma zalet” – „To dlaczego się pani z nim związała ” – „Bo się zakochałam” – „Ale w czymś się pani zakochała ” – „Wie pani, bo jak byłam młoda, to on miał takie śmiejące się oczy” – „Cudownie. I pani te oczy ogląda codziennie. To jest ogromna zaleta tego człowieka. Mógłby mieć wredne, złośliwie spojrzenie, a on ma śmiejące się oczy!”. I ona zaczyna się wtedy śmiać, mówiąc: „To jest w życiu nieważne”. Jak to jest nieważne? My po prostu zaczynamy inaczej układać priorytety i wydaje się nam, że np. ważniejsze jest to, żeby on dużo zarabiał albo żeby mył samochód co sobotę.

Myślę, że ten perfekcjonizm wynika z życia w napięciu i to jest odreagowanie tego napięcia – trzeba coś zrobić, tylko że „coś zrobić” oznacza, że wszyscy moi bliscy są poganiani do tego, żeby sprzątać, poprawiać stopnie w szkole, zasłużyć na awans w pracy, a tak naprawdę chodzi o coś innego. Na przykład o to, żeby w tę sobotę nie sprzątać, tylko pójść na spacer, spędzić miło czas.

Perfekcyjnej pani domu nie wystarczy, że ona sama sprząta, on musi z nią?

Bo to jest na zasadzie „zróbmy coś razem”. Pamiętam kobietę, która opowiadała mi o tych sobotach, ale u niej to przechodziło jeszcze na niedziele, bo w sobotę było sprzątanie, a w niedzielę było układanie w szafach. I ona mi mówiła, że tak trzeba, że oni „nie mogą żyć w chlewie”, że ten facet się buntuje, więc ona podejmowała już decyzję o terapii małżeńskiej. „To kiedy będziecie sprzątać, jak jeszcze zaczniecie chodzić na terapię ” – żartowałam sobie. I ona w pewnym momencie powiedziała mi: „Bo przecież chodzi o to, żebyśmy coś razem robili, żeby razem spędzać to życie”. Zapytałam, czy ma jakiś inny pomysł na to, co mogliby razem robić. Bardzo często tych pomysłów nie ma, bo kobiety zapominają o tym, co je cieszy. Mało tego, one mają poczucie winy, jeżeli dobrze spędzą czas. Pewna kobieta opowiada mi, że zrobiły sobie z koleżankami babski wieczór, bo jedna z nich po raz drugi wychodziła za mąż. Poszalały, było fantastycznie, ale mówi: „Do tej pory mam poczucie winy, bo w sobotę byłam do niczego, bolała mnie głowa, na ostatnich nogach ugotowałam obiad i nie zrobiłam tego, co miałam w planie”.

To niesamowite, jak wypieramy przyjemności ze swojego życia. Jaki to ma wpływ na życie intymne, na seks?

Seks to kolejny obszar problemowy dla perfekcjonistek. Albo trudno je zadowolić, bo mają bardzo wygórowane oczekiwania, albo uznają, że seks jako przyjemność powinien być dokładnie dawkowany i nie kraść czasu przeznaczonego na rzeczy pożyteczne. Jeśli następnego dnia jest wiele ważnych spraw do załatwienia, to trzeba być w dobrej formie, wyspać się i zrezygnować z seksu. Poza tym seks wytrąca z rytmu perfekcyjnego planu. Spontaniczność, fantazja, nuta szaleństwa słabo poddają się kontroli, więc wydają się groźne. Jeśli natomiast dojdzie do chwili zapomnienia, następnego dnia może pojawić się „kac”– poczucie winy, wstydu.

A co musi się wydarzyć, żeby nastąpiła przemiana w życiu takiej perfekcjonistki?

Kryzys. Na przykład kobieta jest menedżerem dużego zespołu i w pewnym momencie zespół się buntuje albo ludzie zaczynają odchodzić z pracy. Fajna dziewczyna, bardzo odpowiedzialna, pracowita, ale zespół po prostu nie ma już siły. Ludzie są poganiani, strofowani, pouczani, cały czas źle oceniani. Ona tłumaczy się tak: „Ja wiem, ale jestem w ciągłym napięciu, mnie się wali w pracy i w domu”, bo w domu odbywa się to samo. Jej dzieci też momentami mają już dosyć: „Dlaczego mój kolega może iść na podwórko, a ty mi wciąż każesz robić coś pożytecznego ”.

Dużo zamieszania zrobił program „Perfekcyjna Pani Domu”. Co na ten temat powie psycholog?

Pamiętam rady na temat pofarbowanych majtek i miałam wtedy poczucie wyższości, bo pomyślałam sobie: „A ja wiem lepiej, co się z nimi robi. Wyrzuca się je i kupuje nowe”. Odplamianie majtek… To nie jest tego warte!

Kobiety mówią: „Jak przychodzę do domu i jest bałagan, to nie odpocznę, dopóki tego nie posprzątam. Muszę sobie oczyścić teren, bo to tak, jakbym czyściła sobie w głowie”. Nie można im odmówić racji.

Nie, tylko niech nie mają pretensji, że osoby bliskie nie wysprzątały tego mieszkania na jej przyjście. Jeżeli naprawdę jestem wrażliwa na swoje potrzeby, to jeśli przychodzę do domu i jestem zmęczona, to może mogę rzucić się na kanapę, mimo że jest nieporządek.

Na Facebooku młoda kobieta założyła profil o ryzykownej nazwie „Ch..... Pani Domu”, który szybko zyskał popularność. Wpisy dotyczą tego, jak kobiety od lat się zadręczają. Myślę, że to może być wyzwalające, ale czy trafi do perfekcjonistek?

Perfekcjonistki nie będą tam zaglądały, bo one mają swoje schematy. Kiedyś pewna pani wyznała mi: „Mogę z wielu rzeczy zrezygnować, ale przecież codziennie trzeba odkurzyć”. Ja rozumiem, że ktoś to robi, bo lubi, ale jeżeli ktoś nie cierpi odkurzania i ma poczucie, że musi to zrobić codziennie, to jest to straszne.

Może gdyby perfekcjonistka była świadoma tego, co robi bliskim, to by perfekcjonizm zarzuciła?

Ale perfekcjonistki chcą mieć wszystko pod kontrolą. I wszystkich – dzieci, męża, rodziców, cały najbliższy krąg. Ona musi to kontrolować – jak on siedzi na kanapie, to nie wiadomo, co myśli i do czego się za chwilę zabierze, więc lepiej mu zlecić, żeby pokroił cebulę. Czasami wymyślanie tych czynności jest absurdalne: „Tak siedzisz, nic nie robisz, uporządkowałbyś to pudełko z guzikami!” (śmiech).

Miłe musi być obserwowanie wyzwalania się perfekcjonistki z perfekcjonizmu...

...np. jak któraś mi mówi, że dziecko porozrzucało zabawki, a ona usiadła i powiedziała: „O rany, ile ty tego masz!”. I zaczęła liczyć samochody, czołgi, myliła  się, liczyli od nowa i pierwszy raz w życiu poczuła się tak fajnie, aż się rozpłakała z zadowolenia. Albo: „Ja wiem, że pani tego nie widzi, ale ja od tygodnia nie wydepilowałam pachy. Kiedyś nie wytrzymałabym, musiałabym zbiec z biura do kiosku, kupić maszynkę, pójść do łazienki i to zrobić. A teraz mówię pani o tym i wcale się źle nie czuję!”. Przymus bycia perfekcyjną w wyglądzie budzi coraz większy bunt.

Bo to poza wszystkim jest nudne.

Ale nie zachęcamy do zaniedbywania się, do bierności  Przecież pomiędzy ograniczającym perfekcjonizmem a abnegacją jest ogromne pole do popisu... Nie zachęcamy także do złotego środka, który w końcu może stać się nudny. Chodzi o delektowanie się życiem. Zadbaj o siebie, nie z obowiązku, nakazu wewnętrznego, ale by cieszyć się ładnym wyglądem.

Wygląda na to, że perfekcjonistki mają naprawdę dużo do stracenia.

Po pierwsze związek. Po drugie, dzieci wchodzą w życie z potwornym obciążeniem. Ich córki staną się w przyszłości perfekcyjnymi menedżerkami, żonami i będą dręczyć kolejne pokolenia. Ale też będą nieszczęśliwe. To jest problem dla samej kobiety, która siebie dręczy, nie ma w niej radości życia, ciepła dla bliskich. Ona cały czas jest jak ten nadzorca, który musi kontrolować i wskazywać palcem, co jeszcze jest źle zrobione.

Rozmowa z Katarzyną Korpolewską ukazała się w „Urodzie Życia” 04/2015

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Relacje w związku
Getty Images

W miłości nie chodzi o „dziękuję”, mówi psycholożka, Katarzyna Miller 

Robisz śniadania, prasujesz koszule i czekasz, aż on doceni i powie chociażby: „dziękuję”? Psycholożka, Katarzyna Miller, wyjaśnia, dlaczego poświęcanie się w imię miłości to prosta droga do rozstania.
Sylwia Niemczyk
02.04.2020

Rzetelne dawanie i rzetelne branie ma swoje zasady. Pierwsza jest taka, że ten, kto dostał coś, o co prosił, docenia dar i umie za niego podziękować. A druga zasada: ten, kto daje, nie liczy na wdzięczność i wzajemność. Bo nagrodą jest już samo dawanie” – mówi Katarzyna Miller, psychoterapeutka. Sylwia Niemczyk: Lubimy się poświęcać dla innych? Katarzyna Miller: Nawet bym powiedziała, że my to wprost uwielbiamy! Poświęcanie się dla dzieci, męża, matki, szefa to typowo kobiecy grzech, choć oczywiście znam też paru mężczyzn, którzy również to robią. Ale bez względu na to, kto się poświęca i z jakiego powodu, zawsze wtedy z góry jest skazany na to, że będzie stratny. To przegrana inwestycja, zły interes – specjalnie używam takich określeń, bo bardzo bym chciała, żeby ludzie w końcu uświadomili sobie, że każda nasza relacja z drugim człowiekiem to nic innego, jak interes emocjonalny. Handel, w którym każda strona coś daje i coś bierze. Interes, handel – jakbym słyszała Moryca z „Ziemi obiecanej”. Idziemy na wojnę z romantyzmem? Ja na tej wojnie jestem od wielu lat i zawsze powtarzam: dla własnego dobra przestańmy się wiecznie doszukiwać romantyzmu w życiu, bo to czysta iluzja. A z drugiej strony przestańmy też myśleć, że interes od razu oznacza oszustwo i łódzki geszeft z „Ziemi obiecanej”.. Interesy, w tym te emocjonalne, to normalna, dobra rzecz. Dajemy i bierzemy, umawiamy się na jakąś wymianę i dotrzymujemy umowy. Robimy coś dla kogoś, ale sami też coś z tego mamy. W takim razie co ja mam z tego, że codziennie rano robię mężowi śniadanie? Na przykład masz to, że się sobie taka podobasz: taka jesteś pracowita, dobra, miła. Taka pomocna i potrzebna. Już od samego rana masz poczucie, że zrobiłaś coś dobrego i to już jest twoja...

Czytaj dalej
wdzięczność w życiu
Unsplash

Psycholożka Ewa Tyralik-Kulpa: „Doceniaj to, co dostajesz od innych”

Na początek wystarczy przed snem zrobić rachunek sumienia i pomyśleć, za co mogę być sobie wdzięczna. I za co dziękuję najbliższym. A potem – za co czuję wdzięczność tego dnia wobec obcych ludzi.
Anna Zych
02.04.2020

Może zamiast stale za czymś gonić i narzekać, wreszcie nauczyć się wdzięczności za to, co mamy. „Docenianie dobra, którym zostaliśmy obdarowani, podnosi poczucie szczęścia” – tłumaczy Ewa Tyralik-Kulpa, trenerka dobrych rozmów ze Szkoły Trenerów Komunikacji Opartej na Empatii. Anna Zych: Tyle jest rzeczy wokół, za które moglibyśmy czuć wdzięczność, choćby za piękną pogodę za oknem, uśmiech dziecka, dobrą pracę, a my tego nie dostrzegamy… Wolimy skupiać się na tym, co złe, albo na tym, czego nie mamy. Dlaczego? Ewa Tyralik-Kulpa: Z dwóch powodów: żeby przetrwać w świecie pełnym niebezpieczeństw, nasz mózg nastawiony jest na wyłapywanie z otoczenia tego, co nie działa. Dostrzeganie zagrożeń to uwarunkowanie biologiczne. Prędzej zauważymy, że ktoś na nas krzywo spojrzał, niż że się uśmiechnął, bo uśmiech nie był aż tak potrzebny do przetrwania. Mamy też przyzwyczajenia kulturowe: jeżeli coś działa, raczej się o tym nie mówi. Gdy dziecko jest grzeczne i nie sprawia problemów, przyjmujemy to za normę, nie chwalimy za to. Ale gdy rozrabia, natychmiast to wychwytujemy i reagujemy. Poza tym jesteśmy wychowywani w kulturze braku – to kolejne uwarunkowanie. Cała nasza edukacja jest na braku skupiona: naucz się tego, czego nie umiesz, zdobądź to, czego jeszcze nie masz. Czyli to jest biologia?! To teraz trochę psychologii: co nam daje umniejszanie szczęścia, które jest wokół nas? Dlaczego tak trudno nam się cieszyć? Kiedyś było modne w Polsce powiedzenie: cisze budiesz, dalsze jedziesz. W wolnym tłumaczeniu: nie chwal się, bo to niebezpieczne. Dlaczego? Bo spotkamy się z zazdrością i np. ktoś nam będzie źle życzył. Bo ryzykujemy utratę dobrej relacji z osobą, której się pochwaliliśmy – ja mam, ty nie. Ludzie pomogą pani chętniej, gdy jest...

Czytaj dalej
skuteczna dieta odchudzająca
getty images

Odchudzamy się, by nie myśleć o swoich prawdziwych problemach, mówi psycholog

Problemy z wagą, czy z pewnością siebie?
Agnieszka Dajbor 
02.01.2020

Psychologia diety angażuje naszą głowę i ciało. Bo do uzyskania wymarzonej wagi ma nas doprowadzić nie tylko liczenie kalorii. Ale też to, co myślimy o samej diecie. Czy ona nie maskuje nam innych problemów, czy skupiając się na jedzeniu, chcemy od czegoś w życiu uciec, a może do czegoś dojść”, mówi terapeutka Marta Szydłowska-Pierzak. Katarzyna Olkowicz „Uroda Życia”: Zna pani kogoś, kto nigdy nie był na diecie? Marta Szydłowska-Pierzak: Nie. Słowo dieta stało się bardzo popularne, jest to indywidualny sposób odżywiania i wszyscy jesteśmy na jakiejś diecie – odchudzającej, zdrowotnej, wegetariańskiej, sportowej, dla nabrania kilogramów itd. A jednocześnie ponad połowa ludzi na świecie ma nadwagę. I to w momencie, gdy wydaje się, że wiemy wszystko o zdrowym stylu życia. Co stoi na przeszkodzie, byśmy byli szczupli? Żyjemy w dużym pośpiechu, mamy ciągłe oczekiwania w stosunku do siebie, innych. Poczucie nieustannej presji sprawia, że nasze wymagania wciąż rosną. W trudnym momencie, kiedy mamy mniej energii, włącza się wewnętrzny autopilot. Podsuwa destrukcyjne myśli, na przykład: „Dziesięć razy próbowałam schudnąć, za każdym razem skończyło się fiaskiem, więc nie spróbuję jedenasty raz. Po co mam znów się męczyć, skoro wiadomo, jak się to skończy?”. Dążymy do tego, by chudnąć, ale nasze życie, wielość obowiązków i komplikujące sprawę myśli często uniemożliwiają posuwanie się naprzód. Podejmujemy bezcelowe, automatyczne zachowania i nie zdajemy sobie sprawy z tego, co robimy. Przeszkodą może być też zbyt duży cel, który zakładamy, np. „Chcę schudnąć 10 kilogramów w ciągu miesiąca”. A gdy nam to nie wychodzi, bo ma prawo nie wyjść, poddajemy się. Warto zauważać wysiłek, który wkładamy w dojście do wyznaczonego...

Czytaj dalej