Zamiast zabijać się dla czystych okien, naucz się odpuszczać sobie – i innym
Adobe Stock

Zamiast zabijać się dla czystych okien, naucz się odpuszczać sobie – i innym

Perfekcjonizm to trucizna: zaburza sen, odbiera radość, niszczy relacje. Zobacz, jak zacząć odpuszczać i zacząć żyć.
Anna Maruszeczko
04.01.2019

Niedoskonałe może być całkiem dobre. A perfekcjonizm to jedna z najbardziej podstępnych pułapek umysłu. Odwraca nasze myśli od tego, co ważne, jest złodziejem cennego czasu, przyczyną paraliżu kreatywności... – z Katarzyną Korpolewską, doktorem psychologii i coachem, rozmawia Anna Maruszeczko.

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

Nauka odpuszczania

Anna Maruszeczko: Kogo jest więcej – perfekcjonistów czy perfekcjonistek?

Katarzyna Korpolewska: Zdecydowanie więcej jest perfekcyjnych kobiet. Jako coach dużo pracuję z kobietami, które są na kierowniczych stanowiskach, i właściwie już przy pierwszej rozmowie widzę, że każda z nich „kupiła to w najdroższym sklepie”, czyli strasznym kosztem. Widzę, że tak naprawdę nie mają w sobie radości z tego, co osiągnęły, tylko w dalszym ciągu jest pogoń, przekonanie, że ona musi jeszcze.

Gdy kobieta wysyła mail, to sprawdza przecinki i duże litery, mężczyzna nie będzie sobie zawracał tym głowy, bo „on jest od większych rzeczy”...

Znam nawet takie panie dyrektorki, które, gdy dostają mail od pracownika, to poprawiają błędy i odsyłają z upomnieniem, że ten mail został niestarannie napisany. A tu nie chodzi o staranność, tylko o przekaz informacji, więc jeśli jest czytelny, to spełnia swoją funkcję. To nie jest literatura.

A jak perfekcjonistka ma się w domu?

„Wczoraj złapałam się na tym, że znowu zrobiłam to samo! – mówi mi jedna z klientek. – Ugotowałam rosół i nagle odkrywam, że nie mam natki pietruszki, więc zjeżdżam windą, lecę do sklepu, ale tam jej nie ma, idę do następnego… W efekcie trzeba było podgrzać rosół i obiad był godzinę później. Jak już posypywałam rosół tą natką, to miałam ochotę puknąć się w czoło, bo przecież co by się takiego stało, gdyby tej pietruszki nie było!”.

Chociaż ja też bym wolała rosół z natką. To przecież nic złego, że człowiek dąży do doskonałości…

Ale my żyjemy w takich czasach, że nie możemy wszystkiego robić w najwyższej jakości, za dużo rzeczy dzieje się wokół. Jeżeli i obiad miałby być super i pościel wykrochmalona, a w pracy idealnie dopracowany nowy projekt, to jednej osoby nie wystarczy. To jest po prostu niewykonalne.

Czasy wymuszają, żeby niektóre rzeczy robić na poziomie wystarczającym. Do tej kategorii spraw zaliczyłabym sprzątanie, obiad, bo naprawdę nikt się nie rozchoruje, jak zje rosół bez świeżej pietruszki, dzieci nie dostaną awitaminozy. Nic złego się nie stanie, a być może ktoś się nawet ucieszy, że jest rosół bez zieleniny.

Rzeczywiście obowiązków przybywa, a my nic nie skreślamy na tej liście.

To nas powinno wreszcie skłonić do refleksji. Czasy są wymagające, ale przyczyny nadmiernego perfekcjonizmu kobiet tkwią gdzie indziej – w sposobie wychowania. Od dziewczynek wymaga się bardzo dużo: ona ma być ładna, miła, ma mieć dobry kontakt z ludźmi, ma być słuchająca, zainteresowana, dobrze się uczyć i być posłuszna. W przyszłości ma być wspaniałą żoną, świetną matką, a dodatkowo ma  jeszcze robić karierę zawodową.

Ma być supermanką.

Tak! Jest strasznie dużo oczekiwań. Poza tym od dziewczynki łatwiej się wymaga, bo dziewczynki są np. staranniejsze, jeśli chodzi o szkołę, więc jeżeli ona ma dobrze prowadzone zeszyty, to łatwiej jest powiedzieć: „Gdybyś się postarała, byłoby jeszcze lepiej. Popatrz, zagięłaś róg i już cały zeszyt brzydki!”. A jej brat wyciera w zeszyt ręce po zjedzeniu kanapki i nikt nie ma o to pretensji.

Bo nikt nie wierzy, że może być lepiej.

Wszyscy się cieszą, że w ogóle ma jakikolwiek zeszyt. A od niej się wymaga. Oczywiście, że mogłaby być jeszcze lepsza, tylko pytanie, czy musi?

Rodzic jest przekonany, że trzeba przymusić do pracy, do nauki, by w przyszłości dziecku było łatwiej, by więcej osiągnęło. Trudno więc odpuścić.

Wiem, że można to zmienić, mnie samą kiedyś olśniło. Wybierałam się na zebranie do szkoły, moja córka była na początku podstawówki, ale wcześniej byłam zaproszona do Centrum Zdrowia Dziecka na spotkanie dla rodziców. Widziałam dzieci ze schorzeniami neurologicznymi, onkologicznymi, a potem pojechałam na wywiadówkę i dowiedziałam się, że dzieci się nie uczą, że niestarannie prowadzą zeszyty. Pani grzmiała. Jakiś tatuś zadeklarował, że w takim razie jego syn teraz przez tydzień nie będzie grał w piłkę, tylko będzie poprawiał zeszyt. Nie wytrzymałam: „Pan naprawdę myśli, że to jest ważniejsze niż gra w piłkę  Za chwilę spadnie śnieg i on już nie będzie mógł grać. A w ogóle, jakie to jest wspaniałe, że on jest cały, zdrowy i lubi sport! Co mu się w życiu bardziej przyda, ten starannie prowadzony zeszyt, czy to, że nie będzie chorował, bo się zahartuje na boisku ”. Zaległa cisza i wszyscy spojrzeli na mnie jak na kosmitkę. Ale ten ojciec nagle wypuścił powietrze: „Pani ma rację…”. Nie dajmy się zwariować. Dzieci tabliczki mnożenia zdążą się nauczyć. Ona jest ważna, ale to nie jest szach mat królowi.

Ale nauczycielki i matki są niecierpliwe.

I ambitne. Gdy kobiety mi opowiadają o swoich ambicjach i obawach, to zwykle mówię: „Proszę sobie przypomnieć, o czym pani marzyła, chodząc w ciąży ze swoim synem, żeby miał piątkę z matematyki ” – „Chciałam, żeby był zdrowy i szczęśliwy” – „OK, teraz coś się zmieniło ” – „Nie, nie zmieniło się, ale on będzie szczęśliwy, jak będzie miał piątkę z matematyki” – „On będzie szczęśliwy, czy pani będzie szczęśliwa ” – „Ale mnie nie uszczęśliwia jego piątka z matematyki…” – „To dlaczego to jest tak ważne ”. Zachowują się tak, jakby to była polisa na szczęście. Rodzicom się wydaje, że jak dziecko teraz nauczy się układać ubrania, jak będą pilnowali, by co wieczór myło zęby, że jak będzie miało piątkę ze wszystkich przedmiotów, to będzie to jego przepustka do szczęścia. Otóż nie, to jest nieprawda.

A co jest tą przepustką?  Istnieje jedna odpowiedź?

Tak. Ludzie tak naprawdę osiągają sukces życiowy, nie tylko zawodowy, ale też osobisty wtedy, kiedy od dzieciństwa potrafią się cieszyć, potrafią być szczęśliwi, są pewni siebie. Sukces życiowy osiąga się dzięki osobowości, nie dzięki dyplomom.

Czy niepoganiane dziecko w odpowiednim czasie samo się wszystkiego nauczy?

Dzieci dużo skuteczniej uczą się, gdy same próbują, niż wtedy, gdy im ktoś każe, podaje instrukcje. Matce wydaje się, że niezdyscyplinowane dziecko trzeba kontrolować, ale to uniemożliwia wykształcenie samokontroli. Ta umiejętność przyda im się w przyszłości bardziej niż dobra średnia ocen w podstawówce.

Czyli nie chodzi o anarchię, tylko o więcej luzu?

Dokładnie tak. Chodzi o to, żeby to nie było wielkim kosztem, żeby nie było na siłę. Dlaczego to jest ważne, żeby odpuścić dzieciom  Dlatego, że bardzo często kobietom udaje się odpuścić sobie dopiero wtedy, kiedy zaczynają odpuszczać swoim dzieciom.

Bingo!

Bo im nikt nie odpuszczał i w nich jest takie zaszczute dziecko, które miało tylko nakazy, obowiązki i wymagania. Kiedy one wreszcie zaczynają dostrzegać, że ich dziecko może być szczęśliwe w inny sposób, to gdzieś w sobie zaczynają odnajdywać tę dziewczynkę, która też kiedyś miała ochotę na trochę luzu, dni bez rygorów, ocen, upominania, też marzyła, by sobie poleniuchować, powygłupiać się, ale nie miała takich możliwości.

Dom rodzinny to chyba niejedyne miejsce, w którym kobieta jest przymuszana do niewygodnych dla siebie ról?

Pewna kobieta kiedyś powiedziała mi, że jej mąż bez przerwy miał do niej pretensje o to, że coś jest nie tak, a przy dwójce małych dzieci ciągle coś było nie tak – coś było rozwalone, nie tam leżały buciki, coś pętało się po podłodze. On zawsze jej powtarzał: „Ożeniłem się z tobą dlatego, że byłaś pedantką”. I ona mówi do mnie: „Wie pani, dopiero ostatnio sobie uświadomiłam, że ja nigdy nie byłam pedantką… On się źle ożenił!” (śmiech).

To ciekawy dysonans poznawczy.

Ona mówi: „Rzeczywiście, zawsze starałam się wszystko układać, bo wiedziałam, że mu na tym zależy, ale to nie była moja potrzeba”.

I jak im się potem ułożyło, ocalili się jako para czy nie?

Tak, ale oznajmiła mu, że to nie jest jej prawdziwa natura, że nie jest pedantką.

W sumie dobrze dla niego, bo życie z prawdziwą pedantką to musi być męka.

Pewna klientka mówi mi tak: „Wiem, że gnębię wszystkich i siebie też. Gdy wracam do domu, to myślę sobie, że tak, jestem zmęczona, ale teraz jest ważna rodzina, powinnam mieć dla niej lepszą energię. Wchodzę i wkurzam się, bo na samym środku leży rozwalony plecak mojego syna: „Boże, jaki tu jest bajzel!”. Ja na to: „A nie przyszło pani do głowy, że to jest dom szczęśliwych ludzi, którzy czują się na tyle swobodnie, że mogą po prostu walnąć plecak, żeby się książki wysypały ”. I ona jakby straciła oddech. „Ja nigdy nie myślałam o tym w ten sposób – mówi. – Tak, dom szczęśliwych ludzi… Przecież nie chodzi o to, żeby oni przychodzili ze szkoły i sprzątali”.

Tak, ale też nie chodzi o to, żeby ona przychodziła z pracy, zaczynała od sprzątania i kończyła na sprzątaniu.

To jest myślenie typu: „Bo jak ja tego nie podniosę…”. Ja: „Przykładowo ma pani dwie ręce w gipsie. I co, to będzie tak leżało ” – „Wtedy ja powiem synowi…” – „A gdyby pani nie powiedziała ” – „To pewnie wieczorem podniósłby ten plecak, bo musiałby się spakować na następny dzień” – „OK, czyli ten plecak leżałby do wieczora. I co jest w tym takiego okropnego ” – „Bo ja wiem, że on tam leży…” – „Aha, ugniata panią ta świadomość” (śmiech).

Tak, dobrze czasami popatrzeć na siebie z boku, gdy po pracy np. w biurze zabieramy się do prasowania i prasujemy wszystko, co wpadnie w ręce, choćby skarpetki.

Albo: „Wypiłeś herbatkę ” – „Nie, jeszcze mam łyczek” – „To dopij i zanieś kubek do kuchni!”. Domownik nie ma żadnej przyjemności z wypicia tej herbaty. Ktoś powie: „Niech się dzieci uczą, że wstawia się naczynia do zmywarki”, a co by było, gdyby się uczyły, że zanim pójdą spać, zbierają kubki i zanoszą do kuchni

Pamiętam historię dziewczyny z DDA, która twierdziła, że jej perfekcjonizm wziął się z tego, że wychowywała się w domu alkoholika, gdzie nic nie było pewne, nic nie było przewidywalne, bo nie mogli ufać ojcu. Nienawidziła niespodzianek, improwizacji.

Musiała mieć własne schematy. Porządek dawał jej poczucie bezpieczeństwa. Ale zatruwała życie mężowi. To nie żart. Małżeństwo zawisło na włosku. Zdecydowała się na terapię.

Perfekcjonizm takiego pochodzenia jest chyba trudniejszy do opanowania samemu?

Różne okropne rzeczy zdarzały się nam w dzieciństwie, ale jesteśmy dorośli i teraz to jest niestety już nasze zadanie, żeby coś z tym zrobić. Jedni chodzą na terapię, a inni metodą prób i błędów stosują autoterapię. Jedni mają to dlatego, że są np. DDA, a inni dlatego, że ojciec był strasznie wymagający, groźny, wszyscy się go bali. Są też takie dzieci, to niestety bardzo często przytrafia się dziewczynkom, które były zawstydzane. Wstyd jest bardzo trudną emocją dla małego dziecka. Te dzieci uczyły się, że wszystko musi być perfekcyjnie, bo inaczej mama, babcia, ojciec, bądź starsze rodzeństwo, wyśmiewali to: „Kto to tak umył! Zobacz, na tej szklance są paluchy!”. Często te dziewczynki stają się potem chorobliwie ambitne, wszystko, co robią, musi być doskonałe.

Cierpi perfekcjonistka, która za dużo od siebie wymaga, cierpi otoczenie, bo ta je terroryzuje umiłowaniem porządku, drobiazgowością itp. Kto ma gorzej?

To jest nierozerwalne. Są takie kobiety, które są „masochistkami”, cierpią samotnie, widzą różne rzeczy jako niedoskonałe, ale uśmiechają się, udają, że wszystko jest dobrze i poprawiają wszystko za swoich pracowników czy domowników. Dla tych pracowników czy domowników to też jest nieprzyjemna sytuacja, bo czują się jak dzieci, po których wszystko się poprawia, bo wszystko jest źle i nie mają żadnej motywacji, żeby się starać. A ta kobieta niby nie chce ranić, ale i tak wszystko musi być zrobione tak, jak ona sobie wymyśliła.

Tak sobie myślę, mąż perfekcjonistki… Współczuję.

My dostajemy teraz mnóstwo wzorców. Dzieci muszą mieć jakieś oceny, jakieś maniery, seks z mężem ma być atrakcyjny, do tego zdrowa dieta, posiłki tylko świeżo gotowane. I czasem słyszę od kobiet: „Ten facet do mnie nie pasuje. On został w starych schematach”. Być może on potrzebuje więcej czasu. A może trzeba się odciąć od tych wzorców. Może małżeństwo nie musi być perfekcyjne, żeby było udane. On ma prawo mieć swoje wady. On ma prawo robić coś nie tak. I to wcale nie znaczy, że ja mam być z tego powodu nieszczęśliwa. „Bo on nigdy nie odłoży na miejsce!” – „No i co ”, „Bo na niego nie można liczyć! Jak go wyślę do urzędu, to na pewno nie załatwi sprawy”. To może nie warto go wysyłać?  Może można mu zlecić coś innego. To nie może niszczyć mojej radości z życia. Spalamy się przy rzeczach naprawdę drobnych i nieistotnych, a giną nam z horyzontu te najważniejsze.

To jest chyba największy problem.

Ostatnio byłam teatrze. Rzecz dotyczyła małżeństwa z dużym stażem i ona próbowała zrobić jeszcze coś, żeby dodać pieprzu temu zastygłemu związkowi. On się opiera, ale w końcu złość mu się ulewa:„Przez 25 lat znosiłem to, że ubrania mają być poukładane tak i tak, że mam pić zieloną herbatę i teraz raptem ty mi się każesz wyluzować. Znowu mi coś każesz !”. Kobieta zamienia się w belferkę.

Tresuje go, on ma być podporządkowany. Czasami pytam: „A jakie zalety ma pani mąż ” – „On nie ma zalet” – „To dlaczego się pani z nim związała ” – „Bo się zakochałam” – „Ale w czymś się pani zakochała ” – „Wie pani, bo jak byłam młoda, to on miał takie śmiejące się oczy” – „Cudownie. I pani te oczy ogląda codziennie. To jest ogromna zaleta tego człowieka. Mógłby mieć wredne, złośliwie spojrzenie, a on ma śmiejące się oczy!”. I ona zaczyna się wtedy śmiać, mówiąc: „To jest w życiu nieważne”. Jak to jest nieważne? My po prostu zaczynamy inaczej układać priorytety i wydaje się nam, że np. ważniejsze jest to, żeby on dużo zarabiał albo żeby mył samochód co sobotę.

Myślę, że ten perfekcjonizm wynika z życia w napięciu i to jest odreagowanie tego napięcia – trzeba coś zrobić, tylko że „coś zrobić” oznacza, że wszyscy moi bliscy są poganiani do tego, żeby sprzątać, poprawiać stopnie w szkole, zasłużyć na awans w pracy, a tak naprawdę chodzi o coś innego. Na przykład o to, żeby w tę sobotę nie sprzątać, tylko pójść na spacer, spędzić miło czas.

Perfekcyjnej pani domu nie wystarczy, że ona sama sprząta, on musi z nią?

Bo to jest na zasadzie „zróbmy coś razem”. Pamiętam kobietę, która opowiadała mi o tych sobotach, ale u niej to przechodziło jeszcze na niedziele, bo w sobotę było sprzątanie, a w niedzielę było układanie w szafach. I ona mi mówiła, że tak trzeba, że oni „nie mogą żyć w chlewie”, że ten facet się buntuje, więc ona podejmowała już decyzję o terapii małżeńskiej. „To kiedy będziecie sprzątać, jak jeszcze zaczniecie chodzić na terapię ” – żartowałam sobie. I ona w pewnym momencie powiedziała mi: „Bo przecież chodzi o to, żebyśmy coś razem robili, żeby razem spędzać to życie”. Zapytałam, czy ma jakiś inny pomysł na to, co mogliby razem robić. Bardzo często tych pomysłów nie ma, bo kobiety zapominają o tym, co je cieszy. Mało tego, one mają poczucie winy, jeżeli dobrze spędzą czas. Pewna kobieta opowiada mi, że zrobiły sobie z koleżankami babski wieczór, bo jedna z nich po raz drugi wychodziła za mąż. Poszalały, było fantastycznie, ale mówi: „Do tej pory mam poczucie winy, bo w sobotę byłam do niczego, bolała mnie głowa, na ostatnich nogach ugotowałam obiad i nie zrobiłam tego, co miałam w planie”.

To niesamowite, jak wypieramy przyjemności ze swojego życia. Jaki to ma wpływ na życie intymne, na seks?

Seks to kolejny obszar problemowy dla perfekcjonistek. Albo trudno je zadowolić, bo mają bardzo wygórowane oczekiwania, albo uznają, że seks jako przyjemność powinien być dokładnie dawkowany i nie kraść czasu przeznaczonego na rzeczy pożyteczne. Jeśli następnego dnia jest wiele ważnych spraw do załatwienia, to trzeba być w dobrej formie, wyspać się i zrezygnować z seksu. Poza tym seks wytrąca z rytmu perfekcyjnego planu. Spontaniczność, fantazja, nuta szaleństwa słabo poddają się kontroli, więc wydają się groźne. Jeśli natomiast dojdzie do chwili zapomnienia, następnego dnia może pojawić się „kac”– poczucie winy, wstydu.

A co musi się wydarzyć, żeby nastąpiła przemiana w życiu takiej perfekcjonistki?

Kryzys. Na przykład kobieta jest menedżerem dużego zespołu i w pewnym momencie zespół się buntuje albo ludzie zaczynają odchodzić z pracy. Fajna dziewczyna, bardzo odpowiedzialna, pracowita, ale zespół po prostu nie ma już siły. Ludzie są poganiani, strofowani, pouczani, cały czas źle oceniani. Ona tłumaczy się tak: „Ja wiem, ale jestem w ciągłym napięciu, mnie się wali w pracy i w domu”, bo w domu odbywa się to samo. Jej dzieci też momentami mają już dosyć: „Dlaczego mój kolega może iść na podwórko, a ty mi wciąż każesz robić coś pożytecznego ”.

Dużo zamieszania zrobił program „Perfekcyjna Pani Domu”. Co na ten temat powie psycholog?

Pamiętam rady na temat pofarbowanych majtek i miałam wtedy poczucie wyższości, bo pomyślałam sobie: „A ja wiem lepiej, co się z nimi robi. Wyrzuca się je i kupuje nowe”. Odplamianie majtek… To nie jest tego warte!

Kobiety mówią: „Jak przychodzę do domu i jest bałagan, to nie odpocznę, dopóki tego nie posprzątam. Muszę sobie oczyścić teren, bo to tak, jakbym czyściła sobie w głowie”. Nie można im odmówić racji.

Nie, tylko niech nie mają pretensji, że osoby bliskie nie wysprzątały tego mieszkania na jej przyjście. Jeżeli naprawdę jestem wrażliwa na swoje potrzeby, to jeśli przychodzę do domu i jestem zmęczona, to może mogę rzucić się na kanapę, mimo że jest nieporządek.

Na Facebooku młoda kobieta założyła profil o ryzykownej nazwie „Ch..... Pani Domu”, który szybko zyskał popularność. Wpisy dotyczą tego, jak kobiety od lat się zadręczają. Myślę, że to może być wyzwalające, ale czy trafi do perfekcjonistek?

Perfekcjonistki nie będą tam zaglądały, bo one mają swoje schematy. Kiedyś pewna pani wyznała mi: „Mogę z wielu rzeczy zrezygnować, ale przecież codziennie trzeba odkurzyć”. Ja rozumiem, że ktoś to robi, bo lubi, ale jeżeli ktoś nie cierpi odkurzania i ma poczucie, że musi to zrobić codziennie, to jest to straszne.

Może gdyby perfekcjonistka była świadoma tego, co robi bliskim, to by perfekcjonizm zarzuciła?

Ale perfekcjonistki chcą mieć wszystko pod kontrolą. I wszystkich – dzieci, męża, rodziców, cały najbliższy krąg. Ona musi to kontrolować – jak on siedzi na kanapie, to nie wiadomo, co myśli i do czego się za chwilę zabierze, więc lepiej mu zlecić, żeby pokroił cebulę. Czasami wymyślanie tych czynności jest absurdalne: „Tak siedzisz, nic nie robisz, uporządkowałbyś to pudełko z guzikami!” (śmiech).

Miłe musi być obserwowanie wyzwalania się perfekcjonistki z perfekcjonizmu...

...np. jak któraś mi mówi, że dziecko porozrzucało zabawki, a ona usiadła i powiedziała: „O rany, ile ty tego masz!”. I zaczęła liczyć samochody, czołgi, myliła  się, liczyli od nowa i pierwszy raz w życiu poczuła się tak fajnie, aż się rozpłakała z zadowolenia. Albo: „Ja wiem, że pani tego nie widzi, ale ja od tygodnia nie wydepilowałam pachy. Kiedyś nie wytrzymałabym, musiałabym zbiec z biura do kiosku, kupić maszynkę, pójść do łazienki i to zrobić. A teraz mówię pani o tym i wcale się źle nie czuję!”. Przymus bycia perfekcyjną w wyglądzie budzi coraz większy bunt.

Bo to poza wszystkim jest nudne.

Ale nie zachęcamy do zaniedbywania się, do bierności  Przecież pomiędzy ograniczającym perfekcjonizmem a abnegacją jest ogromne pole do popisu... Nie zachęcamy także do złotego środka, który w końcu może stać się nudny. Chodzi o delektowanie się życiem. Zadbaj o siebie, nie z obowiązku, nakazu wewnętrznego, ale by cieszyć się ładnym wyglądem.

Wygląda na to, że perfekcjonistki mają naprawdę dużo do stracenia.

Po pierwsze związek. Po drugie, dzieci wchodzą w życie z potwornym obciążeniem. Ich córki staną się w przyszłości perfekcyjnymi menedżerkami, żonami i będą dręczyć kolejne pokolenia. Ale też będą nieszczęśliwe. To jest problem dla samej kobiety, która siebie dręczy, nie ma w niej radości życia, ciepła dla bliskich. Ona cały czas jest jak ten nadzorca, który musi kontrolować i wskazywać palcem, co jeszcze jest źle zrobione.

Rozmowa z Katarzyną Korpolewską ukazała się w „Urodzie Życia” 04/2015

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
fot. East News
fot. East News

Wszystkie Rosjanki kochają Putina? Opowiada znawczyni Rosji, Anna Wojtacha

Te na wsi pracują ponad siły i znoszą niewyobrażalną biedę. Te w Moskwie kupują brylanty i ubrania od Chanel. Co je łączy?  Opowiada Anna Wojtacha, dziennikarka, która przejechała Rosję wzdłuż i wszerz.
Bartosz Janiszewski
10.08.2020

Między Warszawą a Moskwą są dwie godziny różnicy. Między Moskwą a Władywostokiem ponad siedem, a ludzie żyją tam kompletnie inaczej. To całkiem odmienne światy. A kobiety z tych światów łączą wyłącznie religia, język i prezydent Putin, którego kochają niemal wszystkie. Dla Rosjanek Putin to ulepszona wersja samca alfa. Nie pije, za to ma władzę. O tym jak wygląda życie kobiet w Rosji, dlaczego wiele z nich wybiera na męża Chińczyka i czym jest słynna rosyjska dusza, rozmawiamy z Anną Wojtachą,  dziennikarką i korespondentką wojenną. Od lat zafascynowana Rosją, po której samotnie podróżowała. Jej książka „Zabijemy albo pokochamy” (wyd. Znak Literanowa) to zbiór opowieści o spotkanych tam ludziach. Putin i kobiety Bartosz Janiszewski: Ze wszystkich Rosjanek, które pojawiają się w pani książce, najmocniej zapamiętałem Ninoczkę.  Anna Wojtacha: Ja też. Długo nie mogłam się uporać z jej śmiercią.  Myślałem, że jako reporter wojenny nauczyła się pani na to znieczulać.   Bohaterów do tej książki poznawałam przypadkiem. Nie chciałam szukać konkretnych postaci do konkretnych tematów. Brałam kilka miesięcy urlopu w redakcji, plecak i podróżowałam po Rosji. Ninę zapytałam o drogę na ulicy.  Godzinę później siedziałyśmy przy herbacie, a ona mówiła mi prosto w oczy, że jest dziwką. Było coś, co sprawiło, że się zaprzyjaźniliśmy. Nina łączyła w sobie dwie dusze, które teoretycznie nie powinny się spotkać w jednej osobie. Dziecko i kurwę. Dostawała amoku w sklepie z zabawkami na widok pluszowego misia, a kilka godzin później z zimnym wyrafinowaniem prostytutki negocjowała z klientem cenę i zakres usług. Dualizm słabości i siły u kobiety jak w...

Czytaj dalej
emocje
Pixabay

Tatiana Mindewicz-Puacz: „My, kobiety, jesteśmy mistrzyniami w podcinaniu sobie skrzydeł”

„Nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak bardzo nasze myśli wpływają na to, jak się czujemy. Jeśli przelejemy je na papier, a potem się im przyjrzymy, da nam to ogromne poczucie sprawczości”, mówi Tatiana Mindewicz-Puacz, psychoterapeutka i coach.
Iga Ptasińska
30.11.2020

Powiedzmy sobie szczerze, najłatwiej jest usiąść i powiedzieć, że nic nie umiemy i nic na to nie poradzimy. O wiele trudniej jest codziennie wykuwać swoje poczucie własnej wartości i przekonanie, że nasze życie zależy od nas samych. Rozmowa z Tatianą Mindewicz-Puacz, psychoterapeutką i coachem. Iga Ptasińska: Żyjemy w świecie, w którym bycie szczęśliwym jest wręcz obowiązkiem”, tak napisała pani w jednej z książek. Czyli niezależnie od tego, co zrobimy, już na starcie jesteśmy gigantycznie obciążeni. Tatiana Mindewicz-Puacz: Nie mam nic przeciwko temu, żebyśmy cieszyli się życiem, żebyśmy uczyli się wychodzić ze stanów malkontenctwa, ale – do cholery – nie da się być permanentnie szczęśliwym! A współczesny świat wywiera taką presję, co gorsze, my sami ją na sobie wywieramy. Musimy być bardzo ładni, bardzo zdrowi, odnosić wielkie sukcesy, mieć wspaniałe związki albo radosną samotność. Nie umiemy być w tym naszym nieidealnym „tu i teraz” – mam wrażenie, że masowo uciekamy. Jedni w przeszłość, rozpamiętując to, co było, inni w przyszłość: kiedyś, za zakrętem czeka mnie coś niezwykłego, cud, a moje dziś to tylko taka poczekalnia… Ucieczka od „dziś” wychodzi prawie zawsze, kiedy zaczynam pracować z ludźmi. Choć mądre „używanie” przeszłości i przyszłości to bardzo dobry pomysł. Czyli na przykład wyciąganie doświadczeń, które pokazują, że potrafimy sobie poradzić, albo myślenie o jutrze jako motywacji do działania dziś – to fantastyczne i wzmacniające. Ale my nie używamy ich mądrze… No nie, a przynajmniej nie zawsze. Zadziwiający jest sposób, w jaki korzystamy z przeszłości. Posłużę się porównaniem. To jest tak, jakbyśmy otwierali szafę z ubraniami i wybierali z niej tylko to, w czym źle...

Czytaj dalej
Kamila Rowińska, Kobieta Niezależna
Maciej Zienkiewicz

Kamila Rowińska, autorka bestselleru „Kobieta niezależna” o swojej misji i drodze na szczyt

Negocjowałam z Bogiem, że jeśli da mi czas – zrealizuję marzenia…
Anna Maruszeczko, red. naczelna miesięcznika „Uroda Życia”
26.03.2019

Tak. Czuję się kobietą sukcesu. Ale nie pochodzę z rodziny, która zapewniła mi superstart. Część życia spędziłam w domu dziecka. Wiedziałam, że albo sama się o siebie zatroszczę, albo zostanę pociągnięta dalej w dół. Zrozumiałam, że moim zadaniem jest przede wszystkim nie zmarnować życia” – mówi  w rozmowie z Anną Maruszeczko Kamila Rowińska, autorka szkoleń „Kobieta Niezależna” i bestsellerowej książki pod tym samym tytułem. Sukces to pieniądze? Nie tylko. Sukces to realizowanie wszystkich swoich wartości w sposób zrównoważony, na takim poziomie, który nas satysfakcjonuje. Wartości, które są dla mnie kluczowe, to rodzina, rozwój biznesowy, zdrowie, niezależność. Ta równowaga jest pani udziałem czy to jest cel? I jedno, i drugie. Czuję się kobietą sukcesu. Jestem mamą dwójki dzieci, żoną, mam wspaniałych przyjaciół, odnoszę sukcesy biznesowe, a jednocześnie znajduję czas na swoje potrzeby. Nie jest łatwo połączyć tyle życiowych ról, dlatego odbieram to jako sukces.   Długo trzeba było pracować nad tą równowagą życiową? Na początku po 10, 12 godzin. To był stan przejściowy, niezbędny, gdy chce się wejść na kolejny poziom w biznesie. Jednak później, jeśli zachowa się dyscyplinę finansową i zacznie inwestować, można budować karierę w taki sposób, aby nie być jej niewolnikiem. W swoich książkach i na szkoleniach dużo i swobodnie mówi pani o pieniądzach. Wiele kobiet spina się, denerwuje przy temacie pieniędzy, jakby to była wstydliwa rzecz. Przyznawanie się do tego, że pieniądze są dla nas ważne, że lubimy zarabiać, cały czas jest źle odbierane. Można usłyszeć: „Jesteś materialistką”, tak jakby te pieniądze były czymś złym, a przecież są dobre. Po to napisałam...

Czytaj dalej
najsztub
Fot. PAP/Marcin Kaliński

Piotr Najsztub pierwszy raz o wypadku, nowej knajpie i nowym życiu

Znany dziennikarz mówi o nowym pomyśle na życie – knajpie Kur&wino, kobietach, które zastępują mu rodzinę i… wnuczku, Gustawie.
Agnieszka Dajbor
10.12.2020

Piotr Najsztub jest jednym z najpopularniejszych polskich dziennikarzy. Pracował w „Gazecie Wyborczej”, był m.in. wicenaczelnym magazynu „Viva!” , redaktorem naczelnym „Przekroju”. Jest kontrowersyjną postacią. Jedni go lubią za błyskotliwą inteligencję i za to, że – co by się nie działo – chce żyć na własnych warunkach. Innych co najmniej drażni. Bywa prowakacyjny, zadaje „bezczelne” pytania na granicy dobrego smaku, sprawia wrażenie człowieka, który nie liczy się z odczuciami i opiniami innych. W Tok FM prowadzi z Tomaszem Piątkiem audycję „Prawda was zaboli”.  Trzy  lata temu zrobiło się o nim głośno, choć tym razem nie w powodów zawodowych. Spowodował wypadek, potrącił na pasach starszą kobietę. Gdy mówi nam o tym wypadku, przyznaje, że miesiącami mu się odtwarzał. Od kilkunastu miesięcy na warszawskim Muranowie prowadzi restaurację „Kur&wino”. Wiesza wywrotowe hasła, ale serwuje mega tradycyjne dania, które w pandemii sam rozwozi – ogórkową, pomidorową, mielone. Ludzie czasami pytają: „Czy Pan to Pan?”. W czasie Strajku Kobiet wywiesił na drzwiach plakat z błyskawicą, dawał zniżki protestującym. Mówi o sobie: „Robiłem różne rzeczy i na ogół dobrze mi wychodziły, co jest może moim przekleństwem”. Agnieszka Dajbor: Piotr, ile Ty już w życiu miałeś ról: byłeś dziennikarzem, byłeś redaktorem naczelnym, restauratorem, gwiazdą telewizji, dyrektorem kreatywnym. W międzyczasie byłeś człowiekiem poszukiwanym przez mafię, hodowcą psów, spowiednikiem kobiet. Teraz znowu prowadzisz knajpę – „Kur&wino”, na jakim etapie życie teraz jesteś? Piotr Najsztub: Nie mam poczucia że za mną są jakieś kolejne etapy życia. Wydaje mi się, że jestem taki, jak...

Czytaj dalej