On młodszy, ona starsza: kobiety-kuguarzyce burzą stereotyp „normalnego związku”
Getty Images

On młodszy, ona starsza: kobiety-kuguarzyce burzą stereotyp „normalnego związku”

„Mamy dość poukładanego związku, w którym czasem nie możemy już na siebie patrzeć. Bo tak, niestety, czasami wyglądają związki, gdy jesteśmy w średnim wieku. Wtedy może pojawić się pragnienie, żeby spotkać kogoś młodszego, otwartego na nasze potrzeby”, mówi dr Alicja Długołęcka, seksuolożka.
Karolina Rogalska
14.06.2020

Związek premiera Francji Emmanuela Macrona z jego byłą nauczycielką od lat budzi sensację. O wiele większą niż małżeństwo Donalda Trumpa z młodszą o 24 lata Melanią. Relacja: starszy-młodsza jest w naszych oczach „normalna”, na miłość starszej kobiety i młodszego mężczyzny patrzymy podejrzliwie albo z politowaniem. Tymczasem dr Alicja Długołęcka, seksuolożka, przekonuje, że takie związki często są bardzo szczęśliwe i mimo różnicy wieku świetnie dobrane, zarówno pod względem psychicznym, jak i fizycznym.

Karolina Rogalska: Starsza kobieta plus młodszy partner to konfiguracja, która nie ma w naszej kulturze dobrej prasy. Takie związki, choć coraz częstsze, obarczone są masą negatywnych stereotypów.

Dr Alicja Długołęcka: Na szczęście powoli to się zmienia. Od kilku lat w naszym języku funkcjonuje termin „kuguarzyca”, określający dojrzałą, atrakcyjną kobietę, która dobrze radzi sobie zawodowo, jest niezależna i prowadzi satysfakcjonujące życie seksualne, często z młodszym partnerem. Są to przeważnie osoby dobrze wykształcone, znające swoją wartość i układające sobie życie na własnych zasadach. Dzięki temu mogą mieć w nosie to, co inni mówią na ich temat.

Zresztą kobiety niezależne od zawsze robiły to, co chciały. Żyjące we wcześniejszych epokach arystokratki, artystki, kobiety wyzwolone też często miały znacznie młodszych kochanków, czasami wielu. Moim zdaniem w tym kontekście mamy problemem już na poziomie rozumienia pojęcia „związek”. Bo zwykle, jak myślimy o miłości, to takiej do końca życia, a jak o relacji, to „na zawsze”. I rzeczywiście, kiedy zaczynamy dorosłe życie i zakładamy rodzinę, planujemy dzieci, wspólny dom, kredyt itd. to ta kategoria jest dla nas bardzo ważna. Czasami bywa tak, że mijają lata i nasz związek się rozpadł lub trwa, ale kompletnie nie zaspokaja naszych egzystencjalnych i emocjonalnych potrzeb i wtedy może się okazać, że już nie długość, ale jakość relacji zaczyna być dla nas ważna. Robi się przestrzeń na osobę trochę z innego świata.

Młodszego kochanka?

Młodszego, starszego... Chodzi o to, żeby nie był to człowiek z tej naszej poukładanej i beznamiętnej rzeczywistości, gdzie już tak sobie zobojętnieliśmy w parze, że żyjemy jak brat i siostra. Albo tak się oddaliliśmy od siebie i skonfliktowaliśmy, że nie możemy na siebie patrzeć. Bo tak, niestety, czasami wyglądają nasze związki, gdy jesteśmy w średnim wieku. W tym momencie życia może pojawić się pragnienie, żeby spotkać człowieka otwartego na nasze potrzeby. Takie, których czasem przez całe życie się wyrzekałyśmy, spełniając marzenia rodziców, oczekiwania społeczne, dbając o potrzeby dzieci i partnera, wpasowując się w jakiś wzorzec.

Są kobiety, które w wieku średnim dochodzą do wniosku, że nie chcą żyć tak jak dotychczas i chcą o sobie decydować. Wcześniej nie miały takiej świadomości albo możliwości. Jest takie powiedzenie, że im kobieta starsza, tym bardziej wolna. Pod wieloma względami, ale przede wszystkim mentalnie. W wieku dojrzałym jesteśmy wreszcie paniami swojego umysłu.

Co wtedy?

Mam bardzo dużą grupę klientek, kobiet przeżywających rozczarowanie związkiem, które mówią: „To, co mam z partnerem, absolutnie mi nie wystarcza”, „Chcę poczuć siebie, swoje ciało. Zadbać o swoje potrzeby. Proszę mnie tego nauczyć”. To oczywiste, że czasami jest to niemożliwe z dotychczasowym partnerem, bo on nie ma na to ochoty, albo go już po prostu nie ma, bo odszedł do innego związku. W życiu kobiety pojawia się miejsce na coś nowego, ekscytującego i często będzie to właśnie młody mężczyzna ze swoją świeżością uczuć. Bo wbrew obiegowym opiniom – uogólniam tu bez bólu – fascynacja młodego mężczyzny starszą kobietą to jest najczęściej piękne uczucie, które nie ma nic z wyrachowania. Jest czystym zachwytem nad rozkwitłą kobiecością. I to jest bardzo dla tych kobiet pociągające. Taki mężczyzna zazwyczaj kocha szczerze, całym sobą, w piękny, młodzieńczy sposób.

Niektóre z nas nie doświadczyły takiego uczucia przez całe życie, bo np. bardzo szybko weszły w związek, żeby uciec z domu. Albo zaszły w nieplanowaną ciążę z kimś, kogo nie wybrały dojrzale i świadomie, i w tej relacji zostały. A tu pojawia się ktoś, kto okazuje nam szacunek, podziwia naszą urodę, osobowość, sposób bycia, klasę, której się nabiera z wiekiem itd. Do tego jest opiekuńczy, zwraca uwagę na szczegóły, dba o nie. Chodzi mi tu o banalne rzeczy, za którymi wszyscy – zarówno kobiety, jak i mężczyźni – tęsknimy: że ktoś włoży nam do torby kanapkę, bo wie, że długo pracujemy, albo zabierze dla nas koc na wycieczkę samochodową, gdy jedziemy za miasto. Przy takiej uważności na drugą osobę bliskość zupełnie inaczej wygląda. Można smakować każdą wspólną chwilę. Z młodym partnerem to się dzieje w sposób spontaniczny i naturalny, bo on nie zaznał jeszcze tej związkowej prozy życia, nie dopadły go cynizm i wyrachowanie. I to wszystko przekłada się także na seks.

Prof. Izdebski powiedział w wywiadzie dla „Urody Życia”, że kobieta przeżywa pełnię swoich możliwości seksualnych grubo po trzydziestce, a mężczyzna znacznie wcześniej. Gdy oboje osiągają wiek dojrzały, ich potrzeby się rozjeżdżają.

Z mężczyznami bywa w tych sprawach różnie. Ich libido bardziej niż z wiekiem, powiązane jest ze stanem zdrowia, kondycją fizyczną, ale też rozwojem duchowym, ponieważ u wielu świadomych mężczyzn jakość seksu rośnie wraz z nabywaniem dojrzałości. Ale to wymaga pracy nad sobą, a nie każdy ma na to ochotę i chce temu poświęcić więcej uwagi. U kobiet apetyt na seks rzeczywiście rośnie wraz z wiekiem. Jest to proporcjonalne do wzrostu świadomości swojego ciała, wyzbycia się ograniczeń, otwarcia na doświadczenia. Bo jak mamy te 40 czy 50 lat, to z reguły dobrze siebie znamy, wiemy, że pewnych rzeczy w sobie już nie zmienimy, i jest nam z tym OK, za to w innych obszarach się rozwijamy i świetnie nam to wychodzi. Na tym etapie życia marzymy o seksie uważnym, bogatym, długim i radosnym, a w sytuacji życiowej, w jakiej znaleźli się ludzie w średnim wieku, jest z tym ciężko. I wtedy wybawieniem może być młody kochanek, który jest zaangażowany emocjonalnie, zachwycony nami, daje wszystko, czego w danym momencie potrzebujemy.

Z różnych kobiecych warsztatów wiem, że część kobiet odkrywa te doznania w relacjach, które nie są dla nich szczególnie istotne w sensie układania sobie życia, ale mają ogromne znaczenie emocjonalne czy seksualne. Bo pomogły im rozkwitnąć pod względem duchowym i cielesnym.

To wszystko brzmi wspaniale. Ale myślę, że gdy decydujemy się na taką relację, musimy pokonać wiele barier i to zarówno społecznych, jak i tych w naszej głowie.

A ja myślę, że wcale nie musimy. Jak wchodzimy w taką relację, to zazwyczaj w takim momencie życia, w którym jesteśmy już od tego wszystkiego wolne. Zresztą, kogo to obchodzi, że ktoś się zakochał w młodszej osobie? I myśląc młodszej, mam na myśli różnicę wieku większą niż osiem, dziewięć lat. Bo kiedy ona jest mniejsza, to jeszcze zahaczamy o to samo pokolenie. Chodzi o muzykę, książki, styl życia, generalnie wzorce kulturowe, które nas kształtują w okresie dojrzewania. Takie pary to właściwie równolatkowie. Poważne różnice zaczynają się, kiedy partnerzy wywodzą się z innych pokoleń. Ale one też wcale nie muszą być przeszkodą, jeśli tylko uda im się stworzyć wspólny świat. Czasem ludzie od początku czują, że wbrew różnicy pokoleniowej łączy ich coś bardzo podstawowego. Mam na myśli namiętność, ale nie tylko erotyczną, także psychiczną, duchową, która jest tak silna, że wszystko inne przestaje być ważne.

Przekaz kulturowy jest taki, że za uleganie porywom namiętności, podążenie za tym impulsem kobiety są zwykle surowo karane. Patrz: „Anna Karenina”, „Niewierna”, „Notatki o skandalu”. Przykłady można by mnożyć.

No tak, ciekawe tylko, dlaczego nie ocenia się tak cynicznie i bezwzględnie mężczyzn za związki z młodymi kobietami, nawet gdy są bohaterami fikcji literackiej? Odnoszę wrażenie, że ta kara jest formą zazdrości. Im bardziej ktoś sam jest upupiony w swoim tradycyjnym, nieudanym związku – oczywiście nie zakładajmy, że każdy tradycyjny związek jest nieudany, bo nie jest – tym bardziej będzie uderzał w relacje, w których ludzie są poza pewną konwencją. Człowiek, który jest szczęśliwy w związku, raczej będzie zwracał uwagę na to, że inni też są szczęśliwi, a nie atakował ludzi, bo się w sobie zakochali.

A czy kiedy minie faza dzikiej namiętności i w takim związku zaczną pojawiać się normalne problemy dnia codziennego, to nie będzie trudniej z nimi walczyć? Osobom w „typowych” konfiguracjach jest chyba łatwiej, bo mają wsparcie otoczenia.

Z wieloma wyborami tak jest. To dotyczy nie tylko kwestii związanych ze związkiem, rodziną, ale w ogóle ze sposobem wyrażania siebie: wyborem zawodu, stylu życia, realizowaniem pasji, nawet kwestią posiadania dzieci. To oczywiste, że jeśli robimy coś, co społecznie uważne jest za nietypowe, to narażamy się na ostracyzm. Ale obyczajowość dość dynamicznie się zmienia. My, kobiety, możemy stanowić o sobie zaledwie od kilkudziesięciu lat. Czterdziestu, może pięćdziesięciu. Czyli od czasów, kiedy nasz byt przestał być uzależniony ekonomicznie od mężczyzn, a seks przestał oznaczać ciążę. Żyjemy w zupełnie innej rzeczywistości niż np. nasze babki. Myślę, że coraz większa powszechność zjawiska, o którym rozmawiamy, też jest owocem tych zmian. 

Mężczyźni od zawsze wchodzili w związki z dużo młodszymi partnerkami – i to niekoniecznie na całe życie i niekoniecznie na stałe. W ich przypadku ta kwestia jest już społecznie całkowicie oswojona. Natomiast jak się rozmawia o kobietach, to z założeniem, że one pragną związku z mężczyzną w ich wieku lub ciut starszym i „na zawsze”. A tak nie jest. Jak jesteśmy kobietami dojrzałymi i niezależnymi, to na pewnym etapie życia możemy dojść do wniosku, że w ogóle stały związek nie jest dla nas i zostajemy singielkąmi z wyboru. Możemy też pójść za potęgą uczucia i nawiązać fantastyczną nić porozumienia z dużo młodszym mężczyzną albo stwierdzić, że duchowo najbardziej nas porusza relacja z kobietą. Nie chodzi mi tu o propagowanie żadnych typowych bądź nietypowych związków, tylko o świadomość, że jak już życiowo osiągniemy stan wolności, to może się okazać, że mamy zupełnie inne potrzeby, niż nam się wcześniej wydawało.

Co z zazdrością? Czy przy takiej różnicy wieku nie narażamy się na wieczne udręki, niepewność: „Czy on nie znajdzie sobie kogoś w swoim wieku?”.

Problemy będą tu zasadniczo takie same, jak w każdym innym związku, bo tak naprawdę to my sami je generujemy. Jeżeli mamy niską samoocenę, to wybuchami zazdrości możemy równie dobrze zamęczyć swojego rówieśnika. Jeżeli mamy skłonność do zazdrości, to będziemy ją mieć w każdej konfiguracji.

Żyjemy w czasach ogromnej presji na młodość i atrakcyjny wygląd. Czy kiedy tak codziennie oglądamy to młode ciało obok swojego, starszego, to nie zaczynamy czuć się jeszcze starsi?

To jest tak samo, jak z zazdrością. Jeśli ktoś nie akceptuje upływu czasu, to będzie miał z tym problem, nawet będąc w relacji z dużo starszym partnerem. Albo z rówieśnikiem, który też może mieć obsesję na tym punkcie. I zacznie się sprawdzać na zewnątrz w obawie, że mu sprawność spada. Młodszy partner może nawet bardziej akceptować fizyczne zmiany w naszym wyglądzie, bo ta różnica była oczywista od początku. Z każdym tego typu argumentem odbiję piłeczkę. Bo te problemy, które pani tu wymienia, są w nas i sami musimy się z nimi uporać.

Ale prawdopodobieństwo, że któregoś dnia zostaniemy sami w takim układzie, jest wyższe. I to musi generować jakiś rodzaj lęku.

To logiczne, że w związkach, w których jest duża różnica wieku między partnerami, prędzej czy później ktoś zostanie sam. Trzeba się liczyć z tym, że ten starszy wcześniej umrze. Albo że młodszy, jak staniemy się starzy i niedołężni, będzie jeszcze w sile wieku i zechce ułożyć sobie życie z kimś innym. Jak wspomniałam na początku, to punkt wyjścia determinuje rodzaj relacji. Czyli my zwykle wiemy, na co się decydujemy, a świadomość nieuchronnego końca jest wpisana w tę przygodę już w momencie, w którym się ona zaczyna.

Jak ktoś kiedyś powiedział: „Życia nie liczy się ilością oddechów, ale ilością chwil, które zapierają dech”.

Można też w taki sposób pojmować życie. Niektóre z nas dokonują właśnie takiego wyboru. W tym kontekście przypomina mi się bardzo mądra piosenka Hemara „Człowiek, którego kocham”. Pięknie śpiewały ją wspaniałe, dojrzałe kobiety: Stanisława Celińska, Krystyna Janda, Iga Cembrzyńska, Magda Umer. Kobieta mówi tam młodszemu kochankowi, że przyszedł czas rozstania i że powinien teraz odejść. Puszcza go wolno, ale zawsze będzie przy nim, a on pozostanie dla niej kimś najbliższym na świecie. Wie, że w jakiś sposób go ukształtowała i że była kimś absolutnie ważnym w jego życiu. Ale w tym momencie ich drogi się rozchodzą. Ostatnia zwrotka brzmi:

Gdzieś za siódmą górą, siódmą rzeką
Głos twój znajdzie mnie
Choćbym była nie wiem jak daleko
Nie wiem z kim i nie wiem gdzie...
Przeszyje serce dreszcz – wołałeś mnie
Wybiegnę w śnieg i deszcz – wołałeś mnie
Scałuję twoje łzy
I powiem – trudno, los chciał tak...

Czyli nawet jeśli fizycznie nie będą już razem, to na zawsze pozostaną sobie bliscy. I tak też bywa w życiu. Jak powiedziałyśmy na początku, to nie są związki z kategorii „na zawsze”, ale czy z tego powodu trzeba z nich rezygnować? Jak często nam się w życiu przydarza taka namiętność?

Dr Alicja Długołęcka – seksuolożka, wykłada na Podyplomowych Studiach Wychowania Seksualnego na Uniwersytecie Warszawskim i Wydziale Rehabilitacji Akademii Wychowania Fizycznego.

***

Rozmowa z dr Alicją Długołęcką ukazała się w „Urodzie Życia” 12/2018

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
choroby psychosomatyczne
Adobe Stock

Praca ponad siły, stres, pośpiech. Nasz styl życia funduje nam choroby psychosomatyczne

Nawet dziesięć na sto dolegliwości, z którymi zgłaszamy się do lekarzy, ma podłoże psychosomatyczne. Nie łagodzą ich farmaceutyki, ale otwarta rozmowa z lekarzem i umiejętne radzenie sobie ze stresem.
Katarzyna Podhorecka
12.06.2020

Lekarze zazwyczaj bardzo nie lubią pacjentów z objawami psychosomatycznymi. Z prostej przyczyny – że zwykle nie wiedzą, jak im pomóc. Dlatego bywa, że chorzy z dolegliwościami psychosomatycznymi są traktowani w gabinetach lekarskich jak hipochondrycy, którzy próbują skupić na sobie uwagę, opowiadając o swoich wyimaginowanych dolegliwościach. Albo jeszcze gorzej: jak zwykli naciągacze, którzy próbują wyłudzić zwolnienia lekarskie. Lekarze w takiej sytuacji na odczepnego przepisują suplementy diety w nadziei, że pacjentowi „przejdzie samo”, albo że zmienią lekarza – problem w tym, że ludzie, którzy zmagają się z objawami psychosomatycznymi, nie symulują! Oni naprawdę odczuwają fizyczny ból i potrzebują pomocy.  – Najczęściej to ból głowy, brzucha, stawów, częste są także bóle w klatce piersiowej, duszności albo uporczywy kaszel, omdlenia, uczucie kołatania serca, zawroty głowy – wymienia dr Anna Plucik-Mrożek, specjalistka chorób wewnętrznych z Centrum Medycznego Medicover w Warszawie i dyrektor Fundacji Exercise is Medicine Polska. Rzadziej, ale zdarzają się też szumy uszne czy pogorszenie widzenia. Osobom, które pracują głosem, z powodu nadmiernego napięcia zdarza się go stracić. Muzykom z niewyjaśnionych przyczyn sztywnieją nadgarstki.  Jeszcze inni pacjenci nie mają konkretnych dolegliwości, ale tracą apetyt, od rana czują się wyczerpani, a wieczorem nie mogą zasnąć. Tym, co łączy ich wszystkich, jest źródło dolegliwości – czyli emocje, najczęściej przewlekły stres, którego doświadczają w związku z pracą czy sytuacją rodzinną.  – To wcale nie musi być traumatyczne przeżycie, np. nieuleczalna choroba kogoś bliskiego czy utrata pracy – mówi dr Izabela Pawłowska, psycholog zdrowia,...

Czytaj dalej
Para w zabytkowym aucie
getty mages

Katarzyna Miller: „Nie ma miłości bez wolności”

Dwie połówki pomarańczy? Takie myślenie o związku to błąd. W relacji nie dopełniamy się, nie uzupełniamy swoich braków – jesteśmy blisko, ale nie stapiamy się w jedność – piszą w „Być parą i nie zwariować” piszą Katarzyna Miller i Andrzej Gryżewski.
Anna Bimer
29.01.2020

Związek to wolność. Taki wniosek płynie z nowej książki: dialogu seksuologa Andrzeja Gryżewskiego z Katarzyną Miller. Nie chodzi im o wolną miłość, lecz o powietrze, swobodę oddechu dla obojga partnerów, bez nadmiernych wymagań. „Liczy się bliskość, ale bez zarzucania komuś sieci na głowę... Związek to przywilej”, mówi psycholożka Katarzyna Miller. Anna Bimer: Dlaczego przywilej? Bo nie każdemu będzie dany? Katarzyna Miller:  Bo nie wszystkim się należy. Nie wszyscy panują nad swoim człowieczeństwem, nie wszystkim są znane i dane najistotniejsze życiowe wartości, ważne cele, zgoda na proces życia, szacunek dla siebie, dla drugiego człowieka. Jeśli to wszystko jest w człowieku skupione, to niejako w nagrodę przytrafia mu się związek. Warto być także skromnym i świadomym, że ma się nie tylko fajne cechy, ale też defekty charakteru. Każdy nosi w sobie jakąś skazę. Ale też każdy nosi jakiś diament, o ile gdzieś po drodze go w nas nie zatłuczono. Pierwsza faza, czyli wstęp do związku, to wręcz ćpanie – mówicie. Tak, bo zdobyczą naukową ostatnich lat jest zdolność chemicznego i endokrynologicznego czytania człowieka. Dawniej tego narzędzia nie mieliśmy, toteż o miłości mówiło się jak o tajemniczym gromie z nieba, czystej metafizyce. Tymczasem nie jest to żaden cud, wszyscy mamy tę zdolność dostawania totalnego szmergla w relacji i reakcji na drugą osobę. Ten serotoninowy stan pozwala na wzajemne przyciąganie i podejmowanie odważnych decyzji o byciu razem, zakładaniu rodzin. Bez tej chemicznej kumulacji w mózgu być może wcale nie bylibyśmy zdolni do tak brawurowych kroków. Bezduszne. Prawdziwe. Toksyczna miłość, czyli 100 proc. bliskości Kiedy ten pierwszy amok związany z druga osobą mija, racjonalizujemy sytuację na różne sposoby, często...

Czytaj dalej
romantyczne selfie
Adobe Stock

Miłość na pokaz? Oto, co zdjęcia na Facebooku i Instagramie mówią o naszym związku

Dlaczego niektóre pary czują potrzebę dzielenia się swoim związkiem w Internecie? Z najnowszych badań wynika, że w ten sposób chcą go chronić.
Sylwia Arlak
10.06.2020

Romantyczne zachody słońca, pocałunki albo roześmiane chwile. Internet jest pełen zdjęć zakochanych par. Dlaczego ludzie ulegają pokusie podzielenia się z całym światem (albo przynajmniej z wszystkimi znajomymi) swoimi romantycznymi fotografiami? Psycholodzy Kori Krueger i Amanda Forest  twierdzą, że najczęściej publikując tego typu idealne zdjęcia, próbujemy przekonać sami siebie, że nasz związek naprawdę jest taki, jaki chcielibyśmy, aby był. Albo inaczej – świadomie albo podświadomie nie wierzymy jego trwałość, więc poprzez piękne zdjęcia dajemy sygnał potencjalnym rywalkom: „Jesteśmy szczęśliwi razem, nawet nie próbuj tego rozbijać”. Miłość i szczęście na pokaz – czy to działa? Krueger i Forest doszli do swoich wniosków na podstawie dwóch badań, które przeprowadzili. W pierwszym wzięło udział 236 użytkowników Facebooka, którzy byli w tym czasie w związku romantycznym. Badacze sprawdzili, co i ile ankietowani publikowali w swoich mediach społecznościowych. Zapytali też uczestników, w jakim stopniu korzystali z nich po to, aby chronić swój związek. Odkryli, że ludzie, którzy chętnie dzielili się swoimi relacjami z życia w internecie, byli silniej związani ze swoim partnerem. Ankietowani potwierdzili, że wstawiając kolejne zdjęcia z ukochanym, chcieli „odstraszyć” rywali. Motywowało ich to znacznie bardziej niż chęć pochwalenia się swoim szczęściem.  Tylko, czy taka „ochrona związku” faktycznie działa na potencjalnych zalotników? Naukowcy postanowili sprawdzić to w drugim badaniu. Zaprezentowali 224 uczestnikom utworzone na potrzeby eksperymentu profile na Facebooku. Uczestnicy badania, którzy szukają partnerów wśród mężczyzn, oglądali profil męski. Ci, którzy zakochują się w...

Czytaj dalej