Olga Kozierowska: „Do zmiany nie jest potrzebna odwaga. Tylko ciekawość”
mat. prasowe

Olga Kozierowska: „Do zmiany nie jest potrzebna odwaga. Tylko ciekawość”

Założycielka Fundacji Sukces pisany Szminką, dziennikarka i mentorka – właśnie debiutuje w teatrze! Jej spektakl „Wysokie C” ma swoją premierę live 10 maja na Facebooku.
Magdalena Felis
09.05.2020

Olga Kozierowska założyła Fundację Sukces Pisany Szminką i od lat aktywuje kobiety zawodowo, a teraz na podstawie swoich doświadczeń napisała sztukę „Wysokie C”, w której zagra główną rolę. Wyznaje zasadę: nie rezygnujmy z wielkich rzeczy na rzecz przeciętności. Z zmianach w życiu, odwadze, i o tym „co ludzie powiedzą” rozmawia z nią Magdalena Felis.

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

Nie, bo co ludzie powiedzą

Magdalena Felis: Z czego w życiu zrezygnowałaś, bo bałaś się, co ludzie powiedzą?

Ze sztuki. Chciałam śpiewać, tańczyć, zdawać na aktorstwo, ale skończyłam zarządzanie i marketing. Bo to miał być bezpieczniejszy fach. 

Po drodze były jeszcze skrzypce.

Tak, nawet chciałam zdawać na Akademię Muzyczną, ale okazało się, że mam zwyrodnienie ścięgien i musiałam zrezygnować. Marzyłam, żeby występować w  Gawędzie! Jednak rodzice nie chcieli o  tym słyszeć. Więc poszłam na skrzypce. Ja to nazywam realizacją marzenia pozornego. Niby muzyka, ale nie ta!

Też marzyłam o Gawędzie, ale mi zabrakło wiary i odwagi. 

Tobie zabrakło albo ktoś ci jej uszczknął. Jako rodzic trójki dzieci uważam, że moją rolą jest służyć dziecku tak, aby wzleciało jak najwyżej. Bo dziecko czuje, w czym mogłoby być najlepsze. Ma odwagę marzyć, że będzie prezydentem, aktorką, akrobatą, naukowcem. Idzie za tym marzeniem, staje na skraju skały, przed którą rozciąga się ocean możliwości, i wie, że ma skrzydła, wierzy, że może polecieć. Tylko się trochę boi. I  właśnie wtedy rodzic powinien dziecko z miłością i czułością „popchnąć”, a nie ściągać w dół z krzykiem: „Uważaj, bo spadniesz! Nie wiadomo, co tam jest! Podetnę ci skrzydła, wtedy będziesz bezpieczne!”. 

Poprosiłam ostatnio moją 15-letnią córkę, żeby ścięła mi włosy. Choć nigdy wcześniej tego nie robiła. Powiedziała: „Gdybyś nie wierzyła, że mi się uda, nie zaufała mi, to nigdy bym się nie odważyła”. 

Dałaś jej poczucie sprawczości. Brawo! Kiedy widzę, jak moje dzieci się do czegoś zapalają, staram się ze wszystkich sił nie oceniać. Mówię: „Idź. Zrób to, spróbuj”. Bo mi takiego „popchnięcia” od  rodziców zabrakło. Dlatego z lęku wybierałam to, czego inni chcieli dla mnie. I  borykałam się z tą Zosią z  VI  b. 

Kim jest Zosia?

Wszystko jedno, jak ma na imię i z której jest klasy, ale to do niej porównywali nas rodzice, nauczyciele czy inne dzieci, a  potem my porównywałyśmy się same. Zosia była lepsza, szczuplejsza, ładniejsza, mądrzejsza, zdolniejsza… I tę Zosię zabrałyśmy ze sobą do dorosłego życia. Więc nadal czujemy się niekompletne, niewystarczająco dobre, za mało zdolne, za mało przebojowe, ambitne. Rezygnujemy z wielkich rzeczy na rzecz przeciętności. Wtedy przychodzi wstyd. A zaraz za nim pogarda, która pomaga poradzić sobie ze wstydem. To najłatwiejszy sposób. Kiedy nie akceptujemy siebie, nie darzymy się szacunkiem i miłością, winimy innych za brak szczęścia, spełnienia, sukcesu. Zamiast coś zrobić ze swoim życiem, tkwimy w niezadowoleniu. A  tych, którym zazdrościmy, zaczynamy traktować z pogardą. 

Życiowa zmiana nie potrzebuje odwagi, tylko ciekawość 

Jak się wymknąć?

Poznaj się lepiej. Posłuchaj się z uwagą. Jak włącza ci się pogarda, potraktuj to jako informację o sobie – to bardzo cenna informacja! Bo jeśli coś cię tak boli i  wkurza u innych, to może znaczyć, że tak naprawdę chodzi o twój brak. 

Trudniej poradzić sobie ze wstydem?

W komediodramacie „Wysokie C”, który napisałam, partneruje mi zawodowa aktorka Magda Górska, a reżyseruje uznana i wspaniała Joanna Grabowiecka. Obydwie mają doświadczenie i  dyplomy „tych szkół, co trzeba”, jak to środowisko często podkreśla. Ja tego nie mam i porwałam się z motyką na księżyc. Jak coś mi na próbach nie idzie, czegoś nie czuję, nie rozumiem, spotykam się z  krytyką, to słyszę w głowie: „Nie nadajesz się”. Moje zbuntowane dziecko krzyczy: „Wychodzimy stąd!”. Wtedy myślę: „Zostań. Przecież tego chciałaś”. Potem dorosły: „Przecież nie możesz się tak zachowywać!”. I wreszcie Zosia z  VI  b: „Nie jesteś profesjonalną aktorką! Nie nadajesz się!”. I z tym chaosem w głowie stoję i myślę: co ja mam teraz zrobić?

No właśnie! Co wtedy robić?

Oddychać i przypomnieć sobie, po co to robisz. Poczuć znowu pragnienie, radość i wdzięczność. Wiesz, zdałam sobie sprawę, że właśnie w trakcie tej rozmowy z tobą, sama sobie o tym przypominam. Po co to wszystko robię. Tak, wiem, powiedzą, że Kozierowskiej się zachciało spektaklu, a przecież nie jest profesjonalną aktorką! Przykleją mi kilka etykietek. Napiszą, co chcą. Ale to nie ma zupełnie znaczenia. Idę po swoje 100 procent na dany dzień. A każdego kolejnego będę lepsza od siebie z wczoraj. Wychodzę z oceny i zajmuję się tym, co mam do zrobienia. 

Przypominają mi się słowa jednej z moich ulubionych pisarek, Elizabeth Strout, która w pewnym wieku, jako ustatkowana kobieta, zaryzykowała całkowitą klęskę, rzuciła wszystko i zaczęła pisać książkę. To była „Olive Kitteridge”, za którą dostała Nagrodę Pulitzera. 

W przeciwieństwie do Strout nie nienawidziłam swojej pracy. Ale się bałam. A kiedy się boisz, to nawet nie potrzeba odwagi, żeby to pokonać. Tylko odrobinę ciekawości. OK, obleciał cię strach, ale czy nie jesteś ciekawa, co się wydarzy, jeśli zrobisz ten krok? Jeśli się odbijesz i  łagodnie skoczysz? Wiesz, co sprawia, że jestem kryzysoodporna?

Nerwy ze stali?

Moje wewnętrzne dziecko, które jest tak ogromnie ciekawe, co przyniesie jutro! Każdy je ma – trzeba je dopuszczać do głosu. 

Co jeszcze jest potrzebne, żeby dokonać tej wielkiej zmiany, której pragniemy, ale się boimy. Daj mi instrukcję obsługi, taką najprostszą. 

Ludzie są różni. Niektórych motywuje najbardziej sięgnięcie całkowitego dna. Katastrofa. Innych – jakaś inspiracja. Coś zobaczą, obejrzą, przeczytają i  nagle czują, że to jest to! Że już nie mogą inaczej. 

Czasem ktoś inny powie, co w tobie zobaczył. I sama nagle zaczynasz to widzieć.

Czasem kobiety pytają mnie: „Pani Olgo, pani ciągle o tych talentach, ale jak ja mam odnaleźć swój talent?”. A wiesz dlaczego tak trudno je odnaleźć? Bo są dla nas kompletnie naturalne i przez to często niewidzialne. Trzeba się wtedy zastanowić, co takiego robisz z łatwością, a  wszyscy inni mówią: „O rany, jak super!”. To jest właśnie twój talent. 

A kiedy już go znajdę, to co dalej?

Wtedy trzeba przestać odżywiać lęk, a  zacząć odżywiać pragnienie. My podejmujemy większość życiowych decyzji ze strachu. Żeby nie stracić, żeby nie przegrać, żeby się nie ośmieszyć, żeby nie było gorzej – to jest nasza pierwsza motywacja życiowa. 

To jaka jest dobra motywacja? Jak awansować, jak zarobić?

Zależy, na co chcesz zarobić.

Na przykład na ratę kredytu. 

To nie jest zła motywacja, bo to jest wartość wyższa. Radzę to często kobietom, które przychodzą do nas, do fundacji, po pomoc: jak nie umiesz znaleźć motywacji, to poszukaj wyższej wartości. Np. dziecko – jest prawdopodobne, że dla dziecka będziesz miała siłę, żeby wstać rano z łóżka. Często jest też tak, że chcemy zarobić, ale stawiamy sobie limit – znowu z lęku. „Bo gdzie indziej nie zarobię”. Więc muszę tu trwać, znosić tę pracę, której nienawidzę i kropka. 

A jeśli zaczniemy w tej samej sytuacji dokarmiać pragnienie?

To założymy sobie: „OK, będę tu nadal tkwić, ale po godzinach zacznę robić jeszcze coś innego. Połączę to. Na początku będzie ciężej, ale potem pofrunę!”. To jest jak z kobietami, które decydują się zrezygnować z pracy i zająć domem, bo dostają 500+. Jeśli to ich wybór, to nie ma sprawy. Ale jeśli robią to z lęku, bo w  pracy zarobią najwyżej na opiekunkę, to ja im mówię: „W porządku. Dziś zarobisz tylko na opiekunkę. Ale za dwa lata zarobisz na dwie opiekunki!”. Idąc za pragnieniem, zaczynasz działać na innej energii. Bo jeśli masz energię lęku, to wszechświat daje ci więcej lęku –  to naprawdę tak działa! 

Czasem trzeba pokonać też tych wszystkich, którzy mają na nas inny pomysł. 

Na przykład: męża. Wiele kobiet nie realizuje swoich ambicji, dlatego, że je chłop ciągnie w dół za nogi. Z lęku, z  zazdrości. Znam zbyt dużo takich historii. A to nie służy ani jej, ani jemu. Dziś jestem z mężczyzną, który mnie wspiera, i wiem, jaki to jest skarb. 

Powiedziałaś kiedyś, że żeby osiągnąć sukces, trzeba upaść sześć razy. 

Tak twierdzą badacze porażek. Z  doświadczenia postawiłabym na trzy, cztery. Do tej pory większość z nas przy pierwszej porażce decydowała o zakończeniu starań. Słysząc, że średnio trzy, cztery razy trzeba upaść, by osiągnąć ambitny cel, mamy więcej motywacji, więc pierwsza porażka nie wydaje się już tragedią. Miałam tak przy wszystkich moich większych projektach! Kiedy za rogiem już widziałam sukces, to chwilę później przychodził jakiś kryzys. Taka ostatnia próba sił. Czasem, jak już wpadnę na właściwe tory, to nagle pojawia się mnóstwo kuszących, intratnych propozycji, które mnie niejako odciągają na bok. Zgadnij, co się stało, gdy zaczęłam pracę nad spektaklem?

Jakiś biznesowy szał zapewne. 

Oczywiście! Ale nauczona doświadczeniem zdecydowałam: nie. Idę w swoją stronę. Wytrwam. Pierwszy raz w moim życiu naprawdę nie rozglądam się na boki. 

I nie czujesz smutku, że tak późno zagrałaś va banque?

Czuję tęsknotę. Bo tu nie chodzi o wiek. Tylko o coś innego. Wiesz, jak poznałam drugiego męża, miałam 34  lata. I  czasem kiedy zasypiam, upajając się jego zapachem, to wzruszam się i myślę, że może gdybym poznała go wcześniej, jak byłam młodsza, to mielibyśmy przed sobą jeszcze więcej czasu. I to jest ta tęsknota za czymś, co nas ominęło. Ale od tęsknoty silniejsza jest wdzięczność – że go w końcu znalazłam i jestem szczęśliwa. 

Usłyszałam kiedyś od Krzysztofa Krauzego, że jego mama powtarzała, że jak ktoś nie umie być wdzięczny, to nie ma wdzięku. 

Myślę, że to prawda. Bo wdzięczność uszlachetnia. Według mnie obok miłości jest najpiękniejszym uczuciem. A najbardziej lubię tę wdzięczność za niewielkie, zwyczajne rzeczy. Ćwiczę to codziennie: patrzę w oczy paniom sprzedawczyniom, szatniarkom, panom na parkingu, którzy otwierają mi szlaban. Uśmiecham się do nich i dziękuję. 

A jeśli ktoś pozostaje opryskliwy, zamknięty?

Kiedyś regularnie robiłam zakupy w sklepie przy rozgłośni radiowej, w której pracowałam. Bułka, kefir, biały serek i  warzywo. Za kasą stała bardzo sfrustrowana pani, która nawet nie podnosiła wzroku na klientów. Za każdym razem z  uporem maniaka mówiłam jej: „Dzień dobry. Dziękuję. Życzę pani miłego dnia”. Próbowałam złapać z nią kontakt wzrokowy. Po jakimś czasie nastąpił przełom. Pani zaczęła się do mnie uśmiechać, odpowiadać, życzyć miłego dnia. Później już od progu wołała: „Jest świeża bułeczka i kefir, i  serek!”. Jej uśmiech to było moje małe zwycięstwo nad sobą. Dlatego namawiam: nie oceniajmy, patrzmy ludziom w oczy, dziękujmy im, uśmiechajmy się do nich. To jest znak: „Widzę cię. Jesteś tutaj”. To dla kogoś może być przełomowe doświadczenie. 

Co mówisz tym, którzy wciąż boją się, co ludzie pomyślą?

A widzisz tu jakichś ludzi?!

Rozmowa z Olgą Kozierowską ukazała się w „Urodzie Życia” 5/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
wdzięczność w życiu
Unsplash

Psycholożka Ewa Tyralik-Kulpa: „Doceniaj to, co dostajesz od innych”

Na początek wystarczy przed snem zrobić rachunek sumienia i pomyśleć, za co mogę być sobie wdzięczna. I za co dziękuję najbliższym. A potem – za co czuję wdzięczność tego dnia wobec obcych ludzi.
Anna Zych
02.04.2020

Może zamiast stale za czymś gonić i narzekać, wreszcie nauczyć się wdzięczności za to, co mamy. „Docenianie dobra, którym zostaliśmy obdarowani, podnosi poczucie szczęścia” – tłumaczy Ewa Tyralik-Kulpa, trenerka dobrych rozmów ze Szkoły Trenerów Komunikacji Opartej na Empatii. Anna Zych: Tyle jest rzeczy wokół, za które moglibyśmy czuć wdzięczność, choćby za piękną pogodę za oknem, uśmiech dziecka, dobrą pracę, a my tego nie dostrzegamy… Wolimy skupiać się na tym, co złe, albo na tym, czego nie mamy. Dlaczego? Ewa Tyralik-Kulpa: Z dwóch powodów: żeby przetrwać w świecie pełnym niebezpieczeństw, nasz mózg nastawiony jest na wyłapywanie z otoczenia tego, co nie działa. Dostrzeganie zagrożeń to uwarunkowanie biologiczne. Prędzej zauważymy, że ktoś na nas krzywo spojrzał, niż że się uśmiechnął, bo uśmiech nie był aż tak potrzebny do przetrwania. Mamy też przyzwyczajenia kulturowe: jeżeli coś działa, raczej się o tym nie mówi. Gdy dziecko jest grzeczne i nie sprawia problemów, przyjmujemy to za normę, nie chwalimy za to. Ale gdy rozrabia, natychmiast to wychwytujemy i reagujemy. Poza tym jesteśmy wychowywani w kulturze braku – to kolejne uwarunkowanie. Cała nasza edukacja jest na braku skupiona: naucz się tego, czego nie umiesz, zdobądź to, czego jeszcze nie masz. Czyli to jest biologia?! To teraz trochę psychologii: co nam daje umniejszanie szczęścia, które jest wokół nas? Dlaczego tak trudno nam się cieszyć? Kiedyś było modne w Polsce powiedzenie: cisze budiesz, dalsze jedziesz. W wolnym tłumaczeniu: nie chwal się, bo to niebezpieczne. Dlaczego? Bo spotkamy się z zazdrością i np. ktoś nam będzie źle życzył. Bo ryzykujemy utratę dobrej relacji z osobą, której się pochwaliliśmy – ja mam, ty nie. Ludzie pomogą pani chętniej, gdy jest...

Czytaj dalej
fot. East News
fot. East News

Wszystkie Rosjanki kochają Putina? Opowiada znawczyni Rosji, Anna Wojtacha

Te na wsi pracują ponad siły i znoszą niewyobrażalną biedę. Te w Moskwie kupują brylanty i ubrania od Chanel. Co je łączy?  Opowiada Anna Wojtacha, dziennikarka, która przejechała Rosję wzdłuż i wszerz.
Bartosz Janiszewski
10.08.2020

Między Warszawą a Moskwą są dwie godziny różnicy. Między Moskwą a Władywostokiem ponad siedem, a ludzie żyją tam kompletnie inaczej. To całkiem odmienne światy. A kobiety z tych światów łączą wyłącznie religia, język i prezydent Putin, którego kochają niemal wszystkie. Dla Rosjanek Putin to ulepszona wersja samca alfa. Nie pije, za to ma władzę. O tym jak wygląda życie kobiet w Rosji, dlaczego wiele z nich wybiera na męża Chińczyka i czym jest słynna rosyjska dusza, rozmawiamy z Anną Wojtachą,  dziennikarką i korespondentką wojenną. Od lat zafascynowana Rosją, po której samotnie podróżowała. Jej książka „Zabijemy albo pokochamy” (wyd. Znak Literanowa) to zbiór opowieści o spotkanych tam ludziach. Putin i kobiety Bartosz Janiszewski: Ze wszystkich Rosjanek, które pojawiają się w pani książce, najmocniej zapamiętałem Ninoczkę.  Anna Wojtacha: Ja też. Długo nie mogłam się uporać z jej śmiercią.  Myślałem, że jako reporter wojenny nauczyła się pani na to znieczulać.   Bohaterów do tej książki poznawałam przypadkiem. Nie chciałam szukać konkretnych postaci do konkretnych tematów. Brałam kilka miesięcy urlopu w redakcji, plecak i podróżowałam po Rosji. Ninę zapytałam o drogę na ulicy.  Godzinę później siedziałyśmy przy herbacie, a ona mówiła mi prosto w oczy, że jest dziwką. Było coś, co sprawiło, że się zaprzyjaźniliśmy. Nina łączyła w sobie dwie dusze, które teoretycznie nie powinny się spotkać w jednej osobie. Dziecko i kurwę. Dostawała amoku w sklepie z zabawkami na widok pluszowego misia, a kilka godzin później z zimnym wyrafinowaniem prostytutki negocjowała z klientem cenę i zakres usług. Dualizm słabości i siły u kobiety jak w...

Czytaj dalej
Fot. materiały prasowe Wydawnictwa Marginesy

Ałbena Grabowska, autorka „Stulecia Winnych” o niezwykłych losach swojej rodziny i walce o samą siebie

„Trzeba było w końcu zdecydować, czy całe życie mam robić to, czego się ode mnie oczekuje, wmawiając sobie, że sama właśnie tego chcę, czy też mam własne pragnienia i odwagę, by coś zmienić, o coś zawalczyć”, opowiada Ałbena Grabowska.
Anna Zaleska
25.08.2020

Ałbena Grabowska z zawodu jest specjalistą neurologiem, zrobiła doktorat z epileptologii, przez wiele lat pracowała jako lekarz. 10 lat temu wydała swoją pierwszą książkę i wtedy odkryła w sobie wielką pasję do pisania. Trzytomowa saga „Stulecie Winnych”, na podstawie której powstał popularny serial, a potem książka „Matki i córki”, odniosły wielki literacki sukces. Ałbena Grabowska jest przekonana, że nie stałaby się pisarką, gdyby nie jej bułgarskie korzenie, ale polski dziadek też odegrał tu ważną rolę. Na początku polskiego rozdziału w historii jej rodziny była jednak romantyczna miłość. Przy okazji ukazania się nowej książki Ałbeny Grabowskiej „Uczniowie Hippokratesa. Doktor Bogumił” rozmawiamy o historii miłosnej rodziców pisarki, która zaczęła się na czarnomorskiej plaży. O codzienności samotnej matki trójki dzieci. I o tym, dlaczego nie warto tkwić w strefie komfortu. Anna Zaleska: To prawda, że Ałbena znaczy kwiat jabłoni? Ałbena Grabowska: Tak, to imię bułgarskie, stare, literackie. Moja mama jest Bułgarką i ona je dla mnie wybrała. W Bułgarii bardzo znane jest opowiadanie Jordana Jowkowa o dziewczynie imieniem Ałbena. Jaka to dziewczyna? Nadając imię często myślimy o historii, które ono w sobie niesie. Wydaje mi się, że w tym przypadku tak nie było. Ałbena z opowiadania Jowkowa to buntowniczka, femme fatale, która potrafi zawrócić w głowie wszystkim mężczyznom wokół siebie. Nie sądzę, żeby mojej mamie to przyświecało (śmiech). Nie mam w sobie takich cech. Raczej godzę się z tym, co dostaję, po bałkańsku uważając, że widocznie to dla mnie najlepsze. To typowo bałkańska postawa? Pogodzenie z losem? Gotowość przyjęcia tego, co nam przynosi? Tak, nawet się mówi, jeżeli coś nie dzieje się po naszej myśli: taki był...

Czytaj dalej
Małgorzata Kożuchowska
Marlena Bielińska

Małgorzata Kożuchowska: „Nie staram się desperacko wszystkich zadowolić. Nie mam w sobie takiej potrzeby"

„W życiu można przegapić wiele rzeczy, ale tych najważniejszych, tych kamieni milowych udało mi się nie przegapić” – mówi Małgorzata Kożuchowska.
Magdalena Felis
29.07.2020

Wydaje się, że tych ważnych wyborów rzeczywiście nie przegapiła. Małgorzata Kożuchowska podkreśla, że w dobrym momencie życia udało jej się założyć rodzinę, urodzić syna. Dzisiaj jest dumną mamą 6-letniego Jana Franciszka Wróblewskiego. Jako aktorka zadebiutowała (i to jak!!!) w kasowej komedii Juliusza Machulskiego „Kiler”. Ale potrafiła też rezygnować, na przykład z roli Hanki Mostowiak w serialu „M jak miłość”, który uczynił ją jedną z najpopularniejszych polskich aktorek. Fani teatru znają ją z ról u Warlikowskiego, Jarockiego, Adamka. Niedługo zobaczymy ją w kolejnym wcieleniu. Właśnie ruszyły zdjęcia do filmu o Edwardzie Gierku – I sekretarzu PZPR, który w latach 70. unowocześnił, ale i niesamowicie zadłużył Polskę. Kożuchowska gra jego żonę – Stanisławę Gierek. W rozmowie z nami Małgorzata Kożuchowska opowiada o swoich życiowych wyborach i o tym, dlaczego dobrze jest wierzyć. Magdalena Felis: Wiesz, co o tobie mówią? Małgorzata Kożuchowska: Mam pewne wyobrażenie. (śmiech) Że jesteś kawalarzem! O! Zgadza się! Lubię się śmiać! Naprawdę? Małgorzata Kożuchowska się wygłupia? Lubię podgrywać, prowokować, podpuszczać, wkręcać ludzi! I potem patrzeć, czy działa, czy się śmieją, czy im dobrze. Od razu lepiej się pracuje! To jest wielka sztuka rozśmieszać ludzi. I spora frajda. Może to też mój sposób na odreagowanie? W końcu uczyłam się tego od mistrzów! Plan filmowy to takie dziwne miejsce, gdzie siedzisz z ekipą, czasem po 13–15 godzin dziennie, odcięta od świata, jak na arce Noego. Grasz scenę, udajesz, że ich wszystkich nie ma, choć stoją 15 centymetrów od twojego nosa. Jak się na to patrzy z boku, to to jest niezły Woody Allen. I niezły klaustrofobiczny thriller psychologiczny!...

Czytaj dalej