Zajadasz emocje? Nie ty jedna, objadanie się to epidemia naszych czasów
Rodney Smith

Zajadasz emocje? Nie ty jedna, objadanie się to epidemia naszych czasów

Nigdy jeszcze sformułowanie „Jesteś tym, co jesz” nie było równie na czasie. Jedzenie przestało po prostu zaspokajać głód i stało się naszą nagrodą, pocieszeniem, lekiem i obsesją?
Aleksandra Więcka
04.02.2019

Kuchnia stała się nowym salonem, bazary ze zdrową żywnością – miejscem towarzyskich spotkań, a blogi kulinarne mają więcej odsłon niż serwisy informacyjne. Właściwy jadłospis wydaje się lekiem na wszystko – od raka po złamane serce. Chociaż coraz pilniej wyłapujemy kolejne niebezpieczne E ukryte w opakowaniach z jogurtem czy serem, to równocześnie zdajemy się wierzyć, że lodówka jest naszą najlepszą przyjaciółką.

Tymczasem co trzecia Polka ma nadwagę, a co druga chciałaby schudnąć. Dlaczego jedzenie przestało po prostu zaspokajać głód i stało się naszą nagrodą, pocieszeniem, lekiem i obsesją?

Zajadanie emocji to epidemia naszych czasów

Z jednej strony mamy jeść to, co najlepsze, i tym się rozkoszować. Z drugiej – nosić rozmiar zero. Nie możemy pójść na zakupy do supermarketu, bo jesteśmy straszeni, że masowe jedzenie to czysta chemia.

– Z zaspokajaniem podstawowej potrzeby życiowej, jaką jest jedzenie, wiążą się dziś sprzeczne lub negatywne emocje – mówi psycholog i terapeutka zaburzeń odżywania Dorota Minta.

Wygląda na to, że najlepiej by było, gdybyśmy mogły się najeść, patrząc na reklamy jedzenia. Albo jak w „Matriksie” wcinać wirtualne steki. Niestety, to wciąż niemożliwe, więc żyjemy w permanentnym napięciu między apetytem na życie i próbami jego poskromienia. Do tego większość sposobów, jakie w tym celu stosujemy, nie skutkuje.

– Nasz stosunek do jedzenia niewiele ma wspólnego z racjonalnością – przekonuje Dorota Minta. – Wewnętrzny dialog „zjeść czy nie zjeść” odbywa się na poziomie naszych instynktów, lęków i nieuświadomionych przekonań.

Kompulsywne jedzenie łagodzi stres, ale też go generuje

Według Briana Wansinka, autora książki „Beztroskie jedzenie”, o tym, ile zjemy, w niewielkim stopniu decyduje uczucie głodu. O wiele większy wpływ na to, co znajdzie się w żołądku, ma dostępność jedzenia, jego różnorodność i wielkość talerza. Wystarczy postawić pod ręką paczkę ciastek, żeby nasz mózg zinterpretował to jako propozycję. Z większego talerza zjemy nawet o jedną trzecią więcej niż z mniejszego, po prostu dlatego, że więcej się na nim mieści. A przecież nauczono nas, że nie wypada zostawiać resztek. Damy się też złapać na sztuczkę z kolorami. Jeśli żelki o tym samym smaku mają różne kolory, spróbujemy każdego z nich. „Domowa zupa z pomidorów z tradycyjnymi kluseczkami” będzie nam smakowała bardziej niż zwykła pomidorówka. Do tego nagminnie zaniżamy liczbę pochłoniętych kalorii. Osoby, które „nic nie jedzą, a tyją” często naprawdę w to wierzą.

– Moje pacjentki często od normalnego posiłku wolą „jedzenie bez śladów”. Oszukują się, że najadły się listkiem sałaty, plasterkiem sera albo próbując w trakcie gotowania – opowiada Dorota Minta. Ale wygłodzony organizm woła: ratunku! W końcu zjadają więcej niż zwykle, myśląc, że nie zjadły nic.

Dieta odchudzająca jest wbrew naturze

Nieustannie wystawione na pokusy i udręczone dietami nie mamy wprawy w słuchaniu tego, co mówi nasze ciało. – Próby odchudzania i tłumienia uczucia głodu prowadzą do upośledzenia mechanizmów samoregulacji, czyli właściwego odczytywania sygnałów głodu i sytości – tłumaczy Anna Januszewicz, psychodietetyk z wrocławskiego SWPS.

– Drakońskie diety nie doprowadzą do trwałego spadku wagi. Natura tak zaprojektowała nasz organizm, by lubił słodkie i tłuste jedzenie, a do tego gromadził zapasy na czas niedostatku. Otwarta walka z tą naturalną skłonnością kosztuje nas tyle wysiłku, że nie mamy szans na zwycięstwo – dodaje. Kiedy jesteśmy na diecie, zwiększa się poziom greliny, wytwarzanego w żołądku hormonu, który sprawia, że silniej odczuwamy głód.

Na naszą niekorzyść działa też zjawisko reaktancji, czyli pokusa, by natychmiast zrobić właśnie to, czego nam nie wolno. A im większego wysiłku woli potrzebujemy, aby się powstrzymać od konsumpcji, tym szybciej nastąpi efekt nazywany w psychologii wyczerpaniem ego. Nie tylko ulegniemy pokusie, ale też pozwolimy sobie pójść na całość i zjemy dwa razy więcej niż normalnie. Ponieważ energię na trzymanie w ryzach apetytu najszybciej czerpiemy ze spalania cukrów, prawdopodobnie rzucimy się na słodycze.

Na kłopoty czekolada…

Ten mechanizm Agnieszka Czerwińska (32 lata), właścicielka agencji modelek plus size i autorka książki „Śmierć Grubej Berty”, zna jak własną kieszeń.

– Od najmłodszych lat byłam rozpieszczana i karmiona słodyczami, przy każdej okazji. W końcu się od nich uzależniłam – wspomina. Kiedy zaczynała jeść, nie mogła przestać. W czasie studiów ważyła 122 kilogramy. – Po każdej diecie kilogramy wracały, a ja – im gorzej się czułam, tym więcej pochłaniałam czekolady. Na chwilę pomagało, ale kiedy już się nasyciłam, czułam się podle, więc  znowu jadłam – opowiada.

 

Błędne koło, z którego nie potrafią się wyrwać miliony kobiet. Znamy cenę tych chwilowych pocieszeń, więc dlaczego topimy łzy w pudełku lodów. Bo chcemy się poczuć bezpieczne i kochane. Z badań Briana Wansinka wynika, że emocjonalnego głodu nie da się zaspokoić byle czym. Smak potrawy, którą wybieramy, musi podświadomie nam się kojarzyć z sytuacją, w której czułyśmy się akceptowane i szczęśliwe. Ot, choćby ze smakołykiem pałaszowanym na kolanach taty czy rodzinną wyprawą na lody. Znacznie lepiej zadziałałby wtedy telefon do przyjaciela. Ale skąd możemy to wiedzieć, skoro czujemy, że po prostu chce nam się jeść  

– Wystarczy przez chwilę skupić się na swoich odczuciach, by rozróżnić głód emocjonalny od prawdziwego, fizycznego głodu – twierdzi Wansink. Ssanie i burczenie w żołądku, stopniowo narastająca potrzeba jedzenia pojawiająca się kilka godzin po posiłku, która znika zaraz po nim, to sygnały zdrowego apetytu. Za to odczuwana w ustach ochota na konkretny smak (na przykład na lody waniliowe), która pojawia się nagle i bez związku z pustym żołądkiem, ma najprawdopodobniej podłoże emocjonalne. Oczywiście nie ma nic złego w uleganiu zachciankom od czasu do czasu, ale dlaczego w chwili kryzysu częściej sięgamy po kanapkę niż po telefon do przyjaciela  

– Między innymi dlatego, że nasi przyjaciele nie są tak blisko nas jak lodówka – tłumaczy Karen R. Koenig w książce „Grzeczne dziewczynki kończą z nadwagą”.

– Jedzenie nie bywa zajęte, gdy chcemy je zjeść, nie ma ważnych rzeczy do zrobienia, żadnych planów ani potrzeb poza jedną: by zniknąć w naszym wnętrzu – dodaje. Ukojenie pojawia się szybko, wygodnie i bez ryzyka. Jednak to tylko pozory.

Objadanie się niesie poważne skutki dla zdrowia i psychiki!

Skutki objadania się mogą być bowiem bardziej dotkliwe, niż myślimy.

– Mam powtarzający się sen, w którym znów muszę schudnąć. Budzę się zlana zimnym potem – opowiada Agnieszka Czerwińska, dziś o 60 kilogramów lżejsza. – Ktokolwiek powie, że mimo tuszy nie styka się z dyskryminacją, kłamie – stwierdza stanowczo. – Nie policzę, ile razy usłyszałam wyzwiska i komentarze dotyczące mojego wyglądu. Przeżywałam każdą wizytę w sklepach, gdzie zwykle nie mieli nic w moim rozmiarze. Założyłam agencję modelek plus size, bo chciałam sama sobie udowodnić, że można być grubą i szczęśliwą. Ale prawda jest taka, że odkąd schudłam, wszystko w moim życiu zmieniło się na lepsze. Z każdym kilogramem, który znika, moje poczucie własnej wartości rośnie – dodaje.

Zobacz także: Jak radzić sobie z codziennym lękiem? Zobacz, co mówią psycholodzy

Zobacz także: Prof. Ruut Veenhoven, ekspert od szczęścia, wyjaśnia, czemu niektórzy z nas je mają, a inni nie

Nic dziwnego – szczuplejszy w naszej kulturze znaczy przecież lepszy, zdrowszy, piękniejszy. Wierzymy, że stosując odpowiednie menu, będziemy w stanie sprostać coraz wyższym wymaganiom, jakie sobie stawiamy. Nie dotkną nas choroby, cellulit ani zmarszczki. Zniknie zmęczenie i brak chęci na seks. Świadomie kontrolując zawartość talerza, zmienimy się w atrakcyjne perpetuum mobile, które nie musi wciągać brzucha, by dopiąć spodnie, z uśmiechem na ustach śrubuje wyniki w pracy, a w domu dba o potrzeby każdego domownika.

– Tradycyjne wychowanie sprawia, że z perfekcjonizmem częściej borykają się kobiety niż mężczyźni. – tłumaczy Dorota Minta. – Chłopca chwalimy za jego pasje, a dziewczynkę za świadectwo z czerwonym paskiem. Im jest starsza, tym więcej jest nierealistycznych wymagań, a nagrody za zbliżanie się do ideału wyższe.

Perfecjonizm prowadzi do tycia?

Owszem. Bo perfekcjonizm to doskonałość od frontu. Za uśmiechniętą fasadą kryją się najczęściej wstyd, niskie poczucie własnej wartości i lęk. A jedzenie to świetny sposób, by sobie poradzić ze stresem.

– Oto, jak działa ten mechanizm: im bardziej się starasz być doskonała, tym bardziej czujesz się przytłoczona i tym większą masz ochotę na jedzenie. Jesz, żeby zwolnić, ochłonąć, mieć trochę czasu dla siebie, naładować baterie, nakarmić ciało, nagrodzić siebie i czuć się jak istota ludzka – tłumaczy Karen R. Koenig. Według niej perfekcjonistki mają problem z powiedzeniem sobie „dość”. Jeśli można codziennie sprzątać na błysk albo pracować do upadłego, można też jeść na potęgę. Albo stać się konsumentką doskonałą i jeść wyłącznie to, co zdrowe i ekologiczne.

Ola Lazar, właścicielka portalu restauracyjnego Gastronauci.pl, w ciągu ostatnich kilku lat przeszła jedzeniową metamorfozę.

– Kiedy pierwszy raz pojechałam do Nowego Jorku, zaznaczyłam na mapie tyle miejsc, w których chciałam coś zjeść, że nie mam pojęcia, jak to pomieściłam – żartuje. – Mój ostatni pobyt w USA wiązał się z wizytą w Kushi Institute i nauką kuchni makrobiotycznej, której podstawowym składnikiem jest ryż – opowiada. Ola jest coraz bardziej przekonana, że mniej znaczy więcej. Była wegetarianką, weganką, oczyszczała organizm na diecie z kaszy jaglanej. – Nie wytrzymuję na ekstremalnej diecie dłużej niż kilka tygodni – przyznaje. – Ale widzę, jak zmiana jadłospisu wpływa na zdrowie. Po diecie jaglanej całkowicie zniknął apetyt na słodycze. Teraz, nie jedząc pszenicy, czuję się o niebo lepiej.

– Poszukiwanie diety idealnej, która zapewni nam zdrowie i długowieczność, to kolejna odsłona lęku przed starością i śmiercią – diagnozuje Dorota Minta. – Ale choćbyśmy jedli wyłącznie jagody goji, nie uda nam się uniknąć ani jednego, ani drugiego. Za to typowa dla perfekcjonistek obsesja kontroli może prowadzić do ortoreksji, czyli zaburzenia polegającego na przesadnej koncentracji na jakości i walorach zdrowotnych jedzenia.

Straszna kaszka

Jedzenie może nas uleczyć, ale może nam też szkodzić. Azotany, którymi się je konserwuje, mogą być rakotwórcze. Podobnie jak nadmiar cukru, który znajduje się dosłownie wszędzie.

– Odkąd cywilizacyjnie jesteśmy oddzieleni od procesu produkowania żywności, nie wiemy, jak ona jest wytwarzana – przyznaje dr Renata Hryciuk, antropolożka badająca zjawiska społeczne i kulturowe związane z jedzeniem. – A to powoduje, że tracimy poczucie bezpieczeństwa. Do swoich rozlicznych obowiązków kobiety, które najczęściej odpowiadają za żywienie rodziny, dorzucają kolejne zadanie – bycia ekspertką w szacowaniu ryzyka, jakie niosą z sobą zwykłe spożywcze zakupy – dodaje Renata Hryciuk. Wystarczy zajrzeć na dowolny portal parentingowy, żeby zrozumieć, że pokolenie chowane na niebieskim mleku w proszku nie może podejść do karmienia dzieci z podobną dezynwolturą jak ich matki. Czytanie ze zrozumieniem etykiet, wykute na blachę wszystkie E –  to nowe obowiązki świadomych matek, które często zdobywają taką wiedzę o trikach stosowanych w przemyśle spożywczym, że mogłyby robić za kulinarnych detektywów.

Aneta Figiel, odkąd półtora roku temu urodził się jej syn, wchodząc do supermarketu, czuje się jak spragniony na środku oceanu. Niby wszędzie pełno jedzenia, a kupić nie ma co. Bo większość tego, co stoi na półkach, to plastik, tłuszcze termoutwardzalne i sztuczne aromaty. Po mięso jeździ pod Łódź, do znajomego gospodarza. Pocztą pantoflową dowiedziała się, od kogo na bazarku warto kupować warzywa, a mleko ze wsi przywożą jej rodzice. – Teraz jest łatwiej, ale kiedyś przygotowaniu jedzenia i zakupom poświęcałam dużo czasu – opowiada. Świadomość, że nie można po prostu skoczyć do sklepu za rogiem, kiedy czegoś brakuje, jest męcząca. Nie mówiąc o tym, że część rodziny uważa, że dzieciństwo bez słodyczy i białych bułek nie może być udane. Aneta konsultuje się z bratową, dietetyczką, która układa jadłospis dla jej synka.

Nauczono nas, że pokarm i miłość to to samo

Dlaczego kiedy zostajemy matkami, nasz świat zaczyna się kręcić wokół jedzenia  

– Ten trend przyszedł do nas z Zachodu i wiąże się z popularną wśród klasy średniej ideologią „zaangażowanego macierzyństwa” (intensive motherhood). Zgodnie z nią wysiłki matki powinny się koncentrować na doprowadzeniu do dorosłości dziecka „wysokiej jakości”. Odpowiednie karmienie to jeden z ważniejszych elementów tego planu – dodaje Renata Hryciuk. Wystarczy na dowolnym forum poruszyć temat „piersią czy butelką”, żeby wywołać burzę i mieć dowód na to, że nie chodzi tylko o dostarczanie pokarmu. Nic nie koi przecież niemowlęcia lepiej niż łyk ciepłego mleka. I dziecko, i matka uczą się szybko, że pokarm i miłość to w zasadzie to samo. Nic więc dziwnego, że kiedy na kinderparty (oprócz bezglutenowego ciasta, owoców i warzyw) podałam chleb ze zwykłego spożywczaka, część mam była zaskoczona, że nie upiekłam go w domu.

– Problem pojawia się wtedy, kiedy dziecko rośnie, a matka zapomina, że poza karmieniem istnieją też inne metody budowania relacji – uważa Minta. – Jedzenie staje się narzędziem komunikacji, władzy i zaspokajania potrzeb. Najpierw cudzych, potem także własnych. Ale zazwyczaj nie jest tego świadoma. Większość kobiet, które trafiają do mojego gabinetu, przychodzi z powodu problemów w pracy, w rodzinie, z poczuciem, że coś im się wymyka. Do tego, że zżera je właśnie jedzenie, dochodzimy dużo, dużo później – przyznaje psycholożka.

Pokojowe negocjacje

Jak twierdzi Karen R. Koenig, uzdrowienie relacji z jedzeniem jest „proste, ale nie łatwe”. Nazywa siebie terapeutką „zbyt miłych dziewczynek”, bo to one zwykle mają problem z przejadaniem się. Rozpoznaje je już od progu, po niezliczonych „przepraszam” i „dziękuję”, umniejszaniu swoich zasług, perfekcjonizmie i tuszy. Ale pewność zyskuje wtedy, kiedy na pytanie „co czujesz ”, odpowiada jej milczenie. Mechanizm jest prosty: kiedy miła dziewczynka nie pozwala sobie na zaspokajanie własnych potrzeb, pojawiają się w niej uczucia takie jak złość, frustracja, ból. Ale nie ujawnia ich nawet przed sobą, bo już w dzieciństwie nauczyła się, że to przede wszystkim zaspokajanie potrzeb innych ludzi może dać  jej akceptację i miłość.

– Kiedy usta nie mogą otwarcie mówić także o tym, co niewygodne i nieprzyjemne, lepiej je czymś zapchać – obrazowo podsumowuje sytuację Karen R. Koenig. W końcu jednak przychodzi moment, w którym to przestaje działać. Pierwszym krokiem do pokojowych negocjacji z zawartością lodówki nie jest odchudzanie, tylko nauczenie się (niełatwej) sztuki odmawiania. Innym, nie sobie! A potem schudnąć można równie niepostrzeżenie, jak się utyło.

– Kiedy zmniejszymy zawartość talerza o 20 procent (ale nie 30!), organizm nic nie zauważy. Będzie się czuł równie najedzony i szczęśliwy jak zwykle, a w ciągu roku będzie o pięć kilogramów lżejszy – przekonuje Brian Wansink. Niedużo. Ale branie się za bary z jedzeniem to maraton, a nie sport ekstremalny.

Artykuł ukazał się w „Urodzie Życia” 4/2014

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
ukryta depresja
iStock

Ukryta depresja: możesz ją podejrzewać, jeśli masz choć 4 z tych 6 „niewinnych” objawów

Depresja nie musi objawiać się apatią i ciągłym płaczem. Często chowa się za perfekcjonizmem, nadwrażliwością, udaje „zwykły” strach przed przyszłością. Jak zdemaskować depresję, która nie ma klasycznych objawów?
Aleksandra Nowakowska
04.05.2020

Większość z nas została „dobrze” wychowana. Tak, żeby nie przeszkadzać, nie zawracać niepotrzebnie nikomu głowy, nie  zwracać na siebie uwagi. Zostałyśmy tak wychowane, że w dorosłym życiu ukrywamy swoje uczucia i nie obciążamy innych problemami. Nieraz – nie przyznajemy się do tych problemów nawet same przed sobą. Jesteśmy mistrzyniami w udawaniu, że wszystko jest w porządku. Depresja? Skądże, to zmęczenie, niewyspanie, przepracowanie, słabszy dzień, chandra, PMS, dziecko, mąż… Jaka znowu depresja, skoro przecież radzimy sobie z codziennością, rano wstajemy z łóżka. Depresja jest dopiero wtedy, kiedy nie można ruszyć ręką – myślimy i mylimy się.   Wysoko funkcjonująca depresja wygląda zupełnie inaczej. Możesz rozpoznać ją po tych sześciu objawach. 1. Zmiana rytmu snu i nawyków żywieniowych Bezsenność lub senność to bardzo częste objawy tzw. uśmiechniętej depresji. O tym samym może świadczyć przejadanie się albo częste sięganie po słodycze lub alkohol. Emocje zajadamy najczęściej po to, żeby nie czuć wewnętrznej pustki, smutku i poczucia samotności. Czasem też ukryta depresja objawia się inaczej: utratą apetytu i niemożnością cieszenia się z ulubionych smakołyków, które do tej pory sprawiały nam przyjemność. 2. Udawany uśmiech i wycofanie się z życia Od czasu do czasu każdy z nas wkłada maskę, żeby zwieść innych, że wszystko jest ok, chociaż wcale tak nie jest. Przecież nie zawsze chcemy przyznawać się do gorszej formy i nie każdemu opowiadamy, co nas boli. W przypadku ukrytej depresji wymuszone poczucie szczęścia na twarzy jest inne – wygląda jak „przyklejony” uśmiech. Kiedy dłużej przebywamy z taką osobą, maska opada i pokazuje się smutek albo obojętność. Dlatego ludzie,...

Czytaj dalej
odchudzanie
Adobe Stock

„Jemy i odchudzamy się, by nie myśleć o swoich prawdziwych problemach”

Problemy z wagą, czy z pewnością siebie? Według terapeutki Marty Szydłowskiej-Pierzak nasze zaburzenia jedzenia bardzo często wynikają z niskiego poczucia własnej wartości.
Katarzyna Olkowicz
02.01.2020

Zajadamy stres, jemy kompulsywnie, uciekamy w objadanie się, aby nie myśleć o problemach. Terapeutka Marta Szydłowska-Pierzak przekonuje, że żadna dieta odchudzająca nie pomoże na nasze problemy z wagą, jeśli nie zmienimy myślenia o nas samych.  Katarzyna Olkowicz: Zna pani kogoś, kto nigdy nie był na diecie? Marta Szydłowska-Pierzak: Nie. Słowo dieta stało się bardzo popularne, jest to indywidualny sposób odżywiania i wszyscy jesteśmy na jakiejś diecie – odchudzającej, zdrowotnej, wegetariańskiej, sportowej, dla nabrania kilogramów itd. A jednocześnie ponad połowa ludzi na świecie ma nadwagę. I to w momencie, gdy wydaje się, że wiemy wszystko o zdrowym stylu życia. Co stoi na przeszkodzie, byśmy byli szczupli? Żyjemy w dużym pośpiechu, mamy ciągłe oczekiwania w stosunku do siebie, innych. Poczucie nieustannej presji sprawia, że nasze wymagania wciąż rosną. W trudnym momencie, kiedy mamy mniej energii, włącza się wewnętrzny autopilot. Podsuwa destrukcyjne myśli, na przykład: „Dziesięć razy próbowałam schudnąć, za każdym razem skończyło się fiaskiem, więc nie spróbuję jedenasty raz. Po co mam znów się męczyć, skoro wiadomo, jak się to skończy?”. Dążymy do tego, by chudnąć, ale nasze życie, wielość obowiązków i komplikujące sprawę myśli często uniemożliwiają posuwanie się naprzód. Podejmujemy bezcelowe, automatyczne zachowania i nie zdajemy sobie sprawy z tego, co robimy. Przeszkodą może być też zbyt duży cel, który zakładamy, np. „Chcę schudnąć 10 kilogramów w ciągu miesiąca”. A gdy nam to nie wychodzi, bo ma prawo nie wyjść, poddajemy się. Warto zauważać wysiłek, który wkładamy w dojście do wyznaczonego celu, a nie tylko efekt. Dieta odchudzająca nie rozwiąże problemu braku pewności siebie I wtedy następuje bezwarunkowa...

Czytaj dalej
Sposoby na przewlekły stres
Thibault Debaene 

Psycholog, Joanna Heidtman o naszym napięciu psychicznym: „Same sobie to robimy”

„Wyżej, dalej, szybciej, lepiej”? Zwolnij, bo nie dobiegniesz.
Sylwia Niemczyk
05.07.2019

Pędzimy. W stresie i rozedrganiu, cały czas na pełnej adrenalinie. Od  rana do wieczora, nawet nocą nie umiemy wyhamować. „Tymczasem im dalej  chcemy dobiec, tym bardziej musimy zadbać o mądre rozłożenie własnej energii”, mówi dr Joanna Heidtman, psycholog i coach. Sylwia Niemczyk, „Uroda Życia”: Czy możemy same, bez tabletek i psychoterapii, uwolnić się od ciągłego napięcia i stresu?  Joanna Heidtman: Moje doświadczenie coacha podpowiada mi, że z tym napięciem, rozedrganiem i kotłowaniną myśli możemy walczyć tylko wtedy, kiedy staniemy z nimi oko w oko. Czyli zamiast bezsennie leżeć w łóżku, lepiej wstańmy, weźmy kartkę i wypiszmy wszystko, co mamy w  głowie.  Tyle że wypowiedzenie na głos naszych lęków czy smutków jest bardzo trudne.  Ale dopóki pozostaną niesformułowane, będą wywoływać w nas niepokój. Uzewnętrznienie naszych lęków czy smutków może boleć, ale już po chwili przyniesie ulgę. Poza tym, dlaczego aż tak bardzo boimy się poczuć swój smutek? Czemu uciekamy przed trudnymi uczuciami? To duży błąd, bo jeśli chodzi o emocje, to mamy do wyboru: albo wszystko, albo nic. Nie chcemy czuć smutku, strachu czy złości? OK, to jest możliwe, ale wiąże się z tym, że przestaniemy też czuć radość, entuzjazm czy szczęście. Tutaj nie ma kompromisu.  Skąd się bierze to nasze współczesne rozedrganie nerwów?  Najbardziej oczywistym powodem jest ogromna liczba bodźców, które wołają o naszą uwagę. I ona skacze jak pies za rzucaną piłką – raz tu, raz tam.  Nadmiar informacji może dekoncentrować, ale czemu wywołuje w nas taki stres? Bo jeśli nasza uwaga co chwilę przeskakuje gdzieś indziej, to szybko się męczy. Nie jesteśmy wtedy już w stanie zebrać myśli,...

Czytaj dalej
zaburzenia lękowe
corbis

Jak radzić sobie z codziennym lękiem? Zobacz, co mówią psycholodzy

Zaburzenia lękowe można oswoić, trzeba tylko najpierw przyznać, że jest problem.
Dorota Szuszkiewicz
24.01.2019

Kto nie zna lęku, ten nie żyje. Lęk chroni nas przed niebezpieczeństwem, jest nieodłącznym elementem życia, które samo w sobie jest płynne, niestabilne, nieprzewidywalne. Na co dzień jednak rzadko spotykają nas prawdziwe zagrożenia, a mimo to wielu z nas nie umie przestać się bać. Lęki nękają każdego. Każdy ma swojego potwora, który go straszy, skrada się znienacka i łapie za gardło rano, tuż po przebudzeniu, albo przed snem. Przez głowę przelatują pytania: co mnie czeka? Jak sobie poradzić z kolejnym dniem? „Lęk jest związany z naszą przyszłością, z oczekiwaniem tego, co ma nastąpić. Wysiłek życia koncentruje się na zdobywaniu przyszłości, przemaganiu własnego lęku wywoływanego przez nieznane” – pisze Antoni Kępiński, wybitny polski psycholog. Większość naszych lęków powszednich też jest nieracjonalna, a co więcej – jest destrukcyjna, zatruwa życie nam i otoczeniu. Skąd się to bierze? Dlaczego tak niesprawdzone, nielogiczne obawy mają wpływ na nasze logiczne i uporządkowane życie codzienne? Skąd ich siła? Prawdopodobnie stąd, że zostały nam zaszczepione w dzieciństwie, w okresie, gdy byliśmy podatni na wszelkie wpływy. Nie dlatego, że mieliśmy tzw. trudne dzieciństwo. Przeciwnie, z dobrego i łatwego dzieciństwa można wynieść tyle lęków, że starczy na całe życie. Zaburzenia lękowe wynosimy już z dzieciństwa Troskliwi rodzice pilnują, żebyśmy założyli czapkę, ciepłą spódnicę i zabrali śniadanie do szkoły. Bo choroby czyhają. Kochający rodzice sprawdzają i poprawiają domowe zadania, piszą za nas wypracowania „bo byłby wstyd przed klasą”. Pomagają na każdym kroku, przy wyborze zabawek, swetra, szkoły. Decydują za nas i wyręczają w trudnych sprawach. Kto z nas nie słyszał od najmłodszych lat: „Uważaj na siebie”, „Wracaj wcześniej”,...

Czytaj dalej