Nullofobia, czyli lęk przed odrzuceniem, zabiera nam szansę na szczęście i wartościowe relacje
Adobe Stock

Nullofobia, czyli lęk przed odrzuceniem, zabiera nam szansę na szczęście i wartościowe relacje

Strach przed odrzuceniem (nullofobia) jest jednym z najgłębiej zakorzenionych lęków. Gdy przejmuje kontrole nad naszymi emocjami, myślami i decyzjami, może zniszczyć nam wiele relacji – z innymi ludźmi i samym sobą.
Kamila Geodecka
17.02.2021

Lęk przed odrzuceniem jest czymś zakorzenionym w naszej biologii – pragniemy gdzieś przynależeć i być akceptowanymi. Panicznie boimy się odrzucenia, pogardy, krytyki i nieprzychylnego postrzegania naszej osoby. Lęk przed izolacją i samotnością może być w nas naprawdę ogromny, a czasami – destrukcyjny. Czego tak naprawdę się boimy? Dlaczego myśl o tym, że możemy zostać odrzuceni, może nas paraliżować? Na te pytania stara się odpowiedzieć psychoterapeuta doktor John Amodeo.

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

Lęk przed bólem

Gdy doświadczamy nullofobii, często tak naprawdę boimy się samego bólu. Istnieją naukowe dowody potwierdzające fakt, że odrzucenie może sprawiać nam ogromny ból. W 2010 roku profesor psychologii C. Nathan DeWall i jego współpracownicy przeprowadzili eksperyment na osobach, które doświadczyły odrzucenia społecznego. Jednej części z nich kazano przyjmować codziennie środki przeciwbólowe, drugiej – tabletki placebo. Ci, którzy zażywali aktywną pigułkę, zgłaszali z czasem redukcję zranionych uczuć. Osoby przyjmujące placebo – nie.

Jak widzimy, strach przed odrzuceniem jest więc czymś, czego realnie się boimy i przed czym chcemy uchronić się za wszelką cenę. Ale tak, jak wielokrotnie w ciągu naszego życia będzie bolała nas głowa czy brzuch, tak musimy się liczyć z tym, że nie zawsze będziemy akceptowani, chwaleni i kochani.

Czytaj także: Jak radzić sobie z codziennym lękiem? Zobacz, co mówią psycholodzy

Czuję lęk – uciekam!

Nie chcemy zostać zranieni, dlatego pomału zaczynamy odsuwać się od ludzi. Powstrzymujemy się od wyrażania naszych autentycznych emocji i uczuć. Zamykamy się i odrzucamy innych, by nikomu nie dać nawet szansy na zranienie nas. Taka droga nie doprowadzi nas do szczęścia, ale wiele osób właśnie w taki sposób chce się ochronić przed bólem. Zamiast uciekać przed nim, lepiej zastanowić się, jak możemy się wyleczyć, gdy już nas dopadnie.

Każdy człowiek zostanie kiedyś zraniony, na szczęście nasz organizm i nasza psychika mają pewne sposoby na to, by poradzić sobie z takimi stanami. Ten sposób to żałoba, która jest naturalnym procesem pozwalającym nam na poradzenie sobie ze stratą (nie tylko tą związana ze śmiercią). Zamiast odcinać się od ludzi, musimy zaufać swojej psychice, że da sobie radę, nawet jeśli do odrzucenia dojdzie.

Pogódźmy się również z tym, że odczuwanie smutku, żalu, rozgoryczenia, osamotnienia czy złości jest czymś naturalnym. Jak mówią psycholodzy, nasze cierpienie jest bardziej intensywne, gdy zarzucamy sobie, że coś z nami musi być nie tak, skoro trzymają się nas negatywne emocje.

Czytaj także: Jak poradzić sobie z rozstaniem? Poznaj 7 etapów żałoby po utracie związku

Nie da się nas kochać

Co siedzi w głębi naszego lęku przed odrzuceniem? Na poziomie poznawczym możemy obawiać się, że odrzucenie potwierdzi naszą najgorszą obawę: nie da się nas kochać. Czasami boimy się również, że nie mamy żadnej wartości, dlatego będziemy za każdym razem odrzuceni lub wierzymy, że samotność jest nam przeznaczona.

Jeśli takie myśli krążą każdego dnia po naszych umysłach, stajemy się niespokojni, niepewni, pobudzeni i zestresowani. Zaczną pojawiać się u nas zniekształcenia myślowe, głównie myślenie katastroficzne – w końcu każda relacja musi zakończyć się niepowodzeniem, przynajmniej naszym zdaniem. Jak mówi doktor John Amodeo, w takim wypadku najrozsądniejszym rozwiązaniem będzie udanie się na terapię poznawczo-behawioralną.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Bańka mydlana
getty imags

Brené Brown: „Twoja wrażliwość to twoja siła – dzięki niej możesz żyć pełnią życia”

Pozwólmy sobie na smutek i wstyd
Sylwia Niemczyk
30.01.2020

Nie możemy wybierać sobie uczuć. Nie można powiedzieć: tu jest smutek i wstyd – ja tego nie chcę. Jeśli zagłuszymy bolesne emocje, to zagłuszymy też radość i szczęście”, mówi prof. Brené Brown, badaczka, której 20-minutowy wykład o tym, jak żyć, obejrzało już 45 milionów ludzi na świecie. Zagłuszanie emocji jest możliwe, a nawet można powiedzieć, że bardzo proste. Znamy sposoby: jedzenie, niejedzenie, alkohol, praca. „Rzecz w tym, dlaczego to robimy?” – pytała prof. Brené Brown podczas konferencji TEDx w Houston w 2010 roku. Kiedy przyjęła na nią zaproszenie, zaplanowała krótki wykład o tym, co zawsze: o badaniach, które od lat prowadziła nad emocjami na Uniwersytecie w Houston. Ale dzień przed występem zmieniła zdanie. Zdecydowała, że, owszem, opowie o badaniach – ale również o sobie.  Wykład trwał 20 minut. Zeszła ze sceny, dojechała do domu, a rano obudziła się z najgorszym na świecie kacem moralnym. Uświadomiła sobie, co właściwie się stało poprzedniego dnia: stanęła przed pół tysiącem obcych ludzi i opowiedziała im o swoich najsłabszych punktach, wychyliła się zza maski naukowca, przyznała do załamania nerwowego i psychoterapii. Przez kolejne trzy dni nie wyszła z domu. Pocieszała się tym, że 500 osób przed sceną to jeszcze nie cały świat, za jakiś czas nikt już nie będzie pamiętał o jej kompromitacji.  Tyle że pół roku później TEDx zamieścił jej przemówienie na swojej stronie i z tamtych 500 osób najpierw zrobił się tysiąc, potem milion, a potem kilkanaście i kilkadziesiąt milionów – jak gdyby któregoś dnia wszyscy ludzie z dostępem do internetu nagle zadali sobie to samo pytanie: kim właściwie jest Brené Brown i jak może zmienić ich życie? Prof. Brené Brown od...

Czytaj dalej
Syndrom DDD
Adobe Stock

Dorosła skrzywdzona Dziewczynka z rodziny Dysfunkcyjnej. Jak wyleczyć ten ból?

Kiedy cień nieszczęśliwego dzieciństwa kładzie się na nasze dorosłe życie, warto uświadomić sobie, w jakich wzorcach tkwimy i poszukać pomocy, żeby z nich wyjść.
Aleksandra Nowakowska
29.05.2020

Perfekcjonistka. Idealne matka. Przyjaciółka, na której zawsze można polegać – bardzo często Dorosła Dziewczynka z rodzin Dysfunkcyjnej pozornie świetnie sobie radzi w życiu. Napięta do ostatnich granic, umie ogarnąć rzeczywistość – bo nauczyła się tego, gdy była mała. Wiedziała, że musi liczyć tylko na siebie, nieraz – że to na jej plecach spoczywa odpowiedzialność za całą rodzinę, dlatego dziś, w dorosłym życiu, nadal prze do przodu jak automat. Porównanie do bezdusznego automatu nie jest przypadkowe: kobiety pochodzące z dysfuncyjnych rodzin mają ogromny problem z odczuwaniem jakichkolwiek uczuć: zarówno trudnych: złości, gniewu, jak i radości czy nadziei. Często nie umieją kochać i być kochane – w środku czują ciągły lęk przed odrzuceniem. Nawet kiedy odnoszą sukcesy zawodowe – a tak bywa bardzo często – nie mają poczucia własnej wartości, często towarzyszy im tzw. syndrom oszusta, czyli przekonanie, że wszystko, co osiągnęły, przytrafiło im się przez przypadek. Cały czas są głodne pochwał i uznania – nigdy nie są w stanie się tym nasycić. Czują pustkę, której nic nie jest w stanie wypełnić. Jeżeli nie uzyskają pomocy terapeutycznej, z tym strasznym poczuciem pustki przejdą przez całe życie.  Skąd się bierze syndrom DDD? Trauma z dzieciństwa nie musi być związana z przemocą i wykorzystywaniem seksualnym. O wiele częściej w naszym kraju DDD – syndrom Dorosłego Dziecka z rodziny Dysfunkcyjnej jest spowodowany po prostu alkoholizmem rodziców, zaniedbaniami czy rozwodem.   Każde dziecko, aby prawidłowo się rozwijać, potrzebuje poczucia bezpieczeństwa i przewidywalności, które zapewniają opiekunowie. Jeśli nie mają zapewnionej bezpiecznej struktury ani kojącej rutyny, gdy nie mają jasnych...

Czytaj dalej
syndrom DDA
iStock

DDA – dorosłe dzieci alkoholików mogą wyzwolić się z przekleństw przeszłości

DDA mają wiele atutów. Są wytrzymałe, zachowują zimną krew w sytuacjach skrajnych, radzą sobie z wyzwaniami. To mocna baza, na której można zbudować siebie na nowo.
Karolina Rogalska
10.09.2020

Dorosłe dzieci alkoholików (DDA) mają w sobie często nieświadomy, silny strach przed porzuceniem. W miłości starają się zaspokoić wszystkie potrzeby ukochanej osoby. A gdy cokolwiek idzie nie tak, wpadają w panikę. Jak sobie pomóc, co zrobić, by życie nie było straszne, tłumaczą psychoterapeuci Anna Maria Seweryńska i Cezary Biernacki. Karolina Rogalska: Umieć kochać i pracować – to najbardziej uniwersalna definicja zdrowia psychicznego, której autorem jest Zygmunt Freud. Dorosłe dzieci alkoholików doskonale radzą sobie w życiu zawodowym. To w miłości zazwyczaj im nie wychodzi. Cezary Biernacki: DDA funkcjonują w modelu skrajności – wszystko albo nic. Jeżeli się uczą, to najlepiej. Zawodowo są perfekcjonistami: ofiarni, lojalni, gotowi do poświęceń, nie boją się podejmowania ryzykownych działań czy pracy ponad siły. Ale pod maską kompetencji kryją się głęboki lęk i niskie poczucie własnej wartości. To emocjonalna huśtawka, balansowanie pomiędzy poczuciem „jestem najlepszy” a „jestem najgorszy, beznadziejny, jestem nikim”. Anna Maria Seweryńska: Jeśli dziecko ma potencjał intelektualny, to prze do przodu. Ale jeśli nie jest zdolne, szybko odłącza się od systemu: rzuca szkołę, kolejne prace. Uważa, że skoro nie jest perfekcyjne, to nigdzie się nie nadaje. Że człowiek jest godny szacunku tylko wtedy, gdy jest godny podziwu. C.B.: Taki komunikat jako dzieci dostały w domu. Dlatego w kolejnych relacjach towarzyszy im lęk, że ktoś je odrzuci. Wszędzie szukają zagrożenia. Żeby poczuć się bezpiecznie, starają się przejąć kontrolę nad relacją miłosną lub przyjacielską. I często jest tak, że gdy już są z kimś blisko, to z lęku przed odrzuceniem sami ją zrywają. Wycofują się, prowokują, żeby wydarzyło się to, czego podświadomie najbardziej się boją. W kółko powtarzają ten...

Czytaj dalej
kobieta na Skype
Adobe Stock

Bądźmy w kontakcie. Dlaczego poczucie wspólnoty jest ważne?

Izolacja społeczna oddziela nas od siebie. Tymczasem neurobiologia udowadnia, że samotność może być takim samym zagrożeniem dla życia jak brak pożywienia.
Aleksandra Nowakowska
22.04.2020

Przez pandemię znaleźliśmy się w sytuacji traumy. Teraz jest moment, w którym większość z nas zapada się w siebie. Psycholodzy, którzy pomagają w przejściu przez doświadczenia katastrof czy wypadków, na początkowym etapie pomocy nie nakłaniają do analizy uczuć. Są po prostu obok, wspierają obecnością. Mózg w tym czasie sam radzi sobie z traumatycznymi doświadczeniami. Na psychoterapię przyjdzie czas, gdy poczujemy się bezpieczniej. Obecnie możemy oddalać się od siebie, ale właśnie teraz najbardziej potrzebny jest nam kontakt z drugim człowiekiem – zwyczajna rozmowa. To ważne, żebyśmy w niedalekiej przyszłości nie odczuli groźnych skutków samotności. Samotność jak głód Uznawana jest za współczesną chorobę społeczną. Amerykańskie Towarzystwo Psychologicznej ogłosiło, że samotność bardziej zwiększa prawdopodobieństwo śmierci niż otyłość. Brak powiązań społecznych działa szkodliwie na zdrowie tak jak wypalenie 15 papierosów dziennie lub picie alkoholu każdego dnia. Brak kontaktu z ludźmi – jak udowodniono naukowo – przekłada się na zaburzenia nastrojów, stany depresyjne i lękowe. Po epidemii SARS w 2003 roku od 10 do 29 proc. osób po kwarantannie cierpiało na zespół stresu pourazowego (PTSD). Badania nad samotnością od 20 lat prowadzi neurobiolog John Cacioppo z University of Chicago, który definiuje ją jako „wrażenie izolacji społecznej”. Naukowiec sprawdził, że samotność jest takim samym zagrożeniem dla życia jak głód. Więzi z ludźmi potrzeba nam w równym stopniu co jedzenia i wody . Życie w warunkach zanieczyszczenia powietrza zwiększa ryzyko przedwczesnej śmierci o 5 procent, otyłość – o 20 proc., nadmierne spożywanie alkoholu – o 30 proc. A życie w samotności podnosi to ryzyko aż o 45 proc.! Ryzykujemy...

Czytaj dalej