Niedokochane kobiety nie wiedzą, jak kochać, mówi Katarzyna Miller, psychoterapeutka
iStock

Niedokochane kobiety nie wiedzą, jak kochać, mówi Katarzyna Miller, psychoterapeutka

Brak bezpieczeństwa w dzieciństwie, brak poczucia pewności siebie w dorosłości… – nasze problemy w związkach często mają źródło nie w naszych partnerach, ale gdzieś zupełnie indziej.
Sylwia Niemczyk
10.09.2020

Kobiety mają problem z mężczyznami, ale przede wszystkim same ze sobą. Brakuje im poczucia własnej wartości, więc mają problem z partnerstwem. Kiedy wchodzą w związek, kontrolują i rządzą, bo to im daje namiastkę bezpieczeństwa – tłumaczy Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

Sylwia Niemczyk: Czemu nam nie wychodzi w związkach? Tak jest pięknie na początku…

Katarzyna Miller: A po kilku latach budzimy się w piekle albo w czyśćcu. Ale jak ma się udać związek z drugim człowiekiem, skoro nie wychodzi nam relacja ze sobą? Oczekujemy, że wymarzony narzeczony nas zrozumie, tymczasem same się dobrze nie rozumiemy. W ogóle nie zajmujemy się sobą, nie zastanawiamy: „Czego ja tak naprawdę chcę, co ja naprawdę czuję”.

Więc te wszystkie rozwody wynikają z naszych wewnętrznych problemów?

Nie tylko naszych, także różnych wewnętrznych problemów partnera. Ale dziś mówimy o kobietach, wiec muszę powiedzieć, że w dużej mierze problemy w związkach wynikają z naszego wewnętrznego niedokochania. Jeśli kobieta wyszła z dobrego, serdecznego domu rodzinnego, to najpewniej będzie miała udanego partnera i udany związek. Będą sobie żyli spokojnie, oczywiście czasem z jakimiś kryzysami – to jest normalne, a wręcz niezbędne. Ale nie będzie walki, ciągłych podejrzeń, lęku przed odrzuceniem, samotności. 

A jeśli dziewczyna jest z zimnego domu – i to wcale nie musi być przemocowy dom, wystarczy, że rodzice będą zaharowani, nieobecni, dyscyplinujący, a nie akceptujący – to wtedy w 9 przypadkach na 10 jej związki w dorosłym życiu nie będą się dobrze układały. Im dłużej pracuję z kobietami, tym wyraźniej widzę tę regułę. A niestety w Polsce jest dużo takich zimnych, pustych domów, z których dziewczyna wychodzi bardzo stęskniona bliskości i miłości. 

Co złego jest w tej tęsknocie?

Jeśli kobieta nie zaznała w rodzinnym domu bliskości, to nie ma zdrowego jej wzoru, ale ogromnie o niej marzy. A jak marzy – to idealizuje. Wyobraża sobie zupełnie nierealne obrazy: że będzie adorowana od rana do wieczora, że on będzie ją zawsze świetnie rozumiał, bezbłędnie odczytywał każde drgnienie jej subtelnej duszy. 

Jak w filmie.

Kultura, w której żyjemy, nakręca do niemożliwości oczekiwania kobiet co do tego, jak wygląda miłość. W popularnych książkach i filmach na potęgę lansuje się romantyczny mit: każda komedia romantyczna to w gruncie rzeczy opowieść o księciu, który ratuje albo wyzwala. A to jest przecież straszna bzdura! Nieraz na warsztatach mówię: „Dziewczyny, jeśli myślicie, że wasze związki będą wyglądać jak bajka, to przegracie życie”. 

Ale niedokochana kobieta wyobraża sobie, że jak już znajdzie tego jedynego, to on jej poda szczęście na tacy. 

I po wielkich nadziejach nadchodzi wielkie rozczarowanie. 

Nikt nigdy nie sprezentuje nam szczęśliwego życia. Choć na początku związku możemy się łudzić, że tak będzie – bo wtedy są kwiaty, wyznania, zachwyt. Ale romantyczna miłość jest tylko na troszkę, on pozachwyca się nią przez chwilę, ale potem zajmie się swoimi sprawami. I to nie znaczy, że przestał kochać, tylko po prostu inaczej rozumie miłość. A niedokochana kobieta cierpi. Jest jak studnia bez dna, chciałaby, żeby wszystkie jej braki – ból, cierpienie z dzieciństwa, brak wiary w siebie – były wyrównywane przez mężczyznę. Oczekuje, że będzie dla niej mężem, ojcem, matką, księdzem, psychoterapeutą, przyjaciółką, bankierem, instruktorem jogi nawet! Czyli tak naprawdę: że weźmie ją na ręce i przeniesie przez całe życie. A to zadanie ponad ludzkie siły. Związek nie jest po to, żeby ta druga osoba zasypywała nasze braki z dzieciństwa. 

Duże są te nasze braki?

Olbrzymie. Olbrzymie! Mam nie tylko takie poczucie czy intuicję, ale też po prostu empiryczną wiedzę, jak bardzo kobiety w Polsce są wychowywane restrykcyjnie, właściwie lepiej byłoby powiedzieć nawet: tresowane. Przez własne matki są przygotowywane do roli służalczej, do stania za plecami mężczyzny, są uczone bycia nieważną. Bardzo mało są uznawane, chwalone, w Polsce wciąż panuje przeświadczenie, że jak będziemy chwalić dziewczynki, to wyrosną na „zarozumiałe”.

Dlaczego zawsze, jak nam coś w życiu nie wychodzi, to według terapeutów jest to wina matki? 

Nie tyle wina, ile przyczyna. Ja nie mówię, że rodzice robią to świadomie i specjalnie, oni zazwyczaj wcale nie są potworami. To są normalni, pogubieni ludzie, którzy sami zostali wychowani w pruskim modelu i teraz po prostu oddają to, co sami dostali. Nieświadomie przekazują to zatrute ziarno – tak działa czarna pedagogika, o której dużo pisała znana austriacka terapeutka polskiego pochodzenia, Alice Miller. Od dzieciństwa Polki są uczone, żeby dużo pracować, ustępować innym i dużo znosić – mogłybyśmy w tych dziedzinach olimpiady wygrywać! Chłopcy są wychowywani inaczej. Rodzice nieraz nawet nie zdają sobie sprawy, że synów wychowują na dziedziców nazwiska i majątku, a córki – na pomocnice i opiekunki. 

Słyszysz to od swoich klientek?

Nieraz na warsztatach pytam: „Dziewczyny, macie na pewno braci, powiedzcie, kto sprzątał w sobotę łazienkę albo zmywał szklanki po gościach?”. I jest śmiech, bo nawet jak tam było pięciu braci, to wszystkie te rzeczy robiły one. Jeśli w domu jest mały Henio i mała Krysia, to jakoś język sam się układa: „Krysiu, podaj herbatę”, a nie „Heniu”... Więc już od dzieciństwa kobieta czuje się potrzebna tylko wtedy, kiedy usługuje innym. Tak jakby sama jej obecność, urok, humor czy inteligencja nie wystarczały światu. Spójrz, jaki paradoks. Z jednej strony kobieta bardzo dużo oczekuje od swojego faceta, bo czuje, że powinien te wszystkie braki z dzieciństwa wyrównać, a z drugiej – ciągle żyje w przekonaniu, że to ona musi dawać. I nigdy jej dość: i tego dawania, i tego marzenia o braniu. 

Rozumiem marzenie o księciu z bajki u 20-latki, ale w twojej nowej książce „Mam faceta i mam… problem” bohaterkami są głównie kobiety po trzydziestce, czterdziestce. 

Bo kobiety w sprawach miłosnych nie dorastają. Zostają często na całe życie nastolatkami z marzeniem o wielkiej miłości. Gdybyś pobyła tyle, co ja w kobiecych grupach terapeutycznych, to byś szybko zauważyła, że opowieści większości kobiet są do siebie podobne. Zwykle wygląda to tak: jest fajna kobieta, pracuje, rozwija się, ma dobrą pozycję społeczną – a w środku płacze mała dziewczynka, bo on się czegoś znowu nie domyślił, o coś nie zadbał, zamiast trzymać za rękę, woli iść z kolegami. A jak je pytam: „To dlaczego ty też nie pójdziesz gdzieś z koleżankami?”, to jest wielkie zdziwienie: „Ale jak to?”. Bo im się wydaje, że skoro już wyszły za mąż, to przecież po to, żeby wszystko robić razem. 

Piszesz, że z kobietami trudno wytrzymać. 

Bardzo lubię kobiety i dobrze im życzę, i dlatego właśnie o tym mówię i piszę na okrągło. Wczoraj byłam na filmie „Co przyniesie jutro”, nie wiem, czy widziałaś – wszystkie kobiety powinny go obejrzeć. Typowy mąż, dość introwertyczny safanduła, który chciałby bardzo, żeby jego żona dostała od niego wszystko to, czego potrzebuje w życiu. Ale ani on, ani ona nie wiedzą, co to takiego jest! Więc w końcu on odchodzi do innej, bo: „Przy niej wszystko jest proste”.

Oglądałam. Współczułam żonie, ale rzeczywiście przy tym nie mogłam jej znieść.

Bo ona jest nie do wytrzymania. Bardzo interesująca kobieta, ale przy tym baba, którą chciałoby się poduszką udusić! I cóż z tego, że sama jest nieszczęśliwą istotą, skoro jednocześnie unieszczęśliwia innych? Jej główny problem jest taki, że chciałaby – oczywiście w imię miłości – wszystkich wokół sobie podporządkować. Mąż mówi, że już nic do niej nie czuje, a ona: „Musisz czuć!”. A kto lubi mieć kontrolę? Kto próbuje wszystkich ustawiać? Ten, kto nie ma wewnętrznego poczucia bezpieczeństwa – i znowu wracamy do tego naszego niedokochania. Niedokochana kobieta myśli, że jak będzie wszystko kontrolować, to nic jej nie umknie. Co oczywiście nie jest prawdą, bo nie jesteśmy w stanie kontrolować czyichś myśli albo uczuć. 

Z tą obsesją kontroli idzie w parze ciągła potrzeba porównywania się. Nie umiem tego zrozumieć: jak można się cieszyć, kiedy narzeczony mówi źle o byłej żonie? To fatalnie o nim świadczy! A wiele kobiet się wtedy cieszy. 

Powinnyśmy się cieszyć, jeśli mówiłby dobrze?

A dlaczego nie? Skoro nas wybrał, to przecież ma dobry gust. Tymczasem te nieszczęśliwe w środku, niepewne siebie zazdrośnice od razu czują się zagrożone. Już im się zapala czerwona lampka, już węszą zdradę. Bo ktoś, kto jest niedokochany sam przez siebie, nigdy nie uwierzy, że można go prawdziwie pokochać. I to jest istota problemu.

miller fot2
mat.prasowe

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Katarzyna Miller o miłości
Błażej Heldwein

Katarzyna Miller: „Romantyczna miłość jest tylko na chwilę, jeśli w nią wierzycie, przegracie”

– Im dłużej pracuję z kobietami, tym wyraźniej zauważam, że istnieje taka reguła: najpierw bardzo chcemy mieć faceta, a potem, jak już go mamy, to mamy z nimi same problemy – mówi psychoterapeutka, Katarzyna Miller. 
Sylwia Niemczyk
03.09.2020

Jest w Polsce dużo typów domów, z których dziewczyna wychodzi stęskniona bliskości i miłości – mówi Katarzyna Miller, psychoterapeutka, prowadząca grupy terapeutyczne dla kobiet. – I co ona robi? Marzy. Wymyśla, że gdy już założy rodzinę, to jej dom będzie zupełnie inny. Że ona będzie inna niż mama, a jej partner będzie inny niż jej ojciec: będzie mnie rozumiał, kochał, wiedział, co mi jest potrzebne.  Takie marzenia, zdaniem Katarzyny Miller, mogą być bardzo niebezpieczne, bo prowadzą do idealizacji zarówno partnera, jak i samej wizji związku. I nawet jeśli sam początek relacji jest taki, jak w marzeniach, to jednak kolejne lata przynoszą rozczarowanie. – Zawsze powtarzam: dziewczyny, romantyczna miłość jest na troszkę, na krótko. A wy marzycie o niej na całe życie. Jeśli wyobrażacie sobie, że tak będzie wyglądało całe życie, to zawsze przegracie – podkreśla Katarzyna Miller.  Katarzyna Miller: „Niedokochane kobiety są ofiarami psychopatów” – Najgorsze jest to, kiedy dziewczyna miała tatusia tyrana, agresywnego alkoholika i matkę-ofiarę, bo takie kobiety są często w dorosłym życiu wybierane przez facetów, którzy świetnie czują, jaka ona jest, czyli przez licznych psychopatów lub przez wygodnych panów, którzy dopiero w takim związku stają się psychopatyczni, bo mogą. To jest strasznie nieszczęśliwy temat – mówi Katarzyna Miller.  Psychoterapeutka zwraca też uwagę na to, że niedokochane w dzieciństwie kobiety są pozbawione wewnętrznego poczucia własnej wartości:  – Ona by chciała, aby jej ból, jej tęsknota, jej niepewność siebie, brak wiary w samą siebie były wyrównywane przez partnera. Żeby on jej cały czas dawał zachwyt, żeby był tatusiem, mamusią, księdzem,...

Czytaj dalej
Katarzyna Miller o kryzysie w małżeństwie
iStock

„Twój mąż może być twoim największym wrogiem. I sama na to się godzisz” – mówią Katarzyna Miller i Suzan Giżyńska

Kobiety często mówią do synów: „Jesteś moim małym mężczyzną”. To błąd – tłumaczą Katarzyna Miller i Suzan Giżyńska, autorki nowej książki „Mam faceta i mam...problem”.
Katarzyna Miller, Suzan Giżyńska
16.06.2020

Psychoterapeutka Katarzyna Miller i coachyni Suzan Giżyńska w swojej nowej książce „Mam faceta i mam… problem” zastanawiają się nad trudnymi relacjami damsko-męskimi. Okazuje się, że gros  problemów w naszych małżeństwach wynika z naszego wychowania i nieprzepracowanych traum z dzieciństwa. Autorki radzą kobietom,  aby uważnie przyglądały się swoim partnerom – ale też i samym sobie. Przeczytaj fragment książki: *** Katarzyna Miller: Facet mówi: „Coś dziwnego się z tobą dzieje. Kiedy ostatni raz włożyłaś szpilki? Kiedyś się tak ładnie czesałaś, a teraz? Zapuściłaś się”, a ona myśli: „On to wszystko widzi, wie, że się zaniedbałam, i ma rację”. Kobieta z jednej strony nie czuje się dobrze, bo facet jej dokucza, a z drugiej czuje się winna. Suzan Giżyńska: „Dokucza” to zbyt delikatne określenie. Katarzyna: „Niszczy” będzie odpowiedniejsze. Suzan: Tak, bo to wszystko są teksty wroga. Ale może ona w domu rodzinnym była dzieckiem niewidocznym lub dostawała tylko tyle, ile jest niezbędne do przeżycia. Dla dorosłej kobiety, która miała takie dzieciństwo, nawet krytyka jest lepsza niż brak jakiejkolwiek uwagi. Bo wtedy ktoś na nią patrzy. Mówi co prawda, że zbrzydła, ale widzi ją. Oczywiście facet jest też po to, by mówić nam o tym, czego nie dostrzegamy. Na przykład, że się zaniedbałyśmy. Powinien jednak używać innych słów niż „zapuściłaś się”, bo to jest nękanie. Katarzyna Miller: Książę z bajki dla mamusi Katarzyna: Edith Wharton, amerykańska pisarka, wydała kiedyś opowiadanie „Mój najlepszy wróg”. Dotyczyło jej męża. Gdy pierwszy raz je czytałam, byłam bardzo smarkata i go nie rozumiałam. Teraz doskonale wiem, o czym ono mówiło. Partner to bliska...

Czytaj dalej
Relacje w związku
Getty Images

W miłości nie chodzi o „dziękuję”, mówi psycholożka, Katarzyna Miller 

Robisz śniadania, prasujesz koszule i czekasz, aż on doceni i powie chociażby: „dziękuję”? Psycholożka, Katarzyna Miller, wyjaśnia, dlaczego poświęcanie się w imię miłości to prosta droga do rozstania.
Sylwia Niemczyk
02.04.2020

Rzetelne dawanie i rzetelne branie ma swoje zasady. Pierwsza jest taka, że ten, kto dostał coś, o co prosił, docenia dar i umie za niego podziękować. A druga zasada: ten, kto daje, nie liczy na wdzięczność i wzajemność. Bo nagrodą jest już samo dawanie” – mówi Katarzyna Miller, psychoterapeutka. Sylwia Niemczyk: Lubimy się poświęcać dla innych? Katarzyna Miller: Nawet bym powiedziała, że my to wprost uwielbiamy! Poświęcanie się dla dzieci, męża, matki, szefa to typowo kobiecy grzech, choć oczywiście znam też paru mężczyzn, którzy również to robią. Ale bez względu na to, kto się poświęca i z jakiego powodu, zawsze wtedy z góry jest skazany na to, że będzie stratny. To przegrana inwestycja, zły interes – specjalnie używam takich określeń, bo bardzo bym chciała, żeby ludzie w końcu uświadomili sobie, że każda nasza relacja z drugim człowiekiem to nic innego, jak interes emocjonalny. Handel, w którym każda strona coś daje i coś bierze. Interes, handel – jakbym słyszała Moryca z „Ziemi obiecanej”. Idziemy na wojnę z romantyzmem? Ja na tej wojnie jestem od wielu lat i zawsze powtarzam: dla własnego dobra przestańmy się wiecznie doszukiwać romantyzmu w życiu, bo to czysta iluzja. A z drugiej strony przestańmy też myśleć, że interes od razu oznacza oszustwo i łódzki geszeft z „Ziemi obiecanej”.. Interesy, w tym te emocjonalne, to normalna, dobra rzecz. Dajemy i bierzemy, umawiamy się na jakąś wymianę i dotrzymujemy umowy. Robimy coś dla kogoś, ale sami też coś z tego mamy. W takim razie co ja mam z tego, że codziennie rano robię mężowi śniadanie? Na przykład masz to, że się sobie taka podobasz: taka jesteś pracowita, dobra, miła. Taka pomocna i potrzebna. Już od samego rana masz poczucie, że zrobiłaś coś dobrego i to już jest twoja...

Czytaj dalej