Nie zamartwiaj się na zapas! – apeluje Sarah Knight, najsłynniejsza antycoach na świecie
Istock

Nie zamartwiaj się na zapas! – apeluje Sarah Knight, najsłynniejsza antycoach na świecie

Amerykańska autorka Sarah Knight w książce „Jak uspokoić swoje myśli” opowiada, jak uczyła się opanowywać własne lęki i radzić sobie z natrętnymi myślami.
Sarah Knight
18.02.2021

Sarah Knight to autorka poczytnych na całym świecie książek, m.in. „Magii olewania”, „Rób swoje”. Mówi się o niej, że jest „antycoachem” i „antyguru” pokolenia dzisiejszych 30-, 40-latków. Popularność dało jej hasło „zero żalu”. Zachęca, by nie przejmować się rzeczami, na które nie mamy wpływu albo ochoty.

Poniższy fragment pochodzi z książki „Jak uspokoić swoje myśli” tłum. Anna Czajkowska dla wyd. Muza  (skróty i śródtytuły pochodzą od redakcji Urodazycia.pl).

***

Na początek chciałabym zadać kilka pytań. Ile razy w ciągu dnia pytasz: „A co będzie, jeśli...?” („Co będzie, jeśli wydarzy się X? Jeśli Y się nie powiedzie? Jeśli Z nie pójdzie zgodnie z moim chęciami, potrzebami albo oczekiwaniami?”). Ile czasu spędzasz, zamartwiając się rzeczami, które jeszcze się nie wydarzyły? Albo takimi, które zapewne nigdy się nie wydarzą? Ile godzin zmarnowałaś, histeryzując z powodu czegoś, co już się wydarzyło, zamiast po prostu coś z tym zrobić? 

Moje odpowiedzi to: zbyt wiele, za dużo i MNÓSTWO. Zakładam, że twoje wyglądają podobnie. 

Oczywiście, nieszczęścia chodzą po ludziach. I to jak! A kiedy myślę o wszystkich nieszczęściach, które mogą mi się przydarzyć każdego dnia, przychodzi mi do głowy tekst piosenki świętej pamięci muzycznego geniusza, zaś w duszy gangstera, jedynego i niepowtarzalnego Prince’a: „Kochani, zebraliśmy się tu dzisiaj, aby jakoś przebrnąć przez to coś, co zwie się życiem”. Prince miał dość podejrzane poglądy na wiele spraw – w tym religię – ale tu akurat trafił w sedno.

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

Modlitwa o pogodę ducha

Każdego ranka, kiedy się budzimy i zaczynamy dreptać po tej kręcącej się bombie zegarowej zwanej Ziemią, nasz podstawowy cel to po prostu przetrwać dzień. Niektórzy z nas mają na oku coś więcej – na przykład sukces, trochę relaksu lub dobre słowo od ukochanej osoby. I chociaż każdy 24-godzinny cykl niesie w sobie potencjał dobrych wydarzeń, jest też szansa, że będzie kaszana. Nie mówiąc już o możliwości trzęsienia ziemi, tornado, przewrotów wojskowych, katastrof nuklearnych lub rekordowego spadku produkcji wina na świecie, a także najróżniejszych innych nieszczęść, które mogą się wydarzyć w każdej chwili, naprawdę dając ci w kość. Tak po prostu wygląda życie. Prince o tym wiedział. Ty o tym wiesz. 

Aby przetrwać i mieć się dobrze w takich chwilach, musisz PRZYZNAĆ, że to się wydarzyło, ZAAKCEPTOWAĆ to, czego nie jesteś w stanie kontrolować, i ZAJĄĆ SIĘ tym, czym możesz. 

A skoro już o tym mowa, czy słyszeliście o modlitwie o pogodę ducha – no wiecie, tej o akceptowaniu rzeczy, których nie możesz zmienić, odważnym zmienianiu tego, co zmienić można, i mądrości, która pozwoli je od siebie odróżnić? 

Przez większość życia byłam mistrzynią zamartwiania się. „A co będzie, jeśli...” podskakują w mojej głowie niby płotki na haju. Gryzę się rzeczami, które jeszcze się nie wydarzyły. Obsesyjnie roztrząsam rzeczy, które w ogóle mogą się nie wydarzyć. A kiedy coś się jednak stanie, mam zdumiewającą zdolność do wpadania w histerię z tego powodu. 

Jednak w ciągu kilku ostatnich lat znalazłam sposoby na to, aby ograniczyć to wszystko do minimum. Nie uwolniłam się zupełnie od zamartwiania, ale mniej się niepokoję i już nie zdarza się, że lęk mnie paraliżuje, a niespełnione oczekiwania i palące poczucie niesprawiedliwości doprowadzają na skraj obłędu. Jest poprawa. 

Sama się dziwię, jak mi z tym dobrze i jak wiele mogłam osiągnąć dzięki stosunkowo niewielkiej zmianie nastawienia – zaakceptowaniu, że pewnych rzeczy nie jestem w stanie kontrolować. To pozwala mi się skupić na załatwieniu spraw, nad którymi mam kontrolę. Dlatego właśnie jestem lepiej przygotowana do tego, by podejmować decyzje i rozwiązywać problemy zarówno na bieżąco, jak i po fakcie. Nauczyłam się, jak przestać roztrząsać mało prawdopodobne scenariusze, a zamiast tego działać, żeby uzyskać lepsze rezultaty. Jak przeć naprzód zamiast zadręczać się, patrząc w tył. I co najważniejsze: jak oddzielić obawy odnośnie do tego, co może się wydarzyć, od działań mających na celu poradzenie sobie z problemem, kiedy rzeczywiście się pojawi.

Ja, mistrzyni zamartwiania się

Początki zmiany mojego nastawienia zbiegły się w czasie ze zmianą miejsca zamieszkania, kiedy wraz z mężem przeprowadziłam się z tętniącego życiem Brooklynu w Nowym Jorku do spokojnej wioski rybackiej na północnym wybrzeżu Republiki Dominikany. Zanim się tam znalazłam, przez 16 lat w Nowym Jorku miałam wiele na głowie: wspinałam się po korporacyjnej drabinie, zaplanowałam i urządziłam wesele, kupiłam nieruchomość, zorganizowałam wspomnianą przeprowadzkę do Republiki Dominikany. Owszem, zawsze byłam dosyć dobra w robieniu tego, co należało zrobić, ale zawsze byłam przy tym niezbyt spokojna. Zdawać by się mogło, że doskonale funkcjonująca, dobrze zorganizowana i mająca sporo osiągnięć osoba powinna umieć się dostosować, kiedy sytuacja tego wymaga. Ale w owych czasach nie byłam w stanie zmienić żadnego planu bez wpadania w histerię – na przykład wtedy, kiedy ulewa podczas pikniku z okazji 30. urodzin mojego męża doprowadziła mnie niemal na skraj samobójstwa. 

W owych czasach załamywałam się szybciej niż świeży lód pod kilkutonowym czołgiem – przez co wszystkie rzeczy, które miałam do zrobienia, stawały się trudniejsze i bardziej stresujące, niż mogły być.

Dwa kroki naprzód, jeden krok w tył.

I. To. Za. Każdym. Razem.

Do. Cholery. 

Coś musiało ulec zmianie, nie miałam jednak pojęcia co ani też, jak tego dokonać. I tak dochodzimy do owej spokojnej wioski rybackiej na północnym wybrzeżu Republiki Dominikany. Trzy lata temu przeprowadziłam się w miejsce, gdzie w zasadzie trzeba w ogóle zrezygnować z planowania. Tutaj, w tropikach, pogoda zmienia się szybciej niż sympatie niektórych wyborców, sklepy są zamykane na czas nieokreślony w przypadkowo wybrany dzień tygodnia, a facet, który ma naprawić dach, równie dobrze może się pojawić tydzień później – być może z powodu burzy z piorunami, a może dlatego, że nie udało mu się kupić materiałów w sklepie, który jest otwarty tylko od czasu do czasu i nie wiadomo dokładnie kiedy. Albo z innego powodu. Któż to wie?

Życie na Karaibach może się wydawać kusząco leniwe i pogodne, kiedy właśnie wziąłeś chorobowe, aby się oderwać od swojej wymagającej pracy, leżeć na kanapie, jeść rosół i oglądać telewizję – i pod wieloma względami takie właśnie jest. Ale bywa też frustrujące dla tych z nas, którzy kochają solidność i porządek albo nie najlepiej sobie radzą z tym, co nieoczekiwane. 

Po kilku tygodniach spędzonych na wyspie zaczęłam zdawać sobie sprawę, że jeśli będę trzymać się starych nawyków w swoim nowym życiu, skończy się to wieczną paniką z tego czy innego powodu, ponieważ tutaj nic nie idzie zgodnie z planem. A to zanegowałoby podstawowy cel ucieczki z Nowego Jorku. Zatem dla mnie wylądowanie na Dominikanie było jak terapia przez ekspozycję. Zostałam zmuszona do tego, aby się rozluźnić i płynąć z prądem, co cudownie wpłynęło na moje nastawienie (a także zapas środków uspokajających).

Nieproszony gość 

Kilka miesięcy temu, po przyjemnym wieczorze spędzonym w lokalnym barze, wróciwszy do domu, mój mąż i ja zastaliśmy tam nieoczekiwanego gościa. 

Otworzyłam bramę i powoli przemieszczałam się po ścieżce w stronę tarasu (było ciemno, a ja byłam podchmielona), kiedy wpadł mi w oko nieco większy niż normalnie liść. Na dodatek zdawało mi się, że on nie tyle drży na wietrze, ile... drepcze. Snop światła z latarki mojego iPhone’a potwierdził, że to, co w pierwszej chwili wzięłam za liść migdałowca, było w istocie tarantulą wielkości melona. 

Brrr! Dam wam chwilę na dojście do siebie. Bóg jeden wie, jak bardzo było mi to potrzebne. Wyraziwszy kiedyś zamiar puszczenia wszystkiego z dymem, jeśli kiedykolwiek natrafimy na coś takiego w swoim domu, stanęłam przed dylematem. Do tego czasu polubiłam już swój dom. I ściśle rzecz biorąc, tarantula nie znajdowała się w nim, tylko obok. Co robić? Stać jak sparaliżowana, dopóki bydlę nie oddali się z powrotem w tajemnicze otchłanie, z których przybyło? Już do końca życia spać z jednym okiem zawsze otwartym? Grzecznie poprosić pająka, aby sobie poszedł w diabły? 

Żadna z tych opcji nie była realistyczna. Jak się okazało, wrzasnąwszy do męża: „Chodźtuproszęizabierztętarantulę!”, niewiele więcej mogłam zrobić. Mieszkamy w dżungli, moi złoci. I niezależnie od tego, jak wielu agentów nieruchomości i poprzednich mieszkańców zapewniało nas: „One żyją wysoko w górach – nigdy żadnej nie spotkacie”, niezaprzeczalny fakt był taki, że jedna znalazła drogę do naszego skromnego nadmorskiego domostwa. 

Co zrobiliśmy? Mój mąż chwycił za miotłę i użył jej, aby wypędzić nieproszonego gościa z naszej posesji, w krzaki sąsiada, a ja uciekłam do domu, mrucząc pod nosem: „Tarantule, wszędzie tarantule”, dopóki nie byłam już bezpieczna na piętrze i na tyle oszołomiona proszkami, aby zasnąć. Nie było to jeszcze uspokojenie się, ale jednak krok w dobrym kierunku. 

Następnego ranka wstaliśmy wcześnie, aby pojechać z przyjaciółmi na całodzienną, zakrapianą rumem wycieczkę łodzią. Przed ósmą rano, jeszcze półprzytomna, wlokłam się w dół po schodach, i kiedy się obróciłam na podeście, zobaczyłam ją. Za sięgającą do podłogi zasłoną w salonie kryła się ta sama tarantula, która wcześniej została odpędzona dobre 30 metrów od obecnie zajmowanego miejsca. Wiedziałam, że to ta sama, bo miała tylko siedem odnóży.

A jeśli myślicie, że podeszłam na tyle blisko, by je policzyć, przypomnę wam, że ten pająk był tak cholernie wielki, że wcale nie trzeba było się zbliżać w celu liczenia jego nóg – tych nóg, na których przez noc przedreptał przez trawnik, wdrapał się z powrotem na taras, a następnie przelazł przez niego i wślizgnął się przez szpary w naszych rozsuwanych drzwiach, aby dostać się do domu. 

Moja instynktowna reakcja brzmiała: nie poradzę sobie z tym. Ale wiecie co? Drugi rzut oka ujawnił, że tarantula wcale nie była tak straszna. A raczej nadal była straszna, ale ja się zmieniłam. Gdybyśmy znaleźli takiego pająka w naszym mieszkaniu na Brooklynie, natychmiast chwyciłabym za zapałki. Teraz jednak okazało się, że wszystkie te nieprzewidywalne monsunowe deszcze i nieodpowiedzialni dekarze nauczyli mnie: spodziewaj się niespodziewanego! Nic nie pójdzie zgodnie z planem! 

Niespodzianka! 

Dzięki jeździe próbnej poprzedniego wieczora wiedziałam, że nieproszony gość nie porusza się szybko ani też nie zacznie na mnie na przykład warczeć. Musiałam przyznać, że pająk wielkości melona pozbawiony jednego z odnóży jest znacznie mniejszy i mniej sprawny niż półtorametrowy człowiek z dwiema sprawnymi kończynami. (Okazuje się, że nie bez powodu ekspozycja to technika terapeutyczna zaakceptowana klinicznie). 

To co możemy zrobić?

Dzięki aktywowaniu logicznej części swojego mózgu byłam w stanie pokonać instynktowną reakcję: „Nie poradzę sobie z tym!” i zastąpić ją bardziej produktywnym: „No dobra, to co możemy z tym zrobić – bo przecież czeka na mnie łódź i całe morze rumu”. Nie było czasu na wpadanie w histerię, to nie rozwiązałoby problemu. 

Przypomnijcie sobie teraz z łaski swojej moją poprawioną wersję modlitwy o pogodę ducha: PRZYZNAJ, że to się wydarzyło (w moim domu jest tarantula). ZAAKCEPTUJ to, czego nie jesteś w stanie kontrolować (do mojego domu mogą włazić tarantule?!). ZAJMIJ SIĘ tym, co jesteś w stanie kontrolować (pozbyć się tarantuli z domu). I w ten sposób oficjalnie się uspokoiłam – a teraz nadszedł czas, aby sobie z tym poradzić. No dobra: nadszedł czas, aby mój mąż sobie z tym poradził. Ale ja pomagałam.

Za pomocą plastikowego dzbanka, miotły, kawałka tektury i nerwów ze stali humanitarnie odłowił intruza i pojechaliśmy dwa kilometry dalej z naszym nowym kumplem Luckym (w plastikowym dzbanku), wypuściliśmy wędrowniczka na pustą posesję i w końcu wsiedliśmy na pokład SS „Mama Needs Her Juice”. 

Co zatem mój odnaleziony na Karaibach spokój i opowieści o przeprawach z tarantulami mają wspólnego z przyznawaniem, akceptowaniem i zajmowaniem się twoimi nadaktywnymi „a co będzie, jeśli...”, lękami, niepokojami i napadami histerii? Dobre pytanie. Oprócz tego, że przez wiele lat profesjonalnie się zamartwiałam, obecnie jestem też profesjonalną autorką poradników, takich jak: „Magia olewania”, „Ogarnij się” i „Rób swoje”. W każdym z nich opisywałam pewne aspekty własnej podróży ku temu, by stać się osobą szczęśliwszą i zdrowszą umysłowo, w połączeniu z praktycznymi, choć naszpikowanymi wulgaryzmami wskazówkami, jak tego dokonać. 

Nazywają mnie „antyguru”. I nie będę udawać – to spoko robota. 

„Jak uspokoić swoje myśli”, Sarah Knight, tłum. Anna Czajkowska, Muza 2020
mat. prasowe

„Jak uspokoić swoje myśli”, Sarah Knight, tłum. Anna Czajkowska, Muza 2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Pexels

Jak wieść (wystarczająco) spełnione życie? Poznaj proste przepisy na szczęście

Nie musi być idealne, ważne, by było wystarczająco dobre. Dla nas samych, nie według oczekiwań innych ludzi.
Sylwia Arlak
15.10.2020

Czytasz kolejny poradnik pod tytułem „jak prowadzić idealne życie” i kolejny raz załamujesz ręce. „Czy to musi być tak skomplikowane?” —  pytasz samą siebie. Oliver Burkeman z „The Guardian” przekonuje, że nie, o ile zmienimy oczekiwania. Słowo „idealne” zmień na „wystarczająco dobre” i koniecznie pamiętaj o kilku kwestiach. Życie wystarczająco dobre Zawsze będzie zbyt wiele do zrobienia... ... a uświadomienie sobie tego jest wyzwalające. Przestań karcić się za to, czego nie zrobiłaś. Zamiast wciąż zastanawiać się, czy czegoś nie zaniedbałaś, spędzaj czas aktywnie i  wybieraj to, co jest dla ciebie najważniejsze. „Czy to sprawi, że urosnę, czy wręcz przeciwnie? ” Zdaniem terapeuty James Hollisa, ważnych osobistych decyzji nie powinniśmy podejmować przez pytanie: „Czy to mnie uszczęśliwi?”, ale pytając: „Czy ten wybór sprawi, że urosnę, czy wręcz przeciwnie? ” Nie potrafimy przewidzieć, co nas uszczęśliwi. Drugie pytanie wywołuje głębszą, intuicyjną odpowiedzieć. Zwykle wiemy, czy odejście lub pozostanie w związku, czy pracy, jest dobre dla naszego rozwoju czy nie. Nie przejmuj się więc paleniem mostów. Nieodwracalne decyzje wydają się być bardziej satysfakcjonujące. Teraz mamy tylko jeden kierunek, w którym możemy podążać —  naprzód, niezależnie od dokonanego wyboru. Jeśli umiesz znieść lekki dyskomfort, posiadasz supermoc! To przerażające, jak łatwo odkładamy na bok nasze największe życiowe ambicje, tylko po to, by uniknąć ewentualnego dyskomfortu. Zdajesz sobie sprawę, że zainicjowanie trudnej rozmowy z przyjaciółką, zaproszenie kogoś na randkę czy sprawdzenie salda w banku, cię nie zabije, ale i tak odkładasz to w nieskończoność. Oswajaj się z uczuciem dyskomfortu. Możesz...

Czytaj dalej
kwitnące drzewa
Adobe Stock

Afirmacje na czas pandemii. Jak uspokoić umysł pozytywnym myśleniem?

Korzystanie z afirmacji jest jednym ze sposobów zmiany myśli. Pozytywne sformułowania pomagają skoncentrować się na tym, jak chcemy się czuć niezależnie od okoliczności.
Aleksandra Nowakowska
06.04.2020

Skuteczność afirmacji zależy od tego, czy nasz umysł oceni je jako realistyczne i autentyczne. Nie ma sensu powtarzać sobie „Jestem spokojna i radosna”, jeśli tak naprawdę nie możemy przestać się zamartwiać i czujemy napięcie. W tym przypadku lepiej jest zaakceptować swój stan, poczuć emocje, które się pojawiają, a następnie przekierować myślenie na to, jak chcemy się czuć, myśleć i jak się zachowywać. Poniżej proponujemy zdania, które mogą okazać się pomocne podczas pełnej stresu i niepewności pandemii. Afirmacje na czas pandemii: Koncentruję się na teraźniejszości, istnieje tylko dzisiaj. Wybieram optymizm. Robię, co mogę, aby pozostać zdrowym fizycznie i emocjonalnie. To też minie. Poradzę sobie z tym. Koncentruję się na tym, co mogę kontrolować, a resztę odpuszczam. Akceptuję lęk. Jestem dla siebie wyrozumiały. Mogę być jednocześnie przestraszona i odważna. Jeśli będzie mi trudno, poproszę o pomoc. Moje uczucia nie będą trwać wiecznie. Zawsze mogę znaleźć coś, za co jestem wdzięczna. Robię sobie przerwę od zamartwiania. Mogę liczyć na wsparcie innych. Nie jestem sam. Polegam na sile wyższej. Pozwalam sobie odpocząć. Jestem silniejszy, niż myślę. Afirmacje mają największą skuteczność, gdy korzystamy z nich regularnie, ponieważ przyzwyczajają mózg do nowego sposobu myślenia. Zapisz je na przykład w telefonie albo na kartce na biurku, by mieć je zawsze pod ręką i sięgnąć po nie w chwili narastającego stresu. Afirmacje można powtarzać kilka razy dziennie w myśli lub cichym głosem, czytać je lub pisać. 

Czytaj dalej
Fot. Mariusz Grzelak / Reporter

Kreszowe dresy, biust Sabriny i marzenia o złotym życiu. Max Cegielski wspomina lata 80.

Max Cegielski napisał świetną powieść o latach 80. „Prince Polonia” to historia o maturzystach ze Szczecina, którzy w czasach, kiedy w Polsce rodził się kapitalizm, postanawiają zbić fortunę. Nie do końca legalnie.
Anna Zaleska
30.06.2020

Dżinsy marmurki, getry z lajkry, wielkie plastikowe klipsy, włosy układane na cukier, szkolne dyskoteki przy muzyce Modern Talking i Papa Dance... Każda z nas ma własne wspomnienia z lat osiemdziesiątych, ale Max Cegielski na kartach powieści „Prince Polonia” (wyd. Marginesy) dowodzi, że wiele doświadczeń mamy wspólnych. Jego opowieść o czasach, kiedy w Polsce rodził się kapitalizm, otwierając przed młodymi ludźmi nieznane wcześniej możliwości, jest fascynująca i chwilami bardzo zabawna. Anna Zaleska: Ludziom, którzy jak ja w latach 80. chodzili do liceum, serwujesz swoją książką „Prince Polonia” kapitalny powrót do przeszłości. Skąd pomysł, by o tych czasach napisać powieść? Max Cegielski: Jednym z głównych powodów było to, że chciałem wrócić do mojego okresu nastoletniego, do tamtych wspomnień i tamtych emocji. Urodziłem się w 1975 roku, ale pod koniec lat 80. byłem już całkiem dojrzałym chłopakiem. Mieszkałem tylko z matką, więc musiałem szybko dorosnąć. Zresztą rodzice w ogóle starali się wychowywać mnie tak, by dawać mi sporo wolności. Mając 12 lat robiłem różne rzeczy, których normalnie dzieciaki nie robią. Naszą sąsiadką w bloku na Stegnach była Helena Łuczywo. Z jej córką Łucją regularnie nosiliśmy Tygodnik Solidarność do mieszkań po drugiej stronie osiedla albo jakieś bibuły do Wujców. Helena zabierała nas też na demonstracje. No i często były u niej naloty tajniaków, więc i to mogłem obserwować. Licealiści w twojej powieści to z jednej strony poeci, początkujący opozycjoniści lub artyści, z drugiej młodociani cinkciarze i złodzieje samochodów. Ale w większości to „złoty środek”, czyli „ludzie wahający się między ambicją zdawania na studia a potrzebą zarobienia na wieżę stereo”. Ty gdzie się...

Czytaj dalej
Tom Hanks i Rita Wilson
East News

Tom Hanks i Rita Wilson są razem od 32 lat.  „To moja siódma i ostatnia kochanka: moja żona”.

Żaden inny aktor nie potrafi tak pięknie mówić o żonie, jak Tom Hanks. Jego wyznania miłości wygłaszane podczas radosnych chwil, jak ceremonia rozdania Oscarów, albo trudnych, jak choroba, wzruszają nie tylko Ritę Wilson. I tak już od 32 lat.
Magdalena Żakowska
03.09.2020

Amerykanie traktują Toma Hanksa i Ritę Wilson jak narodowe dobro. Hanksowie stanowią wzór w wielu kategoriach: szczęśliwego, kochającego się małżeństwa z 30-letnim stażem, ludzi sukcesu, którym nie przewróciło się w głowie, skromności i po prostu normalności. Kiedy dyskretnie, bez epatowania sensacją, poinformowali świat o tym, że zarazili się w Australii koronawirusem, dla Ameryki przekaz był jasny: jeśli spotkało to ich, to znaczy, że może spotkać każdego z nas. Hanksowie pokazali, jak przejść przez ten trudny czas godnie, nie popadając w histerię i zachowując pogodę ducha. W każdym wpisie na Instagramie dziękowali lekarzom za opiekę, Tom żartował z wybitnych osiągnięć Rity w prostych grach zręcznościowych, które ściągnęła na telefon w czasie kwarantanny, publikował zdjęcia kanapek z wegetariańską pastą Vegemite, regionalnym przysmakiem Australijczyków, który u większości pozostałych mieszkańców Ziemi wywołuje nudności. Tak jak do wszystkiego w życiu, podeszli do choroby z optymizmem i poczuciem humoru. Wyzdrowieli, a Ameryka odetchnęła z ulgą. To był happy end w amerykańskim stylu, który w tych trudnych czasach dawał wszystkim nadzieję.  Tom Hanks: „Znałem ją długo przed pierwszym spotkaniem” Po raz pierwszy spotkali się na planie serialu komediowego „Bosom Buddies”. Tom miał na sobie różową sukienkę i cieliste szpilki. Łatwo sobie wyobrazić, że zrobił na Ricie piorunujące wrażenie.  Oboje mieli po 24 lata i w zasadzie czyste konto zawodowe. On tkwił w nieudanym małżeństwie, z dwójką dzieci (Elizabeth i Colin) i wieczną dziurą na koncie. Ona twierdziła, że nigdy się nie zakocha, ale na wszelki wypadek się zaręczyła. „Wszyscy to robili: zaręczali się, brali śluby, mieli dzieci. Nie chciałam być gorsza” – żartowała potem. Kto...

Czytaj dalej