Śpiewaj, krzycz, mrucz, nuć – to oczyszcza umysł i działa korzystnie na zdrowie
Getty Images

Śpiewaj, krzycz, mrucz, nuć – to oczyszcza umysł i działa korzystnie na zdrowie

Dlaczego warto krzyczeć? Śpiewać? Samogłoska „i” śpiewana na luźnym gardle regeneruje przysadkę mózgową, przy „a” nasza grasica dostaje dużo energii i wzmaga produkcję hormonów, „o” odbudowuje trzustkę i gonady płciowe. A to tylko początek!
Karolina Rogalska
31.10.2018

Większość arcydzieł muzyki klasycznej to smutne utwory. Wyrażałam ten ból na scenie, a potem przerzucałam go na publiczność. W końcu powiedziałam: dość! Chcę się cieszyć. Po to przyszłam na świat, żeby głosem dawać radość”, mówi Olga Szwajgier, śpiewaczka operowa, pedagog, autorka metody pracy
z głosem.

Karolina Rogalska: Głos ma podobną moc jak dotyk. Dzięki niemu możemy regulować emocje, wyznaczać swoje granice. Jego barwa i ton zrażają lub przyciągają do nas ludzi. Wydaje się, że niewielu z nas potrafi świadomie używać tego narzędzia.

Olga Szwajgier: Rzeczywiście, większość ludzi nie zwraca na to uwagi. Nie wie, że można mówić pięknie, na otwartym gardle. Że za pomocą dźwięku, pewnych jego częstotliwości i barw można oczyścić ciało z zalegających emocji i napięć, bo ma on moc uzdrawiającą. Że odpowiednio oddychając, możemy wprowadzić się w stan błogości. Ludzie nie potrafią wydobyć z siebie zdrowego dźwięku, bo są zalęknieni, zamknięci, niepewni siebie, nie potrafią odpuścić kontroli. Dlatego też, kiedy zaczynamy ćwiczyć uwalnianie głosu z gardzieli, pracujemy na wszystkich poziomach równocześnie: fizycznym, emocjonalnym, mentalnym i  duchowym.

Dlaczego jesteśmy takimi sztywniakami?

Poniewieramy sobą, ciągle się z kimś porównujemy, rzecz jasna, na własną niekorzyść. Nieustannie mamy poczucie, że nie jesteśmy dość dobrzy. A kiedy myślę o sobie negatywnie, to wcześniej czy później znowu mi się górna szczęka z żuchwą połączy i zęby zacisną. Pojawia się gula w gardle. Aby wydobyć z siebie doskonały dźwięk, trzeba rozluźnić cały narząd artykulacji, a płuca dopieścić głębokim oddechem. Bo oddech nami zawiaduje. Dech znaczy duch. Słowo duch wywodzi się z greki i  pierwotnie oznaczało geniusza. Możemy zatem wnioskować, że każdy człowiek jest bytem doskonałym. I zawsze ma rację. W tym sensie, że jeżeli myśli: „Nie dam rady, nie potrafię nie umiem”, to sobie to udowodni. Kiedy myśli: „Jestem bytem doskonałym, dam radę, potrafię”, to też to sobie udowodni. Bo myśl jest stwórcza. Zróbmy mały eksperyment. Proszę sobie wyobrazić cytrynę – żółtą, ze skórką, bardzo kwaśną. Teraz w myślach proszę ją umyć, przekroić i pogryźć. Co się dzieje w ciele? Ja w ustach mam pełno śliny, tak jakbym naprawdę zjadała tę cytrynę. A przecież jej tu fizycznie nie ma. Sama myśl zaktywowała pewne procesy fizjologiczne. Innymi słowy – stało się to, co  pomyślałam.

Wiele osób nie potrafi krzyczeć. Niektóre kobiety, nawet rodząc, nie są w stanie podnieść głosu.

Tak je wychowano. Pewnie gdy jako dzieci zaczynały krzyczeć lub płakać, matka mówiła: „Nie wrzeszcz” i wkładała im smoczek do buzi. Jeśli nie pozwalamy naszym emocjom wybrzmieć, zamykają się w ciele. Dziecko dostaje komunikat, że nie jest dość dobre. Uczy się, że ma powściągać emocje, jakby przeżywanie ich było czymś złym. I bardzo się tego wstydzi, także gdy dorośnie. A przecież krzyk może działać oczyszczająco. I jeśli chcemy go praktykować, nie uszkadzając sobie przy tym gardła, musimy pamiętać o tym, żeby najpierw się rozluźnić. Można to zrobić, np. przechylając głowę w  jedną i drugą stronę, ku tyłowi. Kiedy już się rozluźnię, biorę głęboki oddech i  dopiero wtedy mogę krzyczeć, nie robiąc sobie krzywdy.

Śpiewać też się wstydzimy. Znajomy, właściciel dużej firmy, człowiek, który odniósł w życiu sukces, wyznał, że przez całe życie nie śpiewał, bo ktoś mu kiedyś powiedział, że ma dziwny głos. Przełamał się dopiero podczas podróży po Ameryce Południowej, gdzie wszyscy śpiewają i tańczą od kołyski. I nikt ich nie ocenia.

Takie komunikaty czasem działają jak rzucenie uroku. Kiedy usłyszę: „Masz dziwny głos”, „Nie umiesz śpiewać”, infekuję się tym określeniem, myślę o nim non stop, utrwalam je w sobie i już poza te ograniczenia nie wychodzę. Na moich zajęciach ćwiczymy między innymi ściąganie tych „uroków”. Rozprawiamy się z  nimi. Ale czasem trudno się ich pozbyć, bo przylegają do nas jak druga skóra. Kiedy krytykanctwo zostanie z  nas zdjęte, zaczniemy myśleć o sobie w  kategoriach najwyższych, do których zostaliśmy stworzeni przez naturę. A  kiedy myślę o  sobie jako istocie, o świadomości, błogości, to mi już do głowy nie przyjdzie poniewieranie sobą. I innymi.

Jesteśmy mało rozśpiewani i roztańczeni. W szkole teatralnej w  Krakowie prowadziłam ostatnio zajęcia z grupą studentów z Ukrainy. Przez półtorej godziny śpiewali narodowe dumki. Następnie poprosiłam naszą młodzież o zaśpiewanie polskich piosenek ludowych. Okazało się, że znają dwie. Dzieje się tak, bo edukacja muzyczna jest u nas niezbyt dobrze prowadzona i skupia się głównie na teorii. Nikt nas nie uczy znajdowania radości w  śpiewie i tańcu.

Polacy śpiewają i tańczą głównie wtedy, gdy się upiją.

Tak, i to jest przerażające. Jesteśmy tak zestresowani, że tylko wtedy możemy się rozluźnić. Boimy się kompromitacji, utraty kontroli, wydaje nam się, że jak zdejmiemy pancerz, to od razu ktoś nas zaatakuje. Moim zdaniem wynika to w pewnym stopniu z uwarunkowań historycznych. Zawsze musieliśmy się bronić. W związku z czym stawiamy na siłę, a nie na moc. Moc, czyli spokój, otwartość i zaufanie do drugiej osoby. A  kiedyś śpiew był dla nas fundamentem egzystencji. Ludzie śpiewali przy pracy albo spotykali się w domach wieczorami, np. przy darciu pierza, wspólnie muzykowali, tańczyli. Mamy masę pieśni z tych czasów. Badania pokazują, że tego typu doświadczenia są bardzo ważne dla procesów socjalizacji. A wspólne aktywności muzyczne to wspaniałe antidotum na depresję i  samotność. Redukują stres i  dają wiele przyjemności. Przecież pierwszy akt komunikacji ze światem polega właśnie na wydaniu z  siebie dźwięku. Koźlątko, kiedy wychodzi z  łona matki, od razu staje na nóżki, bo  jest mu to bardzo potrzebne. Człowiek, gdy wychodzi z łona matki, śpiewa samogłoskę „a”.

Śpiew może wyzwolić z tego pancerza?

Mnie wyzwolił. Skoro mnie, to i każdego. Kiedy zezwolimy sobie na wyrażanie siebie poprzez śpiew, to rozluźniamy nasze ciała, dostarczamy każdej komórce porządną porcję tlenu. W efekcie jesteśmy zdrowsi psychicznie i fizycznie. Samogłoski, które śpiewamy, regenerują nam odpowiednie gruczoły dokrewne, czyli nasze centra energetyczne. Np. samogłoska „i”, którą wyobrażam sobie w fioletach, śpiewana na luźnym gardle, regeneruje przysadkę mózgową, która wespół z szyszynką zawiaduje wszystkimi gruczołami w naszym ciele. Zapobiega też problemom z zatokami czołowymi, szczękowymi i uszami. Oczywiście tym, wynikającym z innych przyczyn niż przeziębienie czy atak wirusów. Gdy śpiewamy samogłoskę „a”, nasza grasica dostaje dużo energii i wzmaga produkcję hormonów. „O” regeneruje trzustkę oraz gonady płciowe. Kobiety, które dużo śpiewają, nie wiedzą, co to boleści menstruacyjne czy klimakterium. Z kolei samogłoska „u” regeneruje nadnercza, a  „y” działa jak wycior. Tak jak kominiarz czyści komin, tak my tą samogłoską czyścimy swoje ciało. Śpiewając je, nie zapominajmy o odpowiednim oddechu.

On też działa kojąco?

Kiedy na początku lat 70. zaczęłam rozćwiczać swój głos, praktykowałam różnego typu zabawy oddechowe. Kierowałam się w tym głównie intuicją. Np.  brałam oddech przez cztery sekundy, przez cztery zatrzymywałam go w płucach, przez kolejne osiem wypuszczałam itd. To właśnie dzięki tym ćwiczeniom byłam w stanie rozszerzyć swoją skalę z czterech oktaw do sześciu. Przy okazji czułam niepomierną przyjemność fizyczną. Niekiedy doświadczałam wręcz ekstazy, wydawało mi się, że dotykam stóp Boga – o ile Bóg ma stopy. Znacznie później przeczytałam, że są to praktyki stosowane podczas medytacji i ćwiczeń z ciałem w krajach Wschodu. Żeby pracować nad emisją głosu, wcale nie trzeba uczestniczyć w kursach czy warsztatach. Zachęcam bardzo do spontanicznych, domowych eksperymentów.

Śpiewanie podczas prac domowych to dobry pomysł?

Bardzo dobry. Na przykład możemy wykonywać tak zwaną mruczankę, czyli ciche śpiewanie głoski „m”. W kulturach Wschodu jest to „om” („aum”). Te wibracje harmonizują pracę lewej i prawej półkuli mózgowej, wyrównują ładunek energetyczny między nimi. Mruczenie spółgłoski „m” wprowadza nas w stan spokoju i ukojenia. Naprawdę trudno się zdenerwować, mrucząc to sobie pod nosem. To przydatne narzędzie do obrony przed atakującymi nas zewsząd „śmieciami dźwiękowymi”.

Na przykład serwisami informacyjnymi? Pewnie ich pani nie słucha?

Już nie! Świat jest ciągle na etapie wojenek. Oko za oko, ząb za ząb. Ja wolę pójść do sklepu, kupić nasiona słonecznika dla sikorek. To jest ogromna radość. Obserwuję cudowny lot ptaszków, ich wdzięk. Słucham dźwięków. To mnie regeneruje, dostraja emocjonalnie. Mówi się: „Jesteś tym, co jesz” albo „Jesteś tym, czym oddychasz”, a ja bym dodała: jesteś tym, czego słuchasz i co śpiewasz.

Większość tak zwanych arcydzieł muzyki klasycznej to są smutne utwory. Kiedyś śpiewałam dużo takich rzeczy, np. „Rigoletto” Verdiego. Wyrażałam cały ten ból na scenie. Przy czym najpierw musiałam nasycić nim moje ciało, co źle na mnie wpływało. Potem całą tę bolesność musiałam zrzucić na publiczność, która przyszła i jeszcze zapłaciła za bilet. W końcu pomyślałam sobie, że to jest udręka. Chcę się cieszyć. Przecież po to przyszłam na świat, żeby dawać sobie tym głosem radość. A nie po to, żeby siebie i innych infekować negatywnymi treściami. I zaczęłam śpiewać utwory, w  których jest radość.

Czyli dźwięki, które do siebie dopuszczamy, powinniśmy selekcjonować?

Tak. Bo one nas infekują od środka, wyniszczają. Są pieśni pełne boleści, które podobno działają terapeutycznie. Nie wierzę w to. Nasycamy się nimi coraz mocniej i nimi emanujemy. Być może najlepiej słuchać muzyki barokowej. Ma naprawdę zbawienny wpływ na umysł i ciało.

Powiedziała pani, że można ćwiczyć gardło samemu, w domu. Od czego zacząć?

Po pierwsze, trzeba się przestać kontrolować i oceniać. Czyli zaczynamy od wyrzucenia tego małego, niesympatycznego krytyka, który siedzi nam z tyłu głowy i  mówi: „Robisz z siebie idiotę, kompromitujesz się, co ludzie powiedzą”. Można zamknąć oczy i to sobie zwizualizować. Na zajęciach mówię: „Wyobraźmy sobie, że wszystko to z siebie wywalamy, te fekalia umysłowe różnych osób, obce elementy włożone nam do głowy”. Zwykle są to przekonania zasłyszane jeszcze w dzieciństwie: „Nie jesteś dość dobra”, „Nie potrafisz”, „Stasia robi to lepiej” itd. Gdy my rośniemy, one rosną w nas, a im jesteśmy starsi, tym więcej mamy ich w  umyśle.

Na samym początku robimy ćwiczenie, które polega na wyobrażeniu sobie, że znowu jest się półtorarocznym dzieckiem. Wtedy najłatwiej udaje się rozluźnić ciało i  wypuścić z niego złe emocje, które się tam gnieżdżą. Gdybym zaczęła pracę z poziomu człowieka dorosłego, to nie byłabym w stanie pracować z ludźmi na warsztatach – tak są napięci, usztywnieni, przerażeni. Kiedy wyobrażamy sobie, że mamy pieluchę między nogami, a brak perfekcji, pokraczność są przyjmowane z radością przez nas i otoczenie, to rozluźniamy ciało. Dopiero wtedy można zacząć pracę.

Czyli kiedy się rodzimy, to wszystko z naszym gardłem jest w porządku. Wszystko, co złe, przychodzi potem?

Właśnie tak. A praca nad dźwiękiem polega głównie na wygaszaniu szkodliwych nawyków, które nam się nazbierały z biegiem lat w procesie edukacji i  socjalizacji. Tak naprawdę mamy w  sobie wszystko, co potrzebne do zdrowia i szczęścia. Kiedy małe dziecko otwiera buzię, żuchwa opada tak nisko, jak ma opaść. Język jest luźny, główka przechylona ku tyłowi, bo rodzice są duzi, z perspektywy dziecka sięgają do nieba. Dziecko, mówiąc: „ma-ma”, ma głowę skierowaną do góry, do jego serca wpada wówczas doskonały dźwięk. Pierwsza komunikacja między matką a dzieckiem też oparta jest na śpiewie. Matka mruczy dziecku kołysankę i choć żadne z nich nie wie, co to jest dur i moll, to matka śpiewem przekazuje dziecku miłość. Ono to czuje. Jest mu błogo i bezpiecznie. Nie płacze, zamyka oczka i śpi.

Olga Szwajgier jest śpiewaczką operową, wieloletnią pedagożką PWST im. Ludwika Solskiego w Krakowie (obecnie Akademia Sztuk Teatralnych im. Stanisława Wyspiańskiego). Opracowała unikatową metodę pracyz głosem i prowadzi warsztaty wokalne „Odkryj swój głos”. O głosie wie wszystko!

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Fotolia

Jak wzmocnić organizm za pomocą jogi?

Joga immunostymulująca pomaga wzmocnić naturalne siły organizmu
Judyta Wanicka
13.12.2011

Systematyczne wykonywanie różnych asana wspomaga wszystkie funkcje organizmu. Immunostymulująca moc jogi sprawia, że wyczerpany po inwazyjnych zabiegach lub długiej chorobie organizm szybko odzyskuje siły i wraca do normalnej pracy. Niezwykle ważną rolę we wzmacnianiu organizmu odgrywają ćwiczenia oddechowe Pranayama oraz medytacja. Świadome kierowanie przepływem energii do konkretnych partii ciała pozwoli przyspieszyć proces regeneracji w sensie fizycznym i psychicznym. Pranayama - uzdrawiająca moc oddechu Pranayama to ćwiczenia oddechowe mające na celu zwiększenie witalności organizmu, poprawienie koncentracji umysłu i poszerzenie wiadomości. Pranayama to określenie związku między oddechem, życiem i energią – oddech jest mostem łączącym nasze ciało z umysłem. Najważniejsze jest to, by oddychać w sposób świadomy – skupić się na przepływie powietrza przez nasze ciało i docenić jego wpływ na samopoczucie. Chcąc wzmocnić siły witalne organizmu, wykonuj regularnie następujące ćwiczenia oddechowe: Równy Oddech (Sama Vritti Pranayama), Oddech Brzęczącej Pszczoły (Bhramari), Alternatywne Oddcychanie przez Nozdrza (Nadi-Sodhana), Oddychanie Naprzeciw przepływowi Powietrza (Viloma Prtanayama), Oddychanie Przeponą (Bhastrika), a podczas wykonywania asana stosuj Oddech Rozgrzewający (Ujjayi Pranayama). Pozycja Martwe Ciało Po zakończenie ćwiczeń asana, szczególnie skup się na Pozycji Martwego Ciała (Savasana), która Ci zrównoważyć umysł, poprzez wyrównanie oddechu. Połóż się na plecach z lekko rozstawionymi nogami i odwiedzionymi ramionami. Otwórz dłonie i skieruj wewnętrzną część ku górze. Zamknij oczy. Pozwól całkowicie rozluźnić się ciału, niech stanie się bezwładne i ciężkie. Przyciągnij podbródek w stronę gardła i rozciągnij kark. Rozluźnij...

Czytaj dalej
mat.prasowe Netflixa

7 filmów, które sprawią, że poczujesz się jak na majówce

Odwiedź Toskanię, Barcelonę i Paryż nie wstając z kanapy.
Anna Zaleska
30.04.2020

Czas, gdy mogliśmy wyskoczyć na dłuższy weekend do Włoch czy Hiszpanii, pewnie długo nie wróci. Na razie cieszmy się – na ile to możliwe – weekendami spędzanymi w Polsce. A jeśli marzymy o dalszych podróżach, dlaczego by nie usiąść na kanapie i nie obejrzeć filmów w weekendowo-wakacyjnym klimacie? 1. „Ukryte pragnienia” – slow life w Toskanii Kiedy Bernardo Bertolucci robił „Ukryte pragnienia”, okolice Florencji i Sieny nie były jeszcze tak popularnym kierunkiem turystycznych wojaży, a o slow life mało kto słyszał. I dla wielu ludzi ten film stał się objawieniem, synonimem wakacji idealnych. Willa na toskańskich wzgórzach, otoczona gajami oliwnymi i winnicami, gdzie budzi cię śpiew ptaków i zapach lawendy; środowisko artystycznej bohemy, leniwe dni spędzane na rozmowach, czytaniu i nicnierobieniu; ciągnące się godzinami kolacje na tarasie, proste smaki, wino z lokalnych winnic, dochodzące z oddali bicie dzwonów. W tak malowniczej, hipnotycznej scenerii Bertolucci opowiada historię dziewiętnastoletniej Lucy (Liv Tyler), która odwiedza  przyjaciół dawno zmarłej matki. Ale opowieść nie jest w „Ukrytych pragnieniach” najważniejsza. To, co  czyni ten film tak wyjątkowym, to magia obrazów, nieśpieszna afirmacja życia, niezwykła zmysłowość, wielka siła emocji. Chce się tam być, chce się tak żyć. 2. „Dzika droga” – trekking dla wolnych duchów Powodów, dla których mamy ochotę ruszyć na samotny trekking, może być wiele. Znajdując się w kompletnej dziczy, idąc kilometrami przez góry, gubiąc się na bezdrożach można doświadczyć prawdziwego katharsis. Poszukać siebie. Znaleźć w sobie odwagę, by odmienić życie i pokonać własne demony. Amerykanka Cheryl Strayed wyruszyła w swoją ekstremalną...

Czytaj dalej
pozytywne myśli
fot. iStock

Warto poćwiczyć pozytywne myślenie. I nie dać się jesiennym smutkom!

Jesienią, kiedy łatwo o depresyjne nastroje, tym bardziej trzeba unikać złych myśli, goryczy, smutku. A emocje wykorzystywać do wzmocnienia siebie. Podpowiadamy, jak to zrobić.
redakcja „Uroda Życia”
22.09.2020

Nastrój mamy gorszy. Nic nam się nie chce. Nawet gdy za oknem świeci jeszcze piękne, jesienne słońce, zauważamy, że jednak dni są już coraz krótsze. Jak się bronić przez depresją, smutkiem, złością? O pozytywnym myśleniu i jego zbawiennym działaniu na nasz umysł i ciało opowiada hiszpańska psychiatra Marian Rojas Estape, która wydała właśnie książkę „Jak przyciągać dobre rzeczy” (wyd. Muza, 2020). *** Czytaj fragment książki „Jak przyciągać dobre rzeczy” : Cieszenie się życiem wymaga umiejętności ograniczania tego, co negatywne, czerpania zadowolenia z małych rzeczy. Życie w ciągłej czujności, napięciu czy smutku uniemożliwia odnalezienie spokoju i równowagi niezbędnych do bycia szczęśliwym człowiekiem. Większość niepokojących nas spraw to skumulowane „mikrozmartwienia”, które, zsumowane, mają wpływ na nasz wewnętrzny świat. Aby uniknąć zmartwień, należy zastąpić dane myśli zajęciami czy konstruktywnymi i pozytywnymi myślami. Zająć się planami, zainteresowaniami, ludźmi... Wyjść z toksycznej bańki, do której czasem wchodzimy, niekiedy nieświadomie. Bardzo podoba mi się zdanie przypisywane Van Goghowi: „Jeśli twój wewnętrzny głos mówi ci, że nie umiesz malować, chwyć czym prędzej pędzel w dłoń i maluj – w ten sposób uciszysz ten głos”. Pozytywne myślenie można ćwiczyć Istnieje wewnętrzny głos, który nazywam „komentatorem myśli”. To ten, który komentuje rozgrywkę, otoczenie i napotykanych przez nas ludzi. Jest silnie związany z osobistymi poglądami, wewnętrznymi osądami i frustracjami. Praca nad tym głosem pomaga odzyskać równowagę. Podczas psychoterapii dużo czasu poświęcam powstrzymywaniu destrukcyjnych potoków negatywnych, dołujących i blokujących myśli....

Czytaj dalej
Olga Tokarczuk
łukasz Giza

„Czytanie to trening empatii”, mówi Olga Tokarczuk, laureatka Nagrody Nobla

Olga Tokarczuk laureatką Literackiej Nagrody Nobla!
Sylwia Niemczyk
10.10.2019

Czytając, mamy możliwość stać się innym człowiekiem, wypróbowujemy inne role życiowe, inne biografie, na czas lektury stajemy się kimś innym, a część tego innego zostaje w nas na zawsze” – mówiła  Olga Tokarczuk, wybitna pisarka i laureatka Literackiej Nagrody Nobla, autorka m.in. monumentalnych „Ksiąg Jakubowych”, „Biegunów” oraz powieści „Prowadź swój pług przez kości umarłych” – o której opowiadała w „Urodzie Życia”. Emil Marat, „Uroda Życia”: Janina Duszejko z powieści „Prowadź swój pług przez kości umarłych” jest bohaterką, jakiej jeszcze nie było w polskiej literaturze. Silnym głosem mówi o tym, co najważniejsze. Kim jest?  Olga Tokarczuk:  Duszejko częściowo została zbudowana na realnej postaci, ma cechy pożyczone od mojej sąsiadki, która będąc emerytowaną inżynierką architektką, porzuciła miasto i przeprowadziła się na wieś, żyła samotnie, bardzo blisko natury. Jej postać mnie zainspirowała. Jej historia walki z myśliwskim lobby była prawdziwa? Pomysł historii zrodził się na podstawie prawdziwych wydarzeń. Niestety. Jej psy, które giną, prawdopodobnie zostały zastrzelone przez myśliwych. Polowania, nieustanne utarczki z myśliwymi, którzy wchodzą na prywatny teren, w ogóle ich obecność i strzelanie do saren (z którymi ludzie się zaprzyjaźniają, bo te zwierzęta zimą podchodzą pod same domy), ambony strzelnicze porozstawiane na polach – cały ten pomysł i obrazy są bardzo zakorzenione w rzeczywistości. Lobby myśliwskie dzisiaj się rozpycha, liberalizuje się prawo do polowań, w gazetach widzimy zdjęcia „dywanu” z martwych lisów, czyli właśnie „pokot”… Książka powstała dobrych kilka lat temu,...

Czytaj dalej