Śpiewaj, krzycz, mrucz, nuć – to oczyszcza umysł i działa korzystnie na zdrowie
Getty Images

Śpiewaj, krzycz, mrucz, nuć – to oczyszcza umysł i działa korzystnie na zdrowie

Dlaczego warto krzyczeć? Śpiewać? Samogłoska „i” śpiewana na luźnym gardle regeneruje przysadkę mózgową, przy „a” nasza grasica dostaje dużo energii i wzmaga produkcję hormonów, „o” odbudowuje trzustkę i gonady płciowe. A to tylko początek!
Karolina Rogalska
31.10.2018

Większość arcydzieł muzyki klasycznej to smutne utwory. Wyrażałam ten ból na scenie, a potem przerzucałam go na publiczność. W końcu powiedziałam: dość! Chcę się cieszyć. Po to przyszłam na świat, żeby głosem dawać radość”, mówi Olga Szwajgier, śpiewaczka operowa, pedagog, autorka metody pracy
z głosem.

Karolina Rogalska: Głos ma podobną moc jak dotyk. Dzięki niemu możemy regulować emocje, wyznaczać swoje granice. Jego barwa i ton zrażają lub przyciągają do nas ludzi. Wydaje się, że niewielu z nas potrafi świadomie używać tego narzędzia.

Olga Szwajgier: Rzeczywiście, większość ludzi nie zwraca na to uwagi. Nie wie, że można mówić pięknie, na otwartym gardle. Że za pomocą dźwięku, pewnych jego częstotliwości i barw można oczyścić ciało z zalegających emocji i napięć, bo ma on moc uzdrawiającą. Że odpowiednio oddychając, możemy wprowadzić się w stan błogości. Ludzie nie potrafią wydobyć z siebie zdrowego dźwięku, bo są zalęknieni, zamknięci, niepewni siebie, nie potrafią odpuścić kontroli. Dlatego też, kiedy zaczynamy ćwiczyć uwalnianie głosu z gardzieli, pracujemy na wszystkich poziomach równocześnie: fizycznym, emocjonalnym, mentalnym i  duchowym.

Dlaczego jesteśmy takimi sztywniakami?

Poniewieramy sobą, ciągle się z kimś porównujemy, rzecz jasna, na własną niekorzyść. Nieustannie mamy poczucie, że nie jesteśmy dość dobrzy. A kiedy myślę o sobie negatywnie, to wcześniej czy później znowu mi się górna szczęka z żuchwą połączy i zęby zacisną. Pojawia się gula w gardle. Aby wydobyć z siebie doskonały dźwięk, trzeba rozluźnić cały narząd artykulacji, a płuca dopieścić głębokim oddechem. Bo oddech nami zawiaduje. Dech znaczy duch. Słowo duch wywodzi się z greki i  pierwotnie oznaczało geniusza. Możemy zatem wnioskować, że każdy człowiek jest bytem doskonałym. I zawsze ma rację. W tym sensie, że jeżeli myśli: „Nie dam rady, nie potrafię nie umiem”, to sobie to udowodni. Kiedy myśli: „Jestem bytem doskonałym, dam radę, potrafię”, to też to sobie udowodni. Bo myśl jest stwórcza. Zróbmy mały eksperyment. Proszę sobie wyobrazić cytrynę – żółtą, ze skórką, bardzo kwaśną. Teraz w myślach proszę ją umyć, przekroić i pogryźć. Co się dzieje w ciele? Ja w ustach mam pełno śliny, tak jakbym naprawdę zjadała tę cytrynę. A przecież jej tu fizycznie nie ma. Sama myśl zaktywowała pewne procesy fizjologiczne. Innymi słowy – stało się to, co  pomyślałam.

Wiele osób nie potrafi krzyczeć. Niektóre kobiety, nawet rodząc, nie są w stanie podnieść głosu.

Tak je wychowano. Pewnie gdy jako dzieci zaczynały krzyczeć lub płakać, matka mówiła: „Nie wrzeszcz” i wkładała im smoczek do buzi. Jeśli nie pozwalamy naszym emocjom wybrzmieć, zamykają się w ciele. Dziecko dostaje komunikat, że nie jest dość dobre. Uczy się, że ma powściągać emocje, jakby przeżywanie ich było czymś złym. I bardzo się tego wstydzi, także gdy dorośnie. A przecież krzyk może działać oczyszczająco. I jeśli chcemy go praktykować, nie uszkadzając sobie przy tym gardła, musimy pamiętać o tym, żeby najpierw się rozluźnić. Można to zrobić, np. przechylając głowę w  jedną i drugą stronę, ku tyłowi. Kiedy już się rozluźnię, biorę głęboki oddech i  dopiero wtedy mogę krzyczeć, nie robiąc sobie krzywdy.

Śpiewać też się wstydzimy. Znajomy, właściciel dużej firmy, człowiek, który odniósł w życiu sukces, wyznał, że przez całe życie nie śpiewał, bo ktoś mu kiedyś powiedział, że ma dziwny głos. Przełamał się dopiero podczas podróży po Ameryce Południowej, gdzie wszyscy śpiewają i tańczą od kołyski. I nikt ich nie ocenia.

Takie komunikaty czasem działają jak rzucenie uroku. Kiedy usłyszę: „Masz dziwny głos”, „Nie umiesz śpiewać”, infekuję się tym określeniem, myślę o nim non stop, utrwalam je w sobie i już poza te ograniczenia nie wychodzę. Na moich zajęciach ćwiczymy między innymi ściąganie tych „uroków”. Rozprawiamy się z  nimi. Ale czasem trudno się ich pozbyć, bo przylegają do nas jak druga skóra. Kiedy krytykanctwo zostanie z  nas zdjęte, zaczniemy myśleć o sobie w  kategoriach najwyższych, do których zostaliśmy stworzeni przez naturę. A  kiedy myślę o  sobie jako istocie, o świadomości, błogości, to mi już do głowy nie przyjdzie poniewieranie sobą. I innymi.

Jesteśmy mało rozśpiewani i roztańczeni. W szkole teatralnej w  Krakowie prowadziłam ostatnio zajęcia z grupą studentów z Ukrainy. Przez półtorej godziny śpiewali narodowe dumki. Następnie poprosiłam naszą młodzież o zaśpiewanie polskich piosenek ludowych. Okazało się, że znają dwie. Dzieje się tak, bo edukacja muzyczna jest u nas niezbyt dobrze prowadzona i skupia się głównie na teorii. Nikt nas nie uczy znajdowania radości w  śpiewie i tańcu.

Polacy śpiewają i tańczą głównie wtedy, gdy się upiją.

Tak, i to jest przerażające. Jesteśmy tak zestresowani, że tylko wtedy możemy się rozluźnić. Boimy się kompromitacji, utraty kontroli, wydaje nam się, że jak zdejmiemy pancerz, to od razu ktoś nas zaatakuje. Moim zdaniem wynika to w pewnym stopniu z uwarunkowań historycznych. Zawsze musieliśmy się bronić. W związku z czym stawiamy na siłę, a nie na moc. Moc, czyli spokój, otwartość i zaufanie do drugiej osoby. A  kiedyś śpiew był dla nas fundamentem egzystencji. Ludzie śpiewali przy pracy albo spotykali się w domach wieczorami, np. przy darciu pierza, wspólnie muzykowali, tańczyli. Mamy masę pieśni z tych czasów. Badania pokazują, że tego typu doświadczenia są bardzo ważne dla procesów socjalizacji. A wspólne aktywności muzyczne to wspaniałe antidotum na depresję i  samotność. Redukują stres i  dają wiele przyjemności. Przecież pierwszy akt komunikacji ze światem polega właśnie na wydaniu z  siebie dźwięku. Koźlątko, kiedy wychodzi z  łona matki, od razu staje na nóżki, bo  jest mu to bardzo potrzebne. Człowiek, gdy wychodzi z łona matki, śpiewa samogłoskę „a”.

Śpiew może wyzwolić z tego pancerza?

Mnie wyzwolił. Skoro mnie, to i każdego. Kiedy zezwolimy sobie na wyrażanie siebie poprzez śpiew, to rozluźniamy nasze ciała, dostarczamy każdej komórce porządną porcję tlenu. W efekcie jesteśmy zdrowsi psychicznie i fizycznie. Samogłoski, które śpiewamy, regenerują nam odpowiednie gruczoły dokrewne, czyli nasze centra energetyczne. Np. samogłoska „i”, którą wyobrażam sobie w fioletach, śpiewana na luźnym gardle, regeneruje przysadkę mózgową, która wespół z szyszynką zawiaduje wszystkimi gruczołami w naszym ciele. Zapobiega też problemom z zatokami czołowymi, szczękowymi i uszami. Oczywiście tym, wynikającym z innych przyczyn niż przeziębienie czy atak wirusów. Gdy śpiewamy samogłoskę „a”, nasza grasica dostaje dużo energii i wzmaga produkcję hormonów. „O” regeneruje trzustkę oraz gonady płciowe. Kobiety, które dużo śpiewają, nie wiedzą, co to boleści menstruacyjne czy klimakterium. Z kolei samogłoska „u” regeneruje nadnercza, a  „y” działa jak wycior. Tak jak kominiarz czyści komin, tak my tą samogłoską czyścimy swoje ciało. Śpiewając je, nie zapominajmy o odpowiednim oddechu.

On też działa kojąco?

Kiedy na początku lat 70. zaczęłam rozćwiczać swój głos, praktykowałam różnego typu zabawy oddechowe. Kierowałam się w tym głównie intuicją. Np.  brałam oddech przez cztery sekundy, przez cztery zatrzymywałam go w płucach, przez kolejne osiem wypuszczałam itd. To właśnie dzięki tym ćwiczeniom byłam w stanie rozszerzyć swoją skalę z czterech oktaw do sześciu. Przy okazji czułam niepomierną przyjemność fizyczną. Niekiedy doświadczałam wręcz ekstazy, wydawało mi się, że dotykam stóp Boga – o ile Bóg ma stopy. Znacznie później przeczytałam, że są to praktyki stosowane podczas medytacji i ćwiczeń z ciałem w krajach Wschodu. Żeby pracować nad emisją głosu, wcale nie trzeba uczestniczyć w kursach czy warsztatach. Zachęcam bardzo do spontanicznych, domowych eksperymentów.

Śpiewanie podczas prac domowych to dobry pomysł?

Bardzo dobry. Na przykład możemy wykonywać tak zwaną mruczankę, czyli ciche śpiewanie głoski „m”. W kulturach Wschodu jest to „om” („aum”). Te wibracje harmonizują pracę lewej i prawej półkuli mózgowej, wyrównują ładunek energetyczny między nimi. Mruczenie spółgłoski „m” wprowadza nas w stan spokoju i ukojenia. Naprawdę trudno się zdenerwować, mrucząc to sobie pod nosem. To przydatne narzędzie do obrony przed atakującymi nas zewsząd „śmieciami dźwiękowymi”.

Na przykład serwisami informacyjnymi? Pewnie ich pani nie słucha?

Już nie! Świat jest ciągle na etapie wojenek. Oko za oko, ząb za ząb. Ja wolę pójść do sklepu, kupić nasiona słonecznika dla sikorek. To jest ogromna radość. Obserwuję cudowny lot ptaszków, ich wdzięk. Słucham dźwięków. To mnie regeneruje, dostraja emocjonalnie. Mówi się: „Jesteś tym, co jesz” albo „Jesteś tym, czym oddychasz”, a ja bym dodała: jesteś tym, czego słuchasz i co śpiewasz.

Większość tak zwanych arcydzieł muzyki klasycznej to są smutne utwory. Kiedyś śpiewałam dużo takich rzeczy, np. „Rigoletto” Verdiego. Wyrażałam cały ten ból na scenie. Przy czym najpierw musiałam nasycić nim moje ciało, co źle na mnie wpływało. Potem całą tę bolesność musiałam zrzucić na publiczność, która przyszła i jeszcze zapłaciła za bilet. W końcu pomyślałam sobie, że to jest udręka. Chcę się cieszyć. Przecież po to przyszłam na świat, żeby dawać sobie tym głosem radość. A nie po to, żeby siebie i innych infekować negatywnymi treściami. I zaczęłam śpiewać utwory, w  których jest radość.

Czyli dźwięki, które do siebie dopuszczamy, powinniśmy selekcjonować?

Tak. Bo one nas infekują od środka, wyniszczają. Są pieśni pełne boleści, które podobno działają terapeutycznie. Nie wierzę w to. Nasycamy się nimi coraz mocniej i nimi emanujemy. Być może najlepiej słuchać muzyki barokowej. Ma naprawdę zbawienny wpływ na umysł i ciało.

Powiedziała pani, że można ćwiczyć gardło samemu, w domu. Od czego zacząć?

Po pierwsze, trzeba się przestać kontrolować i oceniać. Czyli zaczynamy od wyrzucenia tego małego, niesympatycznego krytyka, który siedzi nam z tyłu głowy i  mówi: „Robisz z siebie idiotę, kompromitujesz się, co ludzie powiedzą”. Można zamknąć oczy i to sobie zwizualizować. Na zajęciach mówię: „Wyobraźmy sobie, że wszystko to z siebie wywalamy, te fekalia umysłowe różnych osób, obce elementy włożone nam do głowy”. Zwykle są to przekonania zasłyszane jeszcze w dzieciństwie: „Nie jesteś dość dobra”, „Nie potrafisz”, „Stasia robi to lepiej” itd. Gdy my rośniemy, one rosną w nas, a im jesteśmy starsi, tym więcej mamy ich w  umyśle.

Na samym początku robimy ćwiczenie, które polega na wyobrażeniu sobie, że znowu jest się półtorarocznym dzieckiem. Wtedy najłatwiej udaje się rozluźnić ciało i  wypuścić z niego złe emocje, które się tam gnieżdżą. Gdybym zaczęła pracę z poziomu człowieka dorosłego, to nie byłabym w stanie pracować z ludźmi na warsztatach – tak są napięci, usztywnieni, przerażeni. Kiedy wyobrażamy sobie, że mamy pieluchę między nogami, a brak perfekcji, pokraczność są przyjmowane z radością przez nas i otoczenie, to rozluźniamy ciało. Dopiero wtedy można zacząć pracę.

Czyli kiedy się rodzimy, to wszystko z naszym gardłem jest w porządku. Wszystko, co złe, przychodzi potem?

Właśnie tak. A praca nad dźwiękiem polega głównie na wygaszaniu szkodliwych nawyków, które nam się nazbierały z biegiem lat w procesie edukacji i  socjalizacji. Tak naprawdę mamy w  sobie wszystko, co potrzebne do zdrowia i szczęścia. Kiedy małe dziecko otwiera buzię, żuchwa opada tak nisko, jak ma opaść. Język jest luźny, główka przechylona ku tyłowi, bo rodzice są duzi, z perspektywy dziecka sięgają do nieba. Dziecko, mówiąc: „ma-ma”, ma głowę skierowaną do góry, do jego serca wpada wówczas doskonały dźwięk. Pierwsza komunikacja między matką a dzieckiem też oparta jest na śpiewie. Matka mruczy dziecku kołysankę i choć żadne z nich nie wie, co to jest dur i moll, to matka śpiewem przekazuje dziecku miłość. Ono to czuje. Jest mu błogo i bezpiecznie. Nie płacze, zamyka oczka i śpi.

Olga Szwajgier jest śpiewaczką operową, wieloletnią pedagożką PWST im. Ludwika Solskiego w Krakowie (obecnie Akademia Sztuk Teatralnych im. Stanisława Wyspiańskiego). Opracowała unikatową metodę pracyz głosem i prowadzi warsztaty wokalne „Odkryj swój głos”. O głosie wie wszystko!

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
mediacje rodzinne
Getty Images

Rozwód? Mediacje rodzinne to ostatnia szansa przez rozpadem związku

Mediacje rodzinne może uchronić przed rozwodem albo sprawić, że rozwód przebiegnie spokojniej. Na czym polegają? Pytamy mediatorki, Anny Cebulko.
Karolina Rogalska
21.10.2018

Z perspektywy mediatorki widzę, jak często mamy kłopot w kontaktach z bliskimi. Nie rozmawiamy z partnerami o tym, co nas niepokoi. Nie komunikujemy potrzeb. Robimy to dopiero wtedy, gdy jesteśmy już ekstremalnie wściekłe i sfrustrowane. A skrajne emocje blokują nam możliwość porozumienia” – mówi w „Urodzie Życia” Anna Cybulko, wykładowczyni i mediatorka w sprawach cywilnych i rodzinnych. Karolina Rogalska, „Uroda Życia”: Mediacje rodzinne to takie rozmowy ostatniej szansy. Skrajne emocje. Pewnie się pani nasłucha płaczu, krzyków? Anna Cybulko:  Emocji jest rzeczywiście dużo. Podczas mediacji ludzie zwykle bardzo szybko wchodzą w te same schematy reagowania, które stosują, kłócąc się w  domu. Czasem destrukcyjne: agresywne, sarkastyczne, przemocowe. Rola mediatora polega między innymi na tym, żeby pomóc im te schematy dostrzec, przewentylować emocje. Żeby ludzie mogli się wzajemnie spotkać, usłyszeć, porozumieć. I wypracować wspólnie rozwiązania, które zadowolą obie strony sporu. Część par na mediacje zgłasza się z własnej inicjatywy, czasem takie rozwiązanie proponuje sąd. Ale zawsze naczelną zasadą jest dobrowolność – ludzie muszą chcieć się dogadać. Najtrudniejsze jest pierwsze spotkanie. Potem już jest tylko lepiej. Co podsyca konflikt? Powodów może być wiele. Podzieliłabym je roboczo na trzy poziomy. Pierwszy to różnice społeczne: odmienne potrzeby, wartości, oczekiwania, style życia, konteksty rodzinne, w których się wychowywaliśmy. Drugi to poziom indywidualny. Tu przeszkody mogą być natury psychologicznej: brak poczucia bezpieczeństwa, stabilności czy własnej wartości. Ostatni, ten najbliższy mojej pracy, to poziom komunikacyjny. Z perspektywy gabinetu widzę, jak duża część z nas ma z tym kłopot. Nie rozmawiamy z partnerami...

Czytaj dalej
rodzina patchworkowa
Getty Images

Rodzina patchworkowa: czy on pokocha moje dzieci? - wywiad z psychologiem

„Zobacz, to są moje dzieci i ty masz je tak samo kochać jak mnie”. Ale to jest nie do zrobienia. Dlatego, że inaczej się kocha kobietę, a inaczej kocha się dzieci. Poza tym nawet własnych dzieci nie kochamy automatycznie, tylko się ich uczymy.
Anna Maruszeczko
22.10.2018

Rodzina patchworkowa przeżywa inne problemy niż rodzina, w której dzieci mają biologicznych rodziców. Przykład: nowy partner mamy dzieci nie był zainteresowany przejęciem kontroli, władzy, tylko tym, co im dać, żeby trochę wzrosły. Bacznie się im przyglądając, zauważył podstawowy deficyt, jakim był brak uwagi. „Kobiety nie mogą swoją miarką mierzyć partnera, który ma krótszy albo żaden staż rodzicielski. Na początku taki mężczyzna bardziej potrzebuje wsparcia, niż to wsparcie może dawać. Ale jeżeli partnerzy się naprawdę kochają, to dzieci będą objęte tą miłością” – zapewnia psychoterapeuta i filozof Jacek Masłowski. Anna Maruszeczko: Mamy nową parę, która się na tyle mocno kocha, że planuje wspólne życie, ale – UWAGA! – ona ma dzieci. On deklaruje, że nie ma nic przeciw, a mimo to wspólne życie się nie układa. Jacek Masłowski: A czy on już jest tatą? Pytam, ponieważ jest grupa mężczyzn, którzy nie są w  stanie być ojcami dla nie swoich dzieci. Z reguły dotyczy to tych, którzy mają już swoje. Przeżywają coś w rodzaju dylematu, poczucia winy, blokady: „Skoro nie mogę być ojcem dla własnych dzieci, to czy będę potrafił być ojcem dla cudzych? Swoim coś zabrałem, tym mam dać? Czy to jest w porządku?”. To praktycznie uniemożliwia wejście w głęboką relację z nową partnerką. Drugie pytanie, które mi się nasuwa, to: „Czy ta kobieta szuka partnera dla siebie, ojca dla swoich dzieci czy może jednego i drugiego?”. Jednego i drugiego! To chyba oczywiste? Wcale nie. Czasem kobieta szuka przede wszystkim opiekuna dla swoich dzieci. W tym przypadku jest tak: „Kochaj mnie w pakiecie z moimi dziećmi”. Tylko że dzieci stają okoniem. Bo dzieci już mają tatę. Nie trzeba być na co dzień ze sobą, żeby dzieci...

Czytaj dalej