W miłości nie chodzi o „dziękuję”, mówi psycholożka, Katarzyna Miller 
Getty Images

W miłości nie chodzi o „dziękuję”, mówi psycholożka, Katarzyna Miller 

Robisz śniadania, prasujesz koszule i czekasz, aż on doceni i powie chociażby: „dziękuję”? Psycholożka, Katarzyna Miller, wyjaśnia, dlaczego poświęcanie się w imię miłości to prosta droga do rozstania.
Sylwia Niemczyk
02.04.2020

Rzetelne dawanie i rzetelne branie ma swoje zasady. Pierwsza jest taka, że ten, kto dostał coś, o co prosił, docenia dar i umie za niego podziękować. A druga zasada: ten, kto daje, nie liczy na wdzięczność i wzajemność. Bo nagrodą jest już samo dawanie” – mówi Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

Sylwia Niemczyk: Lubimy się poświęcać dla innych?

Katarzyna Miller: Nawet bym powiedziała, że my to wprost uwielbiamy! Poświęcanie się dla dzieci, męża, matki, szefa to typowo kobiecy grzech, choć oczywiście znam też paru mężczyzn, którzy również to robią. Ale bez względu na to, kto się poświęca i z jakiego powodu, zawsze wtedy z góry jest skazany na to, że będzie stratny. To przegrana inwestycja, zły interes – specjalnie używam takich określeń, bo bardzo bym chciała, żeby ludzie w końcu uświadomili sobie, że każda nasza relacja z drugim człowiekiem to nic innego, jak interes emocjonalny. Handel, w którym każda strona coś daje i coś bierze.

Interes, handel – jakbym słyszała Moryca z „Ziemi obiecanej”. Idziemy na wojnę z romantyzmem?

Ja na tej wojnie jestem od wielu lat i zawsze powtarzam: dla własnego dobra przestańmy się wiecznie doszukiwać romantyzmu w życiu, bo to czysta iluzja. A z drugiej strony przestańmy też myśleć, że interes od razu oznacza oszustwo i łódzki geszeft z „Ziemi obiecanej”.. Interesy, w tym te emocjonalne, to normalna, dobra rzecz. Dajemy i bierzemy, umawiamy się na jakąś wymianę i dotrzymujemy umowy. Robimy coś dla kogoś, ale sami też coś z tego mamy.

W takim razie co ja mam z tego, że codziennie rano robię mężowi śniadanie?

Na przykład masz to, że się sobie taka podobasz: taka jesteś pracowita, dobra, miła. Taka pomocna i potrzebna. Już od samego rana masz poczucie, że zrobiłaś coś dobrego i to już jest twoja nagroda. Albo inaczej: robimy to śniadanie – i już od świtu mamy na co narzekać. Zrobiłaś interes sama z sobą.

W tych śniadaniach raczej chodzi o to, żeby on któregoś dnia odwdzięczył się tym samym.

No pewnie, że o to nam wszystkim chodzi! Dajemy i oczekujemy wzajemności na zasadzie: „Dzisiaj ja, jutro ty”. I potem mamy pretensje, że tej wzajemności brak. Oczywiście są takie święte żony i matki, które mówią: „Najdroższy, dla mnie jest najważniejsze to, żebyś był szczęśliwy” albo: „O to mi chodzi, żebyście wy, moje dzieci, miały w życiu dobrze”. Guzik prawda, wszyscy jesteśmy tacy sami i wszystkim nam chodzi o nasz własny zysk. Więc jak matka mówi dzieciom, że jest z ich ojcem alkoholikiem tylko ze względu na nich, że to dla nich haruje, dla nich się poświęca – to niech jej nie wierzą. Bo ona to robi albo z potrzeby bycia szlachetną, albo ze strachu przed zmianą – to bardzo częsty powód – albo z jeszcze innych przyczyn.

Co więcej, często poświęcamy się, harujemy, szykujemy te śniadania tylko po to, żeby mieć co wypominać. Tylko że gdy przypomnimy mężowi po 10 czy 20 latach te wszystkie wypieszczone śniadanka i kolacyjki, to jest duże ryzyko, że usłyszymy: „Ja cię przecież o to wcale nie prosiłem”.

I wtedy zaczynają latać talerze.

Jesteśmy w szoku, bo nagle zauważamy, że cały nasz, nieraz wieloletni wysiłek poszedł na próżno. Czujemy żal i wściekłość – ale racja jest po tamtej stronie. Nikt nas o te śniadania czy kolacje nie prosił. Robiłaś, bo sama chciałaś. W dodatku najpewniej wcale nie chciałaś robić akurat tych śniadań, tylko po prostu marzyłaś o tym, aby być kochana i podziwiana. A te śniadania były twoim środkiem do celu. Energia była prawdziwa, wysiłek prawdziwy – tylko motywacja była inna, niż myślałyśmy.

Na pocieszenie powiem tylko, że chyba prawie każda z nas wpada w taką pułapkę. Sama pamiętam, jak lata temu pojechałam z moim ówczesnym narzeczonym na wakacje, do domu na wsi. Już pierwszego dnia wyleciałam o świcie na zakupy, nakupiłam cudnych rzeczy, nakroiłam ich na śniadanie, kanapeczki, sałateczki, naustrajałam stół, no, pięknie mi wyszło. A on wstał godzinę później, wyspany i tylko spytał: „Po co to wszystko?”. I na początku oczywiście odpowiedziałam: „Chciałam, żeby ci było miło”, ale na szczęście szybko sobie uświadomiłam, że ja to zrobiłam także dla siebie. Dla mnie to piękne śniadanie to też była frajda. Więc – nie chcesz, to nie jedz, ja usiądę i chętnie zjem. I potem pamiętałam, żeby takich rzeczy dla niego nie robić, więc jeśli robiłam, to dla siebie. Tego się trzymam do dzisiaj.

Wszystkim kobietom radzę: nie róbcie w związku niczego, o co on was nie poprosi. I w dodatku też wcale nie róbcie wszystkiego, o co poprosi. Czasem, jak mam ochotę coś zrobić dla kogoś – to robię, ale nie dziwię się i nie złoszczę, jeśli ta druga strona tego nie doceni. Ma prawo. Rzetelne dawanie i rzetelne branie ma swoje zasady. Pierwsza jest taka, że ten, kto dostaje coś, o co prosił, docenia dar i umie za niego podziękować. Ale druga – ten, który daje, to nie liczy na wdzięczność i wzajemność. Bo dla niego nagrodą i „dobrym interesem” jest już samo dawanie.

Co jest w tym złego, że czasem liczymy na odpłatę? Że jeśli dajemy dużo coś od siebie, to tyle samo wymagamy od innych?

Ja nie mówię, że złego: jeśli tak bardzo chcemy wymagać, to wymagajmy. Tylko liczmy się z tym, że się głęboko rozczarujemy i będziemy nieszczęśliwe. Bo nieraz usłyszymy mniej więcej to samo, co ja od tamtego mojego narzeczonego: „Wspaniale, że tyle dajesz od siebie, ale ja nie jestem w stanie doskoczyć do twoich wysokich standardów i nawet nie mam ochoty próbować”. Więc może lepiej będzie jeśli, zamiast wymagać od siebie i innych, zejdziemy z tych naszych wyżyn i odpoczniemy. I damy innym odpocząć.

Jak najbardziej, prośmy innych: o pomoc, o przysługę. Prosić można zawsze, nawet warto to robić. Ale kiedy prosimy, to zakładamy w tyle głowy, że być może nie dostaniemy tego, czego chcemy. Prośba to nie jest to samo co wymaganie, oczekiwanie. Kiedy czegoś oczekujemy od innych, to myślimy, że nam się to od nich należy.

Ale jeśli ja robię te przykładowe śniadania z miłości, to czemu on, skoro też kocha, nie może też ich czasem robić?

Bo on cię nie kocha tak, jak ty go kochasz. Każdy kocha tak, jak kocha. W twojej definicji miłości mieszczą się te śniadania, a w jego nie. Zresztą on wcale nie chce, żeby w jego definicji one się mieściły.

No dobrze, zostawmy już tych mężów i narzeczonych, bo mam wrażenie, że jeszcze większe poświęcenie zaczyna się wtedy, kiedy rodzimy dziecko. Przez kolejne lata stawiamy je na pierwszym miejscu.

Nie róbmy tego. I nie oczekujmy potem wdzięczności za to, że je urodziłyśmy i wychowałyśmy. Dzieci nie są od tego, żeby nam w kółko dziękować. Dzieci są od tego, żeby fajnie rosły. To jest nasza największa nagroda w macierzyństwie czy w ojcostwie.

Bywa, że jednak liczymy po cichu, że ono doceni nasz matczyny wysiłek i w zamian poda nam na starość tę szklankę wody.

To jeden z naszych typowo polskich koszmarów myślowych! Marzę o tym, naprawdę marzę, żeby to zdanie o szklance wody znikło całkowicie z naszego języka. Bo albo warto żebyśmy same umiały i mogły na starość przyszykować sobie tę wodę przy łóżku, albo żebyśmy przez całe życie tak budowały swoje relacje z innymi, żeby przed śmiercią mieć wokół siebie wystarczającą ilość bliskich i przyjaciół, a nie tylko to biedne dziecko.

Powtarzanie naszym dzieciom zdania o szklance wody to nic innego, jak jeden wielki szantaż emocjonalny, który nieraz kończy się tym, że jak już dorosły człowiek nie radzi sobie z chorymi, niedołężnymi, leżącymi rodzicami, to, zamiast wybrać dla nich specjalistyczną opiekę w hospicjum, rezygnuje całkowicie ze swojego życia. I nie dlatego, że chce, tylko ponieważ czuje, że „tak trzeba”. Jeśli robimy to z miłości, z potrzeby serca – to wspaniale! Gratulacje dla takiej rodziny. To prawdziwy cud miłości czy bliskości. Ale jeśli robimy to z poczucia obowiązku, przymusu odpłaty za wychowanie albo za owo „poświęcenie” , którym nas karmiono – jeśli to jest to nasze „dziękuję”, to robimy coś fałszywego. Ani to autentyczna serdeczność , ale za to często toksyna wobec tego rodzica i wobec siebie.

Skąd się bierze w nas ta toksyczna gotowość do poświęceń?

Mogę powiedzieć z pełnym przekonaniem i doświadczeniem z mojej praktyki, że kobieta, która przez cały czas się poświęca dla innych, jest wiecznie głodna akceptacji. Najpewniej już w dzieciństwie uwierzyła, że jest nieważna, przezroczysta, a skoro tak się czuje, to musi wiecznie udowadniać sama przed sobą, że jednak jest inaczej.

Czyli wszystko, co robi, jest powodowane pragnieniem: „Niech mnie wreszcie zobaczą”.

Tak, bo kiedy ktoś w końcu ją doceni, kiedy ktoś powie jej: „dziękuję za to, co dla mnie robisz”, to tak, jakby jej powiedział: „Widzę cię”. Jesteśmy naprawdę w stanie dużo zrobić, żeby to usłyszeć. I nie zdajemy sobie nawet z tego sprawy, tak samo jak nie zdajemy sobie sprawy z naszych deficytów emocjonalnych, naszego głodu akceptacji, miłości, ciepła. Mówimy na głos: „Kocham cię, więc ci to daję”, tymczasem dużo bliższe prawdy byłoby zdanie: „Daję ci, żebyś mnie kochał”. Różnica między tymi komunikatami jest ogromna.

Kiedy usłyszy to swoje upragnione: „Dziękuję, jesteś wielka”, poczuje się już nakarmiona?

Prawdopodobnie nie, choć może przez chwilę, ale już na pewno nie na długo. Osoby, które potrzebują ciągłego docenienia przez innych, czują ogromną pustkę. Próbują ją zapełnić, ale to wiadro bez dna. Cały czas czują, że muszą jeszcze bardziej się zasłużyć, że muszą jeszcze więcej robić, być jeszcze lepsze, jeszcze bardziej same siebie przekonać, że to, co robią, jest cudowne i niezbędne dla świata. To jest wieczna męka i dla tego, który czuje taką pustkę w sobie i dla tego, który żyje z takim nienasyconym jamochłonem.

Jak się można z niej wyzwolić?

Musimy zdać sobie z niej sprawę. I jeszcze najcudowniej będzie, jeśli spotkamy w swoim życiu kogoś, kto nam będzie jasno mówił: „Tak, to chcę, dziękuję” oraz: „A tego nie chcę, nie wezmę, nie prosiłem/am o to”. I jeszcze regularnie powie: „Zrób coś dla siebie, bo ja dam sobie radę bez twoich starań. I bez tego jestem szczęśliwy”.

Brzmi jak odrzucenie.

Ależ oczywiście, że wiele kobiet tak to odbierze. Poczują się nie tylko odrzucone, ale też zlekceważone, nawet upokorzone. To jest bardzo trudne doświadczenie, kiedy my tutaj stoimy już w blokach startowych, żeby zacząć maraton poświęcania się – a ktoś mówi: „Nie, dziękuję. Nie chcę tego”. Nawet ostatnio na jednej mojej grupie terapeutycznej, gdy prosiłam o herbatę, to zawsze jako pierwsza zrywała się jedna klientka – i ja zawsze stanowczo prosiłam: „Ktokolwiek, byle nie ty”. I oczywiście usłyszałam wyrzut: „Ale ty mnie surowo traktujesz”. Wytłumaczyłam, że ja robię to by ona mogła sprawdzić: co się z nią dzieje, gdy ktoś nie chce jej przysług, czemu jest w takim przymusie poświęcania się, usługiwania, dawania. Nie mogłam jej wcześniej uprzedzić po co odrzucam jej usłużność bo nie mogła by poczuć tego czegoś tak dla niej ważnego: leku, że będzie niezauwazona, odrzucona i naporu wewnętrznego. żeby się od razu „zasłużyć” I za częła nad tym świadomie pracować.

Wszyscy powinniśmy się nad tym zastanawiać. Czy dalej chcemy być tą grzeczną córką, najlepszą żoną, mamusią? Co nam to daje? Nas, kobiety już od dzieciństwa się tresuje na sanitariuszki, opiekunki i służące. Kobiety w Polsce są umoczone po uszy w takie toksyczne poświęcanie się, dawanie.

Jak to jest, że jednak zwykle ta druga strona chętnie przyjmie to nasze poświęcanie się?

Ludzie się często przyciągają według swoich deficytów, tych wewnętrznych „czarnych dziur”. Jeśli potrzebujemy kimś się opiekować, to najpewniej wybierzemy kogoś, kto takiej opieki będzie wymagał i jej poszukiwał. A on wyczuje nas. . Kobiety, które trwają w związkach przemocowych i poświęcają się dla męża i dzieci, oprócz cierpienia mają w tym swoją „krzywą korzyść” – zresztą mówię im to od lat. I one się na mnie nie obrażają, tylko doceniają prawdę, którą odkrywają. Ten wzór łatwiej zobaczyć najpierw u kogoś. Bezcenna jest praca w grupie. Bo siebie poznajemy dzięki poznawaniu innych i dzięki wspólnocie , a wtedy nie jest się osamotnioną w swoim bólu. 

Ludziom, którzy w czymś toną, trzeba podawać rękę i mówić: „Chwyć się mocno, bo to jest prawdziwe”. A tonąć można nie tylko w wodzie. Często toniemy w iluzji na swój temat.

Wywiad powstał w ramach akcji #DZIĘKUJĘ – o akcji przeczytasz także w „Urodzie Życia” 5/2020. Kup wydanie na tablet lub telefon na Hitsalonik.pl

Okładka miesięcznika Uroda Życia

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
wdzięczność w życiu
Unsplash

Psycholożka Ewa Tyralik-Kulpa: „Doceniaj to, co dostajesz od innych”

Na początek wystarczy przed snem zrobić rachunek sumienia i pomyśleć, za co mogę być sobie wdzięczna. I za co dziękuję najbliższym. A potem – za co czuję wdzięczność tego dnia wobec obcych ludzi.
Anna Zych
02.04.2020

Może zamiast stale za czymś gonić i narzekać, wreszcie nauczyć się wdzięczności za to, co mamy. „Docenianie dobra, którym zostaliśmy obdarowani, podnosi poczucie szczęścia” – tłumaczy Ewa Tyralik-Kulpa, trenerka dobrych rozmów ze Szkoły Trenerów Komunikacji Opartej na Empatii. Anna Zych: Tyle jest rzeczy wokół, za które moglibyśmy czuć wdzięczność, choćby za piękną pogodę za oknem, uśmiech dziecka, dobrą pracę, a my tego nie dostrzegamy… Wolimy skupiać się na tym, co złe, albo na tym, czego nie mamy. Dlaczego? Ewa Tyralik-Kulpa: Z dwóch powodów: żeby przetrwać w świecie pełnym niebezpieczeństw, nasz mózg nastawiony jest na wyłapywanie z otoczenia tego, co nie działa. Dostrzeganie zagrożeń to uwarunkowanie biologiczne. Prędzej zauważymy, że ktoś na nas krzywo spojrzał, niż że się uśmiechnął, bo uśmiech nie był aż tak potrzebny do przetrwania. Mamy też przyzwyczajenia kulturowe: jeżeli coś działa, raczej się o tym nie mówi. Gdy dziecko jest grzeczne i nie sprawia problemów, przyjmujemy to za normę, nie chwalimy za to. Ale gdy rozrabia, natychmiast to wychwytujemy i reagujemy. Poza tym jesteśmy wychowywani w kulturze braku – to kolejne uwarunkowanie. Cała nasza edukacja jest na braku skupiona: naucz się tego, czego nie umiesz, zdobądź to, czego jeszcze nie masz. Czyli to jest biologia?! To teraz trochę psychologii: co nam daje umniejszanie szczęścia, które jest wokół nas? Dlaczego tak trudno nam się cieszyć? Kiedyś było modne w Polsce powiedzenie: cisze budiesz, dalsze jedziesz. W wolnym tłumaczeniu: nie chwal się, bo to niebezpieczne. Dlaczego? Bo spotkamy się z zazdrością i np. ktoś nam będzie źle życzył. Bo ryzykujemy utratę dobrej relacji z osobą, której się pochwaliliśmy – ja mam, ty nie. Ludzie pomogą pani chętniej, gdy jest...

Czytaj dalej
wdzięczność w życiu
Unsplash

Prawdziwa wdzięczność nie jest łatwa – jak się jej uczyć?

Wdzięczność ma same zalety, ale tylko wtedy, gdy jest autentyczna. Kiedy nie idzie w parze z oczekiwaniami, nie wiąże się ze wstydem, poczuciem niższości albo winy i nie jest ucieczką od problemów.
Aleksandra Nowakowska
02.04.2020

Wdzięczność zmniejsza podatność na depresję i poczucie osamotnienia, wzmacnia układ odpornościowy i podnosi samoocenę. Pomaga radzić sobie ze stresem i trudnymi doświadczeniami życiowymi, uzdrawia relacje, ponieważ umacnia więzi, zwiększa empatię oraz umiejętność słuchania. Pozwala koncentrować się na pozytywnych stronach codziennej egzystencji. Szwedka Liv Larsson, certyfikowana trenerka Porozumienia bez Przemocy i autorka książki „Wdzięczność. Najtańszy bilet do szczęścia” (wyd. Czarna Owca), udowadnia, że wdzięczność może przynosić nam same dobrodziejstwa. Ale wcale nie musi. To zależy od poziomu naszej świadomości i wewnętrznej pracy z wdzięcznością. Bądź wdzięczny, nie chciej więcej We wprowadzeniu do swojej książki badaczka wspomina skarbonkę stojącą w szkółce niedzielnej, do której, kiedy była małą dziewczynką, wrzucała datki na biednych. Wieńczyła ją figurka chłopca klęczącego z rękoma złożonymi jak do modlitwy. Za każdym razem, gdy do skarbonki wrzuciło się monetę, chłopiec kiwał głową, jak gdyby dziękując za dar. Liv Larsson pamięta, że za każdym razem, gdy wrzucała do puszki pieniądze i patrzyła na tę pokorną buzię na skarbonce, czuła wielkie zawstydzenie. Inne wspomnienie, również łączące się jednocześnie z poczuciem wdzięczności i wstydu: w szkole zarówno jej, jak i innym uczniom nakazywano zjadać wszystko, co mają na talerzu. Nauczyciele powtarzali: „Zjedz jeszcze kęs, nie zapominaj, że dzieci w Afryce są biedne”, „Bądź wdzięczny, że masz co jeść”. W efekcie Liv zawsze miała poczucie winy, kiedy zostawiała jedzenie na talerzu. Wdzięczność zatem kojarzyła się jej ze wstydem i winą, które płynęły z dyskomfortowego poczucia wyższości. Bezwiednie łączyła wdzięczność z biernością i...

Czytaj dalej
wdzięczność w życiu
Unsplash

Dziękowanie innym daje nam więcej, niż myślimy

Jeśli miałaby istnieć tylko jedna, uniwersalna modlitwa na świecie, to zawierałaby się w słowie „dziękuję”.
Aleksandra Nowakowska
27.04.2020

Mistrz Eckhart, średniowieczny niemiecki mnich i filozof, nie znał dzisiejszych metod badań naukowych, ale wygląda na to, że wiedział, że słowo „dziękuję” czyni życie oraz związki lepszymi. Bo rozwija empatię, redukuje poczucie złości i frustracji, zmniejsza niepokój, a tym samym ułatwia nawiązywanie oraz utrzymywanie dobrych relacji z ludźmi. Naukowcy z uniwersytetu Harvarda wykazali, że pary, które częściej sobie dziękują, rzadziej mają problemy w relacji. Świadomie wypowiedziane słowo „dziękuję” otwiera na uczucia drugiej strony, czyni bardziej uważnym na siebie i partnera. Ludzie, którzy często go używają, nie boją się ze sobą szczerze rozmawiać, by rozwiewać swoje wątpliwości, szybciej i skuteczniej potrafią zaradzić kłopotom. To wszystko sprzyja wzajemnemu zrozumieniu, bliskości, poczuciu wspólnego szczęścia. Ważna jest intencja „Dziękuję” może mieć różny „ciężar gatunkowy”, różne intencje. Kiedy dziękujemy, najczęściej wyrażamy uznanie. W swoich rozważaniach na temat wdzięczności, szwedzka trenerka Porozumienia bez Przemocy i autorka książki „Wdzięczność. Najtańszy bilet do szczęścia” Liv Larsson poświęciła uznaniu sporo miejsca. Wyrażając je drugiej osobie, nie tylko okazujemy wdzięczność, ale też pomagamy jej dostrzec swój potencjał, wartość, to, ile jest w stanie dać. Dlatego niezmiernie ważne jest, byśmy sprawdzili, z jakimi intencjami chwalimy ukochaną osobę. Czy przypadkiem nie oczekujemy czegoś w zamian? Czy nie wywieramy na niej presji? Nie prowadzimy pewnego rodzaju handlu?  Larsson wprowadza pojęcie prawdziwego uznania, które nazywa „wysokooktanowym”. Jest ono pełne pasji i pozwala ludziom odnaleźć w sobie siłę. Wyrażamy je, kiedy szczerze cieszymy się z osiągnięć bądź...

Czytaj dalej