W miłości nie chodzi o „dziękuję”, mówi psycholożka, Katarzyna Miller 
Getty Images

W miłości nie chodzi o „dziękuję”, mówi psycholożka, Katarzyna Miller 

Robisz śniadania, prasujesz koszule i czekasz, aż on doceni i powie chociażby: „dziękuję”? Psycholożka, Katarzyna Miller, wyjaśnia, dlaczego poświęcanie się w imię miłości to prosta droga do rozstania.
Sylwia Niemczyk
02.04.2020

Rzetelne dawanie i rzetelne branie ma swoje zasady. Pierwsza jest taka, że ten, kto dostał coś, o co prosił, docenia dar i umie za niego podziękować. A druga zasada: ten, kto daje, nie liczy na wdzięczność i wzajemność. Bo nagrodą jest już samo dawanie” – mówi Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

W miłości chodzi o...

Sylwia Niemczyk: Lubimy się poświęcać dla innych?

Katarzyna Miller: Nawet bym powiedziała, że my to wprost uwielbiamy! Poświęcanie się dla dzieci, męża, matki, szefa to typowo kobiecy grzech, choć oczywiście znam też paru mężczyzn, którzy również to robią. Ale bez względu na to, kto się poświęca i z jakiego powodu, zawsze wtedy z góry jest skazany na to, że będzie stratny. To przegrana inwestycja, zły interes – specjalnie używam takich określeń, bo bardzo bym chciała, żeby ludzie w końcu uświadomili sobie, że każda nasza relacja z drugim człowiekiem to nic innego, jak interes emocjonalny. Handel, w którym każda strona coś daje i coś bierze.

Interes, handel – jakbym słyszała Moryca z „Ziemi obiecanej”. Idziemy na wojnę z romantyzmem?

Ja na tej wojnie jestem od wielu lat i zawsze powtarzam: dla własnego dobra przestańmy się wiecznie doszukiwać romantyzmu w życiu, bo to czysta iluzja. A z drugiej strony przestańmy też myśleć, że interes od razu oznacza oszustwo i łódzki geszeft z „Ziemi obiecanej”.. Interesy, w tym te emocjonalne, to normalna, dobra rzecz. Dajemy i bierzemy, umawiamy się na jakąś wymianę i dotrzymujemy umowy. Robimy coś dla kogoś, ale sami też coś z tego mamy.

W takim razie co ja mam z tego, że codziennie rano robię mężowi śniadanie?

Na przykład masz to, że się sobie taka podobasz: taka jesteś pracowita, dobra, miła. Taka pomocna i potrzebna. Już od samego rana masz poczucie, że zrobiłaś coś dobrego i to już jest twoja nagroda. Albo inaczej: robimy to śniadanie – i już od świtu mamy na co narzekać. Zrobiłaś interes sama z sobą.

W tych śniadaniach raczej chodzi o to, żeby on któregoś dnia odwdzięczył się tym samym.

No pewnie, że o to nam wszystkim chodzi! Dajemy i oczekujemy wzajemności na zasadzie: „Dzisiaj ja, jutro ty”. I potem mamy pretensje, że tej wzajemności brak. Oczywiście są takie święte żony i matki, które mówią: „Najdroższy, dla mnie jest najważniejsze to, żebyś był szczęśliwy” albo: „O to mi chodzi, żebyście wy, moje dzieci, miały w życiu dobrze”. Guzik prawda, wszyscy jesteśmy tacy sami i wszystkim nam chodzi o nasz własny zysk. Więc jak matka mówi dzieciom, że jest z ich ojcem alkoholikiem tylko ze względu na nich, że to dla nich haruje, dla nich się poświęca – to niech jej nie wierzą. Bo ona to robi albo z potrzeby bycia szlachetną, albo ze strachu przed zmianą – to bardzo częsty powód – albo z jeszcze innych przyczyn.

Co więcej, często poświęcamy się, harujemy, szykujemy te śniadania tylko po to, żeby mieć co wypominać. Tylko że gdy przypomnimy mężowi po 10 czy 20 latach te wszystkie wypieszczone śniadanka i kolacyjki, to jest duże ryzyko, że usłyszymy: „Ja cię przecież o to wcale nie prosiłem”.

I wtedy zaczynają latać talerze.

Jesteśmy w szoku, bo nagle zauważamy, że cały nasz, nieraz wieloletni wysiłek poszedł na próżno. Czujemy żal i wściekłość – ale racja jest po tamtej stronie. Nikt nas o te śniadania czy kolacje nie prosił. Robiłaś, bo sama chciałaś. W dodatku najpewniej wcale nie chciałaś robić akurat tych śniadań, tylko po prostu marzyłaś o tym, aby być kochana i podziwiana. A te śniadania były twoim środkiem do celu. Energia była prawdziwa, wysiłek prawdziwy – tylko motywacja była inna, niż myślałyśmy.

Na pocieszenie powiem tylko, że chyba prawie każda z nas wpada w taką pułapkę. Sama pamiętam, jak lata temu pojechałam z moim ówczesnym narzeczonym na wakacje, do domu na wsi. Już pierwszego dnia wyleciałam o świcie na zakupy, nakupiłam cudnych rzeczy, nakroiłam ich na śniadanie, kanapeczki, sałateczki, naustrajałam stół, no, pięknie mi wyszło. A on wstał godzinę później, wyspany i tylko spytał: „Po co to wszystko?”. I na początku oczywiście odpowiedziałam: „Chciałam, żeby ci było miło”, ale na szczęście szybko sobie uświadomiłam, że ja to zrobiłam także dla siebie. Dla mnie to piękne śniadanie to też była frajda. Więc – nie chcesz, to nie jedz, ja usiądę i chętnie zjem. I potem pamiętałam, żeby takich rzeczy dla niego nie robić, więc jeśli robiłam, to dla siebie. Tego się trzymam do dzisiaj.

Wszystkim kobietom radzę: nie róbcie w związku niczego, o co on was nie poprosi. I w dodatku też wcale nie róbcie wszystkiego, o co poprosi. Czasem, jak mam ochotę coś zrobić dla kogoś – to robię, ale nie dziwię się i nie złoszczę, jeśli ta druga strona tego nie doceni. Ma prawo. Rzetelne dawanie i rzetelne branie ma swoje zasady. Pierwsza jest taka, że ten, kto dostaje coś, o co prosił, docenia dar i umie za niego podziękować. Ale druga – ten, który daje, to nie liczy na wdzięczność i wzajemność. Bo dla niego nagrodą i „dobrym interesem” jest już samo dawanie.

Co jest w tym złego, że czasem liczymy na odpłatę? Że jeśli dajemy dużo coś od siebie, to tyle samo wymagamy od innych?

Ja nie mówię, że złego: jeśli tak bardzo chcemy wymagać, to wymagajmy. Tylko liczmy się z tym, że się głęboko rozczarujemy i będziemy nieszczęśliwe. Bo nieraz usłyszymy mniej więcej to samo, co ja od tamtego mojego narzeczonego: „Wspaniale, że tyle dajesz od siebie, ale ja nie jestem w stanie doskoczyć do twoich wysokich standardów i nawet nie mam ochoty próbować”. Więc może lepiej będzie jeśli, zamiast wymagać od siebie i innych, zejdziemy z tych naszych wyżyn i odpoczniemy. I damy innym odpocząć.

Jak najbardziej, prośmy innych: o pomoc, o przysługę. Prosić można zawsze, nawet warto to robić. Ale kiedy prosimy, to zakładamy w tyle głowy, że być może nie dostaniemy tego, czego chcemy. Prośba to nie jest to samo co wymaganie, oczekiwanie. Kiedy czegoś oczekujemy od innych, to myślimy, że nam się to od nich należy.

Ale jeśli ja robię te przykładowe śniadania z miłości, to czemu on, skoro też kocha, nie może też ich czasem robić?

Bo on cię nie kocha tak, jak ty go kochasz. Każdy kocha tak, jak kocha. W twojej definicji miłości mieszczą się te śniadania, a w jego nie. Zresztą on wcale nie chce, żeby w jego definicji one się mieściły.

No dobrze, zostawmy już tych mężów i narzeczonych, bo mam wrażenie, że jeszcze większe poświęcenie zaczyna się wtedy, kiedy rodzimy dziecko. Przez kolejne lata stawiamy je na pierwszym miejscu.

Nie róbmy tego. I nie oczekujmy potem wdzięczności za to, że je urodziłyśmy i wychowałyśmy. Dzieci nie są od tego, żeby nam w kółko dziękować. Dzieci są od tego, żeby fajnie rosły. To jest nasza największa nagroda w macierzyństwie czy w ojcostwie.

Bywa, że jednak liczymy po cichu, że ono doceni nasz matczyny wysiłek i w zamian poda nam na starość tę szklankę wody.

To jeden z naszych typowo polskich koszmarów myślowych! Marzę o tym, naprawdę marzę, żeby to zdanie o szklance wody znikło całkowicie z naszego języka. Bo albo warto żebyśmy same umiały i mogły na starość przyszykować sobie tę wodę przy łóżku, albo żebyśmy przez całe życie tak budowały swoje relacje z innymi, żeby przed śmiercią mieć wokół siebie wystarczającą ilość bliskich i przyjaciół, a nie tylko to biedne dziecko.

Powtarzanie naszym dzieciom zdania o szklance wody to nic innego, jak jeden wielki szantaż emocjonalny, który nieraz kończy się tym, że jak już dorosły człowiek nie radzi sobie z chorymi, niedołężnymi, leżącymi rodzicami, to, zamiast wybrać dla nich specjalistyczną opiekę w hospicjum, rezygnuje całkowicie ze swojego życia. I nie dlatego, że chce, tylko ponieważ czuje, że „tak trzeba”. Jeśli robimy to z miłości, z potrzeby serca – to wspaniale! Gratulacje dla takiej rodziny. To prawdziwy cud miłości czy bliskości. Ale jeśli robimy to z poczucia obowiązku, przymusu odpłaty za wychowanie albo za owo „poświęcenie” , którym nas karmiono – jeśli to jest to nasze „dziękuję”, to robimy coś fałszywego. Ani to autentyczna serdeczność , ale za to często toksyna wobec tego rodzica i wobec siebie.

Skąd się bierze w nas ta toksyczna gotowość do poświęceń?

Mogę powiedzieć z pełnym przekonaniem i doświadczeniem z mojej praktyki, że kobieta, która przez cały czas się poświęca dla innych, jest wiecznie głodna akceptacji. Najpewniej już w dzieciństwie uwierzyła, że jest nieważna, przezroczysta, a skoro tak się czuje, to musi wiecznie udowadniać sama przed sobą, że jednak jest inaczej.

Czyli wszystko, co robi, jest powodowane pragnieniem: „Niech mnie wreszcie zobaczą”.

Tak, bo kiedy ktoś w końcu ją doceni, kiedy ktoś powie jej: „dziękuję za to, co dla mnie robisz”, to tak, jakby jej powiedział: „Widzę cię”. Jesteśmy naprawdę w stanie dużo zrobić, żeby to usłyszeć. I nie zdajemy sobie nawet z tego sprawy, tak samo jak nie zdajemy sobie sprawy z naszych deficytów emocjonalnych, naszego głodu akceptacji, miłości, ciepła. Mówimy na głos: „Kocham cię, więc ci to daję”, tymczasem dużo bliższe prawdy byłoby zdanie: „Daję ci, żebyś mnie kochał”. Różnica między tymi komunikatami jest ogromna.

Kiedy usłyszy to swoje upragnione: „Dziękuję, jesteś wielka”, poczuje się już nakarmiona?

Prawdopodobnie nie, choć może przez chwilę, ale już na pewno nie na długo. Osoby, które potrzebują ciągłego docenienia przez innych, czują ogromną pustkę. Próbują ją zapełnić, ale to wiadro bez dna. Cały czas czują, że muszą jeszcze bardziej się zasłużyć, że muszą jeszcze więcej robić, być jeszcze lepsze, jeszcze bardziej same siebie przekonać, że to, co robią, jest cudowne i niezbędne dla świata. To jest wieczna męka i dla tego, który czuje taką pustkę w sobie i dla tego, który żyje z takim nienasyconym jamochłonem.

Jak się można z niej wyzwolić?

Musimy zdać sobie z niej sprawę. I jeszcze najcudowniej będzie, jeśli spotkamy w swoim życiu kogoś, kto nam będzie jasno mówił: „Tak, to chcę, dziękuję” oraz: „A tego nie chcę, nie wezmę, nie prosiłem/am o to”. I jeszcze regularnie powie: „Zrób coś dla siebie, bo ja dam sobie radę bez twoich starań. I bez tego jestem szczęśliwy”.

Brzmi jak odrzucenie.

Ależ oczywiście, że wiele kobiet tak to odbierze. Poczują się nie tylko odrzucone, ale też zlekceważone, nawet upokorzone. To jest bardzo trudne doświadczenie, kiedy my tutaj stoimy już w blokach startowych, żeby zacząć maraton poświęcania się – a ktoś mówi: „Nie, dziękuję. Nie chcę tego”. Nawet ostatnio na jednej mojej grupie terapeutycznej, gdy prosiłam o herbatę, to zawsze jako pierwsza zrywała się jedna klientka – i ja zawsze stanowczo prosiłam: „Ktokolwiek, byle nie ty”. I oczywiście usłyszałam wyrzut: „Ale ty mnie surowo traktujesz”. Wytłumaczyłam, że ja robię to by ona mogła sprawdzić: co się z nią dzieje, gdy ktoś nie chce jej przysług, czemu jest w takim przymusie poświęcania się, usługiwania, dawania. Nie mogłam jej wcześniej uprzedzić po co odrzucam jej usłużność bo nie mogła by poczuć tego czegoś tak dla niej ważnego: leku, że będzie niezauwazona, odrzucona i naporu wewnętrznego. żeby się od razu „zasłużyć” I za częła nad tym świadomie pracować.

Wszyscy powinniśmy się nad tym zastanawiać. Czy dalej chcemy być tą grzeczną córką, najlepszą żoną, mamusią? Co nam to daje? Nas, kobiety już od dzieciństwa się tresuje na sanitariuszki, opiekunki i służące. Kobiety w Polsce są umoczone po uszy w takie toksyczne poświęcanie się, dawanie.

Jak to jest, że jednak zwykle ta druga strona chętnie przyjmie to nasze poświęcanie się?

Ludzie się często przyciągają według swoich deficytów, tych wewnętrznych „czarnych dziur”. Jeśli potrzebujemy kimś się opiekować, to najpewniej wybierzemy kogoś, kto takiej opieki będzie wymagał i jej poszukiwał. A on wyczuje nas. . Kobiety, które trwają w związkach przemocowych i poświęcają się dla męża i dzieci, oprócz cierpienia mają w tym swoją „krzywą korzyść” – zresztą mówię im to od lat. I one się na mnie nie obrażają, tylko doceniają prawdę, którą odkrywają. Ten wzór łatwiej zobaczyć najpierw u kogoś. Bezcenna jest praca w grupie. Bo siebie poznajemy dzięki poznawaniu innych i dzięki wspólnocie , a wtedy nie jest się osamotnioną w swoim bólu. 

Ludziom, którzy w czymś toną, trzeba podawać rękę i mówić: „Chwyć się mocno, bo to jest prawdziwe”. A tonąć można nie tylko w wodzie. Często toniemy w iluzji na swój temat.

Wywiad powstał w ramach akcji #DZIĘKUJĘ – o akcji przeczytasz także w „Urodzie Życia” 5/2020. Kup wydanie na tablet lub telefon na Hitsalonik.pl

Okładka miesięcznika Uroda Życia

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
wewnętrzny krytyk
Adobe Stock

Wewnętrzne dziecko, krytyk, matka – kto kieruje twoimi myślami? 

„Zrób robocze założenie, że istnieją też inne części twojej osobowości niż te, które na co dzień dopuszczasz do głosu. I że jeśli im również pozwolisz się ujawnić, to twoje życie będzie pełniejsze” – mówi dr Joanna Heidtman, psycholog i coach.
Sylwia Niemczyk
13.06.2020

Wewnętrzny krytyk, czyli ta część twojej osobowości, która napomina i stawia do pionu, jest nam niezbędny do rozwoju. Warto dopuszczać go do głosu – byle nie za często i nie na długo. Tak samo warto słuchać swoich innych wewnętrznych głosów: egoisty, sędziego, dziecka – dzięki tworzonej przez nich orkiestrze, nasze życie będzie pełniejsze. Wewnętrzne dziecko, krytyk, matka... Sylwia Niemczyk: Ile wiemy o sobie? Wydawałoby się, że w pewnym wieku powinnyśmy już znać się na wylot, a np. idziemy na warsztaty z rozwoju samoświadomości i okazuje się, że co krok to niespodzianka.  Joanna Heidtman: Jedną z przyczyn naszego braku samoświadomości jest to, że często przez całe dzieciństwo, dorastanie, a bywa, że i potem w dorosłym życiu, myśląc o sobie, kierujemy się tylko opiniami innych. Słyszymy: „Jesteś nieśmiała” i zaczynamy w to wierzyć, a co więcej, właśnie tak się zachowywać.  Ale nasz podstawowy błąd w myśleniu polega na czymś innym. Błędne jest przede wszystkim przekonanie, że w ogóle jesteśmy „jakieś” – stałe i niezmienne. Lubimy myśleć o sobie jak o monolicie: „Ja to jestem taka…”. Myślenie „monolityczne” dominuje w całej naszej kulturze, więc w taki sam sposób budujemy też narrację o sobie. Szukamy sztywnych określeń: „Jestem za poważna na takie zabawy…” albo: „Ja to lubię pomagać innym…”, albo: „Z natury jestem cicha, nie lubię się rzucać w oczy…”. Brzmi to bardzo stanowczo, tyle że te narracje najczęściej są pozbawione głębszej refleksji. Ludzie, którzy tak mówią o sobie, zazwyczaj wcale nie znają się aż tak dobrze, jak myślą. Jeśli trochę pogrzebiemy w ich przeszłości, to okaże się, że w wielu sytuacjach wcale nie byli aż tak cisi...

Czytaj dalej
Polak w hotelu
Getty Images

Polak na urlopie: kłótliwy, roszczeniowy, awanturujący się. Co się z nami dzieje na wyjeździe?

Aleksandra Sokalska
30.07.2020

Jedziemy na urlop i w hotelu zmieniamy się nie do poznania. Nie prosimy, ale żądamy. Nie dziękujemy za obsługę, tylko uważamy, że nam się należy. O tym, dlaczego jako turyści potrafimy być nieznośni, rozmawiamy z Violettą Hamerską, ekspertką Guest Experience, twórczynią akcji Hotel Przyjazny Rodzinie oraz Pies w Hotelu. Ci polscy turyści Aleksandra Sokalska: Jak to jest z tymi kanapkami? Można je wynosić z hotelowego śniadania czy jednak absolutnie nie? Violetta Hamerska: To zależy. Wynoszenie kanapek, żeby je potem zjeść na drugie śniadanie, to nadużycie gościnności, mówiąc wprost: to okradanie. Zapłaciliśmy za śniadanie zjedzone na miejscu, a nie za dowolną ilość jedzenia na wynos. Ale jeśli zabieramy jedzenie dla dziecka, które zostało w pokoju, a my zapłaciliśmy za jego wyżywienie, to możemy to zrobić. Zdarzało mi się zabierać śniadanie dla córki, bo była chora. Wówczas prosiłam obsługę o taką możliwość i nigdy mi jej nie odmówiono. Ale prosiłam, a nie żądałam, nie próbowałam wynieść jedzenia ukradkiem. „Poproszę” to magiczne słowo, które wpisuje się w standardy gościnności. „Dziękuję” tak samo. Jako goście mamy czasem poczucie, że wszystko nam się należy, nie przyjmujemy, że również poza domem obowiązują nas jakiekolwiek zasady.  Chcesz powiedzieć, że my, Polacy, nie umiemy się zachować? Bywa z tym różnie. Choć może jest tak, że złe rzeczy łatwiej generalizujemy? Jeśli w jakimś hotelu spotykamy awanturującego się w recepcji gościa, od razu pojawia się myśl, że Polacy nie umieją się zachować. Już w recepcji awanturujemy się, że „na zdjęciu pokój miał większy taras”. Prowadzę warsztaty dla hotelarzy w ramach cyklicznych wydarzeń Hotelowy Power Day, pomagam im projektować jak najlepsze usługi,...

Czytaj dalej
odchudzanie
Adobe Stock

„Jemy i odchudzamy się, by nie myśleć o swoich prawdziwych problemach”

Problemy z wagą, czy z pewnością siebie? Według terapeutki Marty Szydłowskiej-Pierzak nasze zaburzenia jedzenia bardzo często wynikają z niskiego poczucia własnej wartości.
Katarzyna Olkowicz
02.01.2020

Zajadamy stres, jemy kompulsywnie, uciekamy w objadanie się, aby nie myśleć o problemach. Terapeutka Marta Szydłowska-Pierzak przekonuje, że żadna dieta odchudzająca nie pomoże na nasze problemy z wagą, jeśli nie zmienimy myślenia o nas samych.  Katarzyna Olkowicz: Zna pani kogoś, kto nigdy nie był na diecie? Marta Szydłowska-Pierzak: Nie. Słowo dieta stało się bardzo popularne, jest to indywidualny sposób odżywiania i wszyscy jesteśmy na jakiejś diecie – odchudzającej, zdrowotnej, wegetariańskiej, sportowej, dla nabrania kilogramów itd. A jednocześnie ponad połowa ludzi na świecie ma nadwagę. I to w momencie, gdy wydaje się, że wiemy wszystko o zdrowym stylu życia. Co stoi na przeszkodzie, byśmy byli szczupli? Żyjemy w dużym pośpiechu, mamy ciągłe oczekiwania w stosunku do siebie, innych. Poczucie nieustannej presji sprawia, że nasze wymagania wciąż rosną. W trudnym momencie, kiedy mamy mniej energii, włącza się wewnętrzny autopilot. Podsuwa destrukcyjne myśli, na przykład: „Dziesięć razy próbowałam schudnąć, za każdym razem skończyło się fiaskiem, więc nie spróbuję jedenasty raz. Po co mam znów się męczyć, skoro wiadomo, jak się to skończy?”. Dążymy do tego, by chudnąć, ale nasze życie, wielość obowiązków i komplikujące sprawę myśli często uniemożliwiają posuwanie się naprzód. Podejmujemy bezcelowe, automatyczne zachowania i nie zdajemy sobie sprawy z tego, co robimy. Przeszkodą może być też zbyt duży cel, który zakładamy, np. „Chcę schudnąć 10 kilogramów w ciągu miesiąca”. A gdy nam to nie wychodzi, bo ma prawo nie wyjść, poddajemy się. Warto zauważać wysiłek, który wkładamy w dojście do wyznaczonego celu, a nie tylko efekt. Dieta odchudzająca nie rozwiąże problemu braku pewności siebie I wtedy następuje bezwarunkowa...

Czytaj dalej
Miłosz Brzeziński, empatia
Unsplash

Miłosz Brzeziński: „Świat jest coraz lepszy. Ludzie też”

O tym, jak być szczęśliwym w życiu i dlaczego konieczne jest do tego zaufanie do innych, mówi coach Miłosz Brzeziński.
Bartosz Janiszewski
04.01.2019

Empatia jest nam potrzebna do życia tak samo jak woda i powietrze. To mit, że sami jesteśmy w stanie osiągnąć cokolwiek – zawsze potrzebujemy do tego innych ludzi, którzy będą nas wspierać i motywować. I tak samo my jesteśmy potrzebni innym. „Empatyczna współpraca jest po prostu opłacalna. Choć najefektywniejsi wcale nie postępują w taki sposób, dlatego, że to się opłaca, ale dlatego, że uważają, iż tak po prostu trzeba” – mówi Miłosz Brzeziński, jeden z najbardziej znanych coachów, autor m.in: „Pracować i nie zwariować”, „Życiologia”, „Jak pies z kotem” i „Głaskologia”. Być człowiekiem Bartosz Janiszewski: Muszę się panu do czegoś przyznać. Trochę się obawiam tej rozmowy. Miłosz Brzeziński: Dlaczego? Przecież mamy rozmawiać o empatii, pozytywnym motywowaniu. Same dobre rzeczy. No właśnie. Trudno ciekawie mówić w mediach o dobrych rzeczach. Po kwadransie oglądania telewizji można mieć wrażenie, że to relacja z apokalipsy. Zło, tragedia, agresja, konflikty. Jak ktoś opowiada publicznie o dobrych rzeczach, to naiwniak, oszust albo ma w tym interes. Wbrew temu, co oglądamy, ludzie statystycznie stają się coraz mniej agresywni względem siebie i dostają od siebie więcej empatii i zrozumienia. Być może oglądając telewizję, nie mamy takiego wrażenia, ale te dane – jak to się brzydko mówi – „nie zrobią newsa”. Jak z samolotami – gdybyśmy na podstawie statystyk z telewizji mieli podjąć decyzję dotyczącą tego, czy polecimy gdzieś samolotem, to pewnie byśmy samolotu unikali. W mediach samoloty głównie spadają. Media nie mówią o tym, że zdecydowana większość dolatuje, bo o czym tu mówić? Inną sprawą jest to, że także nasz próg akceptacji agresji się przesuwa....

Czytaj dalej