„Nie popisuj się, nie wychylaj się, już nie bądź taki mądry” – mówimy do dzieci. A one to biorą do siebie

„Nie popisuj się, nie wychylaj się, już nie bądź taki mądry” – mówimy do dzieci. A one to biorą do siebie

Pouczamy dzieci, uciszamy, oceniamy. Raport o dołowaniu pokazuje, jak każdego dnia, niewinnymi słowami, czasem dobrymi zamiarami, zmniejszamy w dzieciach ich wiarę w siebie.
Kamila Geodecka
06.11.2020

Akademia Przyszłości na co dzień zajmuje się pomaganiem dzieciom, które mają problemy z samoakceptacją, są zagubione, nie potrafią się odnaleźć w świecie rówieśników. To pozytywna przestrzeń, to pozytywne miejsce.

Ostatnio jednak na ich stronie opublikowano „Raport o dołowaniu”. Czyta się go trudno, mimo że strona jest przejrzysta. Czyta się go trudno, bo pokazuje historie dzieci, które zostały zdołowane przez nas, dorosłych. Czasem nieświadomie, czasem nieumyślnie, czasem z dobrą intencją. Żadne usprawiedliwienie nie odda  im jednak  utraconej wiary w siebie.

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

Zdołowane dzieci

„Nie popisuj się”, „nie wychylaj się”, „już nie bądź taki mądry”. Większość z nas w dzieciństwie słyszała te słowa wielokrotnie. Skoro my nie mogliśmy próbować nowych rzeczy, nie mogliśmy podważać autorytetu  „mądrzejszych”, nasze dzieci też tego nie mogą robić. A przez to czują się nieważne.

„Ja tak wcale do dzieci nie mówię” – pomyślała pewnie część z nas. Ale diabeł tkwi w szczegółach. Żeby zdołować dziecko, wystarczy, że ciągle będziemy wytykać mu błędy.

„Igor ma 10 lat i jest leniem. Tak o sobie mówi i tak o sobie myśli. Jego mama i tata też tak mówią. Igor uważa, że »życie jest straszne i zawsze może być gorzej«. Koledzy rzadko go odwiedzają, bo »nic ciekawego nie ma«. Każde zdanie zaczyna od »nie wiem«. Nawet jeśli wie” – czytamy w raporcie.

Zagłaskane dzieci

Dzieciom potrzebna jest przestrzeń do rozwoju. Dając im ciągłe zakazy, nakazy i wyręczając je w wielu sytuacjach, wcale nie ułatwimy dzieciom życia. I nie chodzi tu jedynie o nadopiekuńczych rodziców czy dziadków, którzy chcą wykonywać wszystkie obowiązki za dziecko.

Często chcemy dzieciom „przychylić nieba”. Ale wyeliminowanie z życia młodych ludzi wszystkich sytuacji, w których mogliby popełnić błąd, wcale nie jest dobrym podejściem. Co więcej, taka postawa często wynika z egoizmu dorosłych, nie z czystej miłości.

„Daj to, nie tak, źle, zostaw, poprawię ci to – Alicja ciągle słyszy to samo. I jeszcze: że mogłaby się wreszcie nauczyć, taka duża dziewczyna, a nie potrafi zawiązać butów. Więc do szkoły zakłada takie na rzepy. Nie lubi ich, ale przynajmniej nie musi się wstydzić. Gdy idzie gdzieś z mamą i może założyć swoje ulubione, ze sznurówkami, zawsze próbuje zawiązać je sama. Wystarczy jednak, że zawaha się przez krótką chwilę, mama od razu się niecierpliwi. Prycha, klęka i znowu narzeka, że wszystko musi robić za nią” – czytamy kolejną historię.

Pouczane dzieci

My w szkole zakuwaliśmy, całymi nocami siedzieliśmy z nosem w książkach, byliśmy traktowani surowo przez nauczycieli, ale „wyszliśmy na ludzi”. Nasze dzieci muszą więc przejść tę samą drogę.

Dzieci są z natury ciekawe świata i chcą się uczyć. Ale uczenie się i pouczanie to nie to samo. Fakt, że pewne metody wychowawcze były używane 15, 20 czy 30 lat temu, wcale nie oznacza, że były one dobre. Nie pouczajmy naszych dzieci, bo może wcale nie wiemy, jak robić to dobrze.

„Kamil chce, żeby go lubiano. Wypróbował już, że jak przeszkadza na lekcji, to jego koledzy są zadowoleni. Ale na krótko. W czasie przerw wciąż się z niego nabijają, ucieka wtedy do szatni. Gdyby koledzy zobaczyli jego mokre policzki, byłoby jeszcze gorzej”.

Oceniane dzieci

Dzieci oceniane są już od pierwszych lat życia. Wchodzą w system szkolny, gdzie muszą przyjąć wystawioną notę i nie mają prawa do wielu pytań dotyczących ich pracy. Gdy dziecko jest „niegrzeczne”, po prostu takie jest. Nie ma potrzeby wyjaśniania, dlaczego akurat tak go nazywamy. To już dzielenie włosa na czworo, zupełnie niepotrzebne, prawda?

Skutki takiego myślenia są jednak widoczne, i to w twardych danych. Nie bez przyczyny coraz więcej młodych ludzi cierpi na depresję. I wcale nie jest to związane „z tym trudnym wiekiem”.

„Natalia to pogodna i bardzo inteligentna dziewczynka, ma jednak duże trudności z odnalezieniem się w szkolnej rzeczywistości. Tak duże, że z powodu lęku przed szkołą przez rok uczyła się indywidualnie. Dziś stara się na nowo włączyć w życie klasy. Jest bardzo wrażliwa i przez to często czuje się osamotniona. Choć lubi się uczyć i osiąga dobre wyniki, na lekcjach prawie zawsze jest zestresowana, bo każdą uwagę bierze do siebie i bardzo przejmuje się ocenami. O sobie mówi: miła, koleżeńska, nieufna. – Chcę być lepsza – dodaje” – czytamy jedną z wielu historii.

Czytaj też: Depresja u nastolatka. Jak poznać, że dziecko cierpi?

Raport o dołowaniu: dane

Raport warto przeczytać cały. W skupieniu, bez pośpiechu, z empatią. Warto, bo czasami niewinne zachowania mogą wyrządzać ogromną krzywdę. Na dowód poniżej przedstawiam część danych liczbowych.

Ponad połowa uczniów uważa, że ponoszą porażkę, ponieważ są niewystarczająco uzdolnieni. Być może dlatego co trzeci uczeń w Polsce rezygnuje ze starań, ponieważ uznaje, że nie jest wystarczających dobry w danej dziedzinie.

Co dziesiąty uczeń deklaruje, że rodzice nie są zainteresowani jego sprawami, nawet gdy dzieje się coś ważnego w ich życiu.

„Nie wiem”, „rzadko” – aż 33 proc. uczniów tak odpowiedziało na pytanie o to, jak często czują się z siebie dumni.

Co najmniej 630 tys. osób poniżej 18. roku życia potrzebuje stałego wsparcia psychologicznego lub psychiatrycznego.

Polska zajmuje drugie miejsce w Europie pod względem prób samobójczych nastolatków, które zakończyły się zgonem. Z roku na rok jest coraz gorzej.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne

Depresja częściej spotyka sowy niż skowronki! Wczesne pobudki zmniejszają ryzyko depresji

Naukowcy z University of Colorado przeprowadzili badania na grupie 32 tys. kobiet. Odkryli, że osoby, które wcześnie kładą się spać i wcześnie wstają, są mniej narażone na depresję.
Sylwia Arlak
25.08.2020

Depresja dotyka nas niezależnie od wieku i płci. W Polsce zmaga się z nią nawet 1,5 mln osób. Według szacunków Światowej Organizacji Zdrowia do 2030 roku to właśnie depresja będzie najczęściej występującą chorobą na świecie. Czy mamy na nią wpływ? I tak i nie. Często zakrada się do naszego życia niepostrzeżenie. Ale nie dbając o higienę psychiczną, jesteśmy na nią bardziej podatni. Sowy i skowronki w depresji Naukowcy z University of Colorado odkryli, że osoby, które wstają wcześnie rano, są mniej podatne na depresję i innego rodzaju zaburzenia psychiczne. Przeprowadzili badania na grupie 32 tys. kobiet i przeanalizowali ich rytm dobowy. Wyniki opublikowali w „Journal Psychiatric Research”. W eksperymencie wzięło udział 32 470 pielęgniarek (średnia wieku 55 lat), które nigdy nie zmagały się z depresją.  Naukowcy podzielili je na grupy. W jednej z nich znajdowały się „sowy” (osoby, które późno kładą się stać i późno wstają) i „skowronki” (kładą się wcześnie i wcześnie wstają). 37 procent badanych zadeklarowało, że kładą się i wstają wcześnie, 10 procent, że późno, a 53 procent, że ani wcześnie, ani późno. W badaniu uwzględniono sprzyjające depresji czynniki  m.in. masę ciała, aktywność fizyczną, przewlekłe choroby i czas trwania snu. Przez cztery lata analizowali ich stan i rytm dobowy. Czytaj też:  Jak NIE rozmawiać z osobą chorą na depresję? U niektórych z badanych na przestrzeni tych lat rozwinęła się depresja albo innego rodzaju schorzenia psychiczne. Badacze zaobserwowali, że te panie, które budziły się wcześniej, były mniej podatne na depresję. Tę zależność tłumaczą większą ekspozycją na naturalne światło dzienne, które zapewnia lepszą kondycję psychiczną. Zdaniem naukowców osoby,...

Czytaj dalej
mat. promocyjne

Depresja, toksyczne miłości i samotność – Natasza Socha wraca z nową książką „Zagubieni”

Największym źródłem rozczarowań bywają związki. „Kiedy książę na białym koniu okazuje się co najwyżej stajennym”, mówi Natasza Socha, autorka powieści dla kobiet „Zagubieni”. Co jeszcze?
Anna Zaleska
28.05.2020

Natasza Socha jest dziennikarką, felietonistką, a przede wszystkich autorką bestsellerowych powieści dla kobiet . Choć pochodzi z Poznania, od lat mieszka z mężem i nastoletnimi dziećmi w małej miejscowości pod Akwizgranem. Mówi o sobie, że na pełen etat wychowuje syna i córkę, a na pół etatu pisze książki. Najnowsza „Zagubieni” (Wydawnictwo Edipresse) to opowieść o współczesnych trzydziestolatkach . Mati jest człowiekiem sukcesu, który zachłysnął się życiem na wysokich obrotach. Sonia przeciwnie – żyje z dnia na dzień, robiąc rzeczy, które w najmniejszym stopniu jej nie interesują, i wchodząc w kolejne nieudane związki . Dla Nataszy Sochy para trzydziestolatków staje się pretekstem do przyjrzenia się przyczynom coraz powszechniejszej depresji . Anna Zaleska: Pani nowa powieść „Zagubieni” opowiada o współczesnych trzydziestolatkach. Dlaczego właściwie są tak sfrustrowani i nieszczęśliwi? Natasza Socha: Bo żyjemy za szybko, wszystko robimy naraz, jesteśmy wiecznie zagonieni i rozproszeni. Jednocześnie gotujemy obiad, przeglądamy książkę, przeszukujemy internet, słuchamy radia, odpowiadamy na wiadomości na Messengerze, a i tak mamy nieustająco poczucie marnowania czasu. Pamiętam, że jako dziecko nie znałam pojęcia „nuda”, mimo że nie miałam komputera, różnych gadżetów, nawet roweru. A moje dzieci jeśli czegoś nie robią przez pięć, dziesięć minut, to już czują niepokój. Współcześni trzydziestolatkowie do 20. roku życia przeżyli całe swoje życie. Nic dziwnego, że są sfrustrowani. I doznali już mnóstwa rozczarowań? Tak. Bo jeśli człowiek za główny cel stawia sobie szybkie osiągnięcie szczęścia, a poprzeczkę oczekiwań ustawia bardzo wysoko, wtedy łatwo o rozczarowania. To działa jak lawina. Coś się zaczyna psuć...

Czytaj dalej
kobieta z depresją
Adobe Stock

Sprawdź, czy to smutek czy już depresja

Z danych NFZ wynika, że na depresję cierpi prawie 3 proc. Polaków, ale mogą być one zaniżone, bo nie zawsze zwracamy się po fachową pomoc. Jak rozpoznać, że chorujemy?
Aleksandra Nowakowska
05.05.2020

Nawet długo się utrzymujący się obniżony nastrój nie musi oznaczać depresji klinicznej. Często przyczyną odczuwania nasilonego smutku jest dotkliwa strata, jakiej doświadczamy w życiu – nie tylko po śmierci bliskiej osoby, ale także po rozstaniu czy zwolnieniu z pracy. Dotkliwym pogorszeniem samopoczucia możemy reagować także na nagłą dyskomfortową życiową zmianę. Aż 73 proc. osób leczonych na depresję to kobiety.  Różne doświadczenia przynoszą trudne emocje, które domagają się przeżycia – w ten sposób je uwalniamy i w ich miejsce w końcu pojawiają się inne – przyjemniejsze. Z depresją sprawa jest inna, bo ten stan trwa dłużej, a dostęp do jakichkolwiek uczuć jest utrudniony. Są one tłumione, bo ich skala jest znacznie większa. Stan depresyjny trwa tygodniami i zaczyna mocno przeszkadzać – coraz trudniej nam pracować, czy po prostu wypełniać codzienne obowiązki. Tracimy zdolność do czerpania z życia radości i możemy poczuć się, jakby pochłaniała nas pustka. Doświadczamy poczucia beznadziejności i bezradności. Depresji zwykle towarzyszy lęk.   Kiedy osoba z depresją przekracza prób gabinetu psychoterapeuty, najczęściej mówi o braku energii, zmęczeniu, smutku, drażliwości i ogólnej nerwowości, a nawet o atakach paniki. Czasem ma trudności, żeby wstać z łóżka. Zazwyczaj, niezależnie czy jest w związku i jaka jest jej sytuacja rodzinna, czuje się samotna i bezradna wobec problemów. Chce zmiany, ale nie ma siły na jej wprowadzenie i nie wie, od czego zacząć. A zacząć warto od zdiagnozowania, czy to rzeczywiście depresja. 6 najczęstszych objawów depresji 1. Lęk –  prawie nikt nie doświadcza depresji bez odczuwania strachu. Lęk może uniemożliwiać działanie, którego efektem byłoby wyjście z depresji. Zadaj sobie pytania:...

Czytaj dalej
rodzina na kanapie
Adobe Stock

Ciemna strona niebieskiego światła: stres, lęk, depresja. 

Im częściej korzystamy ze smartfonów i tabletów, tym silniej odczuwamy stres oraz lęk. I częściej chorujemy na depresję.
Aleksandra Nowakowska
03.04.2020

Bierzemy telefon do ręki „żeby tylko sprawdzić jedną rzecz” – i odpływamy w wirtualną przestrzeń. Coraz częściej telefon jest dla nas nie tylko narzędziem komunikacji, ale też najlepszą rozrywką i jedyną odskocznią od rzeczywistości. Uzależnienie od telefonu to coraz większy problem – nie tylko dlatego, że kradnie nasz czas, ale przede wszystkim dlatego, że zabiera nam zdrowie.  Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne po przeprowadzeniu wywiadów z 3,5 tys. osób opublikowało raport, z którego  wynika, że osoby, które często korzystały z telefonu, komputera czy laptopa, były o wiele bardziej zestresowane. Ale – mimo tego – tylko co trzeci z badanych wyraził chęć cyfrowego „detoksu”! Podczas innych wielkich badań znaleziono też związek między nadmiernym używaniem telefonu a stanami lękowymi. Z kolei Anders Hansen, szwedzki psychiatra i autor książki „Wyloguj swój mózg. Jak zadbać o swój mózg w dobie cyfrowych technologii” przytacza jeszcze inne badania, które udowadniają, że u osób poproszonych o oddanie telefonu, poziom lęku i niepokoju narastał bardziej, im dłużej pozostawali z dala od aparatu.  W ich mózgach w momencie zabrania urządzeń uruchomiła się oś: podwzgórze–przysadka–nadnercza, a mózg zaczął apelować: „Natychmiast zrób coś, żeby dostarczyć mi dopaminę!”. Strata telefonu okazała się dla mózgów ich właścicieli czynnikiem wysokiego stresu. Zachowywali się tak, jakby utracili coś ważnego dla przetrwania.  Bez e-booka przed snem Anders Hansen w swoim gabinecie psychiatrycznym zauważył też, że nowe technologie zaburzają nasz sen. Śpimy coraz krócej, średnio jedynie 7 godzin na dobę, czyli...

Czytaj dalej