„Nie bój się kochać, ale rób to nie sercem, tylko głową” – mówi Katarzyna Miller, psychoterapeutka
iStock

„Nie bój się kochać, ale rób to nie sercem, tylko głową” – mówi Katarzyna Miller, psychoterapeutka

„Chciałabym, żebyśmy od dziecka uczyli się o psyche, o traktowaniu siebie nawzajem i mówili, co to są myśli, a co uczucia i jak z nimi postępować. I z tego zdawali maturę” – mówi Katarzyna Miller.
Anna Bimer
01.11.2020

Według znanej psychoterapeutki, Katarzyny Miller, żyjemy iluzją miłości, która nas uleczy, uskrzydli, wszystko nam zrekompensuje i załatwi. Szukamy ideału, który naprawi nas samych, bo jesteśmy niedokochani. „Zastanawiamy się, co nam ktoś da, zamiast dawać z siebie i pracować nad tym jednym z najważniejszych uczuć w życiu” – mówią: psycholożka i psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Anna Bimer: Czy można sobie wyobrazić wprowadzenie pigułki antymiłosnej?

Katarzyna Miller: Takiej dzień po... na wypadek zakochania?

Raczej jako lek na złamane serce.

Nie, no skąd!

Miłość to najważniejszy poza zdrowiem dar w życiu człowieka, prawda?

Nie. Raczej największe marzenie i jednocześnie iluzja, że to najważniejsza rzecz w życiu.

Słucham?

„Kochać, jak to łatwo powiedzieć”... Powiedzieć! Ludzie ciągle się na miłość powołują albo się nią tłumaczą, usprawiedliwiają i marzą o niej. A zwykle mylą z innymi emocjami. Ale dążą do niej i  traktują jako najważniejszą zdobycz we wszechświecie. Niesłusznie. Przecież najważniejsze jest samo życie i zaspokojenie wszystkich bazowych potrzeb, żeby człowiek miał gdzie mieszkać, żeby nie marzł, żeby nie był głodny, żeby do kogoś przynależał

Otóż właśnie.

Miałam na myśli kogoś, kto się zaopiekuje, jak matka. W tym znaczeniu miłość należy do potrzeb bazowych. Natomiast ta, która się kojarzy najczęściej jako męsko-damska albo homoseksualna – ona jest luksusem. Trudno osiągalnym. Wielu ludzi jej nie doświadczy np. na skutek złych wcześniejszych doświadczeń, mam na myśli dzieci z  trudnych rodzin. One się zakochują, ale na zasadzie wpadania w ciemną dziurę, głównie dlatego, że ktoś w ogóle je zauważył i zechciał podać rękę.

Mamy bardzo dużo niedokochania w rodzinie, często o tym mówię. I w rezultacie ludzie wpadają w zależność od innych osób, myląc to z miłością. O tej możemy mówić jednak dopiero wtedy, kiedy ona nie musi nam niczego załatwić i gdy przestają odzywać się emocje płynące ze strachów: zazdrość czy obsesje, świadczące o niskim poczuciu własnej wartości. Stąd płyną zaborczość i wiele oczekiwań, często absurdalnych, a skutecznie niweczących związek.

Powiedziałaś o wpadaniu w ciemną dziurę. Miłość może być niebezpieczna?

Ależ oczywiście! Miłość w  ogóle nie jest bezpieczna. Zobaczmy, co ludzie wyprawiają, jak się zakochują – to jest stan braku przytomności, w którym człowiek nie myśli. Uderzają mu do głowy adrenalina, hormony i wpada w ten kocioł po uszy. A jak uczucie nie jest odwzajemnione –  cierpi nieludzko. Nie ma nic gorszego niż taka nieodwzajemniona młoda miłość. Człowiek by się pochlastał.

Ale to uczucie spontaniczne, szczere i  porywające. A także rozwojowe!

Powiem więcej: nawet cierpienie po miłości może okazać się rozwojowe i  kształcące, ale pod warunkiem, że się takie doświadczenie z czasem przerodzi w coś pozytywnego. Zdrowy człowiek jest miejscem, przez które przepływają uczucia, chory jest miejscem, w którym tragiczne przeżycia się zbierają. Ale zostawmy traumy. Problem widzę na całkiem innym poziomie: ludzie bardzo banalizują miłość.

Szampan, truskawki i welon?

Zwłaszcza welon jest nadal najwyższym osiągnięciem, a dzień ślubu to najważniejszy dzień w całym życiu! 

Ale chodzi też o to, że ludzie za dużo kombinują w samych założeniach, tak się do siebie przymierzają według prostych założeń, np. że jemu nie będzie wolno patrzeć na inne kobiety albo czy on będzie mnie wyjątkowo traktował, a  czy on bogaty…

Chcą zakontraktować miłość?

Właśnie. Patrzą na to, co dostaną, nie zastanawiając się, czy i co sami mogą dać. Chcą, by drugi człowiek protezował ich niedostatki emocjonalne i nie tylko. A to się bierze właśnie z tego niedokochania, o którym wspominałam. 

Opowiem o  jednej z uczestniczek grupy terapeutycznej, która przyjechała z  tematem kryzysu małżeńskiego. Ona bystra i ładna, on udany, ale oboje z  trudnych rodzin. I oni się tak w siebie wtulili i wierzyli, że to ich ocali i połączy na zawsze. Trwało to 10 lat, ona była w  niego wpatrzona jak w obraz, ale po tej dekadzie poczuła, że się już nakarmiła, poczuła się spokojna, ukochana, ewidentnie doładowała akumulatory.

Poczuła moc?

Zobaczyła, że się podoba innym mężczyznom, że oni też są atrakcyjni. I  inaczej spojrzała na tego swojego męża, który do tej pory jej wierność i oddanie dostawał niejako za darmo. A tymczasem należało się trochę postarać, docenić jej obecność, chociażby zmienić styl związku, odświeżyć relację. To bardzo typowa sytuacja, w  której ludzie z niedowierzaniem pytają: dlaczego po iluś latach rozpada się takie dobre małżeństwo? Dlatego, że nic nie zrobili na przyszłość, a jedynie korzystali z tej fantastycznej energii wyjściowej, którą ta miłość przyniosła fizycznie, chemicznie, energetycznie. Aż paliwo się skończyło.

Zmierzamy do wniosku, że miłość to także praca.

Otóż to, a ludzie chcą – jak ze wszystkim teraz – szybko, dużo i bez udziału własnego. Tak się nie da na dłuższą metę. A z tego pośpiechu zwłaszcza wynikają niepotrzebne pomyłki. Ostatnio tłumaczyłam innej dziewczynie, która spotkała „cudownego księcia z bajki”, że  warto przypomnieć sobie, co on mówił na samym początku znajomości, bo oni mówią wtedy prawdę. Kobiety to powinny wiedzieć. Jeżeli facet mówi, że lubi kobiety, to po jakimś czasie nieuchronnie zacznie się oglądanie za innymi. Jak powie, że nie lubi roboty, na pewno będzie nierobem. Oni o sobie to tak wprost mówią, tylko trzeba uważnie słuchać. I nie lekceważyć tego. 

Tymczasem kobiety najczęściej wyobrażają sobie: „Ja go podkręcę, przerobię, ustawię”. Albo to słynne: „Moja miłość go uleczy…” itd.

Kobiety są naiwne?

I naiwne, i uparte, i zadufane w swej wszechmocy. Nawet wtedy, gdy facet uprzedza, że kiedyś pójdzie sobie dalej. I  idzie, a ona rozpacza, bo pomyliła romans ze związkiem. Tak się dzieje bardzo często. Ludzie idą za projekcją swojego wyobrażenia i nie wyciągają wniosków z dotkliwych nawet przeżyć. Nie zbierają doświadczeń, nie korzystają z danych. A poza tym miłość jest tylko jednym z wielkich doznań i  przeżyć. 

A  cała reszta... Jezu, ile tego jest! 

Więc po co koncentrujmy się na miłości do tego stopnia, że nam oczy zalewa?

Emocje to emocje.

Rzecz w tym, żeby nie kierować się emocjami, lecz sobą. „JA” nie jest tylko emocjami. Problem kobiet tkwi w tym, że są reaktywne i zewnątrzsterowne, bo mamusia tak nauczyła. I to już początek koszmaru. A kobieta jest odrębnością i warto, by się jako taka kształtowała, zamiast być asystentką czy pochodną osobowości i potrzeb mężczyzny.

I żeby pamiętała o swojej wartości?

Oczywiście! A nie jak w słynnym powiedzeniu: „Jak kochają mężczyźni, a  jak kobiety? Kobiety kochają za-wzięcie, a  mężczyźni za-żarcie”. Z czego wynika, że kobiecie wystarcza, że ktoś ją chce, a  dla mężczyzny ważne jest, co dostanie. Przy czym ten podział płciowy jest umowny, bo mamy jeszcze całą rzeszę mężczyzn wychowanych przez mamusie po kobiecemu. Zmierzam do tego, że jeżeli chcemy, by ktoś nas pokochał, musimy kochać samych siebie. Żeby tak mogło być, powinniśmy w domach rodzinnych dostawać bombę akceptacji jak bombę witaminową. Dlatego zamiast wymyślania pigułki na ból po miłosnej katastrofie, byłabym za tym, żebyśmy jej przeciwdziałali. A więc żebyśmy od  dziecka uczyli o psyche, o emocjach, uczuciach, relacjach, traktowaniu siebie nawzajem i siebie samego, żebyśmy mówili, co to są myśli, co to są uczucia, jak z  nimi postępować, na co mamy wpływ, a na co nie, co warto wziąć od rodziny, czego nie powielać itd. To jest esencja życia, mamy wiedzę psychologiczną, z  której powinniśmy czerpać, a nie wykorzystują tego ani dom, ani szkoła.

Wychowuje się nas i uczy, jak być kimś, ale nie jak być z kimś.

To jest ten paradoks. Dlatego uważam, że od najmłodszych lat przedszkolanki i  przedszkolankowie, czyli również mężczyźni, powinni przysposabiać dzieci do życia, nie tylko w rodzinie, ale w  świecie, w społeczności, pośród innych ludzi, w  związkach, w relacjach. Trzeba zająć się budowaniem świadomości i  wiedzy o  tym, jakie jest życie i z tego zdawać egzamin dojrzałości. Trzeba wiedzieć co i kiedy sobie wybaczać, ale też gdzie zaczyna się uległość, przemoc, co znaczy godność osobista i jak jej bronić. Tego trzeba się uczyć, ćwiczyć to, urządzać psychodramy, moderacje. A  tymczasem dostajemy iluzję, że miłość nas uskrzydli, uleczy, wszystko wybaczy, zrefunduje i  zrekompensuje. 

To jest ciążący na nas spadek po patriarchalnej idei romantycznej miłości. Oszukuje się nas obietnicą wzniosłego, prawdziwego uczucia, które wszystko nam załatwi. Guzik prawda. Rzadko kiedy spotykamy na swej drodze ten romantyczny ideał, który jest niezastąpiony i do życia, i do zabawy, i do łóżka, i do intelektualnej zabawy. A  w  dodatku podoba nam się i  kocha nas tak, jak my jego. Takie spotkanie to dar dla nielicznych. Większość ludzi go nie otrzymuje. Błąkają się smętni po świecie w  poszukiwaniu idealnej miłości, zamiast cieszyć się tym, co mają w zasięgu ręki. Nie fiksujmy się na szukaniu tej drugiej połówki jabłka, pomarańczy czy innego owocu. Nie musimy pasować do siebie idealnie, lubić tych samych filmów i  mieć jednego hobby. Część życia można realizować z  przyjaciółmi.

Więc co powinno nas spajać, jeśli nie stan zakochania i nie wspólnota np. zainteresowań?

Najlepszym spoiwem są wspólne wartości. To pokazują badania.

U nastolatków? Oni mają ugruntowany system wartości?

Nie, oni się zakochują, zazwyczaj na  krótko. Tak jak ja wiele razy zakochiwałam się w swojej wizji kogoś i w związku z nim. Dopiero po pięćdziesiątce nauczyłam się kochać, dawać, a nie patrzeć, ile dostanę i jak jestem kochana. To wcale nie znaczy, że mamy być razem dopiero po pięćdziesiątce. Nie – fajnie jest uczyć się siebie i partnera. Smuci mnie, że ludzie nie chcą pracować nad tym, co najważniejsze. Wykończymy się jako gatunek, jeśli ojcowie nadal będą nieobecni lub będą uważali, że przynoszą do domu pieniądze i to wystarczy. A  samotne matki bez pomocy mężów za wszelką cenę postarają się być jednocześnie mamusią i tatusiem. A  wszyscy będą siedzieć z  nosem w  smartfonach.

Wyłania się z tego ekopsychologia.

Powinna. Nie wystarczy walczyć o Ziemię. Co z tego, że pokonamy smog, skoro nie będzie komu oddychać. A to my sami jesteśmy zatruci najbardziej, od  środka. I tu wracam do miłości – ją też trzeba oczyścić ze złych naleciałości, by otulać się nią od dziecka. Wtedy nie będzie nam potrzebne ani lekarstwo, ani antidotum. Nie będzie orkiestry złamanych serc w  gabinetach.

***

Rozmowa z Katarzyną Miller ukazała się w „Urodzie Życia” 5/2019

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Katarzyna Miller o miłości
Błażej Heldwein

Katarzyna Miller: „Romantyczna miłość jest tylko na chwilę, jeśli w nią wierzycie, przegracie”

– Im dłużej pracuję z kobietami, tym wyraźniej zauważam, że istnieje taka reguła: najpierw bardzo chcemy mieć faceta, a potem, jak już go mamy, to mamy z nimi same problemy – mówi psychoterapeutka, Katarzyna Miller. 
Sylwia Niemczyk
03.09.2020

Jest w Polsce dużo typów domów, z których dziewczyna wychodzi stęskniona bliskości i miłości – mówi Katarzyna Miller, psychoterapeutka, prowadząca grupy terapeutyczne dla kobiet. – I co ona robi? Marzy. Wymyśla, że gdy już założy rodzinę, to jej dom będzie zupełnie inny. Że ona będzie inna niż mama, a jej partner będzie inny niż jej ojciec: będzie mnie rozumiał, kochał, wiedział, co mi jest potrzebne.  Takie marzenia, zdaniem Katarzyny Miller, mogą być bardzo niebezpieczne, bo prowadzą do idealizacji zarówno partnera, jak i samej wizji związku. I nawet jeśli sam początek relacji jest taki, jak w marzeniach, to jednak kolejne lata przynoszą rozczarowanie. – Zawsze powtarzam: dziewczyny, romantyczna miłość jest na troszkę, na krótko. A wy marzycie o niej na całe życie. Jeśli wyobrażacie sobie, że tak będzie wyglądało całe życie, to zawsze przegracie – podkreśla Katarzyna Miller.  Katarzyna Miller: „Niedokochane kobiety są ofiarami psychopatów” – Najgorsze jest to, kiedy dziewczyna miała tatusia tyrana, agresywnego alkoholika i matkę-ofiarę, bo takie kobiety są często w dorosłym życiu wybierane przez facetów, którzy świetnie czują, jaka ona jest, czyli przez licznych psychopatów lub przez wygodnych panów, którzy dopiero w takim związku stają się psychopatyczni, bo mogą. To jest strasznie nieszczęśliwy temat – mówi Katarzyna Miller.  Psychoterapeutka zwraca też uwagę na to, że niedokochane w dzieciństwie kobiety są pozbawione wewnętrznego poczucia własnej wartości:  – Ona by chciała, aby jej ból, jej tęsknota, jej niepewność siebie, brak wiary w samą siebie były wyrównywane przez partnera. Żeby on jej cały czas dawał zachwyt, żeby był tatusiem, mamusią, księdzem,...

Czytaj dalej
miller pierwsza
Adobe Stock

Katarzyna Miller o nieudanych związkach: „Wpadamy w miłość jak śliwka w kompot”

Jakie cechy ma nasz facet? Możemy się tego dowiedzieć już na pierwszej randce. Tylko trzeba umieć słuchać – mówią psycholożka Katarzyna Miller i coach Suzan Giżyńska w nowej książce „Mam faceta i mam...problem”.
Katarzyna Miller, Suzan Giżyńska
16.06.2020

Jedna z najpopularniejszych polskich psychoterapeutek, Katarzyna Miller wraca w nowej książce „Mam faceta i mam… problem” (wyd. Rebis) do tematu miłości i relacji z mężczyznami. W książkowym dialogu z coachynią Suzan Giżyńską, z którą wydała już wcześniej „Instrukcję obsługi faceta”, biorą pod lupę nieudane związki, zawody i rozczarowania miłosne. Dlaczego? Bo, jak tłumaczy Suzan Giżyńska: „Miłość to zawsze lekcja. Życzę Wam, żeby była lekka”. Autorki książki „Mam faceta i mam… problem” wysłuchały kilkudziesięciu kobiecych historii (ich fragmenty rozpoczynają każdy rozdział książki). Uderzyło je jak bardzo – mimo  różnic – są typowe. Na początku pojawia się euforia („Gdyby sobie wyobrazić połączenie Boga z Hugh Grantem, to on tak właśnie wyglądał” – opowiada o swoim byłym partnerze jedna z bohaterek), a następnie – przygniata proza życia. Czujemy rozczarowanie, nie umiemy poczuć spełnienia, romantyczne porozumienie dusz zmienia się w ciągłą wojnę. Takich historii jest wiele: często dramatycznie smutnych: „Pewnego dnia, gdy wracałam z siłowni, zobaczyłam przez okno kawiarni mojego faceta”, opowiada jedna z bohaterek. „Siedział z młodą kobietą, trzymał ją za rękę i patrzyli sobie w oczy. Wstrząsnęło to mną. Stanęłam przy ich stoliku. Ta kobieta popatrzyła na mnie i zwróciła się do niego: >>Ona rzeczywiście cię śledzi, Boże, miałeś rację<<. Zignorowałam jej słowa i powiedziałam mu, żeby zabrał z mojego domu wszystkie rzeczy. Serce mi się kroiło, ale byłam z siebie dumna, że zdobyłam się na taką odwagę. Adam nic nie odpowiedział, a ja pobiegłam do domu z płaczem”. Katarzyna Miller tłumaczy: „Cudnie jest przeżywać udaną, wzajemną miłość...

Czytaj dalej
Relacje w związku
Getty Images

W miłości nie chodzi o „dziękuję”, mówi psycholożka, Katarzyna Miller 

Robisz śniadania, prasujesz koszule i czekasz, aż on doceni i powie chociażby: „dziękuję”? Psycholożka, Katarzyna Miller, wyjaśnia, dlaczego poświęcanie się w imię miłości to prosta droga do rozstania.
Sylwia Niemczyk
02.04.2020

Rzetelne dawanie i rzetelne branie ma swoje zasady. Pierwsza jest taka, że ten, kto dostał coś, o co prosił, docenia dar i umie za niego podziękować. A druga zasada: ten, kto daje, nie liczy na wdzięczność i wzajemność. Bo nagrodą jest już samo dawanie” – mówi Katarzyna Miller, psychoterapeutka. Sylwia Niemczyk: Lubimy się poświęcać dla innych? Katarzyna Miller: Nawet bym powiedziała, że my to wprost uwielbiamy! Poświęcanie się dla dzieci, męża, matki, szefa to typowo kobiecy grzech, choć oczywiście znam też paru mężczyzn, którzy również to robią. Ale bez względu na to, kto się poświęca i z jakiego powodu, zawsze wtedy z góry jest skazany na to, że będzie stratny. To przegrana inwestycja, zły interes – specjalnie używam takich określeń, bo bardzo bym chciała, żeby ludzie w końcu uświadomili sobie, że każda nasza relacja z drugim człowiekiem to nic innego, jak interes emocjonalny. Handel, w którym każda strona coś daje i coś bierze. Interes, handel – jakbym słyszała Moryca z „Ziemi obiecanej”. Idziemy na wojnę z romantyzmem? Ja na tej wojnie jestem od wielu lat i zawsze powtarzam: dla własnego dobra przestańmy się wiecznie doszukiwać romantyzmu w życiu, bo to czysta iluzja. A z drugiej strony przestańmy też myśleć, że interes od razu oznacza oszustwo i łódzki geszeft z „Ziemi obiecanej”.. Interesy, w tym te emocjonalne, to normalna, dobra rzecz. Dajemy i bierzemy, umawiamy się na jakąś wymianę i dotrzymujemy umowy. Robimy coś dla kogoś, ale sami też coś z tego mamy. W takim razie co ja mam z tego, że codziennie rano robię mężowi śniadanie? Na przykład masz to, że się sobie taka podobasz: taka jesteś pracowita, dobra, miła. Taka pomocna i potrzebna. Już od samego rana masz poczucie, że zrobiłaś coś dobrego i to już jest twoja...

Czytaj dalej
Katarzyna Miller o miłości
iStock

Niedokochane kobiety nie wiedzą, jak kochać, mówi Katarzyna Miller, psychoterapeutka

Brak bezpieczeństwa w dzieciństwie, brak poczucia pewności siebie w dorosłości… – nasze problemy w związkach często mają źródło nie w naszych partnerach, ale gdzieś zupełnie indziej.
Sylwia Niemczyk
10.09.2020

Kobiety mają problem z mężczyznami, ale przede wszystkim same ze sobą. Brakuje im poczucia własnej wartości, więc mają problem z partnerstwem. Kiedy wchodzą w związek, kontrolują i rządzą, bo to im daje namiastkę bezpieczeństwa – tłumaczy Katarzyna Miller, psychoterapeutka. Sylwia Niemczyk: Czemu nam nie wychodzi w związkach? Tak jest pięknie na początku… Katarzyna Miller: A po kilku latach budzimy się w piekle albo w czyśćcu. Ale jak ma się udać związek z drugim człowiekiem, skoro nie wychodzi nam relacja ze sobą? Oczekujemy, że wymarzony narzeczony nas zrozumie, tymczasem same się dobrze nie rozumiemy. W ogóle nie zajmujemy się sobą, nie zastanawiamy: „Czego ja tak naprawdę chcę, co ja naprawdę czuję”. Więc te wszystkie rozwody wynikają z naszych wewnętrznych problemów? Nie tylko naszych, także różnych wewnętrznych problemów partnera. Ale dziś mówimy o kobietach, wiec muszę powiedzieć, że w dużej mierze problemy w związkach wynikają z naszego wewnętrznego niedokochania. Jeśli kobieta wyszła z dobrego, serdecznego domu rodzinnego, to najpewniej będzie miała udanego partnera i udany związek. Będą sobie żyli spokojnie, oczywiście czasem z jakimiś kryzysami – to jest normalne, a wręcz niezbędne. Ale nie będzie walki, ciągłych podejrzeń, lęku przed odrzuceniem, samotności.  A jeśli dziewczyna jest z zimnego domu – i to wcale nie musi być przemocowy dom, wystarczy, że rodzice będą zaharowani, nieobecni, dyscyplinujący, a nie akceptujący – to wtedy w 9 przypadkach na 10 jej związki w dorosłym życiu nie będą się dobrze układały. Im dłużej pracuję z kobietami, tym wyraźniej widzę tę regułę. A niestety w Polsce jest dużo takich zimnych, pustych domów, z których dziewczyna wychodzi bardzo stęskniona bliskości i miłości.  Co złego jest w...

Czytaj dalej