„Kiedy dziecko się boi, wtedy będzie się uczyć?” – prof. Jacek Pyżalski o empatii u nauczycieli
getty images
#lepszeżycie

„Kiedy dziecko się boi, wtedy będzie się uczyć?” – prof. Jacek Pyżalski o empatii u nauczycieli

Wypalenie zawodowe nauczycieli zagraża uczniom.
Karolina Morelowska-Siluk
04.01.2019

Dobry nauczyciel powinien zauważyć każdą zmianę w zachowaniu dziecka. Na tym polega jego misja. Najważniejsze nie jest wcale wtłaczanie do głowy surowej wiedzy. Nauczyciel musi być czuły jak barometr” – mówi profesor Jacek Pyżalski, profesor Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, dr hab. nauk humanistycznych w zakresie pedagogiki.

Karolina Morelowska-Siluk, „Uroda Życia”: Będziemy rozmawiać o empatii w szkole. Powiem szczerze, że dla mnie to zjawisko nieistniejące. Ostatnio mój dziewięcioletni siostrzeniec przyszedł ze szkoły, mówiąc mamie, że jedna z koleżanek jest ciągle smutna. Jak to jest możliwe, że smutek u dziecka dostrzega rówieśnik, a nie reaguje na niego wychowawca? 

Najpierw słowo o pani siostrzeńcu – wspaniale, że dostrzega coś takiego. Witold Skrzypczyk, nieżyjący już niestety, doskonały terapeuta stworzył program „Pogotowie rówieśnicze”. Uczył dzieciaki czujności właśnie na to, co dzieje się z ich koleżankami i kolegami. Uczył, aby nie pozostawać obojętnym. Oczywiście, dziecko nie udzieli w takiej sytuacji stosownej pomocy, ale często wsparcie rówieśnika ma bardzo duże znaczenie, większe, niż moglibyśmy sądzić. Więc dzieci warto „uczulać” na drugiego człowieka od najmłodszych lat. Dobry nauczyciel powinien zauważyć każdą zmianę w zachowaniu u konkretnego dziecka. Na tym polega ta misja. Priorytetem wcale nie jest tylko wtłaczanie do głowy surowej wiedzy. Nauczyciel musi być czuły jak barometr. Musi mieć oczy szeroko otwarte, bo czasami mamy do czynienia z mało spektakularnymi zachowaniami, które mogą zwiastować kłopoty. Łatwo zauważyć, że dziecko ma siniaka, że płacze czy koledzy go popychają, ale już trudniej zauważyć, że dziecko jest przez rówieśników ignorowane. To czasami są naprawdę subtelności, na przykład wszystkie dzieci częstowane są cukierkami, a jeden Jasiek – nie. Zauważenie drobiazgów, od których zaczyna się wykluczanie przez grupę, wymaga od nauczyciela wysiłku.

Ale na tej czujności nie kończy się, jak rozumiem, rola empatycznego nauczyciela. Tymczasem coraz częściej słyszę, że nawet jeśli nauczyciel coś dostrzega, wybiera jedną z dwóch ścieżek działania: dzwoni do rodziców albo wysyła dziecko do szkolnego psychologa. Zdejmuje z siebie odpowiedzialność.

Nauczyciele są na celowniku – podobnie jak inne osoby pracujące w tak zwanych profesjach pomocowych. To nie jest łatwa pozycja. Wymaga się od nich bardzo wiele, ale nie zawsze w sposób racjonalny i uprawniony.

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Empatii nauczyciel może się uczyć

Rozumiem frustrację, jednak to nie zmienia faktu, że to właśnie im, my, rodzice, każdego dnia oddajemy pod opiekę najważniejszą dla nas osobę...

Wyrazem odpowiedzialności nauczyciela jest czasem także niezabieranie się do czegoś, do czego brak mu kompetencji. Chcę przez to powiedzieć, że bywa tak, iż ingerencja w emocje dziecka bez fachowej psychologicznej wiedzy i praktyki może mieć dramatyczne skutki. Więc nauczyciel powinien zauważyć problem, a następnie rozważnie ocenić, czy jest w stanie spróbować go rozwiązać. Jeśli nie, wysłanie dziecka do specjalisty jest wyrazem odpowiedzialnej troski.

Moje osobiste doświadczenie jest takie, że nauczycielom zdecydowanie empatii brakuje. Byłam raczej numerem na liście w dzienniku, a nie jednostką z określonymi predyspozycjami i słabościami. Jednak od czasów mojej edukacji minęło dobre kilka lat, może polska szkoła trochę się w tej kwestii zmieniła?

Od lat badam problematykę relacji nauczyciel – uczeń, szczególnie przyglądam się jej w kontekście sytuacji trudnych, problematycznych. Badania pokazują, że postawa nauczycieli jest bardzo zróżnicowana, co, z całym szacunkiem dla pani doświadczeń, nie pozwala nam na tak radykalną generalizację. Są przynajmniej trzy grupy nauczycieli. Pierwsza to ci, którzy w sytuacjach trudnych reagują rzeczywiście mało profesjonalnie, empatii im istotnie brakuje, to znaczy działają klasycznie emocjonalnie, nerwowo, stosują jedynie zakazy i kary.

Druga grupa, kiedy napotyka kłopot, stosuje metody ucieczkowe, wycofuje się z działania, poddaje. Ale jest też trzecia grupa – jej przedstawicielem jest co piąty nauczyciel – która trudną emocjonalnie dla siebie i ucznia sytuację potrafi okiełznać, podjąć sensowne działania. Odnoszące skutek, a jednocześnie, co bardzo ważne, niezakłócające relacji „uczeń – mistrz”, nieskracające nadmiernie dystansu. A trzeba pamiętać, że umiejętność zachowania go to też bardzo ważna cecha nauczyciela.

Powiedział pan: „co piąty nauczyciel”. To nie napawa optymizmem...

To prawda, ale optymistyczne jest, że tych dobrych nawyków, tak je nazwijmy, można się nauczyć, to umiejętność nabywalna. Nie przychodzi sama. Powiem więcej, niewielu jest nauczycieli, którzy zaczynając pracę, dysponują szerokim wachlarzem narzędzi do właściwego kontaktowania się z uczniem. Bywa też oczywiście, że długie lata pracy nie przynoszą kompetencji w tym zakresie.

Można się tego nauczyć, ale rozumiem, że nauczycieli na studiach uczy się, jak uczyć, a nie jak budować relację z młodym człowiekiem. Podobnie jak studentów medycyny uczy się, jak wyciąć śledzionę, ale nie uczy się, jak pacjentowi powiedzieć, że tę śledzionę trzeba usunąć.

Z tego, co wiem, na studiach medycznych coś już drgnęło, natomiast niestety wciąż za mało mówi się o tym, jak ważna jest empatia u nauczyciela. Pracuję z nauczycielami, trzy czwarte z nich mówi, że nikt podczas studiów o umiejętności budowania relacji z młodym człowiekiem nawet nie wspomniał.

Mówimy cały czas o uczeniu się empatii, a czy to nie jest tak, że tę empatię albo jej podwaliny człowiek w sobie ma bądź nie?

Byłbym ostrożny w mówieniu o „wrodzonej” empatii. Co prawda badania mówią, że istnieje pewien wrodzony komponent emocjonalności, ale on jeszcze o niczym nie świadczy. O sile i wadze empatii od pewnego czasu zaczęto rozmawiać. Dość powierzchownie. Przez co nam wszystkim wydaje się, że doskonale wiemy, czym ona jest. Nie do końca mogę się z tym zgodzić. Empatia jest bowiem o wiele szerszym pojęciem niż to, które krąży w obiegowej opinii. Mówimy, że to dar współodczuwania, umiejętność przejmowania od kogoś uczuć. Tymczasem na przykładzie relacji nauczyciel – uczeń doskonale widać, że chodzi zdecydowanie o coś więcej.

To znaczy?

Sama empatia w tym powszechnym rozumieniu niczego tu nie zdziała. No bo co z tego, że nauczyciel dostrzeże smutek czy jakieś cierpienie ucznia i „posmuci się” razem z nim? Za umiejętnością wyczucia czyichś uczuć musi pójść intelekt. Trzeba umieć zatrzymać się, przeanalizować czyjąś sytuację, wejść w jego buty, zrozumieć, co może nim kierować i poszukać z nim rozwiązania.

Tego nie da zrobić się bez myślenia. Wielokrotnie byłem świadkiem, kiedy sama emocjonalność, „serce na dłoni” nauczyciela prowadziło i jego, i ucznia w ślepy zaułek. Bo wtedy mamy do czynienia z przysłowiowym wejściem nauczycielowi na głowę. A ten stan nie służy ani uczeniu, ani wychowywaniu.

Skoro empatia we właściwym tego słowa znaczeniu jest nabywalna, co można zrobić, żeby ją nabyć?

Można przeczytać kilka mądrych książek, choć z tego prawdopodobnie niewiele wyniknie. Można mieć szczęście i trafić na kogoś, od kogo uda się czerpać, naśladować go. Ale przede wszystkim kluczowe są tu doświadczenia, wcale nie tylko te zawodowe, po prostu doświadczenia życiowe. Poznałem ludzi, którzy w moim pojęciu zupełnie nie mieli w sobie empatii, a doświadczenie przebywania na przykład z osobą niepełnosprawną pięknie zbudowało w nich tę cechę. I odwrotnie.

Możemy to dostrzec w przypadku wypalenia zawodowego u osób, które pracują z innymi ludźmi, nie tylko u nauczycieli. Widziałem ludzi, którzy na początku byli pełni zaangażowania, wczuwali się, przejmowali, a w pewnym momencie stawali się cyniczni, zdystansowani, zaczynali instrumentalnie traktować swoich podopiecznych. Zatem to, co spotyka nas w życiu, ma zasadniczy wpływ na poziom naszej empatii.

Rozumiem, że przez tę zmienność ciężko jest zweryfikować nauczyciela pod kątem poziomu empatii. Ale sądzę, że można spróbować sprawdzić chociaż, jaki nauczyciel ma pomysł na swoją misję. Mam poczucie, że większość pedagogów uważa, że ich relacja z uczniem ma opierać się na strachu. Bo kiedy dziecko się boi, czuje respekt, to wtedy będzie się uczyć.

Badałem przekonania nauczycieli właśnie dokładnie na ten temat. Tych nauczycieli, którzy cenią sobie autorytaryzm, jest około 30 procent. Coraz więcej jest pedagogów, szczególnie tych młodszych, którzy czują, rozumieją, że nakazowo-zakazowy system kształtowania młodego człowieka to pułapka. Zawężanie jego horyzontów. Zabijanie indywidualności.

Nauczyciele bywają też zwyczajnie zmęczeni, wypaleni. Jest dla nich ratunek?

Zależy, czy mówimy o zapobieganiu, czy „leczeniu” tych, u których problem jest nasilony. W obu przypadkach mówimy o działaniach na poziomie jednostki (np. znalezienie hobby, uprawianie sportu) ale też o rozwiązaniach organizacyjnych w miejscu pracy. Jest sporo rozwiązań – niektóre naprawdę bardzo łatwe do wprowadzenia w życie.

W mojej wyidealizowanej wizji w szkole powinni pracować nie tylko empatyczni nauczyciele, ale też uczniowie powinni opuszczać szkołę z pokładem empatii w sobie. Chciałbym, aby szkoła uczyła jak być człowiekiem otwartym na drugiego człowieka. Utopia? Absolutnie nie! O taką szkołę chcę walczyć. To idealne miejsce, które powinno uczyć uważności na innych ludzi, ale tego nie osiąga się przez gadanie.

Jak to zrobić?

Nie ma innej drogi niż poprzez działanie. Wspólne rozwiązywanie trudności, które napotykają uczniowie. Robienie tego w grupie. Żadnych wykładów o moralności. One są przeciwskuteczne. Dzieciaki chłoną przez obserwację. Są w tym genialne. Tego uczę moich studentów. Dobry przewodnik – nauczyciel to ten, który – jakkolwiek górnolotnie to zabrzmi – świeci przykładem właściwej postawy.

Ale w jaki sposób? Uczeń nie ma specjalnie okazji obserwować postawy życiowej swojego nauczyciela.

Absolutnie się z tym nie zgodzę. Nauczyciel jest pod ciągłą obserwacją swoich uczniów. Nasiąkają tym, jak reaguje na konflikty między uczniami, jak zwraca się do innych nauczycieli, ale też jak zwraca się do pani, która sprząta klasę... Nieprzytrzymanie drzwi pani sprzątającej, która dźwiga ciężkie wiadro, jest „dawaniem przykładu”. Szkoła tym wychowuje.

Powinna też uczyć, że mamy wpływ na to, co dzieje się dookoła nas, a szkoła lubi zamykać uczniowi usta: „Usiądź w ławce i powiedz, co autor ma na myśli”. To dość daleko od postawy empatycznej...

Żyjemy w świecie pełnym konfliktów, przemocy, agresji, rola współczesnej szkoły jest bezcenna. To czas, w którym szkoła powinna uczyć, że każdy z nas ma wpływ, że jego zdanie ma znaczenie, że jego pojedyncza postawa może coś odmienić. Tego wymaga dzisiejsza rzeczywistość. I ciężko mówić, że taka wiedza, takie wyposażenie się zdewaluuje. Jeśli nauczymy się wrażliwości na drugiego człowieka, umiejętności współpracy, kontaktowania się z ludźmi, zachowując wzajemny szacunek, to będzie nasza siła.

Co pan mówi swoim studentom, jak pan rozmawia z przyszłymi nauczycielami, aby zrozumieli, jak bardzo ważna jest ich rola?

Ja im nie opowiadam o tym. „Sprzedaję” im sposoby, jak rozmawiać z uczniem, który coś zbroi, a nie od razu karać. Jak dzieci ze sobą zaprzyjaźnić, zbudować między nimi więzi, kiedy każde podczas przerwy siedzi z nosem we własnym telefonie. Nauczyciel może zastosować tu bardzo proste i naprawdę skuteczne chwyty. Przesadzanie uczniów regularnie tak, aby każdego dnia siedzieli obok innej osoby, zabieranie grupy w zupełnie nowe miejsce, aby poznali siebie w innych okolicznościach, scenerii to działania, które naprawdę przynoszą efekty. Uczę studentów, jak metodą słoika z makaronem motywować dzieciaki do wspólnego działania, właśnie w duchu empatii zamiast niezdrowej rywalizacji.

Słoika z makaronem?

Tak. W ogromnym skrócie polega to na tym, że nauczyciel ma jeden wspólny słoik dla całej grupy, a nie dla każdego ucznia oddzielny i wsypuje do niego makaron, kiedy pojedynczy uczeń, członek grupy zrobi coś pozytywnego. Czyli dziecko nie zdobywa makaronu dla siebie, tylko działa na rzecz drużyny. Wypełniony słoik, to nagroda. Ale ją także wymyśla się wspólnie, nie narzuca jej nauczyciel. To integruje grupę, budzi wrażliwość na koleżankę i kolegę, którzy napotykają przeszkodę. Skłania do współodczuwania i pomagania.

Taki słoik pokazuje, że warto patrzeć dalej niż na czubek własnego nosa, że liczymy się i ja, i drugi człowiek. Tego powinna uczyć empatyczna szkoła. Takiej szkoły potrzebujemy, aby świat zaczął skręcać w tę lepszą stronę.

Rozmowa z prof. Jackiem Pyżalskim ukazała się w „Urodzie Życia” 10/2016

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG