Mówiąc: „Mogę wszystko!” albo: „Jestem zwycięzcą!” oszukujesz samą siebie
Caleb George

Mówiąc: „Mogę wszystko!” albo: „Jestem zwycięzcą!” oszukujesz samą siebie

Motywacja do działania polega na czymś innym niż powtarzanie sobie „zwycięskich afirmacji”.
Sylwia Niemczyk
05.07.2019

Nie wierzę w szumne hasła motywujące: »Dasz radę!« albo »Jesteś zwycięzcą!«. Na dłuższą metę one nie działają. Prawdziwą, skuteczną motywację do działania musimy znaleźć w sobie” – mówi dr Joanna Heidtman, psycholog i coach.

Sylwia Niemczyk: Jesteśmy leniwi? 
Joanna Heidtman: Z natury? Przeciwnie, zwykle lubimy być aktywni i mamy dużą satysfakcję z działania. Bezczynność nas męczy.

To dlaczego już na początku marca po naszych noworocznych postanowieniach pozostaje tylko pył i kurz? Tak marzyliśmy, planowaliśmy, a potem starcza nam energii tylko na marne dwa miesiące?
To akurat w ogóle mnie nie dziwi, bo postanowienia i cele, które sobie stawiamy, płynąc na fali noworocznej euforii, są często nierealistyczne i niezgodne z innymi, ważnymi dla nas aktywnościami. Wtedy nawet najwyższa motywacja nam nie pomoże, bo przecież jej fundamentem jest dobrze obrany cel. Rzadko się zastanawiamy, na ile to, co chcemy osiągnąć, jest w ogóle możliwe, a po drugie: na ile jest to „nasze”, wynika z naszych wartości, potrzeb, zasad. 

Ale bywa, że nawet kiedy mamy „nasz” cel, to nie umiemy się zmusić do działania. Chcemy schudnąć – ale nawet nie wykupujemy karnetu na siłownię. Wszystko pozostaje w sferze planów. 
Dalej nie sądzę, że to jest kwestia jakiegoś wrodzonego „lenistwa”. Na to, czy w ogóle podejmiemy jakieś działanie, składa się dużo różnych rzeczy, np. nasz poziom energii, uznanie innych oraz – to jest bardzo ważne! – nasze poczucie, że cokolwiek od nas zależy. Osoby, które wierzą, że mają duży wpływ na to, co dzieje się w ich życiu – w psychologii mówimy o nich: wewnątrzsterowne – będą chętnie podejmować jakiś wysiłek. Będą formułować cele i do nich dążyć. Inaczej niż osoby zewnątrzsterowne, czyli te, które żyją w przeświadczeniu, że  wszystko, co je spotyka, to kwestia losu czy biometu. 
Nasze poczucie sterowności kształtuje się w dzieciństwie. W dorosłym życiu jest możliwe do zmiany, choć to musiałoby się wiązać z naprawdę gruntowną przebudową naszego światopoglądu, tożsamości nawet – a na to potrzeba wielu lat pracy. 

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Być jak prof. Zbigniew Religa

A czemu, jeśli już jakimś cudem zaczniemy zmieniać nasze życie, to często rezygnujemy w pół drogi?
Choćby dlatego, że chcemy bardzo szybko widzieć efekty – a tu nic. Już poświęciliśmy czas i energię, już mamy za sobą cztery treningi na siłowni, a mięśni dalej nie widać. To jest moment, kiedy motywacja gwałtownie spada i chcemy wszystko rzucić w diabły. W coachingu ten okres nazywamy „długą, ciemną nocą zmiany”, którą, niestety, trzeba po prostu przetrwać. Himalaiści mówią, że najciemniej jest tuż przed świtem. Nie wszyscy jednak mają równe szanse, by doczekać do świtu i nie zawrócić, bo tutaj ogromne znaczenie ma nasze własne podejście do porażek i trudności. Martin Seligman, twórca teorii wyuczonej bezradności, zauważył kiedyś, że na niepowodzenia ludzie reagują na dwa różne sposoby: optymistyczny i pesymistyczny. Ten drugi sposób prezentują wszyscy ci, którzy w przypadku porażki lubią uogólniać: „Nigdy mi się nic nie udaje” i obwiniają sami siebie: „Coś ze mną jest nie tak”. Pesymistyczne podejście do naszych porażek będzie zżerać naszą motywację w błyskawicznym tempie! 

Z drugiej strony wszyscy znamy ludzi, którzy nie poddawali się nawet po serii porażek. Przykładem może być prof. Zbigniew Religa, którego historię przybliża film „Bogowie”. Kiedy go spotykały porażki – i to nie były drobne niepowodzenia, ale ogromne, obciążające psychikę – u niego pojawiało się myślenie: „Jak mogę z tym zadziałać?”. Ogromna wiara w cel, samosterowność i z pewnością zdrowy styl wyjaśniania niepowodzeń, który nie pozwalał mu zatrzymać się w drodze do celu. I właśnie – jasno określony cel, który był bardzo głęboko zakorzeniony w jego systemie wartości. Oczywiście to są tylko moje przypuszczenia, ale jestem pewna, że taką wytrwałość motywacyjną, jaką miał prof. Religa, mamy tylko wtedy, kiedy to, co robimy, jest w stu procentach „nasze”. 

Motywacja opiera się na pozytywnym nastawieniu

Możemy w sobie zmienić pesymistyczne podejście do niepowodzeń na zdrowe, konstruktywne?
Na szczęście z tym jest już łatwiej niż z naszą sterownością. Styl wyjaśniania niepowodzeń to nasz nawyk myślowy, więc można go zmieniać, np. poprzez proste ćwiczenia psychologiczne, opracowane przez Seligmana. 
Swoim klientom, u których rozpoznaję ten problem, zalecam najpierw zapisywanie własnych monologów wewnętrznych, pojawiających się wtedy, kiedy coś idzie nie po ich myśli. Dzięki temu sami mogą zauważyć, że swoje niepowodzenia wyjaśniają w destrukcyjny dla siebie sposób, zyskują świadomość. Drugi krok to zatrzymanie strumienia negatywnych myśli. Dopiero w kolejnym kroku uczymy się nowego, konstruktywnego stylu myślenia o  sobie i naszych porażkach. Szczególnie my, kobiety, ze względu na to, jak zostałyśmy wychowane, musimy nad tym ciągle pracować. Z  badań Seligmana wynika, że to właśnie my mamy większą skłonność to takiego, jak to on mówi: „przeżuwania”, czyli ciągłego analizowania porażki i  samobiczowania się za niepowodzenia. 
Drugie ćwiczenie to zapisywanie alternatywnych wytłumaczeń, w których uwagę kierujemy na okoliczności lub zachowania – jednorazowe i możliwe do zmiany. To wielka ulga, kiedy wreszcie przestaniemy się obwiniać o wszystko, co nam się zdarzyło, a zaczniemy przyglądać się pojedynczym sytuacjom i wyciągać z  nich naukę na przyszłość. I iść dalej. Motywacja idzie w górę albo przynajmniej przestaje spadać.

Czyli to, że nie mogę się zmusić do biegania, wynika wyłącznie z moich złych nawyków myślowych? 
Nie, oczywiście, że nie. Jeśli chodzi o bieganie, jogę, angielski czy nawet zmianę pracy, to tutaj jeszcze raz przemyślałabym, dlaczego tak naprawdę chcemy to robić? Czy na pewno jest to sprzężone z naszymi wartościami? Jaką potrzebą się kierujemy? Autentyczna potrzeba, wewnętrzne intencje i wartości są jedynym skutecznym paliwem motywacji. 
Bywa, że podejmując jakieś działania, kierujemy się strachem, a wbrew pozorom strach nie działa motywująco. Zaczynamy biegać, bo boimy się, że przytyjemy. Idziemy na studia po czterdziestce tylko dlatego, że boimy się zwolnienia z pracy. Ten strach daje adrenalinowego kopa na samym początku – widzimy to np. kiedy ktoś poważnie zachoruje i z dnia na dzień rzuca palenie albo przechodzi na wegetarianizm – ale na dłuższą metę zamiast nas napędzać, wygasza naszą aktywność. Skuteczną motywację, która przetrwa trudności, lepiej budować na tym, co jest dla nas ważne, a przede wszystkim co jest pozytywne. 

Skoro tylko my sami możemy się zmotywować do działania, to dlaczego na spotkania z mówcami motywacyjnymi przychodzą tłumy? 
Mnie też dziwi ten rozkręcony do granic absurdu kult motywacji. Myślę, że z naszą motywacją jest jak z leczeniem. Główna zasada: „Nie szkodzić”. Jeśli jesteśmy zdrowi, nie mamy depresji, to naprawdę nie brak nam motywacji do rozwoju, nauki, poszukiwań. Chyba że wokół nas dzieje się coś, co ją niszczy. Widać to  u małych dzieci, które przecież uczą się nowych rzeczy dla samej radości z  nauki. Ale kiedy idą do szkoły i dowiadują się, że nauka nie jest wartością samą w  sobie, ale że ważniejsze od niej są oceny i egzaminy, często tracą wewnętrzną motywację. My tak samo często tracimy wewnętrzną radość i satysfakcję z działania, bo np. czujemy się do tego działania przymuszeni – społeczną oceną, porównywaniem się z innymi itp. 
Poza tym, jeszcze pokolenie wstecz nikt nie zastanawiał się głęboko, czy ma chęć i motywację, żeby coś robić. Kiedyś Jacek Walkiewicz, psycholog i mówca inspiracyjny, którego bardzo cenię, opowiadał o swojej babci, która wstawała o świcie, żeby nakarmić kury – co prawda nie ze śpiewem na ustach, ale jednak wstawała i to robiła. Dla niej było oczywiste, że to jest jej powinność. Moja babcia zachowywała się podobnie. Kiedy wiedziała, że ludzie na nią liczą, to nie zastanawiała się, jaki ma humor i czy ma akurat potrzebę działania, a już pojęcie „chęci” chyba w ogóle było jej nieznane. Działała, bo czuła zobowiązanie, podjęte zresztą z własnej woli. Tego poczucia powinności w naszym współczesnym modelu mentalnym mi brakuje. 

Czyli jednak wracamy do słowa: muszę, które przecież – i to za radą coachów – wykreśliliśmy z naszego słownika.
Ci, którzy je całkowicie wykreślili, zbytnio uprościli radę coachów. Przecież w dużym stopniu to my sami wybieramy model swojego życia i nasze „muszę”. Mogliśmy mieć rodzinę i dzieci, mogliśmy ich nie mieć, raczej nikt nam pistoletu do głowy nie przystawiał. Mogliśmy pójść do jednej pracy, mogliśmy do innej. Podejmujmy pewne zobowiązania i trzymajmy się ich, przypominając sobie w chwilach kryzysu o tym, jakie mamy główne cele i w jaki sposób one są związane z naszymi wartościami. I to nam pomoże wytrwać w naszych postanowieniach, a nie przeniesieni żywcem z amerykańskiego rynku mówcy, którzy krzyczą ze sceny: „Jesteś zwycięzcą!”, „Chcieć to móc”, „Umiesz!” „Uda ci się!”. Nie wierzę w ich skuteczność, choć wiem, że wywołują u słuchaczy chwilową euforię. Ale jestem przekonana, że po kilku dniach czy tygodniach kończy się ona kacem psychicznym, takim samym, jaki czujemy w  lutym czy w marcu, gdy widzimy, że znowu, jak co roku, nic nie wyszło z  naszych postanowień z  pierwszego stycznia. Przesadna wiara w  pseudomotywacyjne hasło: „Możesz wszystko” bywa okupiona depresją i  rozczarowaniem. 
Za to czymś zupełnie innym jest inspiracja i mówcy inspiracyjni, którzy podczas wystąpień dzielą się doświadczeniami i refleksjami, zmieniają nasz punkt widzenia, pokazują, w jaki sposób osiągnęli to, co osiągnęli, jak pokonywali trudności.

Czy wizualizacje celu, marzenia mogą nam pomóc w tych trudnościach?
Wizualizacja może pomagać, choćby dlatego, że wyzwala emocje, które przecież są składnikiem motywacji. Wyraźna, konkretna wizja przyszłości to nasza latarnia morska, do której halsujemy przez wzburzone morza. Dobrze jest ją mieć, szczególnie, jeśli cele, do których dążymy, wymagają więcej wysiłku i czasu. Na początku każdej nowej aktywności czujemy wyrzut energii i entuzjazmu, ale potem przychodzą przeszkody, brak czasu, rutyna. Morale na naszym statku spada. I wtedy właśnie to światełko latarni, odświeżenie naszego marzenia, pomoże nam na nowo obrać prawidłowy kierunek. Nasza wizja pomoże nam znaleźć entuzjazm do dalszego działania.

***

Rozmowa z dr Joanną Heidtman ukazała się w „Urodzie Życia” 4/2019


Dr Joanna Heidtman – psycholog i socjolog, trener biznesu, doradca, coach. Współzarządza firmą doradczą Heidtman & Piasecki, współzałożycielka Fundacji na rzecz Kapitału Intelektualnego, prowadzi zajęcia na studiach podyplomowych na SWPS. Wiedzę i doświadczenie zdobywała m.in. w University of South Carolina i Cornell University w USA. Od wielu lat realizuje projekty rozwojowe, m.in. programy rozwoju przywództwa oraz umiejętności i kompetencji menedżerskich.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Sposoby na przewlekły stres
Thibault Debaene 

Psycholog, Joanna Heidtman o naszym napięciu psychicznym: „Same sobie to robimy”

„Wyżej, dalej, szybciej, lepiej”? Zwolnij, bo nie dobiegniesz.
Sylwia Niemczyk
05.07.2019

Pędzimy. W stresie i rozedrganiu, cały czas na pełnej adrenalinie. Od  rana do wieczora, nawet nocą nie umiemy wyhamować. „Tymczasem im dalej  chcemy dobiec, tym bardziej musimy zadbać o mądre rozłożenie własnej energii”, mówi dr Joanna Heidtman, psycholog i coach. Nie żyć w stresie Sylwia Niemczyk, „Uroda Życia”: Czy możemy same, bez tabletek i psychoterapii, uwolnić się od ciągłego napięcia i stresu?  Joanna Heidtman: Moje doświadczenie coacha podpowiada mi, że z tym napięciem, rozedrganiem i kotłowaniną myśli możemy walczyć tylko wtedy, kiedy staniemy z nimi oko w oko. Czyli zamiast bezsennie leżeć w łóżku, lepiej wstańmy, weźmy kartkę i wypiszmy wszystko, co mamy w  głowie.  Tyle że wypowiedzenie na głos naszych lęków czy smutków jest bardzo trudne.  Ale dopóki pozostaną niesformułowane, będą wywoływać w nas niepokój. Uzewnętrznienie naszych lęków czy smutków może boleć, ale już po chwili przyniesie ulgę. Poza tym, dlaczego aż tak bardzo boimy się poczuć swój smutek? Czemu uciekamy przed trudnymi uczuciami? To duży błąd, bo jeśli chodzi o emocje, to mamy do wyboru: albo wszystko, albo nic. Nie chcemy czuć smutku, strachu czy złości? OK, to jest możliwe, ale wiąże się z tym, że przestaniemy też czuć radość, entuzjazm czy szczęście. Tutaj nie ma kompromisu.  Skąd się bierze to nasze współczesne rozedrganie nerwów?  Najbardziej oczywistym powodem jest ogromna liczba bodźców, które wołają o naszą uwagę. I ona skacze jak pies za rzucaną piłką – raz tu, raz tam.  Nadmiar informacji może dekoncentrować, ale czemu wywołuje w nas taki stres? Bo jeśli nasza uwaga co chwilę przeskakuje gdzieś indziej, to szybko się męczy. Nie jesteśmy wtedy już w...

Czytaj dalej
Zmiana pracy po 40-tce
Adobe Stock

Zmiana pracy po 40-tce? Pozwól sobie na żałobę i idź dalej

„Często przez wiele lat funkcjonujemy na automatycznym pilocie, nie zastanawiając się zbytnio, czego tak naprawdę chcemy. Budzimy się mniej więcej w połowie życia i wtedy zaczynają się zmiany”
Sylwia Niemczyk
07.06.2020

Życiowe zmiany: pracy, miasta, kraju kojarzymy z ciągłym rozwojem, z tym, że wciąż idziemy do przodu. A nie zawsze tak przecież jest. Czasem, żeby dać krok do przodu, najpierw musimy zrobić dwa wstecz – mówi dr Joanna Heidtman, psycholog i coach. Jak zmienić pracę po 40-tce? Zamiast skakać na główkę, dobrze się do tego przygotujmy i pozwólmy sobie na żałobę po dawnym życiu. Na zmianę nie jest za późno Sylwia Niemczyk: Wciąż słyszymy o tym, że powinniśmy wychodzić ze swojej „strefy komfortu” i decydować się na zmiany w życiu. A przecież nie ma chyba nic bardziej stresującego niż to. Dr Joanna Heidtman: Większość ludzi odczuwa mniejszy lub większy niepokój związany ze zmianami i to zupełnie normalne. Genetycznie jesteśmy zaprogramowani na ostrożność i względną stałość naszego otoczenia i naszej sytuacji życiowej. Problem w tym, że dzisiaj świat wygląda zupełnie inaczej niż jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Tempo zmian przyspieszyło w niewyobrażalny sposób, a nasza zdolność adaptacyjna aż tak się nie zmieniła. Nie nadążamy za światem, który sami stworzyliśmy. Dobrze jest to rozumieć i szanować w sobie tę zrozumiałą powściągliwość. Miejmy świadomość, że zmiany, zwłaszcza częste i rewolucyjne, to dla nas stres i wielki wysiłek.  Choć po przeczytaniu tysięcznej historii o ludziach, którzy z dnia na dzień rzucili pracę i zaczęli nowe, wspaniałe życie na drugim końcu świata, można ulec złudzeniu, że nie ma nic łatwiejszego.  Obecnie mamy aż nadmiar takich opowieści „ku pokrzepieniu serc”. I dobrze, że są, bo ważne jest, żeby wiedzieć, jak inni sobie radzą, ale pamiętajmy, że nasze podejście do zmian i sposób przechodzenia przez nie może być różny. Zdaniem prof. Heike Bruch istnieją dwie postawy wobec zmian. Pierwsza,...

Czytaj dalej
Coach o pracy
Getty Images

Polubmy poniedziałki! – radzi coach. I tłumaczy, dlaczego warto zmienić swoje podejście

Narzekanie na pracę odbiera siły
Hanna Węgorzewska
26.05.2019

Pozytywne podejście i odnalezienie choć odrobiny sensu w naszej pracy daje energię. Ciągłe obrzydzanie jej samemu sobie odbiera nam siły – tłumaczy dr Joanna Heidtman, psycholog i coach w „Urodzie Życia”. I wyjaśnia, że zamiast odliczać: „Jeszcze tylko pięć dni do weekendu”, lepiej będzie, jeśli uświadomimy sobie, że poniedziałek to też nasze życie. Co zrobić, aby polubić swoją pracę? Pytamy.  Uroda Życia: Nie lubię poniedziałków – powtarzamy to hasło od lat. Dlaczego tak często traktujemy pracę jako karę, skoro spędzamy w niej tyle życia? To nielogiczne. Joanna Heidtman:  Tak, rzeczywiście. W mediach społecznościowych mnożą się wpisy: „Jeszcze tylko pięć dni do weekendu” – jakby koniec tygodnia był jedynym czasem, gdy możemy czuć się spełnieni. Ba, wreszcie jesteśmy sobą… A potem z ciężkim sercem idziemy do pracy. A przecież nie żyjemy w oddzielnych „sektorach”, to cały czas to samo życie, w pracy, w domu. Nie dość, że nie zawsze jest idealnie, to jeszcze sami obrzydzamy sobie naszą pracę. Troszkę wzmacnia to społeczna norma, bo inni też narzekają – na szefa, nawał obowiązków, niską pensję, brak docenienia. Rzadko słyszymy: „A może nie jest tak źle?”. Narzekając i psiocząc, dostajemy często od innych „głaski” w postaci zrozumienia i wsparcia: „No tak, rzeczywiście beznadziejnie”. Dlaczego to może być na długą metę niebezpieczne? Bo utwierdzamy się w przekonaniu, że faktycznie w pracy ucieka nam życie, że nic albo niewiele możemy, że nic i nigdy się nie zmieni i niewiele zależy od nas. Nie dość, że nie jest idealnie, to w naszym postrzeganiu rysuje się to tylko gorzej. I nam jednocześnie też jest gorzej.  Co wynika z takiego pesymistycznego nakręcania się? Zniechęcenie, wypalenie, a...

Czytaj dalej
Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne

Jak być dobrą dla samej siebie? O trudnej sztuce samo-empatii

Obwiniasz się, nie wspierasz i nie rozumiesz swoich zachowań. Naucz się empatii wobec samej siebie.
Sylwia Arlak
20.07.2020

Uczymy się tego, jak być dobrą dla innych, ale często zapominamy o empatii wobec samych siebie. Boimy się etykietki „egoistka”, dlatego nadmiarowo, często nawet nieproszone poświęcamy swój czas i uwagę potrzebom innych ludzi. Zastanów się – kiedy ostatnio skupiłaś swoje myśli na tym, czego TY potrzebujesz, czego TY chcesz i na czym TOBIE zależy? Kiedy byłaś empatyczna wobec siebie samej? Psycholodzy alarmują, że poświęcanie się dla innych zawsze, prędzej czy później, skończy się frustracją i to obu stron. O wiele lepiej niż poświęcać się dla innych, jest budować samo-empatię i zdrowy egoizm. „Zdrowa egoistka” wie, że musi być dla siebie najważniejsza. Jest silna i bierze odpowiedzialność za siebie i własne życie. Nie obwinia innych za swoje braki czy niepowodzenia – nie oczekuje, że ktoś się „odpłaci” jej za jej poświęcenie. Jest szczęśliwa i spełniona. Chcesz taka być? Naukę empatii wobec samej siebie zacznij od kilku prostych porad. Myśl o swoich potrzebach Każda z nas chce być szczęśliwa i chce uniknąć cierpienia. To jeden z naszych najbardziej pierwotnych instynktów. Uczucia miały nam pomóc przetrwać, bo zawsze dążyliśmy do potencjalnych korzyści i unikaliśmy potencjalnych zagrożeń. Jesteśmy do tego zaprogramowani, choć część z nas może ignorować albo tłumić te popędy i postrzegać, je jako źródło słabości. Empatia wobec siebie wymaga wrażliwości na nasze potrzeby emocjonalne. Raz na jakiś czas zatrzymaj się i zastanów, czego tak naprawdę chcesz. Kto może powiedzieć więcej o twoich potrzebach, niż ty sama? Zaakceptuj, że życie to także porażki Trudno mieć dobre samopoczucie i uwolnić się od cierpienia w świecie, który tak często nas rani. Będąc empatyczną wobec siebie, wiesz, że codziennie wykonujesz...

Czytaj dalej