Mobbing w pracy może cię zniszczyć psychicznie: zobacz, jak go rozpoznać
Adobe Stock

Mobbing w pracy może cię zniszczyć psychicznie: zobacz, jak go rozpoznać

Mobbing, czyli wg definicji uporczywe nękanie w pracy przez bardzo długi czas rozwija się po cichu, jak nowotwór. Często zaczyna się od pozornie życzliwych rad i troskliwych komentarzy. 
Sylwia Niemczyk
20.07.2020

Mobbingujący i mobbingowany – oboje są uwikłani w niebezpieczną grę mobbingu. „Problemy z granicami mają zwykle zarówno osoby prześladujące, jak i te, które prześladowane. Przeważnie jest tak, że ci pierwsi nie umieją poszanować cudzych granic, a ci drudzy – ustrzec własnych”, mówi Katarzyna Kucewicz, psychoterapeutka i psycholożka, współwłaścicielka ośrodka Inner Garden, która razem z prawniczką Moniką Wieczorek pracuje nad książką o psychologicznych aspektach mobbingu.

Sylwia Niemczyk: Jak to jest, że dorośli, samodzielni, często bardzo dobrze wykształceni ludzie godzą się na to, żeby ktoś w pracy ich prześladował albo poniżał? Dlaczego nie ucinamy mobbingu już na samym początku? 

Katarzyna Kucewicz: Chciałabym, żeby to było takie proste: ktoś spotyka się z prześladowaniem i stanowczo mówi: nie. Zwykle tak się nie dzieje i to nie tylko ze względu na nieraz trudne okoliczności życiowe: kredyt do spłacenia czy podbramkową sytuację rodzinną, ale też ze względu na samą naturę mobbingu, bardzo przebiegłą. Nękanie w pracy przez bardzo długi czas rozwija się po cichu, w utajony sposób, trochę jak nowotwór. Najpierw daje niespecyficzne objawy, pobolewa tylko od czasu do czasu, człowiek przez długi czas nie zdaje sobie sprawy, że jest w wirze przemocy psychicznej. Nie podejrzewa tego nawet przez całe tygodnie i miesiące. 

Poza tym większość z nas reaguje na mobbing gwałtownym obniżeniem samooceny. A jeśli już od dziecka mamy dość niską samoocenę, to kiedy znajdziemy się w sytuacji mobbingu, łatwo uwierzymy, że nic nie znaczymy i nic nie możemy zrobić. I nawet jeśli przyjdzie nam do głowy: „To jest mobbing. Nie jestem dobrze traktowana” – to i tak raczej nic z tym nie zrobimy. Bo uznamy, że nie jesteśmy w stanie skutecznie zadziałać: „Nie mam dokąd pójść, nikt mi nie uwierzy, nikt nie pomoże”. Ofiara mobbingu, podobnie jak ofiara przemocy domowej, jest przekonana, że tak już musi być. W mobbingu działa metoda zdartej płyty: jeśli mobber będzie powtarzał cały czas, że dany pracownik jest do niczego, to w końcu wszyscy, łącznie z tym pracownikiem, w to uwierzą. Albo nawet bywa nieraz, że pracownik bierze winę na siebie – jest w stanie logicznie wytłumaczyć sam sobie, czemu to właśnie jego spotyka krzywda. Sposób myślenia u ofiary prześladowania jest bardzo zniekształcony. 

Mobbing w pracy jest jak nowotwór

Dla kogoś, kto patrzy z boku, sprawa jest prosta: „Kobieto, zwolnij się” albo: „Postaw granice, zawalcz o siebie, poskarż się na samej górze”. 

To są rady dawane z perspektywy wygodnego fotela, które nie przynoszą dokładnie nic. Nie pomagają w ogóle.

To w takim razie lepiej ich nie dawać? Mamy patrzeć na wykończoną nerwowo siostrę, przyjaciółkę, na mobbingowanego męża – i nic nie mówić?

Dawanie rad typu: „Zwolnij się, nie pozwól sobie wejść na głowę” przynosi korzyść wyłącznie temu, kto je daje, bo pozwala mu się poczuć lepiej, mądrzej albo szlachetniej. Tak naprawdę, to w ogóle dając rady, chcemy raczej szybko załatwić temat, a nie wgryźć się w niego. To nie jest tak, że ofiara mobbingu nie wie „na logikę”, co powinna zrobić. Bardzo dobrze wie, tylko nie jest w stanie się do tego zmobilizować. Nie umie zachować się w inny sposób niż ten dla niej naturalny – co jest zresztą zrozumiałe, bo zachowywanie się w inny sposób niż w ten, który jest dla nas naturalny, jest zadaniem karkołomnym dla większości ludzi. 

Przełamywanie schematów zachowania albo myślenia jest bardzo trudne, więc jeśli od dzieciństwa jesteśmy wychowywane na grzeczne dziewczynki, które mają być miłe i ciche, to jak możemy potem w dorosłym życiu nagle stać się asertywne, pilnować swoich granic i mieć wysokie poczucie pewności siebie? To jest sprzeczne z naszą naturą. I w związku z tym kiedy ofiara mobbingu usłyszy taką radę, nawet wypowiedzianą w najżyczliwszy sposób, to odbierze ją jako krytykę i jeszcze bardziej zamknie się w sobie. A to pogłębi jej osamotnienie, bo w którymś momencie może uznać, że nie ma sensu opowiadać o swoich kłopotach w pracy, ponieważ w ten sposób naraża się tylko na ocenę.

Ofiara mobbingu potrzebuje mądrego wsparcia

W takim razie co możemy zrobić, aby ją wesprzeć?

Wysłuchać. To najważniejsze. Ewentualnie możemy wspólnie wymyślić kilka konkretnych małych kroków, które pomogą podjąć decyzję: co zrobić, kiedy i jak. Czasem układamy strategię zmiany pracy, a czasem strategię przetrwania w tej, którą mamy. Bo pamiętajmy, że mobbing może być różny i różne mogą być sytuacje życiowe. Samotna matka z kredytem na karku często nie ma zbyt dużej możliwości manewru, nie zawsze może iść na wojnę z pracodawcą albo współpracownikami. To, co może zrobić przede wszystkim, to pracować nad swoją samooceną. Jeśli mobbing przybiera tylko formę wyzłośliwiania się, to nieraz kobiety uczą się nie przyjmować tego do siebie i nie rezygnują z pracy, bo po prostu im się to nie kalkuluje. Poza tym nie jest przecież powiedziane, że w kolejnej firmie wcześniej czy później nie dojdzie do podobnej sytuacji. Ofiary mobbingu miewają problem z określaniem swoich granic. Bywa, że wikłają się w toksyczne relacje i godzą się na to, by inni ich nadużywali. 

Trochę zabrzmiało to tak, jakby ofiara też ponosiła odpowiedzialność za to, co ją spotkało. 

Oczywiście to absolutnie nie znaczy, że osoba, która jest prześladowana w pracy, ponosi część winy – zupełnie tak nie jest. Całkowitą winę za mobbing ponosi mobber. Każdy z nas jednak ponosi pewną odpowiedzialność za repertuar własnych zachowań. Problemy z granicami zazwyczaj mają i osoby prześladujące, i prześladowane. Przeważnie ci pierwsi nie umieją poszanować cudzych granic, a ci drudzy – strzec własnych. Mobber forsuje, a osoba mobbingowana wpuszcza. Nie dysponuje narzędziami psychologicznymi, które pomogłyby jej ustawić prawidłowe relacje. Ofiarami mobbingu zostają czasem też ludzie, którzy w dzieciństwie byli ofiarami przemocy ze strony rodziców i nauczyli się, że relacje ludzkie właśnie tak wyglądają: kat – ofiara, słabszy – silniejszy. Ale jeśli pogrzebiemy w psychice mobbera, to też nieraz znajdziemy trudne doświadczenia z dzieciństwa, często dużo przemocy słownej albo nawet fizycznej. 

Co jeszcze da się tam znaleźć?

Patrząc z perspektywy teorii osobowości, badacze zauważają wysoki poziom paranoiczności i spiskowej wizji świata. Do tego tendencje do narcystycznych i psychopatycznych zachowań. Nie znajdziemy za to empatii, a jeśli już, to naprawdę ograniczone zasoby. Osoba mobbingująca nie potrafi wczuć się w sytuację kogoś innego, skupia się tylko na tym, jak sama się czuje. 

Dlatego nieraz sama czuje się ofiarą w tej relacji.

Mobber nigdy nie przyzna się sam przed sobą, że jest mobberem. Ludzie stosują przeróżne strategie myślowe, żeby usprawiedliwić albo wytłumaczyć swoje agresywne zachowania względem innych. To nie jest tak, że podczas procesu sądowego mobber kłamie przed sądem – on często jest głęboko przekonany o własnej krzywdzie. Bo wierzy, że nie zrobił nigdy nic złego, a to ta druga strona zawiniła: niekompetencją, lenistwem, przewrażliwieniem. Na pewno nie jest tak, że mobber postanawia któregoś wieczoru: „Od jutra zaczynam dręczyć”. Najczęściej jest tak, że jakaś osoba mu przeszkadza – zwykle w budowaniu swojej samooceny. Ludzie mobbingują te osoby, które im zagrażają, albo drugi typ ofiar: najsłabsze ogniwa, słabe psychicznie, o mniejszych umiejętnościach. Mobber daje sobie prawo, żeby krytykować, oceniać, daje sobie przyzwolenie na to, by pokazać tej osobie „miejsce w szeregu”. Zaczyna wierzyć, że cel uświęca środki, a zachowania mobbingujące wydają się mu uzasadnione i słuszne. 

Jakie zazwyczaj to są zachowania? Jest jakiś standardowy zestaw?

Dużo zależy od mobbera i jego sposobu działania. Na pewno standardowe jest to, że mobbing zawsze zaczyna się subtelnie i narasta z czasem. Zazwyczaj pierwszy etap to delikatne izolowanie danej osoby, wskazywanie, że ona odstaje albo od zespołu, albo od standardów firmy. Paradoksalnie mobbing może zacząć się od pozornie życzliwych rad albo troskliwych komentarzy. W początkowej fazie mogą wyglądać jak informacja zwrotna – czyli coś, czego przecież wszyscy oczekujemy w pracy. I nawet jeśli poczujemy się urażeni, upokorzeni, to zazwyczaj tłumaczymy to nieporadnością szefa, brakiem dyplomacji albo wychowania. Osoba mobbingowana na początkowym etapie nie ma świadomości, co się dzieje, zresztą, co ciekawe, mobber też często nie zdaje sobie z tego sprawy. Izolowanie mobbingowanego to jest chyba najbardziej klasyczna rzecz, która w dodatku po jakimś czasie samoistnie się nasila – mobber wskazuje odmienność nękanej osoby, a wtedy ona sama też zaczyna się izolować od reszty zespołu, bo przestaje dobrze się czuć w tym środowisku. Robi się błędne koło. Izolacja postępuje, zachowania mobbera stają się bardziej agresywne, problem narasta. 

Jak go możemy przerwać? 

Im wyższą mamy samoocenę, tym szybciej reagujemy na przejawy przemocy wobec nas. Ale zwykle jest tak, że nie umiemy zachować się w sytuacji niekomfortowej. Nie umiemy odnaleźć się w sytuacji konfliktowej, dla większości z nas naturalną reakcją jest unikanie starć. I wtedy przerwanie mobbingu może być dla nas za trudne. 

Kiedyś pracowałam z pacjentką, która w efekcie mobbigowania przez koleżankę zaczęła brać kolejne zwolnienia chorobowe, bo każde pójście do pracy wiązało się u niej z olbrzymim stresem. I ta jej strategia obronna spotkała się z ogromną krytyką ze strony współpracowników, którzy musieli wziąć na siebie jej obowiązki. Niechęć do niej rosła, w końcu doszło do tego, że mobbingowała ją nie tylko współpracownica, ale i cały zespół. Uznano, że to ona zakłóca pracę. Nikt już potem nie widział tego, jak źle była traktowana, tego, że każdy na jej miejscu czułby się tam bardzo źle. 

Co z naszą psychiką robi mobbing?

O pierwszej podstawowej rzeczy już wspomniałam – dramatycznie obniża samoocenę. Potem, jeśli trwa przez dłuższy czas, mogą pojawić się objawy depresji, zaburzeń lękowych. Zaczynamy działać w potwornym stresie. Zmienia się nasze zachowanie, pojawia się agresja wobec najbliższych, spada libido. W końcu zaczynają się kłopoty natury fizycznej: nie możemy spać albo przeciwnie, chce nam się cały czas spać. Nie mamy apetytu albo mamy nadmierny apetyt. Nasilają się objawy chorób psychosomatycznych, np. łuszczycy, atopowego zapalenia skóry, odzywa się zespół jelita drażliwego, spada odporność. Stres zawsze sieje spustoszenie w naszym organizmie, a mobbing jest przecież bardzo silnym stresorem, nieraz nawet porównywalnym z molestowaniem seksualnym.

Czasem te dwie rzeczy się zazębiają. 

I trudno rozpoznać, co jest czym, zwłaszcza że wbrew pozorom molestowanie seksualne nie musi oznaczać nieproszonego kontaktu fizycznego. Nieraz to są „tylko” słowa dyskryminujące ze względu na płeć i seksualność. Jeśli szefowa powie do pracowniczki: „Ubrałaś się dzisiaj jak prostytutka” – a takie zdanie usłyszała kiedyś jeszcze inna z moich pacjentek – to większość z nas nie jest w stanie rozpoznać, czy to zdanie jest mobbingiem, czy molestowaniem. 

Często trafiają do ciebie ofiary nękania w pracy?

Nieraz jest tak, że przychodzą do mojego gabinetu z podejrzeniem zupełnie innego problemu: depresji, wypalenia zawodowego, z poczuciem, że są do niczego. I dopiero w trakcie terapii wychodzi na jaw, że w grę wchodził mobbing.

W jaki sposób to się okazuje? 

Podczas rozmowy, gdy zaczynamy ubierać w słowa to, co się dzieje, to nagle sami jesteśmy w stanie przejrzeć na oczy. Bardzo często jest tak, że nie opowiadamy nikomu o tym, co się dzieje u nas w pracy, więc nawet nie mamy szansy usłyszeć swojej opowieści. Wskutek tego pozostajemy z samym wrażeniem, pewnym nikłym poczuciem, którego nie umiemy nazwać. Dopiero kiedy ktoś spokojnie zacznie analizować, co powoduje u niego te wszystkie poranne palpitacje serca, poniedziałkowy rozstrój nerwowy – to dojdzie do tego, że nie chodzi o przeciążenie, strach przed zwolnieniem czy depresję, ale o to, że ktoś w pracy nas w sposób ciągły prześladuje. I to nie musi być wcale szef, ale równie dobrze kolega, koleżanka, nawet nasz własny pracownik. 

I kiedy to już się okaże, to co mówi psycholog czy psychoterapeuta? 

Nigdy jako terapeuta nie powiedziałabym: „Proszę złożyć wypowiedzenie”, bo takie rady to, tak jak już mówiłam wcześniej, byłby błąd w sztuce. My nie jesteśmy od tego, aby kimś kierować i zabierać mu jego sprawstwo. Jeśli psycholog mówiłby swojemu pacjentowi, co ten ma robić, to wzmacniałby jego schemat bezradności, nieradzenia sobie z podejmowaniem decyzji i podtrzymywałby jego przekonanie, że sam nie jest w stanie sobie poradzić w życiu. Jeśli podejrzewam, że sama psychoterapia nie wystarczy, to rekomenduję spotkanie z psychiatrą. Jednocześnie podczas spotkań u mnie w gabinecie skupiam się na wzmacnianiu poczucia własnej wartości pacjentki, wspieram, dopinguję, czasem uczę asertywności. Kiedyś miałam pacjentkę, którą mobbingowały koleżanki z pracy, np. otwarcie z niej szydziły, z jej sposobu ubierania się, fryzury. I nie pracowałyśmy we dwie nad tym, żeby znalazła w sobie siłę, aby odejść z pracy, ale nad tym, by zaczęła stawiać granice. I akurat w tamtej historii to zadziałało. Zaczęła z większą stanowczością bronić swojego zdania, głośno mówić: „Widzę, że się ze mnie śmiejecie, nie życzę sobie tego”. I one przestały. Odpuściły, zaczęły ją traktować w porządku. Jasne zaznaczenie granic może czasem sprawić, że mobber się opamięta, chociaż nie łudźmy się: o wiele częściej konieczna jest mediacja albo nawet założenie sprawy w sądzie.

***

Rozmowa z Katarzyną Kucewicz ukazała się w „Urodzie Życia” 6/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Pixabay.com/zdjcie ilustracyjne

Przewlekły stres może wywoływać zaburzenia pamięci

Żyjemy w biegu, stresujemy pracą, rodziną, związkami i dziesiątkami informacji, które docierają do nas każdego dnia. Lekarze biją na alarm. Długotrwały stres odpowiada za nasze problemy z pamięcią.
Sylwia Arlak
25.06.2020

Stres jest nam potrzebny. Napędza nas do działania, daje energię w trudnych sytuacjach. Ale taki „pożyteczny”, napędzający nas stres nie może trwać zbyt długo. Długotrwały, silny stres wywołuje różne schorzenia, może prowadzić do nerwicy i depresji, zaburzeń koncentracji, a także niekorzystnie wpływać na naszą pamięć.  Kiedy mamy do czynienia z przewlekłym stresem, mózg zaczyna sam siebie „pożerać”. Innymi słowy, jak tłumaczy Kimberly Hiss w artykule opublikowanym na stronie Reader's Digest, w korze mózgowej zaczyna ubywać istoty szarej. Szczególnie zaś w korze przedczołowej, części odpowiedzialnej za nasze funkcje poznawcze m.in. kontrolę emocji, planowanie czy podejmowanie decyzji. Uszkodzenie tej części mózgu ma poważne konsekwencje. Przestajemy nad sobą panować, mamy trudności w przyswajaniu nowych informacji. Nie potrafimy podjąć żadnej decyzji.  „Chcemy uzmysłowić ludziom, że problemy z pamięcią, choć dotyczą wielu z nas, nie muszą być tak niewinne, jak się o nich na ogół myśli. Choroba Alzheimera zaczyna się właśnie od łagodnych kłopotów z pamięcią, które czasem błędnie przypisywane są roztargnieniu czy podeszłemu wiekowi, a to opóźnia diagnozę i skuteczne leczenie” — podkreśla dr Gabriela Kłodowska-Duda na portalu mp.pl.    Jak wygrać ze stresem? Jak więc radzić sobie ze stresem? „Mózg, a szczególnie hipokamp, są dość plastyczne, łatwo ulegają uszkodzeniu, ale też łatwo naprawić straty. Jeżeli przyczyna stresu zostanie usunięta lub zmniejszy się jej oddziaływanie, wszystko wraca do poprzedniego stanu” — daje nam nadzieję dr Sundari Chetty ze Stanford School of Medicine. Nie wyeliminujemy z naszego życia wszystkich stresujących sytuacji, ale części z nich możemy...

Czytaj dalej
choroby psychosomatyczne
Getty Images

Choroby psychosomatyczne świadczą o tym, że ciało wariuje ze stresu

Klasyczna „chicagowska siódemka” chorób psychosomatycznych to: astma, nadciśnienie samoistne, wrzód trawienny, choroba Leśniewskiego-Crohna, wrzodziejące zapalenie okrężnicy, choroba Gravesa-Basedowa i reumatoidalne zapalenie stawów. Obecnie lista jest poszerzona m.in. o migrenę, AZS i inne. Każda z tych chorób może mieć podłoże psychiczne.
Karolina Morelowska-Siluk
18.07.2020

Są ludzie, którzy zamiast przeżywać, chorują. Emocje to komunikaty. Muszą znaleźć jakąś formę wyrazu. Jeśli nie uda się na scenie psychicznej, będzie to teatr ciała. O chorobach psychosomatycznych rozmawiamy z psychoterapeutką Danutą Golec. Karolina Morelowska-Siluk: Pojęcie „psychosomatyka” większość z nas już gdzieś kiedyś zapewne słyszała. Ale niewielu z nas wie dokładnie, co to właściwie jest. Danuta Golec: Jest to sposób myślenia o tym, co łączy psychikę z somą, czyli, mówiąc bardziej poetycko: co łączy ciało z duszą. To pytanie zaprząta ludzkość od wieków. Zastanawiali się nad tym wybitni filozofowie, począwszy od Sokratesa.  Myślałam, że to stosunkowo nowy „nurt”. Dla medycyny – owszem. Przez setki lat medycyna nie brała tego wątku pod uwagę, a dziś można w zasadzie powiedzieć, że cała medycyna jest psychosomatyczna. To znaczy? To znaczy, że czynniki psychiczne są coraz częściej uwzględniane przez lekarzy. Lekarze już wiedzą, że choćby uwarunkowania osobowościowe pacjenta mają ogromny wpływ na to, jak choruje i jak wraca bądź nie wraca do zdrowia.  Chicagowska siódemka: astma, nadciśnienie i inne Jest pewna pula chorób psychosomatycznych. Tak. Po raz pierwszy opisali je psychoanalitycy w latach 50. ubiegłego wieku. Członkowie chicagowskiej szkoły psychoanalitycznej opracowali tak zwaną „chicagowską siódemkę”, czyli listę klasycznych chorób psychosomatycznych. Zaliczyli do nich: astmę oskrzelową, nadciśnienie samoistne, wrzód trawienny, choroba Leśniewskiego-Crohna (przewlekła choroba zapalna jelit), wrzodziejące zapalenie okrężnicy, choroba Gravesa-Basedowa (forma nadczynności tarczycy) i reumatoidalne zapalenie stawów. Ta lista była potem, w toku badań, modyfikowana. Dodano migrenę,...

Czytaj dalej
spotkanie biznesowe w kawiarni
Adobe Stock

Wypalenie zawodowe to nowa epidemia! Najszybciej wypalają się perfekcjoniści

Co czwarty Polak ma ten syndrom. Aż 70 proc. firm zmaga się z wypaleniem zawodowym wśród pracowników.
Aleksandra Nowakowska
14.05.2020

Dlaczego jesteśmy wypaleni zawodowo? Najbardziej oczywisty powód? Za dużo pracujemy. Według raportu Hays Poland „Nadgodziny” aż 75 proc. z nas pracuje więcej niż 40 godzin tygodniowo. Jednocześnie pracujemy w dużym stresie. Z raportu ADP „The Workforce View in Europe 2017” wynika, że spośród przebadanych pracowników z ośmiu różnych państw w Europie, Polacy są najbardziej zestresowani. Aż 22 proc. każdego dnia doświadcza stresu w pracy, a połowa czuje go często lub bardzo często. Można przyjąć, że wypalenie zawodowe ( ang. professional burnout ) to odpowiedź organizmu na stres, którego źródłem jest sytuacja w pracy. Najczęściej to reakcja na długotrwały nadmiar obowiązków, zbyt odpowiedzialne oraz trudne zadania, a także wyczerpującą i monotonną pracę. O wypaleniu zawodowym możemy mówić, gdy praca, która kiedyś sprawiała przyjemność, przestaje dawać satysfakcję i zauważamy, że przestaliśmy się rozwijać zawodowo. Możemy czuć się bardzo przepracowani albo śmiertelnie znudzeni. Świadczy o nim także poczucie bezradności wobec narastającej frustracji, a także niemożność pełnego zaangażowania się w zawodowe aktywności.   Objawy wypalenia zawodowego mają wpływ nie tylko na naszą karierę oraz codzienność w pracy, ale również na życie prywatne: relacje ze znajomymi, związki partnerskie i rodzinę. Bezpośrednio oddziałują też na naszą psychikę oraz zdrowie. Patrycja Załuska, konsultant kariery oraz właścicielka serwisu polkaprzedsiebiorcza.pl, w swojej najnowszej książce „reStart kariery” wyróżnia dwa rodzaje wypalenia zawodowego. Aktywne wywołane jest przez niekorzystne warunki pracy, takie jak na przykład nadmierne wymagania, niekorzystną organizację czasu pracy czy toksyczne relacje ze współpracownikami lub szefem. Natomiast...

Czytaj dalej
choroby psychosomatyczne
Adobe Stock

Praca ponad siły, stres, pośpiech. Nasz styl życia funduje nam choroby psychosomatyczne

Nawet dziesięć na sto dolegliwości, z którymi zgłaszamy się do lekarzy, ma podłoże psychosomatyczne. Nie łagodzą ich farmaceutyki, ale otwarta rozmowa z lekarzem i umiejętne radzenie sobie ze stresem.
Katarzyna Podhorecka
12.06.2020

Lekarze zazwyczaj bardzo nie lubią pacjentów z objawami psychosomatycznymi. Z prostej przyczyny – że zwykle nie wiedzą, jak im pomóc. Dlatego bywa, że chorzy z dolegliwościami psychosomatycznymi są traktowani w gabinetach lekarskich jak hipochondrycy, którzy próbują skupić na sobie uwagę, opowiadając o swoich wyimaginowanych dolegliwościach. Albo jeszcze gorzej: jak zwykli naciągacze, którzy próbują wyłudzić zwolnienia lekarskie. Lekarze w takiej sytuacji na odczepnego przepisują suplementy diety w nadziei, że pacjentowi „przejdzie samo”, albo że zmienią lekarza – problem w tym, że ludzie, którzy zmagają się z objawami psychosomatycznymi, nie symulują! Oni naprawdę odczuwają fizyczny ból i potrzebują pomocy.  – Najczęściej to ból głowy, brzucha, stawów, częste są także bóle w klatce piersiowej, duszności albo uporczywy kaszel, omdlenia, uczucie kołatania serca, zawroty głowy – wymienia dr Anna Plucik-Mrożek, specjalistka chorób wewnętrznych z Centrum Medycznego Medicover w Warszawie i dyrektor Fundacji Exercise is Medicine Polska. Rzadziej, ale zdarzają się też szumy uszne czy pogorszenie widzenia. Osobom, które pracują głosem, z powodu nadmiernego napięcia zdarza się go stracić. Muzykom z niewyjaśnionych przyczyn sztywnieją nadgarstki.  Jeszcze inni pacjenci nie mają konkretnych dolegliwości, ale tracą apetyt, od rana czują się wyczerpani, a wieczorem nie mogą zasnąć. Tym, co łączy ich wszystkich, jest źródło dolegliwości – czyli emocje, najczęściej przewlekły stres, którego doświadczają w związku z pracą czy sytuacją rodzinną.  – To wcale nie musi być traumatyczne przeżycie, np. nieuleczalna choroba kogoś bliskiego czy utrata pracy – mówi dr Izabela Pawłowska, psycholog zdrowia,...

Czytaj dalej