Na czym polega mindfulness, czyli trening uważności?
getty images
#lepszeżycie

Na czym polega mindfulness, czyli trening uważności?

Mindfulness pomaga w redukcji stresu i w leczeniu depresji. Stworzony przez Jona Kabat-Zinna program Mindfulness-Based Stress Reduction (MBSR) dziś jest powszechnie stosowany przez psychologów.
Dariusz Bugalski
04.01.2019

Każdy chciałby żyć świadomie, powinien posiąść bezcenną umiejętność bycia „tu i teraz”, zamiast wybiegać w przyszłość czy tkwić w tym, co było. Tylko jak to zrobić? Psycholog biznesu, nauczyciel mindfulness, twórca projektu Grow One, Jarosław Chybicki udowadnia, że pomoże w tym mindfulness, to rodzaj uważności. Trening można zacząć nawet od… zjedzenia rodzynki!

Jarosław Chybicki: Schowaj telefon.

Dariusz Bugalski: Przecież jest wyłączony.

Ale jak leży na widoku, będziemy rozmawiać tak, jakby był włączony i jakby ktoś miał zaraz zadzwonić. W trybie gotowości, a nawet wewnętrznej paniki. Zresztą, tak właśnie żyjemy. Coraz rzadziej zdarza nam się żyć inaczej, po prostu: żyć. Mindfulness może nam w tym pomóc.

Skąd wiesz?

Bo to robię. I znam badania. Są ich setki, a nawet tysiące.

U nas się przyjęło, że mindfulness jest metodą redukcji stresu lub prostszą wersją zen dla leniwych pięknoduchów.

Daj spokój. A jeśli chodzi o redukcję stresu, to tak, także. Jon Kabat-Zinn, który jest pionierem mindfulness, zaproponował taką jego wersję i zastosowanie. I to działa. Najrozmaitsze badania potwierdzają skuteczność tej techniki także w lżejszych stadiach depresji.

Ale to nie wszystko?

To dopiero początek.

To od czego zaczniemy?

Skoro początek, to może od szkoły. W Australii żyją 23 miliony ludzi. Niby sporo, ale są to często ludzie samotni, bo rozsiani na ogromnej powierzchni. Nie zawsze radzą sobie z tą samotnością. A zwłaszcza dzieci. W jednej z australijskich prowincji wprowadzono więc do szkół program mindfulness, który objął wiele tysięcy uczniów.

Co oni robią?

Przez kilka minut siedzą w ciszy. Albo przez kilka minut jedzą coś, co im smakuje. Choć czynność jest i tak przyjemna, może być jeszcze przyjemniejsza, jeśli świadoma.

Na lekcjach?

Na lekcjach kilka minut milczą. Jedzenie, to by już było zbyt piękne! Jedzenie jest zadaniem domowym. Kabat-Zinn wymyślił słynne ćwiczenie, które polega na jak najwolniejszym jedzeniu rodzynki: tak, by poczuć jej smak, a właściwie smaki, zapach, a właściwie zapachy, zauważyć kolor i fakturę, usłyszeć dźwięki gryzienia, żucia, połykania; doświadczyć wszystkich możliwych bodźców.

Uważne jedzenie jest zresztą świetnym sposobem na odchudzanie. To także potwierdzają badania naukowe.

Ale jeśli chodzi o szkoły, istnieją również rozbudowane programy ośmiotygodniowe o stopniowalnej skali trudności zadań.

Dlaczego właśnie ośmiotygodniowe?

Bo mindfulness, jakkolwiek jest łatwą, prostą i przyjemną metodą, wymaga wyrobienia nawyku. A to właśnie tyle trwa. W Wielkiej Brytanii wprowadzono do szkół ogólnonarodowy program „Mindful Nation”.

„Świadomy naród”? Ryzykowny pomysł.

A jednak.

Jak mindfulness oddziałuje na relacje?

Wciąż odgrywamy jakieś role. Nie chcemy dać się zranić, więc trzymamy gardę. Ale, jeśli nie będziemy w stanie jej opuścić, to nie będziemy mogli być ze sobą blisko. A „ze sobą” oznacza i „ze sobą samym” i „z tobą”.

Co to znaczy „być sobą”?

Nie prowokuj. Tego w ogóle chyba nie wiadomo, ale dzięki mindfulness stajemy się sobą trochę bardziej, cokolwiek to znaczy. Co więcej, akceptacja i otwartość powoduje, że widzimy tę drugą osobę jako osobę, jako człowieka. I to budzi w nas szacunek. Przez samo to, że jest i że jest człowiekiem.

 Opowiesz o Magdzie?

Magda, moja partnerka, umierała na raka przez półtora roku, a może dwa lata; czas biegnie wtedy inaczej. To bardzo trudne doświadczenie również dla tego, kto towarzyszy w umieraniu. 

Tak, miłość…

Ale odczuwa się wtedy przede wszystkim nieprzyjemne rzeczy. Bezradność. Smutek. Złość na tę osobę: „Dlaczego ona umiera!”.

A mindfulness wzmaga ból.

Nie.

Nie? Przecież świadomie doświadczamy wszystkiego, także tego, co boli.

I tak, i nie. Są dwa parametry: wrażliwość, to prawda, rośnie. Ale rezyliencja (umiejętność dostosowywania się do zmieniających się warunków), odporność, również wzrasta. Przeżywane uczucia tak nie ranią. Pojawia się więcej przestrzeni na ich odczuwanie.

Jak to jest?

Można… widzieć poprzez uczucia. Traci się wówczas zainteresowanie uczuciami, które przestają być centrum świata. A to z kolei powoduje, że nie jest się przez nie wodzonym za nos.

Magda…

Magda nie spała, jęczała, okropnie ją bolało. Tak czy owak, nie było z nią kontaktu. Albo z powodu bólu, albo brała leki i odpływała. To straszne, co powiem, ale czułem wtedy frustrację. Jak to ! Ona mnie nie zauważa. A ja się tak staram.

I ćwiczyliście razem mindfulness?

Wtedy, gdy to było możliwe. Przez krótkie chwile. Na leżąco, bo Magda nie była w stanie siedzieć. Jak wychodziłem do pracy, słuchała moich nagrań. 

Co wam przyniosły te ćwiczenia?

Ból i choroba były mniej wyniszczające. Od czasu do czasu pojawiał się spokój i zgoda. A zgoda to nie jest rezygnacja. Odchodzenie to fragment życia. Nie obrażamy się wtedy na drugą osobę ani na Boga. Bo niby czemu?

Dziękuję, że o tym opowiedziałeś. Pomilczmy przez chwilę.

Opowiem o czymś innym. Po Manhattanie nikt nie porusza się powoli, wszyscy gnają. A tu naraz powolutku, w milczeniu, i to przez kilka godzin, chodzi dwieście osób z wielkiej korporacji, sama góra. Prowadzi ich wietnamski mnich, Thich Nhat Hanh. Jak się o tym dowiedzieli akcjonariusze, zaprotestowali przeciwko marnowaniu ich pieniędzy.

Co to było?

Mindful walking, czyli chodzenie w duchu uważności. Jak się tego nauczą, będą lepiej pracowali.

 Lepiej? Jak sobie pochodzą?

Jeśli świadomie, to tak. Oni uczyli się świadomie pracować. I w ogóle żyć.

Ładne, ale niepraktyczne.

Ależ skąd! I ładne, i praktyczne. Są na ten temat setki, jeśli nie tysiące badań. Mindfulness jest powszechnie stosowanym narzędziem w pracy setek, a może i tysięcy firm. Maleńkich i ogromnych, innowacyjnych firm informatycznych z Krzemowej Doliny, agencji ubezpieczeniowych, banków. Nawet komandosi to ćwiczą, na przykład Navy SEALs.

A oni po co?

Świetnie sobie radzą z wchodzeniem w tryb agresji. Nie radzą sobie natomiast z wychodzeniem z niego. Amerykańska armia poniosła mniej strat w Iraku niż po powrocie żołnierzy do domu: więcej było samobójstw wśród weteranów niż ofiar starć zbrojnych. 

Któryś z naszych wojskowych opowiadał o tym, że kiedy wracał z wojny i napotykał agresywne zachowanie, miał natychmiast odruch szukania pistoletu.

No właśnie: trzeba umieć przełączać tryby zachowań. Amerykański noblista, Daniel Kahneman, zbadał dwa systemy naszego umysłu. Jeden jest „automatycznym pilotem”, a drugi to refleksja. Sęk w tym, że wykluczają się one wzajemnie. Ten pierwszy pracuje i szybko, i najczęściej dobrze, tyle że niestety nie zawsze. Szczególnie w warunkach nadmiaru bodźców często się myli. Potrzebuje więc wsparcia drugiego systemu. A mindfulness uczy przełączania tych trybów.

Dlaczego, skoro mindfulness jest łatwy i przyjemny…

…jego praktykowanie bywa takie trudne? Bo mamy silnie ugruntowane przekonanie, że „przecież trzeba coś robić”.

Przecież trzeba.

Tylko dlaczego tak nerwowo i kompulsywnie! Massachusetts Institute of Technology, jedna z najlepszych wyższych uczelni na świecie, zrobiła badania, w których sprawdzono, ile czasu mija, aż nauczyciel po zadaniu pytania uczniowi zacznie się irytować, że nie otrzymuje odpowiedzi, i wywiera na uczniu presję. No wiesz, mowa ciała, wywracanie oczami, chrząkanie, dopytywanie… No to kiedy następuje pierwsze chrząknięcie?

Po minucie?

Pierwszy objaw zniecierpliwienia następuje po 0,9 sekundy od zadania pytania. Czyli praktycznie natychmiast. Badacze z MIT wdrażali różne strategie przedłużania tego czasu na zupełnie podstawowym poziomie: oddech, wolniejsze mówienie, robienie przerw. Nie odpowiadaj od razu, zastanów się. To zresztą jest komunikat i do ucznia, i do siebie.

Okazało się, że jeśli uda się dojść do 3,3 sekundy, uczeń odpowiada znacznie lepiej. I – tu uwaga ogólna – chodzi o te dwie sekundy psychicznej przestrzeni, które sobie daję, zanim przystąpię do działania. Rzucenie się głową w dół jest nawykowe i często nieskuteczne. 

A mówią, że to flow.

To nie jest żaden flow, to jest neurotyczne. I tyle.

A multitasking?

Wielozadaniowość nie działa. A właściwie działa: kontrproduktywnie. Iloraz inteligencji osób w trybie wielozadaniowości obniża się bardziej niż u osób palących „trawkę”. A to tylko jeden z negatywnych efektów multitaskingu. Dwa lata temu ogłoszono w Ameryce jego klęskę. Przełączenie się z jednej czynności na drugą zajmuje 25 minut.

25 minut?!

Tak, tyle potrzebuje nasz mózg, by osiągnąć ten sam poziom wydajności, na którym był, wykonując poprzednią czynność. Mindfulness uczy koncentracji, więc oszczędza zasoby. Także czas i pieniądz. Wielki psychoterapeuta i humanista, ocalony z obozu zagłady Viktor Frankl mawiał: „Między bodźcem a reakcją jest minimalna przerwa. I w niej mieści się nasza wolność”. Ale zejdźmy na poziom praktyczny. Jeszcze jeden cytat. Johnson…

To popularne nazwisko.

Ten z firmy Johnson & Johnson powiedział tak: „Jeśli przyjdzie do ciebie ktoś, kto zaproponuje ci coś głupiego, to jeden z was dwóch jest idiotą. Tylko nie wiadomo, który” – dodawał. Jak to: „nie wiadomo”! On! A może jednak ty? Może ten „idiota” ma ci do zaproponowania coś ważnego i cennego, czego ty nie rozumiesz. No, ale do tego potrzebujemy przełączenia się z trybu automatycznego, który jest często trybem kompulsywnym, na racjonalny. I te dwie sekundy mogą wystarczyć.

Zróbmy jakieś ćwiczenie.

No dobrze. Na przykład tak zwane skanowanie ciała, gdy w pozycji siedzącej lub leżącej pozostajemy w kontakcie z własnym ciałem i procesami, które w nim zachodzą. To trwa jakieś pół godziny. Ale ćwiczenia mogą być najrozmaitsze i odnosić się do każdej sytuacji życiowej. Mogą też trwać bardzo krótko, choćby minutę. Na przykład, gdy wchodzimy do pomieszczenia. Kiedy to robię, nie wiem, dokąd wchodzę. Jestem zaprogramowany na cel. Widzę tylko swoje krzesło, biurko. Więcej nic. Spróbuj, wchodząc do pokoju, zobaczyć, poczuć, posłuchać. Zróbmy z tego świadomy akt psychiczny, Święto Wchodzenia. Odpowiedz na pytanie: Jaki jest kolor wykładziny w twoim biurze? Uważność polega na tym, by to wiedzieć. 

A po co?

Niby po nic. Ale czy dobre życie to jest „nic”? Trzeba je trenować. Oto moje ulubione ćwiczenia, ogromnie budujące: zanim włączę komputer, przez minutę patrzę przez okno, jak najdalej. Tylko to. Tylko tyle. Albo ćwiczenie „Stop”. Polega na skanowaniu ciała, zauważaniu tego, co się ze mną i we mnie dzieje podczas przejazdu windą. Ile to trwa?

Pół minuty?

No właśnie.

No tak, ale jedziesz tą windą na przykład na rozmowę z szefem albo z trudnym klientem. Przecież problemy nie znikną od tego skanowania ciała.

Nie. Ale one przestają nas obarczać. Nie musimy bawić się w przeżuwanie. Mamy jeden żołądek, a przeżuwamy, jakbyśmy mieli trzy. To się nazywa ruminacja. Od ruminacji kłopoty nie znikają, ale wręcz stają się większe, niż są.

Kiedyś gdzieś przeczytałem słowa Willigisa Jaegera, który jest opatem w klasztorze benedyktynów i jednocześnie mistrzem zen: „Czekasz na swój autobus. Nudzisz się. Spróbuj świadomie pooddychać. Wydech, wdech, wydech, wdech…”. I konkluzja Jaegera, potężne słowa: „To ćwiczenie zmieni twoje życie”.

Kierowanie uwagi na oddech to jedna z najprostszych technik i fenomenalna możliwość. Oddech mamy zawsze pod ręką. Wówczas tworzy się w nas coś w rodzaju przestronności. Zanim wejdziemy na rozmowę kwalifikacyjną, zanim rozpoczniemy trudną rozmowę z partnerem, partnerką, pooddychajmy trochę. Tylko świadomie. Choćby przez minutę, choćby jeden świadomy oddech. 

Latem złamałem rękę. Dolna krawędź tego gipsu uciskała mi przeponę i wydawało mi się, że się duszę. Stosowałem techniki mindfulness. Panicznym myślom mówiłem: „To tylko myśli. Dziękuję wam, że przychodzicie, i żegnam was. Teraz zajmuję się nie wami, tylko leczeniem ręki.

Jak ładnie. Pomogło?

Przez kilka dni.

Przykre wydarzenia są o tyle dobre…

Dobre?!

Tak. Bo bez pardonu wrzucają nas w „tu i teraz”. Nie mamy szansy być gdziekolwiek indziej, ale właśnie tam. Miałeś okazję, żeby potrenować.

Rozmowa z Jarosławem Chybickim ukazała się w „Urodzie Życia” 4/2016

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
zaburzenia lękowe
corbis

Jak radzić sobie z codziennym lękiem? Zobacz, co mówią psycholodzy

Zaburzenia lękowe można oswoić, trzeba tylko najpierw przyznać, że jest problem.
Dorota Szuszkiewicz
24.01.2019

Kto nie zna lęku, ten nie żyje. Lęk chroni nas przed niebezpieczeństwem, jest nieodłącznym elementem życia, które samo w sobie jest płynne, niestabilne, nieprzewidywalne. Na co dzień jednak rzadko spotykają nas prawdziwe zagrożenia, a mimo to wielu z nas nie umie przestać się bać. Lęki nękają każdego. Każdy ma swojego potwora, który go straszy, skrada się znienacka i łapie za gardło rano, tuż po przebudzeniu, albo przed snem. Przez głowę przelatują pytania: co mnie czeka? Jak sobie poradzić z kolejnym dniem? „Lęk jest związany z naszą przyszłością, z oczekiwaniem tego, co ma nastąpić. Wysiłek życia koncentruje się na zdobywaniu przyszłości, przemaganiu własnego lęku wywoływanego przez nieznane” – pisze Antoni Kępiński, wybitny polski psycholog. Większość naszych lęków powszednich też jest nieracjonalna, a co więcej – jest destrukcyjna, zatruwa życie nam i otoczeniu. Skąd się to bierze? Dlaczego tak niesprawdzone, nielogiczne obawy mają wpływ na nasze logiczne i uporządkowane życie codzienne? Skąd ich siła? Prawdopodobnie stąd, że zostały nam zaszczepione w dzieciństwie, w okresie, gdy byliśmy podatni na wszelkie wpływy. Nie dlatego, że mieliśmy tzw. trudne dzieciństwo. Przeciwnie, z dobrego i łatwego dzieciństwa można wynieść tyle lęków, że starczy na całe życie. Zaburzenia lękowe wynosimy już z dzieciństwa Troskliwi rodzice pilnują, żebyśmy założyli czapkę, ciepłą spódnicę i zabrali śniadanie do szkoły. Bo choroby czyhają. Kochający rodzice sprawdzają i poprawiają domowe zadania, piszą za nas wypracowania „bo byłby wstyd przed klasą”. Pomagają na każdym kroku, przy wyborze zabawek, swetra, szkoły. Decydują za nas i wyręczają w trudnych sprawach. Kto z nas nie słyszał od najmłodszych lat: „Uważaj na siebie”, „Wracaj wcześniej”,...

Czytaj dalej
Jedzenie i emocje
Rodney Smith

Zajadasz emocje? Nie ty jedna, objadanie się to epidemia naszych czasów

Nigdy jeszcze sformułowanie „Jesteś tym, co jesz” nie było równie na czasie. Jedzenie przestało po prostu zaspokajać głód i stało się naszą nagrodą, pocieszeniem, lekiem i obsesją?
Aleksandra Więcka
04.02.2019

Kuchnia stała się nowym salonem, bazary ze zdrową żywnością – miejscem towarzyskich spotkań, a blogi kulinarne mają więcej odsłon niż serwisy informacyjne. Właściwy jadłospis wydaje się lekiem na wszystko – od raka po złamane serce. Chociaż coraz pilniej wyłapujemy kolejne niebezpieczne E ukryte w opakowaniach z jogurtem czy serem, to równocześnie zdajemy się wierzyć, że lodówka jest naszą najlepszą przyjaciółką. Tymczasem co trzecia Polka ma nadwagę, a co druga chciałaby schudnąć. Dlaczego jedzenie przestało po prostu zaspokajać głód i stało się naszą nagrodą, pocieszeniem, lekiem i obsesją? Zajadanie emocji to epidemia naszych czasów Z jednej strony mamy jeść to, co najlepsze, i tym się rozkoszować. Z drugiej – nosić rozmiar zero. Nie możemy pójść na zakupy do supermarketu, bo jesteśmy straszeni, że masowe jedzenie to czysta chemia. – Z zaspokajaniem podstawowej potrzeby życiowej, jaką jest jedzenie, wiążą się dziś sprzeczne lub negatywne emocje – mówi psycholog i terapeutka zaburzeń odżywania Dorota Minta. Wygląda na to, że najlepiej by było, gdybyśmy mogły się najeść, patrząc na reklamy jedzenia. Albo jak w „Matriksie” wcinać wirtualne steki. Niestety, to wciąż niemożliwe, więc żyjemy w permanentnym napięciu między apetytem na życie i próbami jego poskromienia. Do tego większość sposobów, jakie w tym celu stosujemy, nie skutkuje. – Nasz stosunek do jedzenia niewiele ma wspólnego z racjonalnością – przekonuje Dorota Minta. – Wewnętrzny dialog „zjeść czy nie zjeść” odbywa się na poziomie naszych instynktów, lęków i nieuświadomionych przekonań. Kompulsywne jedzenie łagodzi stres, ale też go generuje Według Briana Wansinka, autora książki „Beztroskie jedzenie”, o...

Czytaj dalej
Rozwód rodziców krzywdzi dzieci
getty images

Rozwód rodziców jest dla dzieci jak wojna. Płacą za nią depresją, zaburzeniami odżywiania…

Dzieci udają bohaterów przed rodzicami, mówiąc: „Wszystko jest świetnie, uda się to zrobić, nic się nie dzieje”. Ale kiedy zostają same, ogarnia je wielki strach – o tym, jak rozwód wpływa na dzieci, mówi Gro Dahle, norweska psychoterapeutka.
Maja Lenartowicz
04.01.2019

Nawet kilka lat po rozwodzie okazuje się, że najstarsze dziecko, szczególnie jeśli jest to córka, wpada w depresję. Rodzice się dziwią: „Dlaczego? Tak świetnie sobie radziła! Co się z nią stało?”. A w niej pękają wszystkie przez lata ukrywane emocje – o tym, jak rozwód wpływa na dzieci, mówi  Gro Dahle, norweska psychoterapeutka,   poetka i pisarka, autorka książek dla dzieci o trudnych rodzinnych relacjach.  W 2016 roku wyszła w Polsce jej książka dla dzieci: „Wojna”, której tematem jest rozwód rodziców.    Maja Lenartowicz: Kiedy postanowiłaś, że twoja książka będzie nosiła tytuł „Wojna” – bardzo mocny, biorąc pod uwagę, że to książka dla dzieci o rozwodzie rodziców? Gro Dahle: Wiedziałam o tym od samego początku. Rodzina terapeutów zaproponowała mi, żebym napisała książkę o wojnie między rodzicami w trakcie rozwodu. Przyszli do mnie już z gotową metaforą. A wzięła się ona z wielu rozmów, które przeprowadzali z dziećmi rozwodzących się rodziców. I to właśnie dzieci używały najczęściej tego terminu. Widziały zdjęcia i filmy wojny z krajów arabskich, Syrii, wcześniej Bośni i Hercegowiny. Opowiadały, że czują się jak szpiedzy („mama prosi, żeby obserwować tatę”), uchodźcy (ciągłe przenoszenie się z miejsca na miejsce w ramach opieki naprzemiennej).   Nawet 10 lat po rozwodzie najstarsze córki cierpią. Dlaczego? Ba, zdarza się, że nawet 10 lat po rozwodzie rodzice ciągle nie mogą przepracować tej sytuacji. Używają dzieci jako posłańców przenoszących wiadomości, nie rozmawiają ze sobą. To sytuacje skrajne, ale się zdarzają. Dzieci w takiej sytuacji zastanawiają się na przykład, czy wypowiedzenie imienia matki lub ojca jest „legalne”,...

Czytaj dalej
Seks a nastolatki
getty images

Agnieszka Stein o współczesnym wychowaniu seksualnym dzieci: „Nie demonizujmy tematu”

Znana psycholog dziecięca rozwiewa mity
Sylwia Niemczyk
25.03.2019

Nie mamy żadnych przesłanek, żeby sądzić, że dotykanie własnych narządów płciowych może mieć dla dzieci jakieś negatywne skutki. Nie stają się od tego rozerotyzowane, rozwijają się prawidłowo i nie ma to związku z nadmiernym skupieniem się na seksie w dorosłości” – rozmowa z Agnieszką Stein.   Agnieszka Stein – psycholog,   prowadzi warsztaty dla  rodziców, doradza nauczycielom. Autorka książek m.in. „Dziecko z bliska” i wydanego ostatnio poradnika dla rodziców:  „Nowe wychowanie seksualne” (wyd. Mamania 2018).   Matka przyłapuje nastoletniego syna na masturbacji – powinna mu przerwać? Nic podobnego. Zastała syna w intymnej sytuacji i warto, żeby nie naruszała jego granic osobistych. To tak, jakby przeszkodziła komuś w uprawianiu seksu. Ja bym przeprosiła i wyszła. To jest pełnoprawny seks? A według pani pełnoprawny seks to tylko ten, który angażuje dwoje ludzi i prowadzi do związku? Seks przede wszystkim zaczynamy od relacji z  samym sobą. Książkę „Nowe wychowanie seksualne” napisałam między innymi po to, aby pokazać, że bez dobrego kontaktu ze sobą nie będziemy w stanie budować zdrowych relacji z  innymi. A masturbacja jest jak każda inna czynność właściwa ludziom: jemy, pijemy, uprawiamy sport, myjemy się, masturbujemy – to wszystko poznawanie siebie. Może dzieciom lepiej dawać za wzór historie romantyczne? I oszukiwać je? Seks nie zawsze idzie w  parze z miłością. Jeśli będziemy dzieciom opowiadać o tym, jak chcielibyśmy, żeby było, a ukrywać przed nimi prawdę, pozostaną bezradne wobec rzeczywistości i zapewne trudniej będą sobie radzić w życiu. Wie pani, że zakochanie jako główny powód małżeństwa ma bardzo krótką historię? Jakieś sto lat, mniej więcej. Warto o...

Czytaj dalej