Miłosz Brzeziński: „Świat jest coraz lepszy. Ludzie też”
Unsplash

Miłosz Brzeziński: „Świat jest coraz lepszy. Ludzie też”

O tym, jak być szczęśliwym w życiu i dlaczego konieczne jest do tego zaufanie do innych, mówi coach Miłosz Brzeziński.
Bartosz Janiszewski
04.01.2019

Empatia jest nam potrzebna do życia tak samo jak woda i powietrze. To mit, że sami jesteśmy w stanie osiągnąć cokolwiek – zawsze potrzebujemy do tego innych ludzi, którzy będą nas wspierać i motywować. I tak samo my jesteśmy potrzebni innym. „Empatyczna współpraca jest po prostu opłacalna. Choć najefektywniejsi wcale nie postępują w taki sposób, dlatego, że to się opłaca, ale dlatego, że uważają, iż tak po prostu trzeba” – mówi Miłosz Brzeziński, jeden z najbardziej znanych coachów, autor m.in: „Pracować i nie zwariować”, „Życiologia”, „Jak pies z kotem” i „Głaskologia”.

Bartosz Janiszewski: Muszę się panu do czegoś przyznać. Trochę się obawiam tej rozmowy.

Miłosz Brzeziński: Dlaczego? Przecież mamy rozmawiać o empatii, pozytywnym motywowaniu. Same dobre rzeczy.

No właśnie. Trudno ciekawie mówić w mediach o dobrych rzeczach. Po kwadransie oglądania telewizji można mieć wrażenie, że to relacja z apokalipsy. Zło, tragedia, agresja, konflikty. Jak ktoś opowiada publicznie o dobrych rzeczach, to naiwniak, oszust albo ma w tym interes.

Wbrew temu, co oglądamy, ludzie statystycznie stają się coraz mniej agresywni względem siebie i dostają od siebie więcej empatii i zrozumienia. Być może oglądając telewizję, nie mamy takiego wrażenia, ale te dane – jak to się brzydko mówi – „nie zrobią newsa”. Jak z samolotami – gdybyśmy na podstawie statystyk z telewizji mieli podjąć decyzję dotyczącą tego, czy polecimy gdzieś samolotem, to pewnie byśmy samolotu unikali. W mediach samoloty głównie spadają. Media nie mówią o tym, że zdecydowana większość dolatuje, bo o czym tu mówić? Inną sprawą jest to, że także nasz próg akceptacji agresji się przesuwa. Dziś za agresywne uważamy zachowania jeszcze sto lat temu postrzegane jako normalne.

Czytałem dziś w gazecie, że wzrasta przemoc wśród młodzieży gimnazjalnej. W mojej podstawówce nie było tygodnia, by nie odbyła się jakaś solówka. Tylko nikt się tym wtedy nie przejmował.

No właśnie. To też powoduje, że wydaje nam się, każde pokolenie jest gorsze od poprzedniego, chociaż badania tego nie potwierdzają. Wręcz przeciwnie. W dzisiejszych czasach nic tak silnie nie jest związane ze szczęściem i sukcesem życiowym jak otrzymywane wsparcie społeczne. I dalej: nic tak nie pomaga w otrzymaniu wsparcia społecznego, jak uprzednie dawanie wsparcia społecznego innym! Statystycznie dawanie opłaca się najbardziej. Badania psychologiczne wskazują na przykład, że ludzie, którzy wspierają innych w ramach działalności charytatywnej, żyją dłużej i mają lepsze zdrowie. Liczy się robienie czegoś dla innych. Elegancko ten świat jest ułożony, prawda?

Ale żyjemy raczej w przekonaniu, że niczego nie da się osiągnąć bez walki.

Mit walki wziął się z wyzysku. Mam na to fajny przykład. Każdy zna mit o Ikarze. Kiedy Ikar uciekał z ojcem z wyspy, ojciec powiedział mu, by nie leciał za wysoko, bo wosk się stopi. Ikar się podekscytował widokami, podfrunął i... koniec bajki. Tak sobie dziś ten mit najczęściej powtarzamy. Ale to tylko pół prawdy. Zapomina się, że Dedal powiedział też do syna: „Nie leć za nisko, bo woda zmoczy ci pióra!”. Kiedy tworzono szkoły, tworzono je na bazie dwóch idei: wkuwania na pamięć i posłuszeństwa. Nauczono nas, by nie latać za wysoko, dyskretnie pomijając przy tym latanie za nisko.

Myślenie, że niczego nie da się osiągnąć bez walki albo że najpierw musimy zaspokoić potrzeby innych, najbardziej sprzyja właścicielowi fabryki, który chce wydoić swoich ludzi. Tłumaczy im: ścigaj się z kolegami, z konkurencją. Poza firmą nic nie znaczysz, więc bój się odejść. Zobacz, jaki rynek jest wielki. Nie dasz sobie rady. System walki nie służył wygrywaniu. To tylko pozór. Walka z całym światem doprowadza do wyniszczenia, utraty wiary w siebie. Nie da się wszystkich zaspokoić. Nie ma na świecie nikogo, kto ma tylko dobre komentarze w sieci. Matka Teresa też ma swoich hejterów. Ktoś, kto pokazuje nam tę ścieżkę, nie chce naszego sukcesu, ale chce, byśmy się umęczyli i w końcu przestali walczyć. Zaczęli lecieć nisko. I ten efekt dawało się przez długi czas uzyskać.

Ale czy nie jest tak, że zawsze ktoś jest wyzyskiwany?

To prawda, ale to także się zmienia. Nawet w Chinach drożeje siła robocza, więc pracodawcy szukający taniej siły roboczej zwracają się już powoli w kierunku Afryki. Czytałem niedawno o ciekawej historii z Chin: władze jednej z chińskich prowincji wyliczyły, że ludzie są efektywniejsi niż pszczoły, jeśli chodzi o zapylanie drzew owocowych. Wytępiono więc pszczoły, zatrudniono chłopów, dano im do ręki „magiczne” narzędzie w postaci kijka, na którego końcu przyczepiano filtr od papierosa z wbitym piórkiem, i wysłano do zapylania. Pierwszy rok przyniósł spektakularny sukces. Ludzie okazali się ponad dwa razy lepsi od pszczół. Ale w kolejnym roku zaczęły się problemy. Ludzie umieli policzyć, ile pracodawca na tym zarobił. Praca była ciężka, oni dostawali grosze i wiedzieli, że są wyzyskiwani. Zażądali podwyżek. Dwa lata później w tej prowincji nie było już ani pszczół, ani jabłek, bo ludzie nie chcieli za niewielką zapłatę pracować tak mocno, żeby utrzymać skuteczność. Teraz trwa tam reintrodukcja pszczoły, która, choć mniej efektywna, może pracować za darmo.

Pokolenie dzisiejszych 40-latków wyrosło jednak w kulcie pracy. To ona stanowi dla nich punkt odniesienia do wszystkiego: życiowego powodzenia, szczęścia, oceny własnego życia.

A dla współczesnego człowieka na Zachodzie praca dalej jest ważna, ale bez przesady. Pojawiły się takie wartości jak: zdrowie, sport, samorozwój, sztuka, samorealizacja. Na to też chcemy mieć czas, a jak go nie mamy, czujemy się źle. Trzeba zachęcić do pracy w swojej firmie czymś więcej niż kasą i kijem nad głową. Bo z tak nieadekwatnie zbudowanej kultury organizacyjnej pierwsi odejdą pracownicy dobrzy, bo źli po prostu przestaną się przykładać. Powiedzą sobie: „Dobra tam, pokrzyczy, pokrzyczy, ale o siedemnastej wychodzę i wszystko mam w nosie. I tak nic mi nie zrobi”. Dla firmy to już będzie lot w dół. Mówiąc wprost: nie robimy tego wszystkiego z empatią ani dla rozwoju osobistego, bo chcemy być mili, iść do nieba albo mamy złote serce. W biznesie to się po prostu opłaca. Ludzie lepiej pracują, jak jest im miło.

W „Głaskologii”, pana książce o sile pozytywnej motywacji, przytacza pan nawet badania, które przekonują, że potrzeba empatii jest wręcz fizjologiczna.

Tak, powojenne badania doktor René Árpád Spitz na sierotach w USA pozwoliły zaobserwować, że dzieci pozbawione bliskiego kontaktu z opiekunem zapadały w letarg, nie rozwijały się właściwie. Mimo że miały doskonałą opiekę, niemal 40 proc. z nich umierało przed osiągnięciem drugiego roku życia! Kolejne badania udowodniły, że sygnały wsparcia, miłości, poczucia wspólnoty odbierane są nie tylko przez ośrodki emocjonalne w mózgu, ale także m.in. przez podwzgórze i są przekazywane do przysadki, która w przypadku ich braku z jakiegoś powodu przestaje produkować hormony wzrostowe! Eric Berne w swojej słynnej analizie transakcyjnej przekonywał, że każdy człowiek potrzebuje interakcji, wymiany sygnałów z innymi osobami wokół siebie. Najlepiej, jeśli ta interakcja jest wsparciem. Ale jeśli go nie dostaje, decyduje się na każdą inną interakcję, bo jakakolwiek jest lepsza dla układu nerwowego niż żadna. Jeśli dziecko jest zazwyczaj grzeczne, ale nie ma interakcji z rodzicami, zaczyna być niegrzeczne, by uzyskać kontakt. Te badania pokazują, że otrzymywanie wsparcia z otoczenia to nie jest jakąś fanaberią, tylko to rzecz potrzebna do życia, a na niektórych jego etapach wręcz do życia konieczna.

To ewolucyjny mechanizm wykształcił w nas potrzebę empatii? A co z darwinowskim przekonaniem, że przetrwają najsilniejsi?

Podstawowa myśl Darwina brzmi raczej tak, że przetrwają organizmy, które optymalnie dają sobie radę z warunkami środowiskowymi. Środowisko ma to do siebie, że nie dba o tych, na których wpływa. Zawsze działało zbyt silnie i niespodziewanie, żeby jeden organizm dał sobie z nim radę. Wystarczy jednak, że zbierze się grupa kilku współpracujących, ufających sobie osobników, by sytuacja się zmieniła. Empatyczna współpraca jest po prostu opłacalna. Choć najefektywniejsi wcale nie postępują w taki sposób, dlatego, że to się opłaca, ale dlatego, że uważają, iż tak po prostu trzeba.

Stephen Hawking, jeden z najważniejszych naukowców ostatnich dekad, stwierdził, że ludzka agresja jest największym zagrożeniem dla cywilizacji. I że świat dzisiaj bardziej niż czegokolwiek innego potrzebuje empatii. W odpowiedzi nie zabrakło drwin. Cynizm i ironia to środki komunikacji, które są dzisiaj modne. Wiara w dobre rzeczy uważana jest za objaw naiwności i porażki.

Bo cynizm to bardzo wygodna rzecz, pozwala nigdy nie poczuć zawodu. Ale bycie dobrym człowiekiem nie znaczy, że trzeba się dawać rolować. Dobrzy ludzie nie są naiwni. Cóż by to był za pomysł? Nic, tylko runąć w stadko altruistów i tylko ich wyzyskiwać! Ale ewolucja już to przerobiła. Altruiści mają tak silny radar na szachrajów, że – jak pokazują badania – aby być w grupie altruistów i zrobić tam karierę, najtaniej energetycznie jest po prostu być altruistą, a nie go udawać. Altruiści sprawniej niż inni posługują się reputacją. Szybko przekazują sobie informację, jeśli ktoś się niemoralnie zachowuje albo nie chce pomagać, a tylko czerpie z bycia w grupie. Ale jeśli nie będziemy w grupie altruistów, ktoś naszą empatię może wykorzystać.

Może skuteczniejszą strategią jest martwienie się tylko o siebie?

Zrobiono kiedyś badania pod ogólnym hasłem: czy warto ufać ludziom? Otóż statystycznie warto. Bo jeśli nie ufamy, unikniemy co prawda więcej kłopotów, ale ominie nas też wiele okazji. Ufając, otaczamy się ludźmi, którzy też to cenią. I nawet jak nam się noga powinie, zawsze ktoś nam poduszkę pod pupę podłoży. Świat nie jest wcale taki zły.

Miłosz Brzeziński – jeden z najbardziej cenionych coachów, konsultant biznesowy. Jest autorem książek dotyczących wdrażania zmian w środowisku pracy i środowisku domowym, m.in: „Pracować i nie zwariować”, „Biznes, czyli sztuka budowania relacji”, „Życiologia”, „Jak pies z kotem”, „Głaskologia” oraz „Wy Wszyscy Moi Ja".

Rozmowa z Miłoszem Brzezińskim ukazała się w „Urodzie Życia” 6/2015

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Seks na długie lata
Getty Images

Seks w stałym związku może cieszyć nawet po latach

To jest mit, że gdzieś za ścianą ktoś uprawia nieziemski seks. Każda para ma okresy, w których martwi się brakiem namiętności – rozmowa z psychoterapeutą seksuologiem Michałem Pozdałem.
Joanna Kalewicz
12.05.2020

Jesteśmy zgranym teamem, ale po latach nie mamy ochoty na wspólny seks. Czy tzw. białe małżeństwo może być szczęśliwe? A może za wszelką cenę szukać sposobu na wspólny powrót do łóżka? O braku seksu w długoletnich związkach rozmawiamy z Michałem Pozdałem, psychoterapeutą i seksuologiem, wykładowcą Uniwersytetu SWPS, autorem książki „Męskie sprawy. Życie, seks i cała reszta” oraz ekspertem akcji #sexedpl. Joanna Kalewicz: Jak nakreśliłby pan krzywą pożądania w odniesieniu do kolejnych lat trwania związku? Michał Pozdał : Gdyby się tak dało, to by było prosto. Pamiętajmy, że ludzie się wiążą z różnych powodów. Jesteśmy przyzwyczajeni do myślenia o relacjach trochę, jak z bajek i filmów hollywoodzkich. A tak nie jest. Nie zawsze ludzie zakochują się w sobie i czują ogromną namiętność. Owszem, tak bywa, ale im dłużej pracuję jako psychoterapeuta, tym częściej znajduję potwierdzenie, że nie zawsze wzajemne pożądanie jest tym, co łączy ludzi. Niektórzy wiążą się z lęku przed samotnością albo dlatego, że nie spotkali nikogo lepszego. Nawet ostatnio miałem taką sytuację: przyszła do mojego gabinetu para, ich problemem był brak pożądania w relacji. Zapytałem o to, jak zostali parą. Pani powiedziała wtedy o swoim małżonku: „Chodził, chodził i wychodził”. A ona się łaskawie zgodziła. Jeśli popatrzymy na tę relację pod tym bajkowym kątem, to odbiega ona od naszych wyobrażeń. Rzeczywiście zwykle na początku jest fajnie, ludzie się poznają, jest duża namiętność, pojawia się to wszystko, co Helen Fisher [amerykańska antropolog i psycholog, badaczka ludzkich zachowań – red.] opisuje jako koktajl hormonalny, czyli działają wszystkie neuroprzekaźniki –noradrenalina, serotonina, dopamina, fenyloetyloamina – i to jest bardzo przyjemne. Nawet z...

Czytaj dalej
matka i córka
Adobe Stock

Rewolucja w psychologii: koniec z rozpamiętywaniem dzieciństwa. Czas iść do przodu

Chodzi o to, żeby wyjąć z buta kamień, który uwiera, a nie zastanawiać się, kto go tam wrzucił – mówi Joanna Godecka, terapeutka TRS.
Aleksandra Nowakowska
02.05.2020

Mieć problem czy rozwiązać problem? Oczywiście, że to drugie. Tylko jak to zrobić? Nurty psychoterapeutyczne mają na to różne pomysły. Zyskująca na popularności Terapia Skoncentrowana na Rozwiązaniu nie roztrząsa problemu, tylko pozytywnie wzmacnia, by klient sam znalazł na niego sposób najszybciej i najprościej jak tylko może. Aleksandra Nowakowska: Co wyróżnia Terapię Skoncentrowaną na Rozwiązaniu (TRS)? Joanna Godecka:  To jest terapia, która wzmacnia, i której zadaniem jest konstruowanie przyszłości. Kiedy klient przekracza próg gabinetu, pytam go, co się poprawiło od momentu, w którym do mnie zadzwonił. Terapia Skoncentrowana na Rozwiązaniu nie rozkłada na czynniki pierwsze przeszłości, nie dotykamy trudnych wspomnień z czasów dzieciństwa, o których uważa się, że ukształtowały człowieka i wpływają na jego obecne życie. Niektórzy terapeuci pracujący tą metodą prawie w ogóle nie rozmawiają o problemie, z którym ktoś przyszedł, tylko od razu zabierają się za wprowadzanie potrzebnej zmiany. Nie jest ważne, co człowieka do nas sprowadza – on może być w naprawdę trudnym momencie, ale my i tak punkt ciężkości terapii kładziemy na ukazanie pozytywnej perspektywy.  Z jakiego powodu możemy przyjść do terapeuty TRS? Z każdego – pracujemy zarówno z ciężką depresją, stanami lękowymi, żałobą, jak i problemami natury relacyjnej czy zawodowej. Przychodzimy do specjalisty, bo jak w przypadku każdej innej terapii, z czymś sobie nie radzimy i potrzebujemy pomocy. TSR należy do nurtu psychologii pozytywnej, która zdobywa coraz więcej zwolenników. Obserwując moich klientów, odnoszę wrażenie, że zbyt długo trwające zagłębianie się w przeszłości, w teraźniejszym realnym życiu nie przynosi oczekiwanych efektów....

Czytaj dalej
Relacje w związku
Getty Images

W miłości nie chodzi o „dziękuję”, mówi psycholożka, Katarzyna Miller 

Robisz śniadania, prasujesz koszule i czekasz, aż on doceni i powie chociażby: „dziękuję”? Psycholożka, Katarzyna Miller, wyjaśnia, dlaczego poświęcanie się w imię miłości to prosta droga do rozstania.
Sylwia Niemczyk
02.04.2020

Rzetelne dawanie i rzetelne branie ma swoje zasady. Pierwsza jest taka, że ten, kto dostał coś, o co prosił, docenia dar i umie za niego podziękować. A druga zasada: ten, kto daje, nie liczy na wdzięczność i wzajemność. Bo nagrodą jest już samo dawanie” – mówi Katarzyna Miller, psychoterapeutka. Sylwia Niemczyk: Lubimy się poświęcać dla innych? Katarzyna Miller: Nawet bym powiedziała, że my to wprost uwielbiamy! Poświęcanie się dla dzieci, męża, matki, szefa to typowo kobiecy grzech, choć oczywiście znam też paru mężczyzn, którzy również to robią. Ale bez względu na to, kto się poświęca i z jakiego powodu, zawsze wtedy z góry jest skazany na to, że będzie stratny. To przegrana inwestycja, zły interes – specjalnie używam takich określeń, bo bardzo bym chciała, żeby ludzie w końcu uświadomili sobie, że każda nasza relacja z drugim człowiekiem to nic innego, jak interes emocjonalny. Handel, w którym każda strona coś daje i coś bierze. Interes, handel – jakbym słyszała Moryca z „Ziemi obiecanej”. Idziemy na wojnę z romantyzmem? Ja na tej wojnie jestem od wielu lat i zawsze powtarzam: dla własnego dobra przestańmy się wiecznie doszukiwać romantyzmu w życiu, bo to czysta iluzja. A z drugiej strony przestańmy też myśleć, że interes od razu oznacza oszustwo i łódzki geszeft z „Ziemi obiecanej”.. Interesy, w tym te emocjonalne, to normalna, dobra rzecz. Dajemy i bierzemy, umawiamy się na jakąś wymianę i dotrzymujemy umowy. Robimy coś dla kogoś, ale sami też coś z tego mamy. W takim razie co ja mam z tego, że codziennie rano robię mężowi śniadanie? Na przykład masz to, że się sobie taka podobasz: taka jesteś pracowita, dobra, miła. Taka pomocna i potrzebna. Już od samego rana masz poczucie, że zrobiłaś coś dobrego i to już jest twoja...

Czytaj dalej