Miłość po zdradzie – czy każdy związek można posklejać?
getty images

Miłość po zdradzie – czy każdy związek można posklejać?

Pokonując kryzys, dajemy sobie szansę na lepsze życie
Karolina Rogalska
19.02.2020

Warto walczyć o każdy związek, nawet ten, w którym doszło do zdrady. Zanim jednak zdecydujemy się na powrót do siebie, oboje musimy odpowiedzieć sobie na pytanie: „Czy moja miłość jest większa niż twoja wina?”. Od tego zacznijmy – mówi psychoterapeutka Krystyna Mierzejewska-Orzechowska.

Karolina Rogalska, „Uroda Życia”: Czy można naprawić związek, w którym wydarzyło się wiele zła, krzywd i cierpienia? Czy taką relację da się w ogóle posklejać?

Krystyna Mierzejewska-Orzechowska: Nie tylko można ją posklejać, ale wprowadzić na zupełnie nowe tory, na głębsze rozumienie zawiłych ścieżek miłości. Kryzys daje szansę na rozwój dojrzałej tożsamości, ludzie odkrywają prawdę o sobie – często trudną. Trzeba dużo wysiłku, aby lepiej siebie zrozumieć. Mogę powiedzieć z pełnym przekonaniem, że pokonując kryzys, para może doświadczyć wspólnego, innego i lepszego życia. Oczywiście pod pewnymi warunkami: oboje muszą chcieć być nadal razem, a krzywdy, które sobie nawzajem wyrządzili, muszą zostać rozliczone. A nie zamiecione pod dywan. Zazwyczaj jest to bardzo długi i bolesny proces. Dlatego zanim zdecydujemy się na powrót, warto sobie odpowiedzieć na pytanie: „Czy moja miłość jest większa niż twoja wina?”. I dopiero wtedy, gdy moja miłość jest większa niż twoja wina i ufam, że to, co mówisz, jest szczere oraz naprawdę chcesz zrobić wszystko, żeby nie powtórzyć tamtych błędów, możemy zacząć budować siebie i związek na nowo.

„Do tanga trzeba dwojga”

Na początku terapii par zazwyczaj pada pytanie: „Czy państwo się kochacie?”.

To pytanie wydaje się banalne, ale praktyka pokazuje, że jest bardzo dobrym wskaźnikiem powodzenia bądź niepowodzenia w terapii. Ludzie mogą mieć w sobie dużo bólu, pretensji, żalu, ale jeśli oprócz negatywnych emocji jest miłość, to jest też duża motywacja do pracy nad sobą. 

Czasami złe emocje są silniejsze. 

Z miłością jest jak z ciążą. Albo się w niej jest, albo nie. Jeśli ktoś mówi: „Nie wiem, czy kocham” to zwykle więcej jest żalu i bólu. Siły pozytywnych uczuć nie ma. Rzecz jasna, to są tylko słowa i trzeba sprawdzić, co dokładnie znaczą. Może cię kocham, ale tak dużo złego się już wydarzyło, że mam cię dość. A może któreś z małżonków poważnie myśli o rozstaniu. Zapadła decyzja: „Nie chcę z tobą być”, ale mamy tyle wspólnych spraw, że nie potrafię cię zostawić. Albo nie powiem na głos: „To koniec”, bo nie chcę, żeby to wyszło ode mnie. W każdym razie, jeśli jedna z osób podjęła taką decyzję, nie ma motywacji do pracy nad sobą, nie wierzy w zmianę, to wtedy terapia par niewiele pomoże. Jak mówią: „Do tanga trzeba dwojga”. Jedna osoba, nawet ekstremalnie zmotywowana, nie uratuje związku. 

Może w tym konkretnym momencie ludzie rzeczywiście nie chcą do siebie wracać, ale przecież wszystko z czasem może się zmienić. 

Tak też się zdarza. Jakiś czas temu zaczęłam pracę z pewną parą, szło bardzo opornie. Nie było wspólnego celu – obopólnej chęci budowania bliskości. W końcu zapadła decyzja o rozstaniu, jedno z nich wyprowadziło się z domu. Ale po roku ci ludzie wrócili do mnie, już z innym nastawieniem. Postanowili być razem. Terapia skończyła się sukcesem. Nie da się przewidzieć ze stuprocentową pewnością, czy partnerzy się rozstaną, czy nie. Zadaniem terapeuty jest ocenić, czy w danym momencie jest możliwa praca w kierunku leczenia więzi. Dobrze rokują pary, w których ludzie są siebie ciekawi. Chcą zrozumieć nie tylko to, co dzieje się między nimi, ale też swoje wzajemne potrzeby i ograniczenia. Wybór partnera na życie nie jest przypadkowy. Zakochanie to projekcja pragnień i idealizacja. Gdy rodzi się uczucie, widzimy w ukochanej osobie to, czego najbardziej pragniemy, a nie to, co jest w rzeczywistości. A bliskość w dojrzałym związku opiera się na urealnieniu wizji partnera, akceptacji tego, kim on naprawdę jest, i zaciekawienia tym, jak pięknie się od nas różni. 

„Malowany welon”
mat. pras.

„Malowany welon” z Naomi Watts i Edwardem Nortonem opowiada o zdradzie, ale też o przebaczeniu i odbudowie miłości – a być może dopiero jej narodzinach. 

Czy można wskrzesić miłość, która wygasła? 

Miłości, podobnie jak żadnego innego uczucia, nie można sobie nakazać. Ale można ją dokarmiać. Bo miłość potrzebuje paliwa. To uczucie najbardziej roznieca świadomość, że jesteśmy dla kogoś osobą upragnioną, jedyną, wybraną ze wszystkich innych. Uosobieniem pragnień. Dlatego trzeba sobie nawzajem o tym przypominać każdego dnia: za pomocą słów, drobnych gestów czy rytuałów. Francuzi mówią, że nie ma miłości, są tylko jej dowody, czyli czyny. Pytanie, czy w ogóle przeszliśmy drogę od zakochania do miłości? Miłość to stan, który opisuje fraza: „Powiedz, co mogę zrobić, żeby było ci dobrze”. A zakochanie – „Ty masz mnie uszczęśliwić, dać mi wszystko”. Ciągłe poszukiwanie zakochania świetnie wpisuje się we współczesny przekaz kulturowy, który promuje autonomię, samorealizację, samorozwój. Ale miłość już nie, bo wymaga poświęcenia, rezygnacji, wejścia w zależność. A także pogodzenia się z utratą, bo jak wybieram jedno, to wyrzekam się czegoś innego. Nie każdy jest na to gotowy. Dlatego tak wiele związków obecnie się rozpada i coraz większe jest też zapotrzebowanie na terapię par. 

Jak odbudować małżeństwo po romansie?

Może trudno jest nam budować dojrzałe związki, bo sami nie jesteśmy wystarczająco dojrzali?

Każdy związek jest na takim poziomie rozwoju, jak osoby, które go tworzą. Być dojrzałym to umieć zaopiekować się sobą i nie oczekiwać, że partner będzie lekarstwem na wszystko. Trzeba zrozumieć siebie, nauczyć się tolerować niepewność, frustrację, utratę. Zaakceptować to, że nie wszystko dostanę. Jak mi jest smutno, mogę iść do męża i poprosić: „Pociesz mnie, ponoś na rączkach”, ale jak mi tego nie da, to nie mogę się obrażać albo szukać ukojenia gdzie indziej. Intymność w bliskiej relacji jest przestrzenią na realizację takich dziecięcych potrzeb i bardzo przyjemnie jest, gdy bliska osoba zaopiekuje się nami. Ale jeżeli nie może, bo na przykład ma w tym momencie coś innego na głowie, to trzeba umieć samemu sobie to wszystko zapewnić. Zazwyczaj jest tak, że partner dostaje „wypłatę” za krzywdy i zaniedbania, których doświadczyliśmy w dzieciństwie od rodziców czy opiekunów. A żeby być dorosłą osobą w swoim świecie wewnętrznym, trzeba zobaczyć, co mi się przydarzyło jako dziecku. Opłakać przeszłe zranienia i krzywdy, nauczyć się sobą opiekować. Nieporozumienia w związkach nie wynikają tylko z zaniedbań i braku dojrzałości. Czasem ranimy się z premedytacją: zdradzamy, okłamujemy, wykorzystujemy, lekceważymy. Jeśli chcemy rozpocząć pracę nad odbudową związku, to w pierwszej kolejności musimy te wszystkie krzywdy rozliczyć. Obie strony muszą wziąć odpowiedzialność za swoje raniące zachowania i słowa, za to, jak się wzajemnie skrzywdziły. Przeprosić, wyrazić skruchę, zadośćuczynić i przebaczyć sobie nawzajem. Tak, żeby nie trzeba było do tego wracać. Jeżeli ludzie zrobią to szczerze, w poczuciu, że te krzywdy są do wybaczenia, da się z nimi żyć i że mimo tych zranień wciąż są dla siebie ważni i się kochają, to bliskość w relacji zazwyczaj udaje się ocalić.

Pewne krzywdy bardzo trudno jest wybaczyć, na przykład zdradę.

Zdrada zabija związek, a przynajmniej nasze wyobrażenie o nim. Dlatego musimy przejść wszystkie etapy żałoby, która jest naturalną reakcją na stratę. Pierwszy z nich to konieczność skonfrontowania się ze wszystkimi bolesnymi uczuciami, które pojawiają się w takiej sytuacji. Cierpienie, smutek i ból muszą wybrzmieć, żeby się wypalić. Do tego potrzebny jest czas. Potem trzeba zmierzyć się z utratą naszej wizji związku – przecież miało być inaczej – i nauczyć cieszyć się tym dobrem, które dzisiaj jest możliwe. Nie rozpętywać przeszłości, nie robić wyrzutów i nie stawiać się w roli ofiary, karząc partnera za dawne przewinienia w kolejnych awanturach. Tylko miłość osoby, która została skrzywdzona, może wskrzesić życie w parze. A kiedy partner, który zdradził, odpowie na nią szczerą wdzięcznością, a ponadto przeprosi i zadośćuczyni, to szanse na odbudowę relacji są bardzo duże. 

„The Affair”
mat. pras.

Szczęśliwe małżeństwo – i ta trzecia. Gęsta atmosfera serialu „The Affair” (w rolach głównych Dominic West i Ruth Wilson) znakomicie oddaje emocje, jakie towarzyszą zdradzie. 

Jak radzić sobie z bólem, poczuciem zranienia i destrukcyjnymi myślami, kiedy ktoś nas skrzywdzi, zdradzi?

Tego, jak radzić sobie z trudnymi uczuciami, uczymy się całe życie. Słyszałam stwierdzenie „Ból jest częścią życia, ale cierpienie jest wyborem”. Nie unikniemy przykrości i zranień. Ale utknąć w krzywdzie to trzymać się przeszłości, a przez to tracić to dobro, które dziś możemy mieć. Zatem radzić sobie z trudnymi uczuciami i myślami to oznacza: być w rzeczywistości i umieć widzieć to, co jest dobre, nie projektować w głowie katastroficznych filmów ze sobą w roli głównej. A chyba najważniejsze to być dobrym dla siebie, mieć dla siebie współczucie. Ludzki mechanizm radzenia sobie w trudnych, kryzysowych sytuacjach to szukanie wsparcia u innych. Czyli należy szukać życzliwych osób i dzielić się tym, co przeżywamy. Wtedy jest łatwiej.

Chyba najtrudniejszą rzeczą w takiej sytuacji jest odbudowa zaufania?

To prawda. Ale musimy pamiętać, że związek, bliskość i miłość są w ogóle przedsięwzięciami niezwykle ryzykownymi. Przecież nigdy nie będziemy mieć stuprocentowej pewności, że partner nas nie zdradzi, nie opuści, nie wykorzysta. A oprócz tego, że ryzykowne, to też pełne zakłóceń. Bo w parze jest nieustanny ruch od pragnienia bliskości i zespolenia do potrzeby separacji, bycia odrębną jednostką. Jest to osiowy konflikt w każdej bliskiej relacji i z tą dynamiką trzeba nauczyć się żyć.

Jak to zrobić, ma pani jakieś praktyczne rady?

Przede wszystkim należy dbać o poczucie bezpieczeństwa w parze. Jeśli po traumie czy kryzysie wracamy do siebie, to trzeba pamiętać, że mamy być ze sobą szczerzy i na siebie otwarci. Czyli wszystkie wątpliwości i obawy konfrontuję z partnerem. Na przykład jeśli boję się, że on znów skontaktował się z koleżanką, z którą miał romans, to w sposób nieagresywny pytam go, czy to prawda. Partner powinien być pierwszą osobą, do której zwracamy się z naszymi wątpliwościami. Nie może być tak, że są tematy, których boimy się przy nim poruszać. Należy też unikać wzajemnego obwiniania się. Jeśli mamy do drugiej osoby pretensje, warto zadać sobie pytanie: „Czego ja tak naprawdę potrzebuję?”. I mówić o swoich potrzebach, a nie o tym, że ten ktoś jest podły, zły albo robi coś przeciwko nam. Na przykład zamiast: „Znowu coś przede mną ukrywasz. Wiem, z kim jadłeś dzisiaj lunch”, można powiedzieć: „Chciałabym, żebyś mi mówił, kiedy spotykasz się na lunch z koleżanką”. Trzeba mieć duże oczekiwania względem związku, artykułować swoje potrzeby, dzielić się pragnieniami. Koncentrować się na komunikatach pozytywnych, czyli mówić o tym, do czego dążymy, a nie o tym, co nam się nie podoba, czego nie chcemy. Komunikacja to połowa sukcesu w budowaniu relacji. I jednocześnie jeden z głównych tematów, z jakim ludzie zgłaszają się na terapię par.

Film „Historia małżeńska” ze Scarlett Johansson i Adamem Driverem w rolach głównych jest bardzo dobrą ilustracją tego, o czym mówimy. Między bohaterami były: chemia, miłość, ciepło, fascynacja. Zabrakło chyba tylko dobrej komunikacji.

To bardzo piękny i bardzo prawdziwy film o parach we współczesnym świecie. To film o tym, jak trudno pogodzić potrzeby samorealizacji, własnego rozwoju z potrzebami związku, jak łatwo zagubić się, jeśli nie kierujemy się wewnętrznym głosem, nie próbujemy rozpoznać swoich pragnień. Słuchając innych, a nie siebie, w tym przypadku prawników, partnerzy pozwolili – niemalże wbrew własnym uczuciom – na niszczenie ich związku. Pozwolili, by ktoś z boku zniekształcił percepcję. Podczas rozprawy zupełnie unieważnione zostało to, że ci ludzie świetnie do siebie pasowali, że się kochali. Kiedy siedzieli w sali sądowej i słuchali tego, co na temat ich małżeństwa mówią prawnicy, widać było, że to zupełnie nie jest ich historia.

„Historia małżeńska”
mat. pras.

„Historia małżeńska” z Adamem Driverem i Scarlett Johansson, odziera ze złudzeń: jeśli nie będziemy uważać, to każdy, nawet najbardziej przyjazny rozwód może zmienić się w piekło.

Często się zdarza, że osoby trzecie decydują o losach związku: koleżanki, teściowe, matki itd.

Dlatego w sprawach sercowych trzeba słuchać głównie siebie. I postępować w zgodzie ze sobą. Jeśli mamy w sobie miłość, warto próbować.

Ale tu chyba trzeba uważać, bo czasami miłość jest większa niż wszystko. I wtedy łatwo możemy paść ofiarą nadużyć.

W takiej sytuacji to nie jest miłość, tylko patologiczne uwikłanie. Czasem mówię do moich klientek w gabinecie: „Proszę spojrzeć w lustro, popatrzeć sobie w oczy i powiedzieć – oto najważniejszy człowiek w moim życiu”. Bo jeśli ja nie potrafię sama o siebie zadbać i deleguję odpowiedzialność za swoje życie na drugą osobę, to wchodzę w rolę ofiary, a to zwalnia mnie z konieczności bycia odpowiedzialnym za siebie. Nie ma to nic wspólnego z dojrzałym wybaczaniem i zdrowym przepracowaniem kryzysu w relacji.

W sytuacjach granicznych, jaką z pewnością jest rozpad związku, ludzie bywają wobec siebie bezlitośni i okrutni. Potrafią bezwzględnie się atakować. Co nie znaczy, że to cała prawda. A nam się wydaje, że właśnie pokazali, jacy naprawdę są. 

Cudownie, że pani o tym wspomniała. Ludzie często myślą na fali złości: „Nareszcie go poznałam, przekonałam się, kim naprawdę jest”, „Wyszło szydło z worka”. A przecież wszyscy jesteśmy tylko ludźmi – w związku z czym wszyscy popełniamy błędy. Nikt z nas nie jest wszechmocny i idealny. Siłą związku jest właśnie kruchość i wrażliwość tworzących go osób. W „Historii małżeńskiej” to było zresztą bardzo dobrze pokazane. Gdyby ta para trzymała się swojej wrażliwości, swoich własnych emocji, to być może ten związek by przetrwał. A ponieważ oddali się w ręce prawników, to rozstawali się z płaczem. W każdym z nas obok kruchości, słabości i wrażliwości istnieje też złość, która jest siłą separacyjną. Pozwala zachować autonomię. Dlatego w parze musimy umieć się kochać, ale też w pewnym sensie nienawidzić. Nikt z nas do końca nie wie, jakie pokłady wściekłości i okrucieństwa w nim drzemią. Tak samo jak nikt do końca nie wie, jak bardzo może być kochający, szlachetny i dobry. Bardzo dużo zależy od kontekstu, w którym się znajdziemy. Ważne, żeby mieć dla siebie, ale też dla partnera, sporo wyrozumiałości. Nie zawsze wszystko wychodzi jak trzeba, nie zawsze jest idealnie, ale przecież życie nie jest łatwe. Innymi słowy należy uznać swój ludzki wymiar. I jeśli mimo wszystko dojdziemy do wniosku, że bardziej chcemy być razem, niż nie chcemy, warto podjąć wysiłek i dać sobie szansę. Miłość naprawdę jest warta starania. Życie pochodzi z miłości, a miłość nadaje sens życiu. Dobrze o tym pamiętać.

Rozmowa z psychoterapeutką Krystyną Mierzejewską-Orzechowską ukazała się w „Urodzie Życia” 3/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Pademia koronawirusa
Adobe Stock

Akcja #zostanwdomu chroni przed koronawirusem, ale kwarantanna może prowadzić do depresji

Przymusowa izolacja ma wpływ na naszą psychikę.
Aleksandra Nowakowska
13.03.2020

Nie ma wątpliwości: jeśli możesz w najbliższych dniach zostać w domu, to zrób to. A jeśli nie możesz – to zrób wszystko, żeby móc: nie tylko ze względu na swoje bezpieczeństwo, ale też na zdrowie innych. W tej chwili na kwarantannie przebywają np. premier Kanady Justin Truedeau, którego żona jest zakażona koronawirusem, czy Tom Hanks z żoną, którzy zarazili się koronawirusem prawdopodobnie na planie nowego filmu. – Kwarantanna to nie jest czas wolny – podkreśla jednak minister zdrowia, Łukasz Szumowski i jego słowa mają głębsze znaczenie, niż myślimy. W przeciwieństwie do zaplanowanego urlopu, kwarantanna wcale nie jest dla nas korzystna. Przymusowa izolacja, bezczynność, nawet jeśli jest dobra dla naszego zdrowia fizycznego, to jednocześnie nie jest dla nas naturalna i nie sprzyja naszej psychice. Badania wskazują, że osoby, które na skutek choroby zmuszone są na dłuższy czas być oddzielone od bliskich, czują tego negatywne skutki nawet – uwaga! – trzy lata później.  Kwarantanna chroni przed koronawirusem, ale… Celem izolacji jest ograniczenie rozprzestrzeniania się wirusa. I to jest wielki plus: dzięki kwarantannie możemy spowolnić przebieg pandemii i zwiększyć szansę na jej opanowanie. Ale sama kwarantanna też nie jest dla nas obojętna.  Artykuł opublikowany w  „The Lancet” podsumowuje szereg raportów badawczych, przeprowadzonych na grupach ludzi poddanych kwarantannie. Dla większości z nich przyniosła ona negatywne skutki dla zdrowia psychicznego, które trwały długo po jej zakończeniu. Nawet po trzech latach od zakończenia kwarantanny zespół stresu pourazowego występował u tych osób cztery razy częściej niż w grupie, która nie doświadczyła izolacji. Aż 60 proc. osób poddanych kwarantannie zgłosiło objawy...

Czytaj dalej