Medytacja bez iluzji. Jak działa i co nam daje? Wyjaśnia psycholożka, Izabela Falkowska-Tyliszczak
pexels.com

Medytacja bez iluzji. Jak działa i co nam daje? Wyjaśnia psycholożka, Izabela Falkowska-Tyliszczak

Medytacja to nie tylko ćwiczenie, które ma nam pomóc „wyoddychać" emocje. To coś dużo więcej – mówi psychoterapeutka Izabela Falkowska-Tyliszczak.
Iga Ptasińska
17.12.2020

Usiąść, skupić się na oddechu albo doznaniach płynących z ciała. Pozwolić, aby myśli swobodnie pojawiały się i odchodziły. Medytacja daje nam dużo wspaniałych doznań. Ale jeśli ma przynieść głębsze korzyści psychologiczne,  nie może być traktowana tylko jak ćwiczenie, które ma nam pomóc „wyoddychać” emocje.

Iga Ptasińska: Co o medytacji sądzi psychoterapeuta? Jakie są psychologiczne korzyści płynące z medytacji?

Izabela Falkowska-Tyliszczak: Przygotowując się do naszej rozmowy, postanowiłam zasięgnąć języka u mojego przyjaciela Mikołaja Uji Markiewicza, nauczyciela zen. Powiedział coś, co wydaje mi się szalenie trafne. Otóż stwierdził, że medytacja bardzo pomaga docenić… urodę życia! A to ogromna psychologiczna korzyść. Wszyscy marzymy o tym, żeby umieć doceniać drobne elementy, szczegóły, które przynoszą nawet mikroprzyjemności, bo to głównie z tych drobiazgów da się potem utkać całkiem znośny żywot.

Ale przede wszystkim medytacja oczyszcza umysł, mówią o tym chyba wszyscy, którzy ją praktykują. W filozofii buddyjskiej istnieje coś takiego jak „maja”. Maja według definicji to: „iluzja, namacalna i mentalna rzeczywistość codziennie absorbująca świadomość żywych istot, zakrywająca przed nimi prawdę na temat tożsamości”. Mówiąc najprościej, to pojęcie dotyczy złudności świata. Można powiedzieć, że maja jest matriksem, zakrywa to, co jest istotą naszego istnienia. Medytacja pozwala natomiast zbudować dystans wobec tej iluzji, a dzięki temu człowiek ma szansę zbliżyć się do istoty życia.

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Medytacja bez iluzji

Pozwala zdjąć te wszystkie niepotrzebne warstwy, które „zanieczyszczają” nasze postrzeganie świata.

Kartezjusz mawiał: „Myślę, więc jestem”. W medytacji nie myślę, więc praktycznie rzecz biorąc, nie ma mnie. Czyli znikają wszelkiego rodzaju uwiązania sprzężone z naszym ego. I tu psychologiczne korzyści płyną szeroką rzeką – przede wszystkim dochodzi do dużej redukcji stresu. Medytacja pozwala odpocząć. Są badania naukowe, z których wynika, że 20 minut medytacji przynosi więcej odpoczynku niż półtorej godziny snu! Medytacja daje uspokojenie, dystans wobec siebie i rzeczywistości – to jest nie do przecenienia. Bo dzięki możliwości zdystansowania się wobec rzeczywistości możemy liczyć także na redukcję poziomu lęku.

Obniżenie poziomu stresu i lęku – w dzisiejszych czasach towar cenny jak złoto!

A to nie wszystko. Zauważmy, że właściwie każdy model psychoterapii, wywodzący się od Freuda, to tak zwany „talking cure”, czyli leczenie poprzez rozmowę. A przecież dość często zdarza się, że różnego rodzaju trudności – a mówiąc ściślej, językiem klinicznym: nasze traumy – powstają w bardzo wczesnym okresie życia, w okresie pozasłownym. Zatem kuracja poprzez mówienie ma do nas ograniczony dostęp. Nie dotrze do nas i nie będzie skuteczna wobec tego, co zagnieździło się w nas na tamtym etapie życia.

A medytacja, owszem. Ona także jest narzędziem „poza słowem”, jest sposobem doświadczania. Mówi się także o tym, że dzięki temu, iż odmienia naszą perspektywę – czyli pozwala nam spojrzeć na siebie i na to, co jest dookoła, z innej, nowej strony – to bardzo poprawia twórcze umiejętności człowieka. A twórczość bez wątpienia wchodzi w skład naszych kompetencji psychologicznych.

Medytacja jak modlitwa?

Żyjemy w kraju w przeważającej części, w każdym razie na poziomie deklaracji, katolickim. Nie mogę więc nie zapytać, jak modlitwa ma się do medytacji? Czy może być formą medytacji?

I tak, i nie. Są punkty styczne, ale są też pola rozbieżności. W hinduistycznym systemie religijnym jest coś takiego jak powtarzanie mantr. Bywa, że katolickie modlitwy też przypominają takie mechaniczne powtarzanie mantry. Natomiast medytacja łączy się ściśle ze skupieniem, z koncentracją: na oddechu, na wizualizowanym obrazie czy na przykład na jakimś fragmencie tekstu, ale nadal musi być to pełna koncentracja. Mówiąc brutalnie i obrazowo, jeśli modlitwa jest „klepaniem” jakiegoś tekstu, to nie spełnia zasadniczego warunku, by stać się formą medytacji.

Regularne medytowanie podobno poprawia naszą pamięć.

Poprawia pamięć, polepsza koncentrację, jest doskonałym treningiem tak dziś popularnej uważności, sprawia, że zdecydowanie szybciej przetwarzamy wszelkie dane – na to są twarde dowody naukowe. Istnieją również badania, które wykazały, że medytacja pomaga zachować masę mózgu, która normalnie, w sposób naturalny, zmniejsza się wraz z wiekiem. Doktor Florian Kurth, neurolog, przeprowadził badanie na grupie 50 osób medytujących i 50 osobach nieuprawiających żadnej formy relaksu. Po ośmiu tygodniach okazało się, że u osób z tej pierwszej grupy mózg nawet powiększył swoją objętość! 

Medytacja jak kawa bez efektów ubocznych

Te wyniki zostały potwierdzone potem jeszcze przez badaczy z Harvard Medical School. Udowodniono, że wystarczy dosłownie pięć minut medytacji dziennie, żeby poprawić kondycję intelektualną, a co za tym idzie – samopoczucie. Medytacja pobudza nasz mózg, tak jak robi to kawa, tyle tylko, że robi to lepiej.

To znaczy?

Bez skutków ubocznych. Kawa, owszem, pobudza nas, ale jednocześnie sprawia, że podnosi się w organizmie poziom adrenaliny. Większość z nas wie, o czym mówię – po wypiciu mocnej kawy serce zaczyna walić i to nie jest przyjemne. Natomiast medytacja pobudza tak samo silnie, ale nie wywołuje tego przykrego skutku ubocznego.

Nic, tylko medytować! Ale czy każdy może to robić? Nie ma żadnych przeciwwskazań?

Są, medytacja zdecydowanie nie jest dla każdego. W szczególności nie jest dla tych osób, które mają postawioną psychiatryczną diagnozę. Takim osobom wręcz nie wolno uprawiać medytacji w pojedynkę, w samotności.

Czy to znaczy, że medytując, można zrobić sobie krzywdę?

Tak. W tym przypadku można spróbować medytować w grupie albo medytować pod przewodnictwem nauczyciela. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że różnego rodzaju uszczerbki, których doznaliśmy w dzieciństwie, we wspomnianym okresie „poza słowem” mogą zostać „dotknięte” poprzez medytację, to trzeba liczyć się z tym, że takie „wykopaliska” prowadzone na własną rękę mogą być bardzo niebezpieczne. Jeśli przyjmiemy, że medytacja jest spotkaniem ze sobą, to łatwo będzie nam zrozumieć, że czasem nie możemy, przynajmniej na początku drogi, spotkać się „ze sobą sam na sam”. To może być dla nas zbyt trudne i bolesne.

Zresztą według nauczycieli tej dziedziny, w zasadzie każda medytacja, jeśli traktować ją rzeczywiście poważnie, a nie na zasadzie zabawy, ma sens tylko wtedy, kiedy ma jakiś fachowy nadzór. Nie chodzi o to, że przewodnik musi towarzyszyć ci podczas każdej medytacji, chodzi raczej o jakiś rodzaj nadzoru, planu i jego w miarę regularnej weryfikacji, czuwania kogoś, do kogo w każdej chwili możesz się odwołać.

Medytacja w terapii czasem szkodzi

Powiedziałaś, że medytacja nie jest dla osób, które cierpią na dolegliwość psychiczną o mocnym nasileniu, a czy są jakieś cechy osobowości, które sprawiają, że do medytacji się „nadajemy” albo wprost przeciwnie – medytacja zupełnie nie jest dla nas?

Myślę, że medytacja nie jest atrakcyjna dla tych osób, które dają się w życiu łatwo uwieść pozorom. Poza tym warto pamiętać, że jeśli medytacja ma służyć rozwojowi, jeśli na koniec ma przynieść jakieś głębsze psychologiczne korzyści i zmiany, to nie może być traktowana jako ćwiczenie, które pomoże nam „wyoddychać” emocje. Ona nie służy znieczuleniu, ale wyostrzeniu naszej wrażliwości.

Dzięki niej uczymy się poczuć „więcej”, „bardziej”, „mocniej”. Chociaż wtedy czasem musi zaboleć...

Dokładnie tak. Zresztą jest tu pewne podobieństwo między medytacją i psychoterapią. Osoby, które de facto najbardziej potrzebowałyby tego rodzaju pomocy, wsparcia, nigdy po nie nie sięgną… Mówiąc wprost: ludzi, którzy są pozbawieni odpowiedniego poziomu wrażliwości albo tę wrażliwość mają bardzo głęboko ukrytą – bo nawet osoby psychopatyczne jednak jakąś wrażliwość mają, tylko po prostu nie chcą z niej korzystać – takich ludzi nie sposób przekonać, namówić ani do psychoterapii, ani do medytacji. A szkoda, bo korzyści jest wiele i na bardzo różnych poziomach.

Czy medytacja może być dobrym uzupełnieniem psychoterapii?

Różnie z tym bywa. Zdarza mi się pracować z osobami, które medytują. I powiem tak: jeśli mądrze poprowadzić taki duet, przynosi to świetne efekty. Natomiast może być też tak, że medytacja będzie szkodziła psychoterapii. Wszystko zależy od tego, w jaki sposób jej „używamy”. Jeśli ktoś używa jej po to, aby odcinać się od uczuć – a takie niewłaściwe pojmowanie, do czego medytacja ma służyć, zdarza się wcale nie tak bardzo rzadko – wtedy psychoterapię się stopuje, sabotuje. To jest trochę tak jak z lekami. Są podczas psychoterapii takie momenty, kiedy warto łączyć ją z farmakoterapią, ale są i takie, kiedy to nie jest wskazane. Nie wolno bowiem zapominać, że farmakoterapia odcina część wrażliwości. Taki jest jej cel, ale czasem, żeby z czegoś wyjść, trzeba także coś boleśnie, aż do kości, poczuć.

Co byś powiedziała wszystkim tym, którzy jeszcze nie poczuli się przekonani do tego, by rozważyć praktykowanie medytacji? Czym ona jest, czym może być?

Medytacja jest zatrzymaniem umysłu i koncentracją na doświadczaniu. Czy takiego doświadczenia nie potrzebuje dziś, w tym ciągłym pędzie, prawie każdy z nas? 

***

Rozmowa ukazała się w „Urodzie Życia” 10/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Iliana Ramirez
Olga Majrowska

„Intuicja uratowała mi życie” – mówi dr Iliana Ramirez, meksykańska badaczka żyjąca w Polsce

„Mamy dzisiaj kilka teorii dotyczących intuicji. Jestem przekonana, że kiedyś intuicja będzie tak samo badana, jak pamięć czy inteligencja” – mówi Iliana Ramirez, doktor farmakobiologii, żona psychologa i pedagoga dr. Mateusza Grzesiaka.
Sylwia Niemczyk
16.12.2020

Intuicja to trudny temat – lubimy się na nią powoływać, ale gdyby nas spytać, czy naprawdę ona istnieje, to  wiele z nas odżegnuje się od wiary w nią. Bo właściwie co to takiego? Pytamy o to dr Ilianę Ramirez, Meksykankę, naukowczynię z doktoratem w dziedzinie farmakobiologii i jednocześnie autorkę warsztatów m.in. o intuicji.  Sylwia Niemczyk: Kierujesz się w życiu intuicją? Iliana Ramirez: Cały czas intuicja jest u mnie na pierwszym miejscu. Dopiero w drugiej kolejności włączam logiczne myślenie. Dzięki intuicji podejmuję decyzję, dzięki logice – wiem, jak tę decyzję wcielić w życie. A co to takiego: intuicja? To określenie czegoś nieuchwytnego, czego nie umiemy jeszcze opisać naukowo, ale co z całą pewnością istnieje w nas. Kiedy nie wiemy, dlaczego robimy jedną rzecz, a nie inną, dlaczego podejmujemy taką decyzję, a nie przeciwną, mówimy: kieruje nami intuicja. Jakie życiowe decyzje intuicja pomogła podjąć ci samej? Na przykład tę największą i najważniejszą: przyjechać do Polski i wyjść tutaj za mąż. Wszystko mówiło nie, a intuicja mówiła: tak, zrób to! Wszystko wyglądało mega skomplikowanie: on Polak, ja Meksykanka. On miał w Polsce rozpoczęty doktorat, ja w Meksyku prowadziłam już naukowe badania, dostałam grant na projekt naukowy na uniwersytecie w Los Angeles, to był mój plan. Kiedy poznałam Mateusza, byłam kilka miesięcy przed wyjazdem, wszystko już miałam zaplanowane – miałam wyjechać, ale nie do Polski, tylko do Stanów. Widziałam siebie jako naukowczynię. Kiedy próbuję na poziomie logicznym wytłumaczyć komuś, dlaczego zdecydowałam się w takim punkcie życia zaangażować emocjonalnie – to nie mogę, bo tu logiki nie ma żadnej. A to nie jest tak, że po prostu kierowała tobą miłość? Oczywiście, że się...

Czytaj dalej
joga twarzy
iStock

Joga twarzy chroni przed starzeniem się i zmarszczkami lepiej niż kremy i zabiegi

Czy wiesz, że mięśnie na twarzy i szyi – a jest ich ponad 80 – tak jak wszystkie inne mięśnie, potrzebują odpowiednich ćwiczeń? 
Marta Cieplak
22.12.2020

Na twarzy i szyi znajduje się kilkadziesiąt mięśni. I to one, a nie jakość skóry, są w największym stopniu odpowiedzialne za to, jak się starzejemy. Dlatego codzienne ćwiczenia mogą sprawić, że będziemy wyglądać młodziej! Jak to robić, podpowiada Marta Kucińska, ekspertka od jogi twarzy. „Trzeba pamiętać, że mięśnie mimiczne są połączone zazwyczaj jednym przyczepem z czaszką, a drugim ze skórą. Ich kondycja wpływa na wygląd ogólny twarzy i na zmarszczki mimiczne. Bo to mięśnie stanowią formę siatki podtrzymującej skórę wraz z innymi tkankami”, mówi Marta Kucińska. Jak o nie zadbać? Najskuteczniej zrobisz to, praktykując jogę twarzy, czyli metodę łączącą ćwiczenia twarzy z odpowiednim oddechem , postawą ciała oraz właściwą dietą i nauką świadomej mimiki. Joga twarzy przywraca młody wygląd Regularnie stosowana może odwracać negatywne efekty wpływu grawitacji, niwelować zmarszczki, a także sprawi, że skóra uzyska promienny wygląd. Najlepiej nauczyć się tej metody poprzez kursy, warsztaty albo indywidualne konsultacje. „Trzeba posiadać chociaż elementarną wiedzę, żeby odpowiednio dobrać i stosować ćwiczenia, a także rozumieć, na czym polegają procesy starzenia się twarzy”, wyjaśnia Marta Kucińska. Na początek, żeby zobaczyć, czy taka forma dbania o siebie ci odpowiada, możesz wypróbować ćwiczenia dostępne w internecie albo w książce „Joga piękna” autorstwa Marty. Znajdziesz tam uniwersalne ćwiczenia. „Poprawią kondycję całej twarzy i szyi, ale w zależności od potrzeb zawsze warto prędzej czy później dobrać ćwiczenia spersonalizowane. Nawet poprzez konsultacje online”, dodaje.  Jogę twarzy można połączyć z pielęgnacją olejkami nawilżającymi i stosowaniem rollerów kamiennych czy płytek...

Czytaj dalej
7 książek psycholo
Fot. iStock

Książki psychologiczne pod choinkę – polecamy 10 najciekawszych tytułów

O miłości, wrażliwości, o tym, jak nie zabijać sobie codzienności sprzeczkami, o apetycie na sukces – najlepsze książki psychologiczne na Gwiazdkę dla tych, którzy chcą lepiej poznać siebie i swoje relacje.
Agnieszka Dajbor
16.12.2020

Książki psychologiczne mogą pomóc nam lepiej poznać i zrozumieć siebie. Dają wiedzę, która może nieraz nas uratować: przed depresją, toksycznym związkiem albo decyzjami, których żałowałybyśmy przez resztę życia. Dlatego – jeśli chcesz komuś dać naprawdę dobry prezent na święta, pomyśl o dobrym poradniku psychologicznym. W 2020 roku wyszło dużo naprawdę świetnych propozycji! Polecamy 7 książkowych nowości psychologicznych, które pozwolą nam lepiej zrozumieć siebie i nasze relacje z bliskimi. „Psychiatrzy” Chociaż już co czwarty Polak mierzy się z zaburzeniami psychicznymi, to nadal psychiatria jest traktowana po macoszemu – pokazuje to choćby nikła liczba oddziałów psychiatrycznych i łóżek, które się tam znajdują. Kryzys psychiczny albo choroba psychiczna ciągle są stygmatyzujące. Ciągle wstydzimy się powiedzieć, że potrzebowaliśmy pomocy specjalisty albo że ktoś z naszych bliskich cierpi na schizofrenię czy uzależnienie. Ewa Pągowska, dziennikarka, w swojej książce „Psychiatrzy” rozprawia się z mitami i przekłamaniami, które wciąż towarzyszą tematowi naszego zdrowia psychicznego. Zadaje trudne pytania, ale jej rozmówcy nie boją się na nie odpowiadać. Na książkę składają się rozmowy z piętnaściorgiem wybitnych specjalistów w dziedzinie psychiatrii, m.in. prof. Jackiem Wciórką , drem n. med. Bartoszem Grabskim i prof. dr hab. n. med. Agatą Szulc.  „Psychiatrzy. Sekrety polskich gabinetów”, Ewa Pągowska, Znak 2020 „Nigdy dość. Mózg a uzależnienia” Judith Grisel upiła się po raz pierwszy, kiedy miała 13 lat. I spodobało jej się to uczucie. Niedługo później doszły narkotyki. Przez kolejną dekadę szukała wszelkich okazji, by się odurzyć, to był właściwie cud...

Czytaj dalej
Joga i ajurweda a Hashimoto
Unsplash.com

Joga i ajurweda pomagają w terapii choroby Hashimoto

Chorobę często traktujemy jako „dopust boży”, a każda zmiana w życiu, jaką ona generuje, budzi pytania w rodzaju: dlaczego ja? Tymczasem pierwszym krokiem do zdrowia, kiedy je tracimy, jest wewnętrzna zgoda na proces. Przekonałam się o tym sama, borykając się z zapaleniem tarczycy Hashimoto.
Agnieszka Mosak
15.12.2020

Z chwilą, gdy wcześniejsze pytanie zamienisz na: jak moje ciało stara się na mnie wpłynąć i mi pomóc? – zaczynasz doceniać mądrość jego sygnałów i możesz podjąć kroki ułatwiające reorganizację. Zmieniając dotychczasowe nawyki, wesprzesz te obszary, które wymagają zadbania. Zanim dostrzeżesz i pojmiesz źródło problemu, możesz ulec depresji albo irytacji, że wszystko na nic, bo to, co działa dobrze u innych, tobie nie pomaga albo nawet szkodzi. Pamiętaj wtedy, że ciało nie jest wrogiem, lecz sprzymierzeńcem. Słuchaj go i łagodnie zmierzaj ku zrozumieniu. Za to umysł wymaga dyscypliny. Czytaj też: Jak się leczy depresję? Kiedy psychoterapia, a kiedy psychiatra? Początki walki z chorobą Hashimoto Tym, co wyzwoliło uśpioną tendencję, była, jak u wielu kobiet, ciąża i demineralizacja po drugim porodzie. Wiele symptomów pojawiało się u mnie wcześniej, ale charakterem nadrabiałam niemoc ciała. Zanim więc dowiedziałam się, że mam niedoczynność tarczycy, próbowałam brać się w garść, odchudzać, nie spałam dobrze i nie czułam się sobą. Postanowiłam, że panaceum, którym przezwyciężę niezrozumiały stan beznadziei, będzie joga! Nie rozumiałam wtedy ani źródeł swojego problemu, ani tego, że joga nie działa jak plaster. Zanim zrobiono mi bardziej szczegółowe badania niż tylko TSH, które nie pokazuje całego spektrum zaburzeń, ustalenie terapii hormonalnej wcale nie szło tak szybko i gładko, była to droga przez mękę i mgłę niewiedzy. Dopiero anglojęzyczne portale otworzyły mi oczy na kwestie poza suplementacją hormonu tarczycy i przyniosły psychiczną ulgę, dostarczając przykładów, w których odnajdywałam swoje doświadczenia. Dotarłam też do niezastąpionej książki pt. „Jak żyć z Hashimoto”*,...

Czytaj dalej