Rozwód? Mediacje rodzinne to ostatnia szansa przez rozpadem związku
Getty Images

Rozwód? Mediacje rodzinne to ostatnia szansa przez rozpadem związku

Mediacje rodzinne może uchronić przed rozwodem albo sprawić, że rozwód przebiegnie spokojniej. Na czym polegają? Pytamy mediatorki, Anny Cebulko.
Karolina Rogalska
21.10.2018

Z perspektywy mediatorki widzę, jak często mamy kłopot w kontaktach z bliskimi. Nie rozmawiamy z partnerami o tym, co nas niepokoi. Nie komunikujemy potrzeb. Robimy to dopiero wtedy, gdy jesteśmy już ekstremalnie wściekłe i sfrustrowane. A skrajne emocje blokują nam możliwość porozumienia” – mówi w „Urodzie Życia” Anna Cybulko, wykładowczyni i mediatorka w sprawach cywilnych i rodzinnych.

Karolina Rogalska, „Uroda Życia”: Mediacje rodzinne to takie rozmowy ostatniej szansy. Skrajne emocje. Pewnie się pani nasłucha płaczu, krzyków?

Anna Cybulko: Emocji jest rzeczywiście dużo. Podczas mediacji ludzie zwykle bardzo szybko wchodzą w te same schematy reagowania, które stosują, kłócąc się w  domu. Czasem destrukcyjne: agresywne, sarkastyczne, przemocowe. Rola mediatora polega między innymi na tym, żeby pomóc im te schematy dostrzec, przewentylować emocje. Żeby ludzie mogli się wzajemnie spotkać, usłyszeć, porozumieć. I wypracować wspólnie rozwiązania, które zadowolą obie strony sporu. Część par na mediacje zgłasza się z własnej inicjatywy, czasem takie rozwiązanie proponuje sąd. Ale zawsze naczelną zasadą jest dobrowolność – ludzie muszą chcieć się dogadać. Najtrudniejsze jest pierwsze spotkanie. Potem już jest tylko lepiej.

Co podsyca konflikt?

Powodów może być wiele. Podzieliłabym je roboczo na trzy poziomy. Pierwszy to różnice społeczne: odmienne potrzeby, wartości, oczekiwania, style życia, konteksty rodzinne, w których się wychowywaliśmy. Drugi to poziom indywidualny. Tu przeszkody mogą być natury psychologicznej: brak poczucia bezpieczeństwa, stabilności czy własnej wartości. Ostatni, ten najbliższy mojej pracy, to poziom komunikacyjny. Z perspektywy gabinetu widzę, jak duża część z nas ma z tym kłopot.

Nie rozmawiamy z partnerami o tym, co nas boli. Robimy to dopiero wtedy, gdy jesteśmy już ekstremalnie nabuzowani, nieszczęśliwi, sfrustrowani. A  skrajne emocje blokują nam możliwość wzajemnego zrozumienia. Wtedy tak bardzo skupiamy się na sobie, swoich racjach, bólach i potrzebach, że nie jesteśmy w stanie oderwać się od siebie i stanąć obok tej drugiej osoby. Myśleć racjonalnie. Kłótnia to nie jest moment, kiedy jakikolwiek problem da się rozwiązać. A kiedy te emocje w końcu opadają, zamiast pogadać, obrażamy się na siebie. Nie ma energii ani przestrzeni, żeby usiąść i spokojnie porozmawiać.

Dlaczego tak się dzieje?

Między innymi dlatego, że nie jesteśmy tego nauczeni. Nie wynosimy umiejętności komunikacyjnych z domu czy szkoły. Jest teraz masę kursów skutecznej komunikacji, które są bardzo pomocne. Ale sama technika nie wystarczy, jeżeli nie nastawimy się na kontakt i komunikację, jeśli nie otworzymy się na to, co ta druga strona chce nam przekazać, jakie reakcje budzą we mnie słowa partnera.

Dam przykład: miałam parę w fazie rozstania, przy czym oboje byli na innych etapach. On przeszedł już poziom decyzji o zmianie, a ona czuła, że jest źle, ale jeszcze żadnej decyzji nie podjęła. Dla usprawnienia komunikacji w związku odbyła wiele kursów, ale wewnętrznie miała zupełnie nieprzepracowane to, czego chce, na co jest gotowa. I ogromne trudności, żeby się uporać z zaniżoną samooceną, brakiem poczucia bezpieczeństwa itd. Podczas rozmowy z partnerem cały czas czuła się atakowana, uważała, że jego słowa podważają jej wartość jako kobiety i matki. Choć z pozoru wydawało się, że ona go słyszy i rozumie, to w komunikacji nie posuwali się o krok. Mogę więc w sposób najbardziej doskonały stosować narzędzia komunikacyjne, ale jeśli nie potrafię porozumieć się sama ze sobą, to szansa na to, że dogadam się z  innym człowiekiem, będzie mizerna.

Trudno się dogadać, jeśli jedna strona chce ratować związek, a druga chce go skończyć.

Kilka lat temu miałam sprawę, którą doskonale pamiętam do dziś. Pani złożyła pozew o rozwód, trafili z mężem na mediację. W jej trakcie okazało się, że on był tym pozwem zaskoczony. Po jakimś czasie jednak przetrawił sobie ten fakt. Doszedł do wniosku, że to znakomite rozwiązanie i jest pełen podziwu i  wdzięczności dla żony, która podjęła za  nich oboje tę trudną decyzję. Dla niej to był szok. Przyszła do mnie cała roztrzęsiona. Okazało się, że z jej strony było to tylko wołanie o zmianę, a tak naprawdę wcale nie chciała się rozwodzić. W toku mediacji wyszło, że ci ludzie byli w  zupełnie innych miejscach, niż to sobie komunikowali w domu. Bo wcześniej on twierdził, że chce z nią być, a ona mówiła, że nie chce. Skończyło się rozwodem.


W sprawach, gdzie jedna osoba chce utrzymać związek, a druga chce się rozstać – a jest ich sporo – na ogół zachęcam klientów, żeby porozmawiali o tym, co w  obliczu zmiany sytuacji życiowej najważniejsze. Bo niezależnie od tego, czego on chce, czego ona chce, w byciu razem są kwestie, którymi absolutnie trzeba się zająć, np. finanse, sprawy lokalowe, opieka nad dziećmi. I często, jak już para zaczyna się słuchać,  pewne rzeczy uda się poukładać, to strona, która do tej pory nie była gotowa na rozstanie, dostrzega, że właśnie zrobiła krok w tym kierunku. Zaczyna rozumieć, że pewne sprawy są nieuniknione i, paradoksalnie, jest jej wtedy łatwiej. Kiedy ludziom udaje się przepracować coś, co wydawało się absolutnie nie do przegadania, wychodzą ze spotkania z  poczuciem ulgi, z przeświadczeniem, że  dadzą radę. I to jest fajne.

Nowa sytuacja przestaje budzić lęk?

Mediacja jest momentem przechodzenia przez pewną zmianę. Zobaczenia rzeczywistości z dystansu, z punktu widzenia obserwatora. Uświadomienia sobie, że nie tylko jest to nieszczęście tu i teraz, ale jest też jakaś przyszłość. I ta przyszłość zależy w dużym stopniu od nas. Bo nie tylko jest tak, że jak on będzie dla mnie niemiły, to ja będę nieszczęśliwa, jak mnie nie wesprze finansowo, to będę biedna, jak ona mnie zostawi, to będę samotny. Podczas mediacji zaczynamy rozumieć, że życie jest w naszych rękach. Dostrzeżenie potencjału, który niesie zmiana, bardzo ludzi wzmacnia.

Czy są jakieś warunki niezbędne do tego, żeby pomimo ostrego konfliktu się dogadać?

Jeden – kluczowy. To wola. Oczywiście są bariery wyjściowe: duże emocje, niechęć, skupienie na swoim problemie itd. Ale jeżeli jest wola, to rozmowy zwykle kończą się sukcesem. Chęć dogadania się może wynikać z różnych kwestii, np. „Chcę przez to przejść tak, żebym potem nie miała do siebie pretensji, żebym mogła potrzeć na siebie i na niego z  szacunkiem”. Albo też z myślenia bardziej pragmatycznego, np. dotyczącego podziału majątku: „Chcę się dogadać, bo jak nie, to za dużo stracę”. Są też korzyści związane z wizerunkiem, tym, jak mnie będą postrzegać inni. Czy jako złego człowieka, który zostawia żonę i dzieci, czy jako kogoś, kto stara się dogadać i  załatwić sprawę pokojowo.

Rozmowy o dzieciach pewnie nie są łatwe?

Troska o dobro dzieci jest silnym pozytywnym motywatorem, ale i zarzewiem konfliktów. Budzi skrajne emocje. Zresztą opieka nad dziećmi to jeden z  głównych tematów mediacji: alimenty, kwestie zdrowotne, wychowawcze, kontakty z dziadkami itd. Często jest tak, że kiedy rodzice się rozstają, dzieci odreagowują stres i zaczynają sprawiać problemy wychowawcze, za które mama i tata wzajemnie się obwiniają. Zwłaszcza, że w tej fazie dowolny element może spowodować bardzo mocne reakcje. Ale jeśli rodzicom dobro dzieci naprawdę leży na sercu, to po jakimś czasie zawsze dochodzą do porozumienia. Jako mediator wiem, że jeśli znajdziemy taki punkt, w  którym interesy obu stron mogą się spotkać, to będzie dobrze. Ludzie przekonują się, że mogą być wysłuchani. Często po raz pierwszy w życiu. I to nie tylko ze strony osoby trzeciej – mediatora – ale i partnera. Pewna 70-letnia pani po udanej mediacji rozwodowej dziękowała mi ze łzami w oczach za to, że na naszym spotkaniu pierwszy raz w życiu poczuła, że mąż ją słucha.

Co jeszcze?

Bardzo ważną barierą jest brak zaufania. Np. umawiamy się, że na razie nie wprowadzamy w życie dzieci nowych partnerów, mam to na piśmie, ale tyle razy mnie okłamałeś, że już ci nie wierzę. Albo umawiamy się, że z pieniędzy, które przelewam na twoje konto, opłacisz treningi syna, a ty kilka razy wydałaś to na spa. To jak mam ci zaufać? Kolejną przeszkodą jest lęk przed tym, że zostaniemy zranieni. On jest obecny zawsze, w każdej ze stron, choć u jednych widać go mniej, a u innych bardziej. A to, co pomaga w  prowadzeniu rozmów, to dostrzeżenie, że partner czy partnerka boi się tak samo jak my. W większości związków pozycja osób je tworzących nie jest symetryczna. I to też utrudnia dogadanie się. Ludzie mają różny poziom siły, którą budują różne rzeczy. Może być to pozycja zawodowa, wsparcie rodziny, grupa przyjaciół, potencjał wiedzy, kompetencji, intelektu i,  oczywiście, pieniądze. Rolą mediatora jest zadbanie o równowagę stron tak, aby niezależnie od swojej wyjściowej siły, w  mediacji każda z nich funkcjonowała na równych prawach.

Jak domowymi sposobami rozładować sytuację klinczu w związku?

Przede wszystkim należy wybrać właściwy moment na rozmowę. Jak już powiedziałam, nie może to być chwila uniesienia emocjonalnego ani ta, w  której wydarzyło się coś okropnego. Gdy robi się bardzo gorąco i czujemy, że emocje ciągle rosną – zaczynamy na siebie krzyczeć, mówić mocne słowa itd. – robimy przerwę. Możemy wyjść z  psem, zapalić papierosa na balkonie czy napić się wody. Trzeba się oddalić, żeby samemu sobie poradzić z emocjami Można się wcześniej umówić na jakiś sygnał oznaczający time out. Np. jakiś gest, bo słowa, których wtedy użyjemy, mogą wywołać jeszcze większą agresję. Ważne też, aby do kontynuowania rozmowy partnera nie przymuszać. Jeśli chce wyjść, to go puśćmy, żeby wrócić do konstruktywnej rozmowy, gdy emocje już opadną.

Mam wrażenie, że te rozmowy po kłótni o emocjach i potrzebach wyglądają pięknie głównie na amerykańskich filmach. W życiu bywa różnie.

Czasem zdarza się, że siadamy, zaczynamy, rozmawiać, jak się wydawało, konstruktywnie, i nagle wracają złość, żal, smutek, wzajemne pretensje. W takiej sytuacji dobrym punktem wyjścia do rozmowy może być list. Spisanie sobie wszystkiego, co nam leży na sercu, dzięki czemu możemy poukładać różne rzeczy i sformułować je tak, żeby trafić do partnera. Bez nakładki emocjonalnej, bez wchodzenia w schematy słowne: „Daj mi dokończyć”, „Nie, to ty daj mi dokończyć, to ty mi przerwałaś” itd. Pisanie można traktować jako punkt startu. I fajnie, jakby druga strona się do naszego listu ustosunkowała.

Co jeszcze możemy zrobić?

Warto przyjrzeć się własnym schematom komunikacyjnym. Czy np. nie nadużywamy generalizacji: „Ty zawsze, ty  nigdy” itd. Generalizacja nas do niczego nie przybliży. To jest tylko rodzaj ataku, który trudno odeprzeć. Niektórzy mają tendencję do pouczania – jak mówi analiza transakcyjna – wchodzenia w  rolę rodzica. Rodzic to ktoś odpowiedzialny za drugiego, ale też kontrolujący. Taką postawą wpychamy drugą osobę w  rolę dziecka, czyli kogoś lekkomyślnego, niefrasobliwego, nieodpowiedzialnego, kogoś, kogo można strofować i  pouczać. Tymczasem jeśli chcemy rozmawiać partnersko, dobrze by było, żeby obie strony rozmawiały z poziomu osoby dorosłej. Czyli bez protekcjonalizmu, konstruktywnie, na równych prawach.


Na koniec ostatnia wskazówka, chyba najtrudniejsza – musimy nauczyć się słuchać partnera. I uwaga, jak słuchamy, to nie wyłapujemy od razu wszystkiego, co nieprawdziwe, co jest nie tak, co jest niesprawiedliwe, co nie uwzględnia mojego wkładu w życie rodzinne itd., tylko słuchamy po to, żeby usłyszeć. Potem warto powtórzyć sobie ten komunikat własnymi słowami i upewnić się, czy dobrze go zrozumieliśmy. Jak usłyszymy drugą stronę bez przerywania, bez wchodzenia w słowo i pokażemy jej, że usłyszeliśmy, nawet jeśli się nie zgadzamy z  tym, co mówi, to mamy wspaniały start do rozmowy. Bardzo zwiększa się szansa na to, że druga strona też spróbuje nas usłyszeć. Choćby ze zdziwienia, że nie jest jak zawsze. Oczywiście nie mówię tutaj o konfliktach, które narastały latami i są bardzo głębokie, bo wtedy bardzo ciężko jest się dogadać bez pomocy z zewnątrz.

Nawet jeśli nauczymy się dobrze komunikować?

Teraz powiem coś, co właściwie powinno być puentą tej rozmowy: dobra komunikacja nie zawsze będzie oznaczała utrzymanie szczęśliwego związku. Bo czasami jakieś obiektywne powody, oczekiwania, potrzeby sprawiają, że ludziom trudno jest poukładać życie razem w sposób satysfakcjonujący dla obu stron. Dobra komunikacja może pomóc przejść przez zmianę w sposób tak łagodny, jak to możliwe w danej sytuacji. Z poczuciem satysfakcji, zadowolenia z siebie i mimo wszystko w pozytywnej relacji z drugą stroną.

Problemem w rodzinnych awanturach jest to, że każda ze stron gorąco wierzy, że to właśnie jej sposób widzenia rzeczywistości jest prawdziwy. Czy w pracy mediatora zdarzają się sprawy, w których trudno jest zachować obiektywność?

Jest to najczęściej zadawane pytanie przez moich studentów. Zawsze im odpowiadam, że podstawą pracy mediatora jest zachowanie bezstronności, nie można patrzeć na sprawę przez pryzmat własnego systemu wartości. Ja  nie mam z tym problemu. Każdą osobę staram się usłyszeć i zrozumieć, spojrzeć na rzeczywistość z wielu perspektyw. Oczywiście, zdarzają się sytuacje, w  których na pierwszy rzut oka widać dużą nierównowagę, ale jak przyjrzymy się sprawie bliżej, to zwykle się okazuje, że rzeczywistość jest bardziej złożona. Lata doświadczeń w pracy mediatora nauczyły mnie, że nawet jeśli na początku coś wydaje się czarno-białe – jedna ze stron jawi się jako ofiara, a druga jako sprawca –  to za chwilę wszystko może się zupełnie przetasować. Dlatego staram się nie oceniać ludzi. I nie doradzać. Bo rozwiązanie zawsze jest w nas, a mediator tylko pomaga nam dojrzeć te możliwości.

Anna Cybulko, mediatorka, specjalistka z zakresu rozwiązywania konfliktów i komunikacji interpersonalnej. Absolwentka Wydziału Prawa i Administracji oraz Psychologii na UW. Doktorantka Szkoły Nauk Społecznych przy Instytucie Filozofii i Socjologii PAN. Mediuje w sprawach cywilnych i rodzinnych.

***

Rozmowa z Anną Cybulką ukazała się w „Urodzie Życia” 7/2018

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
kłótnie o polityce
Getty Images

Jak się nie kłócić o wybory i religię? Mówi Jacek Wasilewski, ekspert od dobrej komunikacji

Rozmawiać – tak. Kłócić się – po co?
Sylwia Niemczyk
14.10.2019

Warto toczyć dyskusje, bo dzięki temu poznajemy różne stanowiska. Ale dyskusja nie musi być przecież walką na śmierć i życie” – przypomina w „Urodzie Życia” dr Jacek Wasilewski, kulturoznawca i specjalista komunikacji społecznej i dodaje: „Pilnujmy jednak, żeby nasza dyskusja nie zmieniła się w bitwę na epitety. Zamiast okopywać się na swoich pozycjach, szukajmy kompromisu”. Rozmawia Sylwia Niemczyk. Sztuka dyskusji Sylwia Niemczyk, „Uroda Życia”: Czego najbardziej brakuje naszym dyskusjom? Jacek Wasilewski: Czasem przydałby się pewnie ciekawszy temat, ale mówiąc serio, przede wszystkim musimy mieć świadomość, czego od dyskusji oczekujemy. Czy zależy nam, żeby koniecznie kogoś przekonać do swoich racji, czy może wystarczy nam, że zrozumiemy, czemu druga strona ma taką, a nie inną opinię? Dyskusja nie musi być przecież walką na śmierć i życie. Często warto po prostu wypowiedzieć własne zdanie i pozwolić, żeby nasz rozmówca pozostał przy swoim. To nie zawsze jest łatwe, ale z drugiej strony zastanówmy się, czemu odmienne opinie innych ludzi aż tak nas frustrują, a deszcz bębniący o parapet już nie?  Może dlatego, że bębnienie o parapet nie wpływa na moje życie, a ludzie, z którymi się spieram, mogą wpływać, i to bardzo.  I właśnie dlatego z deszczem nie rozmawiamy, a z tym naszym wujkiem czy stryjkiem czasem rzeczywiście możemy spróbować się dogadać. Choć od razu uprzedzam, że szansa na porozumienie w dyskusji w dużej mierze zależy od tego, jakiego rodzaju argumenty stosuje nasz rozmówca.  Możemy wymienić kilka rodzajów? Do najbardziej popularnych argumentów należą te w stylu: „To oczywiste, że…” albo „Wszyscy wiedzą, że…”. Są dosyć łatwe do obalenia w dyskusji, bo zawsze...

Czytaj dalej
Lucyna Kirwil, Jerzy Bralczyk, VIVA! maj 2018
Szymon Szcześniak/LAF AM

Prof. Jerzy Bralczyk i dr Lucyna Kirwil o języku miłości

Psycholog i językoznawca. Prywatnie małżeństwo.
Sylwia Niemczyk
04.01.2019

Trudno wyobrazić sobie lepszych rozmówców, gdy chce się zgłębić temat języka miłości – psycholog i językoznawca. Jerzy Bralczyk: Każdy językoznawca powinien być trochę psychologiem,a każdy dobry psycholog na pewno wiele wie o języku. Bo człowiek najsilniej się w nim ujawnia. Kiedy Sokrates spotkał nieznajomego, powiedział: „Przemów do mnie, żebym cię poznał”. Lucyna Kirwil: Nie do końca mogę się zgodzić. Poprzez język, słowa, informujemy innych głównie o tym, kim jesteśmy w sensie społecznym: do jakiej warstwy społecznej należymy, jakie możemy mieć wykształcenie, jakie możemy mieć zainteresowania i potrzeby. Jerzy Bralczyk: Kiedy mówię „język", mam na myśli nie tylko słowa i zdania, ale też ton głosu, jego natężenie, tempo mówienia. W tych czynnikach człowiek także się ujawnia, czasem być może silniej niż w samych słowach. Szczególnie ważne jest to w języku miłości. Lucyna Kirwil: Właśnie. Na to, że wypowiadane słowa i zdania nie muszą być w relacji miłosnej najważniejsze, wskazują związki zawierane między osobami mówiącymi różnymi językami, przedstawicielami różnych kultur. Czasem dla powstania związku ma znaczenie to, jak ktoś się śmieje, jak pachnie, jak wygląda, czyli oddziaływanie bodźców zmysłowych. J.B.: Gdyby żona nie mówiła tym głosem, to bym się w niej nie zakochał. L.K.: A widzisz? To bodziec zmysłowy! J.B.: Ale tym głosem mówisz mądre rzeczy. Widzisz? Jednak język słów!   Czy nie jest tak, że ten pozawerbalny rodzaj porozumienia wystarcza tylko do pewnego momentu, potem chcemy jednak więcej słów? J.B.: Oczywiście, to może być jedynie wstęp, stworzenie warunków do miłości. Ale według mnie, aby miłość zaistniała, musi pojawić się porozumienie na...

Czytaj dalej
teściowa i synowa
iStock

Teściowa i synowa: jak unikać napięć i jak stawiać granice?

Relacja między teściową i synową zawsze jest podszyta silnymi emocjami. Kłopoty zaczynają się, gdy któraś ze stron ma poczucie, że przestała być ważna.
Karolina Rogalska
25.10.2020

Teściowa może traktować synową jako rywalkę. Zagrożenie. Z tego wynikają jej próby nadmiernej kontroli, krytyka, manipulacja. Jak stawiać granice i… zrozumieć własną teściową? Z terapeutką Anną Bersz z Laboratorium Psychoedukacji rozmawia Karolina Rogalska. Teściowa kontra synowa Karolina Rogalska: Psycholog Menelaos Apostolou twierdzi, że konflikt teściowa – synowa ma podłoże ewolucyjne. Teściowe nie lubią nas wtedy, gdy – z ich perspektywy – nie stanowimy dość dobrego materiału genetycznego dla potencjalnych potomków. Oczywiście wszystko dzieje się na poziomie nieświadomym. Czy zabieganie o względy teściowej ma w takim razie jakikolwiek sens? Anną Bersz: Teściowa i synowa nie muszą się lubić. Ważne, żeby ich relacje były oparte na szacunku, uznaniu wzajemnych granic i różnic. Jest to trudne do osiągnięcia, bo ten układ podszyty jest silnymi emocjami, a one, jak wiadomo, są pierwsze przed rozumem. Oczywiście wiele kobiet ma wspaniałe relacje z matkami swoich partnerów, ale my rozmawiamy o sytuacji, w której te dwa światy z różnych powodów się rozjeżdżają. Część matek rzeczywiście ma trudności z odpuszczeniem kontroli, którą sprawowały nad synem. Nie akceptują jego wyborów, także tych romantycznych. Pielęgnują w głowie wyidealizowaną wizję partnerki dla syna, z którą trudno im się rozstać. Te kobiety – nawet jeśli pragną, żeby syn założył rodzinę, żeby pojawiły się wnuki – roszczą sobie prawo do decydowania, z kim on tę rodzinę ma założyć.  Są i takie, które sabotują każdą synowską próbę ułożenia sobie życia. Zdarzają się matki, które traktują synów jak życiowych partnerów. Z oczekiwaniem, że dostaną od nich to, czego nie dostały we własnych związkach. Oczywiście nie musi to być...

Czytaj dalej
Czy ciche dni w związku mają znaczenie?
Krists Luhaers/Unsplash.com

Ciche dni w związku. Czy milczenie naprawdę działa?

Konflikty i spory pojawiają się w każdej relacji. To normalne. Psychologowie przekonują, że to raczej ich brak jest sygnałem alarmującym, że coś niedobrego dzieje się w związku. Zatem choć konflikty są całkiem „zdrowe”, „niezdrowe” mogą być sposoby radzenia sobie z nimi. A co z tzw. cichymi dniami?
Karolina Morelowska-Siluk
23.11.2020

Wśród wielu nieporozumień dotyczących konfliktów jednym z dość powszechnych jest założenie, że tzw. ciche dni są dobrą metodą radzenia sobie ze sporem. Tymczasem niektórzy psychologowie sądzą, że „ciche dni” to nic innego jak potoczne określenie zjawiska, które w psychologii nazywane jest ostracyzmem społecznym. Polega ono na maksymalnym  ograniczeniu kontaktów z drugą osobą, zarówno pod względem ich częstotliwości, jak i jakości. Ciche dni w związku jako kara Do korzystania z metody „cichych dni” w relacjach z partnerem otwarcie przyznaje się w Polsce 1 na 4 osoby. W Stanach Zjednoczonych 7 na 10 osób potwierdza, że używa tej formy „komunikacji”. Partner, który rozpoczyna tę grę milczenia, może mieć różne intencje. Najczęstszą z nich jest chęć ukarania drugiej strony. Zatem milczenie jest rodzajem zemsty. Pytanie, co z taką „karą” zrobi druga strona? Jak poradzi sobie z nieprzyjemną sytuacją? Są przynajmniej dwie możliwości: jedna z nich to próba pojednania, druga zawzięte trwanie przy swoim stanowisku. Wtedy z pewnością konflikt będzie eskalował. Czytaj także: Jak mówić o swoich potrzebach w związku? Otwarcie, na bieżąco i na chłodno Czas, który ma leczyć Ludzie wykorzystują „ciche dnie” także do tego, by zyskać czas niezbędny do uspokojenia się, odzyskania kontroli nad swoimi emocjami, które podczas konfliktu „szaleją”. W tym przypadku problem polega na tym, że osoba „karana” ciszą zazwyczaj nie jest świadoma tych intencji. Dla niej czas jest w tym przypadku męczarnią – rozmyśla o konflikcie, odczuwa całe mnóstwo negatywnych emocji. W konsekwencji brak komunikacji, zamiast obniżyć poziom emocji u obu stron, przyczynia się do jego wzrostu przynajmniej u jednej z nich....

Czytaj dalej