Dzieci, mąż, praca. Czy masz w życiu miejsce na trochę zdrowego egoizmu? 
getty images
#lepszeżycie

Dzieci, mąż, praca. Czy masz w życiu miejsce na trochę zdrowego egoizmu? 

Każda z nas powinna mieć przestrzeń i czas tylko dla siebie.
Karolina Rogalska
27.01.2020

Jesteśmy najlepszymi matkami, partnerkami, pracowniczkami. Często też zajmujemy się starszymi już rodzicami. Opiekujemy się i doradzamy innym. A kim jesteśmy dla siebie? Czy zostawiamy sobie przestrzeń na bycie tu i teraz, dla siebie. O tym, że na szczęście musimy sobie pozwolić, rozmawiamy z  psycholożką Karoliną Zalewską-Łunkiewicz.

Karolina Rogalska: Virginia Woolf już 90 lat temu pisała, że każda kobieta powinna mieć własny pokój. Dlaczego kawałek autonomicznej przestrzeni jest tak ważny?

Karolina Zalewska-Łunkiewicz: Bo jest tylko nasz. I przypomina nam, kim jesteśmy. Nie musimy tego określenia „własny” pokój rozumieć w sposób dosłowny – jako odrębnego pomieszczenia w domu, bo przecież nie każdy może je mieć. Chodzi o symboliczną czasoprzestrzeń, która wyznacza naszą tożsamość.

Bywa, że tracimy to swoje własne miejsce, gdy wchodzimy w dorosłe życie, małżeństwo, zaczynamy budować rodzinę.

To prawda. Rozumiemy i szanujemy to, że dziecko czy nastolatek potrzebuje własnej przestrzeni, ale w dorosłości przestajemy  nią walczyć. Tymczasem ona jest ważna w każdym wieku. Myślę, że warto w niej pielęgnować to, co nagromadziliśmy przez całe życie: wspomnienia, sekrety, do których przecież wszyscy mamy prawo. Zamknięte w szufladzie osobiste pamiątki czy inne elementy materialnej rzeczywistości, które świadczą o nas, na przykład albumy ze zdjęciami z dzieciństwa, przedmioty przywiezione z podróży, książki czy pamiątki od ważnych dla nas osób. Rzeczy, które kojarzą nam się z pięknymi chwilami albo przoeciwnie: z momentami, gdy było trudno, ale nam się udało przetrwać. 

Co nam dają takie rzeczy i wspomnienia?

Mogą dać choć trochę pozytywnej energii i siły, pomagają iść dalej w życie z ugruntowanym i scalonym poczuciem własnego „ja”. Własny pokój to pewna ciągłość naszego istnienia nagromadzona w rzeczach od momentu naszego urodzenia do dorosłości, z ukierunkowaniem, że pewnie coś tam jeszcze do tych elementów dojdzie. Bo przecież nasze doświadczenia się nie skończą.

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Chcesz się rozwijać? Pozwól sobie na to

Dlaczego w takim razie rezygnujemy z tej przestrzeni?

Myślę, że jest to kwestia wzorców, w których zostaliśmy wychowani. Przyznam, że dla mnie posiadanie własnego kąta w domu było zawsze czymś naturalnym. Nigdy w mojej głowie nie pojawiła się też myśl, że będąc osobą dorosłą, spędzę życie w całkowitym zatraceniu siebie albo że zabraknie mi własnego biurka. Ale też kobiety, które mnie wychowywały, które mogłam jako mała dziewczynka obserwować, dbały o swoją własną autonomiczną przestrzeń – tę psychologiczną i tę fizyczną. Na przykład moja babcia miała w domu kącik, o którym wiedzieliśmy, że był tylko jej. Z maszyną do szycia, pudłami nici i kolorowych tkanin. Wiadomo było, że ona świetnie się tam czuła i rozwijała swoje umiejętności. Bo – nawiązując do eseju Woolf, który może się kojarzyć z przesłaniem, że w szczególności kobiety intelektualistki muszą mieć przestrzeń na rozwój – takie miejsce jest potrzebne każdemu: niepracującym zarobkowo matkom, pracowniczkom banku czy korporacji, w których większość czasu spędza się w przestrzeni typu open space.

W ogóle teraz nasza codzienność to nieustanne interakcje z ludźmi.

A my nadal bardzo potrzebujemy chwili odosobnienia. Im jesteśmy starsi, tym ta potrzeba jest wyraźniejsza. Ludzie żyją w różnych warunkach, ale dla zachowania higieny psychicznej dobrze jest własną nawet mikroprzestrzeń wygenerować. Miejsce, w którym może niekoniecznie będziemy spędzać pół dnia, zaniedbując życie codzienne, ale takie, które będzie przypominać: przypomnieć.

Związek to nie symbioza

Jakiś czas temu spotkałam kobietę, która była tak zmęczona urlopem z mężem i trójką dzieci, że musiała odseparować się choć na pół godziny, by nie oszaleć.

Zdarza się, że osoby po wczasach z rodziną wracają jeszcze bardziej zmęczone, niż były wcześniej, bo nie potrafiły zadbać o przestrzeń dla siebie. Gdy gdzieś wyjeżdżamy, warto zawrzeć z partnerem umowę, że jeśli odczujemy taką potrzebę, będziemy mogli się oddalić. Pójść na spacer, znaleźć odrobinę wytchnienia od najmilszego towarzystwa. Pobycie samemu, kiedy wiemy, że bliska osoba jest gdzieś niedaleko, to dobry pomysł.

Bo nawet w najlepszym związku nie jest wskazana symbioza.

Związki symbiotyczne wcale dobrze nie rokują. Bywa, że po kilku latach, takie osoby pojawiają się w gabinetach psychologów, mówiąc: „Totalnie zagubiłam siebie, nie wiem, czego chcę, kim jestem” lub reagując poczuciem krzywdy, kiedy partner próbuje mieć odrębne zdanie. Nie jest zdrowo wchodzić w relacje z założeniem, że od tego momentu zmienia się scenariusz życia i stajemy się kimś, kto funkcjonuje tylko w parze, a potem w kręgu rodziny, którą zakłada. Każdy człowiek ma potrzebę więzi, ale i potrzebę odrębności, autonomii. W życiu dorosłym cały czas szukamy balansu między tym, co nasze, a tym, co chcemy dawać innym, czym chcemy się dzielić. Sztuką jest takie układanie życia z drugim człowiekiem, żeby w tym wszystkim nie zatracić siebie. Ale oczywiście, żeby się rozwijać, potrzebujemy jednak innych. Tego, żeby dzielić się z nimi radościami czy smutkami, wspólnie budować szczęście. Ostatnio wpadł mi w oczy cytat, że „szczęście to jedyna rzecz, która mnoży się wtedy, kiedy ją dzielimy”. I myślę, że kluczem jest wyważenie tego, ile możemy podzielić, tak żeby nie stracić siebie samych, a żeby to szczęście mogło nam się przemnożyć.

Są emocje, których nie chcemy pokazywać nawet najbliższym.

Tak i nieraz z braku własnej przestrzeni chowamy się w takich chwilach, na przykład w łazience, bo to często jedyne miejsce w domu, w którym można zamknąć się od środka. Każdy z nas potrzebuje czegoś takiego jak time out, czyli chwilowego odseparowania się od wszystkiego w sytuacji nasilenia skrajnych emocji. Znamy tę technikę z psychologii rozwojowej. Wszystkim się wydaje, że time out ma służyć dziecku, a tak naprawdę to jest czas dla rodzica. Żeby ochłonął, opanował złość albo wyszedł z poczucia bezradności i sensownie zareagował. Na zasadzie: zatrzymaj się – wejdź do swojego „wewnętrznego pokoju”. Zastanów się, co się z tobą dzieje, skąd w tobie ta furia, spróbuj podejść do tego inaczej. Pomyśl o tym, co zachowania innych wzbudzają w tobie.

Może nie dbamy o własny pokój, bo boimy się zostać sami ze sobą?

Na pewno współczesny świat i jego komercyjny wymiar nie sprzyjają przeżywaniu tego, co jest przykre, nieprzyjemne, trudne. Raczej oczekuje się od nas, że będziemy skuteczni, zaradni, szybko działający i sprawni. W takich warunkach rzeczywiście bardzo trudno jest się spotkać ze swoim „ja”, które niedomaga, potrzebuje wytchnienia, odpoczynku. I możemy tak przez jakiś czas sprawnie funkcjonować, ale po paru latach lądujemy u psychiatry lub terapeuty w stanie kompletnego wyczerpania, wycieńczenia, zagubienia w wielości ról, w które się wcielamy. W momencie takiego kryzysu trzeba zwolnić, posiedzieć trochę w swoim psychicznym pokoju, nawet jeżeli przez chwilę będzie nam tam nieprzyjemnie i trzeba będzie coś wypłakać. Czasem jednak lęk przed spotkaniem z tym, co jest w nas zaniedbane, zapomniane, wyparte, jest tak duży, że człowiek nie chce się zatrzymać i temu przyjrzeć, tylko prosi lekarza o pigułkę o natychmiastowym działaniu. Czyli sięga po szybkie rozwiązanie, które pozwoli wrócić na tor wyścigowy. Dzięki temu nie musi się z tym cierpieniem konfrontować. Zacznie znowu biec i realizować –  pytanie tylko: co? Siebie czy wymagania, które są na nas społecznie i kulturowo narzucane?

Partnerstwo czy podróbka?

Własny pokój jest formą profilaktyki zdrowia?

Zdecydowanie. Bez względu na to, jak go rozumiemy: symbolicznie czy dosłownie. I pamiętajmy, żeby go utrzymywać w dobrej kondycji. Żeby był porządnie wysprzątany i wygodny w sensie psychologicznym.

Jak stworzyć taką przestrzeń dla siebie?

Najpierw warto sobie uświadomić, że jej nie mamy. To pierwszy, ale bardzo ważny krok. Prowadziłam kiedyś badania dotyczące samorealizacji polskich kobiet żyjących na emigracji. Większość uczestniczek postrzegała swoje związki jako partnerskie. Ale kiedy rozkładałyśmy te relacje na czynniki pierwsze – podział ról, sposoby zaangażowania się w życie rodzinne, realizowanie się w obszarze zawodowym – to zazwyczaj okazywało się, że w większości ich modele rodzinne były tradycyjne albo w najlepszym razie mieszane. Czyli takie, w których małżonkowie wymieniają się różnymi obszarami życia, ale to głównie kobieta zajmuje się ogniskiem domowym. Sprząta, gotuje, opiekuje się dziećmi, poświęca dla rodziny. Subiektywne odczucie tych kobiet dotyczące ich życia w parze było zupełnie inne niż rzeczywistość. To pokazuje, że wgląd w swoją sytuację, dostrzeżenie tego, co mnie otacza, sprawdzenie, w jakim punkcie życia jestem, wcale nie jest łatwe, a przy tym jest kluczowe.

Musimy odkryć brak, dostrzec potrzebę – ale jak to zrobić?

Musimy wyjść z przestrzeni, w której jesteśmy, i z dystansu obejrzeć psychiczną i fizyczną rzeczywistość, w której na co dzień funkcjonujemy. Zadajmy sobie pytanie: czy mam jeszcze własne marzenia i aspiracje? Czy widzę jeszcze siebie? Czy mam przestrzeń na to, żeby zająć się czymś, co jest naprawdę moje? A może cały czas wszyscy oczekują ode mnie, że będę tylko dla innych, więc chcąc temu sprostać, funkcjonuję w stanie permanentnego napięcia? W przeświadczeniu, że powinnam realizować oczekiwania innych ludzi? Kiedy wreszcie poczujemy tęsknotę za samą sobą, zorganizowanie własnej przestrzeni pójdzie nam gładko. Odnajdziemy ją we własnym domu, ulubionym parku czy kawiarni. Albo na zajęciach jogi czy tańca. We wszystkim tym, co robimy dla siebie i z potrzeby serca.

Tyle że najpierw potrzebna jest ta chwila uważności na siebie?

Widziałam kiedyś reklamę, która może być tego świetną ilustracją. Aktorzy biorą łyk kawy i czas się zatrzymuje. Żeby móc się delektować smakiem napoju, trzeba zatrzymać wszystko, co mknie dookoła. Znaleźć dosłownie chwilę na pobycie samemu ze sobą, zanim życie wróci na dawne tory. To doskonała metafora tego, o czym mówimy: mentalnego „własnego pokoju”. Virginia Woolf pisała w swoim eseju: „Kiedy więc każę wam (…) zdobyć własny pokój, w istocie proszę was o to, żebyście żyły świadome własnych rzeczywistości, a więc wiodły żywot fascynujący, niezależnie od tego, czy uda wam się przekazać innym jego treść”. Jest tu mowa o samostanowieniu, samorealizacji, niezależności, także intelektualnej, ale też przestrzeni, która jest autonomiczna i pozwala nam się rozwijać. 

Tę przestrzeń może wyznaczać nawet jakiś drobny przedmiot, który mam w zasięgu wzroku, a który jest tylko mój. Na zasadzie talizmanu czy nawet aforyzmu umieszczonego w widocznym miejscu. To może być rytuał, który ma dla nas znaczenie i zawiera w sobie komunikat: „Pamiętaj, kim jesteś”. Ja nad swoim biurkiem zawiesiłam tabliczkę z napisem: „Nigdy nie pozwól sobie na to, żebyś sam dla siebie był tym, kto cię wstrzymuje”. Kiedy jej się przyglądam w trudnych momentach mojego życia, to zaczynam orientować się, w jakim punkcie jestem. Nie tylko w kwestii rozwoju zawodowego, ale też bycia człowiekiem.

Rozmowa z psycholożką dr Karoliną Zalewską-Łunkiewicz ukazała się w „Urodzie Życie” 2/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Dzień Matki
iStock

Dzień Matki 2020: Czy Polska naprawdę lubi młode matki? 

„Macierzyństwo to dla kobiety coś wyjątkowego. Ale dla społeczeństwa młoda mama nie jest czymś wyjątkowym, więc nie zamierza traktować jej na lepszych prawach. Rodzi się konflikt” – mówi Dorota Peretiatkowicz, psycholożka, współautorka badań Family Power.
Sylwia Niemczyk
20.05.2020

Wyliczamy: roczny urlop macierzyński, 500+ na każde dziecko, zasiłki opiekuńcze i gwarantowane miejsce w przedszkolu. Rodzice nie mają w Polsce źle – wynika z takiego wyliczenia. Tymczasem młode matki (rzadziej młodzi ojcowie) wcale nie czują, że są wspierane przez społeczeństwo – zamiast wsparcia czują raczej presję i niechęć. Czy Polska – kraj, w którym uroczyście obchodzi się Dzień Matki – naprawdę lubi młode mamy? Pytamy badaczkę opinii społecznej i psycholożkę, Dorotę Peretiatkowicz. Sylwia Niemczyk: Spojrzałaś w 2019 roku na polską rodzinę – i co zobaczyłaś? Dorota Peretiatkowicz: Zobaczyłyśmy bardzo dużo – w naszym badaniu wzięło udział 800 kobiet i 800 mężczyzn. Rodzina to zawsze ciekawy temat dla badaczy, ale teraz wyjątkowo dużo się w niej i wokół niej dzieje: weszło 500+, wracają tradycyjne wartości, zmniejsza się udział kobiet na rynku pracy: już 45 procent matek nie pracuje. A przy tym rodzi się bardzo mało dzieci.  Jest coś, co cię szczególnie zdziwiło? Choćby to, że widać dużo większą niż jeszcze kilka lat temu akceptację rodzin patchworkowych, czyli rodzin, w których dzisiaj nie są jeszcze do końca opisane role. Podobne badanie polskich rodzin przeprowadzałyśmy pięć lat temu – już wtedy było widać, że ludzie dostosowują się do tego nowego zjawiska, ale teraz okazuje się, że liczba patchworkowych rodzin i kombinacji jest bardzo duża. Patchwork spowszechniał nie tylko w dużych miastach, ale też poza nimi. Okazało się, że możemy z tym żyć i że ważniejsze, żeby rodzina w ogóle powstała, niż żeby była tradycyjna.  Jak to się ma w stosunku do tego powrotu tradycyjnych wartości, o którym mówisz? Młodzi ludzie, zresztą nie tylko młodzi, nie do końca mają w naszych czasach ochotę zakładać rodziny i...

Czytaj dalej
mama z dzieckiem
Adobe Stock

Im bardziej się starasz być idealną matką, tym większe ryzyko wypalenia

Nieustające poczucie przytłoczenia, wyczerpanie niezależne od tego, ile matka spała w nocy, wahania nastroju prowadzące do utraty panowania nad sobą i w konsekwencji do poczucia winy oraz nieustanny żal do dzieci i męża – tak opisuje wypalenie macierzyńskie Sheryl Ziegler.
Katarzyna Montgomery
30.01.2020

Wciąż jest nam trudno zaakceptować, że macierzyństwo to nie tylko radość, ale że wiążą się z nim też poczucie winy i w końcu zwątpienie. Wypalenie macierzyńskie zdarza się najlepszym mamom i trzeba mu po prostu mądrze stawić czoło, radzi psycholożka Sheryl Ziegler. Zaczęłam patrzeć na moją siedmioletnią córkę jak na prześladowcę. Zamykałam się w toalecie, udając, że muszę z niej skorzystać, ale ona już po chwili pukała do drzwi i o coś pytała”. „Potrzebuję chwili spokoju, chciałabym usłyszeć własne myśli, zamiast żyć ciągle w świecie bajek”. „Po cichu w telefonie oglądałam kawałek ulubionego serialu. Czułam się jak przestępca, miałam wyrzuty sumienia, jakbym komuś coś zrobiła”. O takich sytuacjach opowiadają sobie matki na zamkniętych grupach na Facebooku. I to nie tylko te, które same wychowują dzieci, bo na opiekę ich ojca nie mogą liczyć nawet w weekendy, a dziadkowie mieszkają w innych miastach.  „Ja albo jestem w pracy, albo zajmuję się dzieckiem. Nie mam czasu dla siebie. Już nie wychodzę nawet do kina, wolę poczekać, aż film będzie na DVD, bo każde wyjście to dodatkowy koszt opiekunki”, pisze jedna z kobiet. Chodzi na terapię od kilku miesięcy i przyznaje, że wciąż wymusza na sobie czas dla siebie, ale odkrywa, że dzięki temu jest mniej napięcia między nią a córką. A było już bardzo źle.  Wypalenie macierzyńskie: złość, zmęczenie, obojętność Nieustające poczucie przytłoczenia, wyczerpanie niezależne od tego, ile matka spała w nocy, wahania nastroju prowadzące do utraty panowania nad sobą i w konsekwencji do poczucia winy oraz nieustanny żal do dzieci i męża – tak opisuje wypalenie macierzyńskie Sheryl Ziegler w książce „Wypalona mama” [wyd. GWP 2019 – red.]. Autorka, psycholożka, przez lata pracy terapeutycznej zauważyła pewną...

Czytaj dalej
kobieta bez dzieci
Getty Images

„Bezdzietność z wyboru to nie jest egoizm” – mówi psycholożka, Anna Mochnaczewska

Bezdzietne kobiety wciąż budzą potępienie albo współczucie – czemu?
Sylwia Niemczyk
19.08.2019

Macierzyństwo nie jest już społecznym nakazem, ale wyborem kobiety lub pary. Opowieści o jałowym życiu bez dziecka odchodzą do lamusa, ale powoli. Dlaczego jednak tak wolno? Z psychoterapeutką Anną Mochnaczewską, psycholożką i certyfikowana psychoterapeutką współzałożycielką Centrum Terapii Schematu w  Warszawie, rozmawia dla „Urody Życia” Anna Zych. Anna Zych, „URODA ŻYCIA”: Coraz więcej kobiet nie ma dzieci, bo nie chce ich mieć. Czy możemy mówić już o pewnym stylu życia?  Anna Mochnaczewska: Decyzja, by nie mieć dzieci, to raczej jedna ze składowych stylu życia, gdy chcemy korzystać z możliwości, jakie pojawiają się, kiedy dzieci nie ma. Macierzyństwo było kiedyś „efektem ubocznym” małżeństwa. Dziś wiele kobiet nie chce wychodzić za mąż. Spełniają się w pracy, poświęcają działalności artystycznej, charytatywnej. Macierzyństwo czasem kojarzy im się z ograniczeniami.  Kobiety mają dość bycia matka Polką, poświęcania się dla dobra dzieci?  Dla kobiet z pokolenia 50 plus małżeństwo często oznaczało zmęczenie, stres. Ich córki, patrząc na zmagania matek, często nie decydują się na dzieci, bo nie chcą tak żyć. Oczywiście ktoś może powiedzieć, że to egoistyczne, jednak lepiej być świadomym egoistą, niż za wszelką cenę spełniać normy społeczne, a później unieszczęśliwiać siebie i drugiego człowieka. Budzi się we mnie złość, gdy słyszę, że osoba, która się decyduje na bezdzietność, jest egoistką. Przecież ona nie robi nikomu krzywdy. Tego dziecka nie ma na świecie, nie cierpi przez nią, mimo to często jest społecznie piętnowana. A nikt nie ma prawa źle jej oceniać – to świadomy wybór innej drogi życiowej związanej często z samorealizacją. Część osób odczuwa lęk przed posiadaniem dzieci, bo...

Czytaj dalej