Latami żyjemy razem i nie znamy się nawzajem. Budzimy się tuż przed rozwodem
iStock

Latami żyjemy razem i nie znamy się nawzajem. Budzimy się tuż przed rozwodem

Brak czasu to nie jest argument, którym można wytłumaczyć brak seksu w małżeństwie, brak rozmowy. Psychoterapeuta, Michał Pozdał w mocnych słowach o naszych relacjach: „Seks, tak samo jak zbliżenie emocjonalne, można sabotować na tysiące sposobów. Ten pozorny brak czasu jest rodzajem wymówki”.
Karolina Rogalska
21.06.2020

Gdy pracuję z parami, zdarza się, że kiedy ludzie dowiadują się o pragnieniach partnera, to są w szoku. Do tego stopnia, że nawet wychodzą z gabinetu. Żyją razem, a raczej obok, niektóre tematy umieszczając wspólnie w strefie tabu” – tłumaczy psychoterapeuta i seksuolog Michał Pozdał.

Karolina Rogalska: Czy zdarza się, że przychodzą do pana pary z wieloletnim stażem i w trakcie rozmowy wychodzi na jaw, że partnerzy nie wiedzą o sobie podstawowych rzeczy?

Michał Pozdał: Niektórzy żyją razem, kompletnie się nie znając. Mam teraz takie doświadczenie w pracy ze zdradą. Przychodzi para i w trakcie rozmowy okazuje się, że mąż od dziesięciu lat ma romans. Pomyślałem sobie: „Co ty, kobieto, robiłaś, żeby tego nie wiedzieć?”. Można się nie domyślić przez dwa miesiące, pół roku, ale dziesić lat? 

Prawdopodobnie tkwiła w niewiedzy, bo w jakimś sensie było jej to na rękę. Może bała się skonfrontować z rzeczywistością, bo prawda byłaby dla niej zbyt bolesna? A może lubi wchodzić w rolę ofiary i czerpie z tego jakieś psychologiczne korzyści? Albo dzięki romansowi męża miała dla siebie więcej przestrzeni i bezpieczną egzystencję, bez konieczności wywracania życia do góry nogami? Motywacji może być wiele. I zwykle pozostają one w otchłani naszej nieświadomości. 

Dlaczego i w jaki sposób dochodzi do takiego rozdźwięku? Może brakuje nam czasu na ważne rozmowy? 

Ja nie kupuję takiego wyjaśnienia. Kiedy moi pacjenci mówią, że nie mają czasu dla partnerów, zadaję im pytanie: „Co robisz, żeby tego czasu nie mieć i jaką to pełni funkcję?”. Czas nie ma tu żadnego znaczenia. Jeśli po pracy znajdujesz go, żeby iść dwa razy w tygodniu na crossfit, przeglądać Instagram, czytać non stop odświeżane newsy na Facebooku itd., to spokojnie mógłbyś (mogłabyś) go znaleźć na budowanie swojego związku. Gdyby oczywiście ci na tym zależało. Z rozmową jest jak z seksem. Osoby, które się skarżą, że mają go w domu za mało, powinny się zastanowić, co robią, że tak jest? Może przekładają go na koniec dnia, kiedy już padają z nóg? Albo np. objadają się przed pójściem do łóżka? Wybierają taki film, że w trakcie oglądania zasypiają na kanapie? Seks, tak samo jak zbliżenie emocjonalne, można sabotować na tysiące sposobów. Ten pozorny brak czasu jest rodzajem wymówki. Warto zastanowić się, dlaczego unikamy bliskości. Czy już tak się od siebie oddaliliśmy, że boimy się do siebie zbliżyć? A może tak naprawdę nie chcemy już być razem? Albo tyle jest między nami złych emocji, wzajemnych pretensji i boimy się, że w chwili bliskości to wszystko po prostu się z nas wyleje.

Czasem jest i tak, że owszem, dwoje ludzi ze sobą rozmawia, a każde z nich słyszy zupełnie inne rzeczy.

Rzeczywiście w wieloletnich związkach niekiedy przestajemy słyszeć, co partner do nas mówi. W pracy z taką parą stosujemy tak zwany dialog imago. Polega na tym, że jedna osoba mówi, a druga upewnia się, czy dobrze usłyszała, parafrazując komunikat. I robi to tak długo, aż ta pierwsza powie: „Tak, to jest dokładnie to, co powiedziałem (powiedziałam)”. Na początku ludzie zwykle mają z tym problem. Np. ona mówi: „Wstałam dzisiaj rano, bolała mnie głowa i zrobiło mi się przykro, bo jak się obudziłeś, to nawet mnie nie przytuliłeś”. „Proszę powiedzieć żonie, co pan usłyszał” – mówi terapeuta. A mężczyzna na to: „No, że wstałaś rano, byłaś zła i się na mnie wkurzyłaś”.

Jak razem żyć długo i szczęśliwie?

Prof. John Gottman, terapeuta par, który uważa, że sukces długoletnich związków opiera się nieustannej wymianie wiedzy na swój temat, umieścił w internecie kwestionariusz, który zawiera pytania o bieżące wydarzenia z życia ludzi, z którymi jesteśmy: upodobania, stresujące sytuacje w pracy, ulubione miejsca do wypicia kawy, ale też o kwestie bardzo intymne czy egzystencjalne. Można sobie sprawdzić, co tak naprawdę wiemy na temat osoby, z którą żyjemy. 

To bardzo ważne, żeby co jakiś czas robić taką ewaluację nas samych i partnera. Czyli rejestrować zmiany, jakie w nas zachodzą. Problem pojawia się zwykle wtedy, gdy w długoletnich związkach jedna osoba się zmienia, a druga nie może za tym nadążyć. I przestają się dogadywać. Pracuję ze studentami studiów podyplomowych i często spotykam osoby – prawie zawsze są to kobiety, czasem 50-, 60-letnie – które opowiadają, że całe życie marzyły, aby pójść na psychologię, i wreszcie teraz mogą sobie na to pozwolić. Są tymi studiami zafascynowane, rozwijają się, pracują nad sobą. A ich wieloletni partner został całkowicie w tyle. I wtedy związek się rozpada. 

Myślę, że to bardzo ważne, żeby obserwować z zaciekawieniem, kim dzisiaj jest mój partner. I jak bardzo ten, który dziś siedzi naprzeciwko mnie, różni się od osoby, z którą brało się ślub. 

Czy kiedy zarysuje się dysproporcja między małżonkami, trzeba i można starać się poziomy wyrównać?

Nic nie trzeba, ale dużo można. Przede wszystkim można rozmawiać o tym, jak partner lub partnerka widzą zmianę, jaka w nas zaszła. Czy mają w związku z nią jakieś obawy? Nie chodzi o to, żeby druga osoba zmieniała się na siłę, lecz aby takiej zmiany nie blokowała u nas samych. Tak czy owak nasz partner będzie jej beneficjentem. Rodzina to system, zmiana jednego elementu pociąga za sobą zmianę całego układu. Żona ma zajęcia na uczelni w weekend, więc to mąż musi zająć się niedzielnym obiadem i opieką nad dziećmi. Czy będzie na tyle elastyczny, żeby to zrobić? Czy wykorzysta ten czas na zbudowanie bliższych więzi z dziećmi? To już będzie od niego zależeć.

Powiedział pan: „obserwować z zaciekawieniem”. Co to znaczy?

Warto pamiętać nawet o bardzo drobnych gestach. Np. wychodzę wkurzony z pracy i piszę SMS do żony: „Mam dosyć swojego szefa, co za wredny typ”. Wbrew pozorom to jest bardzo ważny komunikat. To, że piszemy sobie takie drobiazgi, że wysyłamy zdjęcia, jakieś głupkowate memy, buduje między nami więź, wspólnotę doświadczeń.

Żyjemy w bardzo narcystycznych czasach, nastawionych na indywidualizm. Jednostka z własnej perspektywy jest ważniejsza niż wspólnota, którą współtworzy. Ta zmiana w myśleniu dokonała się w ciągu ostatnich lat. Wystarczy prześledzić seriale, które zyskują miano kultowych w danym okresie. W latach 90. hitem był „Przystanek Alaska” czy „Przyjaciele,” gdzie bohaterem była pewna zbiorowość. Dziś mamy obrazy promujące skrajny indywidualizm, w stylu „House of Cards”. Koncentrujemy się głównie na sobie, inwestujemy w siebie, spełniamy swoje pragnienia. I często zapominamy, że dbanie o tę drugą osobę też jest bardzo ważne.

Związki z długim stażem wymagają pracy

Dbanie o kogoś może oznaczać czasem robienie czegoś wbrew sobie.

Ale może być również niezwykle ekscytujące. Wystarczy, że wyjdziemy z narcystycznej pozycji i porzucimy założenie, że wiemy wszystko o osobie, z którą żyjemy. Wtedy odkryjemy, że to jest odrębny byt, z innymi, niż nam się wydawało, potrzebami, pragnieniami, radościami i dramatami. W dodatku przebywający w ciągłym ruchu. 

Myślę, że to jest właśnie najbardziej fascynujące w relacjach międzyludzkich: obserwowanie kogoś na przełomie lat. Jak ta osoba się zmieniała, z iloma rzeczami sobie w życiu poradziła, a na ilu poległa, jak te doświadczenia ją ukształtowały. Przecież każdy ma w sobie opowieść na fascynujący film, tylko trzeba się trochę wysilić, żeby ją usłyszeć. 

Daniel Gilbert, profesor psychologii z Harvardu, twierdzi, że co 10 lat każdy z nas staje się zupełnie innym człowiekiem. „Osoba, którą jesteś w tym momencie, jest równie ulotna i chwilowa, jak wszystkie osoby, którymi sam do tej pory byłeś” – mówi. Czy małżonkowie zmieniają się indywidualnie, czy może zmieniają się pod swoim wpływem, o ile wręcz nie odbywają jakiejś przemiany wspólnie?

Wszystkie te wersje są możliwe. Chodzi o to, że jesteśmy ludźmi i w dużej mierze rządzą nami emocje. A to oznacza, że nie potrafimy przewidzieć, jak się zachowamy albo poczujemy w nieznanych okolicznościach. Oczywiście, na podstawie doświadczenia możemy robić prognozy, ale stuprocentowej pewności nigdy nie ma. Nie wiemy, co zrobimy, gdy stracimy kogoś bliskiego. Ani wtedy, gdy się dowiemy, że zostaliśmy zdradzeni. Albo gdy usłyszymy: „Już nie mogę z tobą wytrzymać. To koniec”. Może być tak, że chociaż będziemy się chcieli wówczas zachować w cywilizowany sposób, to i tak zaczniemy rzucać talerzami lub spalimy rzeczy naszego eks na balkonie. Ale może też być zupełnie odwrotnie. Jak pisała Szymborska: „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”.

Skoro do końca nie znamy nawet sami siebie, to jakie mamy szanse na to, żeby się dowiedzieć, kim tak naprawdę jest nasz partner?

Małe, ale cały czas warto próbować. Jak już sobie powiedzieliśmy, wszyscy stale się zmieniamy. Problem jest taki, że gdy jesteśmy w związku, często nie chcemy tego dostrzec. Bo budując wspólne gniazdko i chcąc poczuć się bezpiecznie, musimy siebie nawzajem oswoić. Dlatego przyzwyczajamy się do pewnego sposobu myślenia na temat drugiej osoby i z czasem patrzymy na nią jak na oswojone zwierzę domowe. Udomowionego kota albo psa. A przecież my, ludzie, jesteśmy ucywilizowani, ale też zwierzęcy, popędowi. I nie chodzi tylko o popęd seksualny, ale ogólnie, o popęd do życia. I nagle partnerzy są w szoku, bo się okazuje, że w tym naszym piesku kanapowym drzemie dzikie zwierzę. Nieprzewidywalne, z własnym życiem wewnętrznym, do którego nie mamy dostępu, ale też pełne pragnień i fantazji. Nie chcemy tego widzieć ani wiedzieć o tym, bo po prostu jest nam tak wygodniej.

To po co nam ta wiedza?

Jest niezbędna do budowania autentycznych, głębokich więzi, których spoiwem są akceptacja i zaufanie. Zacieśnianie relacji opiera się właśnie na procesie wzajemnego odsłaniania. Im więcej wiemy na temat naszych partnerów, tym bardziej możemy być w stosunku do nich empatyczni. Rozumieć to, czego doświadczają, przez co przechodzą. Możemy głębiej wejść w ich świat. Towarzyszyć w procesie zmiany, po prostu będąc obok. W ten sposób rodzi się bliskość i intymność – a przecież bliskie, autentyczne kontakty, w których odczucia i emocje mogą być spontanicznie wyrażane, a nie tłumione i cenzurowane, to jedna z najważniejszych ludzkich potrzeb.

Jak budować bliskość z małżeństwie?

Jakiś czas temu było głośno o eksperymencie Arthura Arona, dotyczącym budowania bliskości. Badacz sporządził listę 36 dość intymnych pytań i poprosił kilkadziesiąt obcych osób, połączonych losowo w pary, żeby przez 90 minut zadawały je sobie nawzajem. Efekty uboczne eksperymentu to kilkanaście romansów, parę wielkich miłości i jeden ślub.

Zadziałały tam mechanizmy, które my, klinicyści, znamy z naszych gabinetów. Często w toku rozwoju relacji terapeutycznej pacjent zakochuje się w swoim terapeucie. Nazywamy to zjawisko przeniesieniem. Jest to oczywiście dość złożone zagadnienie, ale jedną z przyczyn jego występowania jest to, że dla wielu osób spotkanie z terapeutą stanowi pierwsze w życiu doświadczenie bezwarunkowej akceptacji. Autentycznego zainteresowania ze strony innej osoby, która w dodatku daje im pełną uwagę, dzięki czemu mogą wreszcie poczuć się dla kogoś ważni. W dobrze prowadzonej terapii poddaje się to zjawisko analizie i kieruje nim tak, aby służyło pacjentowi w procesie zdrowienia. 

Eksperyment Arona pokazuje, jak wielkie znaczenie w budowaniu relacji ma wzajemna znajomość swoich światów. Ale też, jak ważne jest prawdziwe słuchanie, koncentracja na drugiej osobie. Uważność, podczas której odkładamy na bok własne pragnienia, potrzeby, uprzedzenia i dzięki temu możemy poznać świat naszego rozmówcy od wewnątrz.

Problem w tym, że po kilkunastu latach bycia razem, często już nam się nie chce w taki sposób słuchać.

Tak, ale to tylko od nas zależy, jak urządzimy sobie związek. Możemy się wycofać, zadziałać defensywnie i na przykład postarać się o jakiś outsourcing. Czy to będzie realny romans, internetowa znajomość z Tindera czy pięć tysięcy znajomych na Facebooku. Szczególnie dziś, w dobie mediów społecznościowych i komunikatorów, gdy coraz częściej wieczory spędzamy razem na kanapie, ale myślami w ekranie smartfona, łatwo o taką ucieczkę. Sam nie raz przyłapałem się na tym, że rozmawiam z kimś przez Messengera, a całkowicie ignoruję osobę, którą mam przed sobą. 

To chyba dzisiaj dosyć częste...

To jest chore! Jeśli świat, którym nie chcemy się dzielić, zaczyna być ważniejszy niż ten wspólny, to zastanówmy się, na czym polega problem. Jeszcze gorzej jest wtedy, gdy ten świat potrafimy dzielić na jakimś koncie w portalach społecznościowych z kompletnie obcymi ludźmi, ale nie jesteśmy w stanie tego zrobić z osobą, z którą śpimy w jednym łóżku. Jednak można powalczyć o relację. A wtedy gdy ludzie upomną się o bliskość, najczęściej okazuje się, że partnerowi też jej brakowało.

Michał Pozdał – psychoterapeuta seksuolog, wykładowca SWPS, założyciel i szef Instytutu Psychoterapii i Seksuologii w Katowicach. Specjalizuje sie m.in. w terapii par.

***

Rozmowa z Michałem Pozdałem ukazała się w „Urodzie Życia” 2/2019

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Relacje w związku
Getty Images

W miłości nie chodzi o „dziękuję”, mówi psycholożka, Katarzyna Miller 

Robisz śniadania, prasujesz koszule i czekasz, aż on doceni i powie chociażby: „dziękuję”? Psycholożka, Katarzyna Miller, wyjaśnia, dlaczego poświęcanie się w imię miłości to prosta droga do rozstania.
Sylwia Niemczyk
02.04.2020

Rzetelne dawanie i rzetelne branie ma swoje zasady. Pierwsza jest taka, że ten, kto dostał coś, o co prosił, docenia dar i umie za niego podziękować. A druga zasada: ten, kto daje, nie liczy na wdzięczność i wzajemność. Bo nagrodą jest już samo dawanie” – mówi Katarzyna Miller, psychoterapeutka. Sylwia Niemczyk: Lubimy się poświęcać dla innych? Katarzyna Miller: Nawet bym powiedziała, że my to wprost uwielbiamy! Poświęcanie się dla dzieci, męża, matki, szefa to typowo kobiecy grzech, choć oczywiście znam też paru mężczyzn, którzy również to robią. Ale bez względu na to, kto się poświęca i z jakiego powodu, zawsze wtedy z góry jest skazany na to, że będzie stratny. To przegrana inwestycja, zły interes – specjalnie używam takich określeń, bo bardzo bym chciała, żeby ludzie w końcu uświadomili sobie, że każda nasza relacja z drugim człowiekiem to nic innego, jak interes emocjonalny. Handel, w którym każda strona coś daje i coś bierze. Interes, handel – jakbym słyszała Moryca z „Ziemi obiecanej”. Idziemy na wojnę z romantyzmem? Ja na tej wojnie jestem od wielu lat i zawsze powtarzam: dla własnego dobra przestańmy się wiecznie doszukiwać romantyzmu w życiu, bo to czysta iluzja. A z drugiej strony przestańmy też myśleć, że interes od razu oznacza oszustwo i łódzki geszeft z „Ziemi obiecanej”.. Interesy, w tym te emocjonalne, to normalna, dobra rzecz. Dajemy i bierzemy, umawiamy się na jakąś wymianę i dotrzymujemy umowy. Robimy coś dla kogoś, ale sami też coś z tego mamy. W takim razie co ja mam z tego, że codziennie rano robię mężowi śniadanie? Na przykład masz to, że się sobie taka podobasz: taka jesteś pracowita, dobra, miła. Taka pomocna i potrzebna. Już od samego rana masz poczucie, że zrobiłaś coś dobrego i to już jest twoja...

Czytaj dalej
Para w zabytkowym aucie
getty mages

Katarzyna Miller: „Nie ma miłości bez wolności”

Dwie połówki pomarańczy? Takie myślenie o związku to błąd. W relacji nie dopełniamy się, nie uzupełniamy swoich braków – jesteśmy blisko, ale nie stapiamy się w jedność – piszą w „Być parą i nie zwariować” piszą Katarzyna Miller i Andrzej Gryżewski.
Anna Bimer
29.01.2020

Związek to wolność. Taki wniosek płynie z nowej książki: dialogu seksuologa Andrzeja Gryżewskiego z Katarzyną Miller. Nie chodzi im o wolną miłość, lecz o powietrze, swobodę oddechu dla obojga partnerów, bez nadmiernych wymagań. „Liczy się bliskość, ale bez zarzucania komuś sieci na głowę... Związek to przywilej”, mówi psycholożka Katarzyna Miller. Anna Bimer: Dlaczego przywilej? Bo nie każdemu będzie dany? Katarzyna Miller:  Bo nie wszystkim się należy. Nie wszyscy panują nad swoim człowieczeństwem, nie wszystkim są znane i dane najistotniejsze życiowe wartości, ważne cele, zgoda na proces życia, szacunek dla siebie, dla drugiego człowieka. Jeśli to wszystko jest w człowieku skupione, to niejako w nagrodę przytrafia mu się związek. Warto być także skromnym i świadomym, że ma się nie tylko fajne cechy, ale też defekty charakteru. Każdy nosi w sobie jakąś skazę. Ale też każdy nosi jakiś diament, o ile gdzieś po drodze go w nas nie zatłuczono. Pierwsza faza, czyli wstęp do związku, to wręcz ćpanie – mówicie. Tak, bo zdobyczą naukową ostatnich lat jest zdolność chemicznego i endokrynologicznego czytania człowieka. Dawniej tego narzędzia nie mieliśmy, toteż o miłości mówiło się jak o tajemniczym gromie z nieba, czystej metafizyce. Tymczasem nie jest to żaden cud, wszyscy mamy tę zdolność dostawania totalnego szmergla w relacji i reakcji na drugą osobę. Ten serotoninowy stan pozwala na wzajemne przyciąganie i podejmowanie odważnych decyzji o byciu razem, zakładaniu rodzin. Bez tej chemicznej kumulacji w mózgu być może wcale nie bylibyśmy zdolni do tak brawurowych kroków. Bezduszne. Prawdziwe. Toksyczna miłość, czyli 100 proc. bliskości Kiedy ten pierwszy amok związany z druga osobą mija, racjonalizujemy sytuację na różne sposoby, często...

Czytaj dalej
Seks na długie lata
Getty Images

Seks w stałym związku może cieszyć nawet po latach

To jest mit, że gdzieś za ścianą ktoś uprawia nieziemski seks. Każda para ma okresy, w których martwi się brakiem namiętności – rozmowa z psychoterapeutą seksuologiem Michałem Pozdałem.
Joanna Kalewicz
12.05.2020

Jesteśmy zgranym teamem, ale po latach nie mamy ochoty na wspólny seks. Czy tzw. białe małżeństwo może być szczęśliwe? A może za wszelką cenę szukać sposobu na wspólny powrót do łóżka? O braku seksu w długoletnich związkach rozmawiamy z Michałem Pozdałem, psychoterapeutą i seksuologiem, wykładowcą Uniwersytetu SWPS, autorem książki „Męskie sprawy. Życie, seks i cała reszta” oraz ekspertem akcji #sexedpl. Joanna Kalewicz: Jak nakreśliłby pan krzywą pożądania w odniesieniu do kolejnych lat trwania związku? Michał Pozdał : Gdyby się tak dało, to by było prosto. Pamiętajmy, że ludzie się wiążą z różnych powodów. Jesteśmy przyzwyczajeni do myślenia o relacjach trochę, jak z bajek i filmów hollywoodzkich. A tak nie jest. Nie zawsze ludzie zakochują się w sobie i czują ogromną namiętność. Owszem, tak bywa, ale im dłużej pracuję jako psychoterapeuta, tym częściej znajduję potwierdzenie, że nie zawsze wzajemne pożądanie jest tym, co łączy ludzi. Niektórzy wiążą się z lęku przed samotnością albo dlatego, że nie spotkali nikogo lepszego. Nawet ostatnio miałem taką sytuację: przyszła do mojego gabinetu para, ich problemem był brak pożądania w relacji. Zapytałem o to, jak zostali parą. Pani powiedziała wtedy o swoim małżonku: „Chodził, chodził i wychodził”. A ona się łaskawie zgodziła. Jeśli popatrzymy na tę relację pod tym bajkowym kątem, to odbiega ona od naszych wyobrażeń. Rzeczywiście zwykle na początku jest fajnie, ludzie się poznają, jest duża namiętność, pojawia się to wszystko, co Helen Fisher [amerykańska antropolog i psycholog, badaczka ludzkich zachowań – red.] opisuje jako koktajl hormonalny, czyli działają wszystkie neuroprzekaźniki –noradrenalina, serotonina, dopamina, fenyloetyloamina – i to jest bardzo przyjemne. Nawet z...

Czytaj dalej
para na schodach
getty images

Dobry seks ma niewiele wspólnego z orgazmem. Ważniejsza jest bliskość i przyjemność

Kobiety często przychodzą do gabinetów seksuologicznych z problemem, którego źródło jest poza seksem. Czują się nieważne, niekochane, nieatrakcyjne, zabiegane, zestresowane. Ich ciało mówi seksowi „nie” – mówi dr Alicja Długołęcka.
Anna Zych
02.02.2020

Dla kobiety seks to nie tylko akt fizyczny. To przede wszystkim potwierdzenie miłości, akceptacji, adoracji, bezpieczeństwa. Nie oznacza to jednak, że w kontaktach intymnych nie zależy nam na przyjemności. Wręcz przeciwnie. Chcemy przeżywać rozkosz i nie wstydzić się o tym mówić głośno. Anna Zych: Na co skarżą się kobiety, które przychodzą do pani, niezadowolone ze swojego życia seksualnego. Czego chcą? Jak według nich powinien wyglądać seks, by miały z niego satysfakcję?  dr Alicja Długołęcka: Nie ma jednej odpowiedzi na to pytanie. Przede wszystkim seks nie jest czymś wyizolowanym. W życiu łączymy go z różnymi potrzebami. Angażując się w relację seksualną, my, kobiety, bardzo często oczekujemy „czegoś jeszcze”. Np. tego, czego nam bardzo często brakuje: adoracji, zainteresowania, miłości, rozładowania napięcia. Liczymy na to, że poprzez seks w jakiś sposób to dostaniemy, poczujemy się pożądane i piękne. W zależności od tego, do jakiego stopnia ta potrzeba jest niezaspokojona w naszym życiu, czyli jak same siebie postrzegamy, jaki mamy poziom kompleksów, to będzie generowało nasze oczekiwania wobec relacji seksualnej.  Czyli jeśli mam kompleksy, źle się czuję w swojej skórze, to tak naprawdę mam mniejsze oczekiwania wobec partnera? Mniej oczekuję od seksu?  Chodzi mi o coś innego: jeśli będę nienawidziła cellulitu, swojego brzucha, ciała, to będę oczekiwała, że w relacji intymnej partner będzie mnie tak adorował, że te odczucia znikną. Po pierwsze jest to złudne, bo żaden partner tego nie zmieni. Co więcej, te oczekiwania będą generowały problemy seksualne, bo bardziej skupimy się na tym, żeby dostać adorację, uważność – coś, co określamy raczej jako miłość, niż przyjemność seksualną wynikającą z otwartości i zaufania. A...

Czytaj dalej