Nasi dziadkowie byli bardziej eko, niż my? Czego możemy się od nich nauczyć?
Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne

Nasi dziadkowie byli bardziej eko, niż my? Czego możemy się od nich nauczyć?

Bycie eko jest dzisiaj w modzie, ale nie każdy wie, jak się do tego zabrać. Uczmy się od mądrzejszych, weźmy przykład z naszych dziadków.
Sylwia Arlak
04.08.2020

Coraz uważniej przyglądamy się środowisku, wiedzę o zmianach klimatycznych mamy w małym palcu, pijemy kranówkę, przechodzimy na wegetarianizm a nerwica ekologiczna to jedno z naszych słów kluczy 2020 roku (wielkie dzięki za nie Stanisławowi Łubieńskiemu, autorowi „Książki o śmieciach”!). W końcu uwierzyliśmy, że stan świata zależy od każdej i każdego z nas. Segregujemy śmieci, korzystamy z toreb wielokrotnego użytku, plastikowe słomki do drinków już dawno pożegnaliśmy, a zamiast auta wybieramy komunikację miejską lub rower.

Ale wciąż mamy wiele lekcji do odrobienia. Ekologii możemy uczyć się od... naszych dziadków.  

Katarzyna Miller: „Romantyczna miłość jest tylko na chwilę, jeśli w nią wierzycie, przegracie”

Odpady/śmieci

Amerykanie generują średnio 4,4 kg śmieci dziennie (!). W Polsce jest niewiele lepiej. Wielu ludzi nawet nie zastanawia się, czy rzeczywiście warto pozbyć się rzeczy, która są w idealnym stanie. Na szczęście wielu innych, przekazuje przedmioty, których nie zamierza dłużej trzymać u siebie. Kupujemy za dużo jedzenia i bez wyrzutów sumienia pozbywamy się go. Na szczęście są i tacy, którzy w porę oddają je potrzebującym.

Nasi dziadkowie bardzo dbali o to, aby nie marnować jedzenie i przedmiotów. Nie mieli wielu środków do życia, więc „kupowali z głową”. Wszystkie przedmioty, które można było poddać recyklingowi, ponownie wykorzystać lub przekazać rodzinie, lub przyjaciołom, były ratowane. Dawano im nowe życie. Tamto pokolenie wiedziało, że musi dokończyć jedzenie na swoim talerzu. Wszelkie „resztki” żywności kompostowano, przechowywano lub zamrażano na później.

Recykling

Recykling powrócił do łask w ostatnich latach, ale wciąż nie jest tak popularny, jak mógłby – i jak powinien – być. Dlaczego jest tak wiele produktów „jednorazowego użytku”? Czy naprawdę potrzebujemy tego i tamtego? Czy wybieramy wygodę zamiast dbania o środowisko?

W czasach, w których żyli nasi dziadkowie takie produkty, jak mleko czy napoje gazowane były dostarczane w szklanych butelkach zwrotnych. Oddawano je do sklepu, a ten zwracał je do sterylizacji i ponownego napełnienia. Pieluchy były wykonane z tetry, więc można je było prać i ponownie używać.

Maszynki do golenia i inne produkty miały wymienne części, więc zamiast wyrzucać cały produkt, wymieniano tylko żyletkę. Takich przykładów można byłoby znaleźć dużo więcej. 

Transport

W dzisiejszych czasach wskakujemy do samochodów, nawet jeśli mowa o szybkiej wycieczce do lokalnego marketu. Ciągle się gdzieś spieszymy. Zależy nam na tym, żeby jak najszybciej dotrzeć do celu, dlatego pociągi, autobusy i inne środki transportu publicznego w ostatnich latach przyspieszyły. Podróżując dalej, najchętniej wybieramy samolot, a te szkodzą klimatowi bardziej, niż nam się wydaje.

Nasi dziadkowie szli do miasta, żeby załatwić swoje sprawy i zrobić najpotrzebniejsze zakupy. Wsiadali na rowery i motory. Kiedy musieli udać się dalej, korzystali z autobusu czy pociągu. Podróż zajmowała im znacznie więcej czasu, ale nie rujnowała przy tym środowiska naturalnego. 

Zużycie energii

Przeciętne gospodarstwo domowe zużywa sporą ilość energii, około 65% pochodzi z urządzeń. Z wszystkimi urządzeniami w kuchni, pralką i/lub suszarką, telewizorem, komputerem i innymi urządzeniami elektronicznymi, rachunek za energię potrafi przyprawić o zawrót głowy. Proste czynności, takie jak wyłączanie nieużywanych świateł, podłączanie elektroniki do listew zasilających i wyłączanie ich na noc itp., mogą znacznie obniżyć koszty.

Oczywiście nasi dziadkowie nie mieli wielu z tych rzeczy. Nie wiedzieli, czym są roboty kuchenne, które z każdej z nas zrobią mistrzynię w kuchni. Nie mieli 50-calowego telewizora, włączonych komputerów, radia ani innej elektroniki włączonej przez cały dzień (a czasami nawet noc). A jeśli chodzi o pranie, po prostu wieszali ubrania nad wanną do wyschnięcia.

Własna żywność

Coraz częściej stawiamy na uprawę własnej żywności. Sami robimy chleb, masło, pasty warzywne. Chcemy jeść zdrowo i ekologicznie. Chcemy mieć pewność, że to co, dostarczamy organizmowi, jest w 100 procentach naturalne. 

Wielu naszych dziadków miało ogrody, w których rosły świeże owoce i warzywa. Żywnością, której nie zjadano przy stole, dzielono się z sąsiadami albo rodziną (pamiętacie jeszcze te rodzinne wymiany kiszonych ogórków na dżem truskawkowy?). Nadmiar można zawsze było przetworzyć lub zamrozić do zjedzenia w przyszłości, tak, aby nic nie szło na marne.

Oczywiście nie namawiamy na powrót do przeszłości i rezygnację z wszystkich udogodnień, jakie mamy w naszych czasach. Namawiamy za to do uważnego przyglądania się sobie: jeśli nasi dziadkowie pili kranówkę, to my również możemy – tym bardziej że jest lepszej jakości. Jeśli oni zbierali każdą gazetę i oddawali do przetworzenia – nas też nie będzie to kosztowało aż wiele wysiłku. Jeśli oni szanowali jedzenie do ostatniego okruszka – my też możemy. I możemy tego „starodawnego” podejścia uczyć nasze dzieci. 

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Współpraca, Miłosz Brzeziński
Adobe Stock

„W naszym społeczeństwie panuje kult jednostki, ale to w grupie mamy siłę!” mówi Miłosz Brzeziński

Praca w zespole nie musi oznaczać wyścigu szczurów. „Badania nie pozostawiają żadnych wątpliwości: jesteśmy gatunkiem, który zdecydowanie lepiej funkcjonuje w grupie niż w pojedynkę” – mówi coach Miłosz Brzeziński.
Karolina Morelowska-Siluk
03.08.2020

Zgubnym mitem kultury Zachodu jest przekonanie, że za przełomowymi sukcesami stoi jeden człowiek. A tak nigdy nie było. Bieg świata zawsze zmieniały zespoły. O sile, jaką daje współpraca, rozmawiamy Miłoszem Brzezińskim, psychologiem, trenerem osobistym, specjalistą w zakresie motywacji, autorem książek m.in. „Biznes, czyli sztuka budowania relacji”. Karolina Siluk-Morelowska:   Przygotowując się do naszej rozmowy, przeprowadziłam na swoich najbliższych eksperyment. Zadałam dwa pytania: „Kto wymyślił żarówkę?” oraz „Kto pomalował Kaplicę Sykstyńską?”. Odpowiedzi brzmiały: kaplicę ozdobił Michał Anioł, żarówkę wymyślił Thomas Edison. Tymczasem Edison miał 20-osobowy zespół, Michał Anioł sztab kreatywnych artystów. Skąd więc takie odpowiedzi? Nie wiemy, jaka jest prawda? Miłosz Brzeziński:  Raczej uprawiamy kult jednostki. I jest to ewidentnie skrzywienie obrazu charakterystycznego dla naszego kręgu kulturowego. Uważamy, że jedna osoba bardzo dużo może. Jedna osoba bardzo wiele znaczy. Mam rozumieć, że taki sposób myślenia cechuje Europejczyków?  Powiedziałbym, że ludzi kultury Zachodu. Klasyczna kultura Wschodu traktuje pojedynczą osobę jako część całości. Supełek w ogromnej sieci. Dla Zachodu całością jest jednostka. We wschodnim poczuciu bycia elementem wielkiej układanki widzę w zasadzie tylko jedną niedoskonałość. W kulturach, nazwijmy je na potrzeby tej rozmowy zespołowymi, ludzie nigdy się nie wychylają. Nawet jeśli wiedzą lepiej, więcej. Wychodzą z założenia, że wystający gwóźdź dostaje pierwszy. Ponadto czują się skrępowani, kiedy oni coś wiedzą, a inni nie.  To nie jest dobre. Choć, na marginesie, u nas bywa odwrotnie. Nierzadko zabieramy głos w dyskusji, nie mając pojęcia, o czym mowa. Ale zasadniczą wadą...

Czytaj dalej
Urlop ze znajomymi
iStock

Urlop z przyjaciółmi: jak wyjechać i wrócić w komplecie?

Urlop ze znajomymi to ćwiczenie naszej cierpliwości i elastyczności. I wielki sprawdzian dla tego, co tak naprawdę nas z tymi ludźmi łączy.
Anna Bimer
02.08.2020

Wakacje to namiastka dzieciństwa. A spędzane z przyjaciółmi potrafią być burzliwe jak kłótnia w piaskownicy” – mówi psycholog Katarzyna Kucewicz. Umawiając się na wspólny wyjazd, zaczynamy projektować w głowie własną wizję jedynych, niepowtarzalnych wakacji. A potem, już na miejscu, okazuje się, że oczywiście nie jest ona taka sama, jak wizja męża czy przyjaciół. Anna Bimer Słyszałam taki okrutny dowcip o wyjeździe małżeństwa na urlop: docierają nad ukochane jezioro, on rozbija namiot, ona szykuje kolację, rozstawiają fotele, sączą wino. Jest bosko, ale on, patrząc na żonę, myśli: „Żebyś ty jeszcze obca była”. Katarzyna Kucewicz: Okrutne, ale znam wielu, którzy fantazjują, że wakacje to magiczny moment w roku, w którym cuda się zdarzają, konflikty ustają, mamy o czym rozmawiać, nie kłócimy się i nagle zaczynamy podobać się sobie. Pary często atakują siebie słowami: „Chociaż w wakacje mogłabyś nie marudzić, zadbać o siebie, być milsza”. Oczekujemy, że wakacje będą oderwaniem od problemów. Ale czy na Malediwach, czy w Kamieniu Pomorskim para w kryzysie będzie parą w kryzysie i żadna piękna fauna i flora, jezioro i namiot tego nie zmienią.  Wyjazd na urlop uruchamia jednak w ludziach magiczne, dziecięce myślenie, że wakacje to okres beztroskiej zabawy po całym roku szkolnym. Liczymy na niespodzianki, przygody, pragniemy, żeby wszystko było doskonałe. Dlatego latem robimy rzeczy, na które w życiu byśmy sobie nie pozwolili jesienią. Zaplatamy dredy, wracamy nad ranem z imprezy, wdajemy się w przelotny romans. Po roku pracy i życia według reguł, z ograniczeniami, wyrzeczeniami, samokontrolą, potrzebujemy się wyluzować, ale też coś przeżyć, czegoś doświadczyć.  W czasie wakacji ludzie zachowują się, jakby tracili rozum, ryzykują na...

Czytaj dalej