Koniec kult macho czy początek kryzysu męskości? Czas na wielką męską rewolucję.
Geof Kern
#lepszeżycie

Koniec kult macho czy początek kryzysu męskości? Czas na wielką męską rewolucję.

Prof. Zimbardo bije na alarm: „Coś złego się dzieje z mężczyznami!”
Anna Maruszeczko, red. naczelna miesięcznika „Uroda Życia”
17.01.2019

Ostatnie lata były pełne eksplorowania spraw związanych z kobiecością, co prof. Zimbardo puentuje, mówiąc, że feminizm zrobił bardzo dużo dobrego dla budowania autonomii kobiet, ale to, co zrobił złego, to nie zaprosił mężczyzn w tę podróż” – mówi Jacek Masłowski, psychoterapeuta i filozof, prowadzący warsztaty rozwoju osobistego dla mężczyzn, prezes Fundacji Masculinum.

 

W rozmowie z Anną Maruszeczko mówi o współczesnym kryzysie męskości i książce Philipa G. Zimbardo i Nikity Coulombe „Gdzie ci mężczyźni”, Wydawnictwo Naukowe PWN 2015.

 
Test wiedzy na Dzień Matki! Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

 

Anna Maruszeczko: Profesor Zimbardo, promując swoją najnowszą książkę „Gdzie ci mężczyźni ”, bije na alarm: „Obudźcie się! Dzieje się dziś coś strasznego z naszymi młodymi mężczyznami!”. Czy to padnie na podatny grunt? Temat kryzysu męskości od jakiegoś czasu krąży w społecznym obiegu, w mediach, ale albo ideologicznie, albo wstydliwie.

Jacek Masłowski: Zimbardo mówi o kryzysie męskości w kulturze zachodniej. Świat coraz poważniej zaczyna się interesować problematyką współczesnych mężczyzn. Szczególnie że ostatnie lata były pełne eksplorowania spraw związanych z kobiecością, co Zimbardo puentuje, mówiąc, że feminizm zrobił bardzo dużo dobrego dla budowania autonomii kobiet, ale to, co zrobił złego, to nie zaprosił mężczyzn w tę podróż.

 

Klimat społeczny na świecie się zmienia, a mężczyźni zostają w tyle, w odróżnieniu od kobiet, organizujących się w licznych ruchach. Nie powstał żaden ruch pomagający w zaktualizowaniu się roli mężczyzny w społeczeństwie – grzmi amerykański profesor. Czy taki ruch jest potrzebny?

Jest niezbędny. Słowo „ruch” ma wiele znaczeń, bo po pierwsze, to jest zaproszenie mężczyzn do tego, żeby się ruszyli. Wielu mężczyzn potrzebuje ukierunkowania. Tutaj ten ruch jest rozumiany jako konstrukcja społeczna, w jakimś sensie odpowiedź na feminizm, ale nie w kontrze do niego. Kobiety rzeczywiście odjechały, a chłopcy nadal siedzą na przystanku i czekają. To jest też trudne dla was, dlatego wołacie: „Halo, gdzie ci mężczyźni? Z kim my mamy budować związki, rodziny ”. Taki ruch to miałaby być oferta dla mężczyzn, wskazująca, co można zrobić ze swoją męskością.

 

Dlatego powstała Fundacja Masculinum?

Wiele lat temu, gdy pojawiło się bardzo dużo ważnych dla mnie pytań egzystencjalnych, związanych właśnie z moją męskością, nie miałem z kim o tym porozmawiać. W moim otoczeniu nie było męskich mentorów, a jeśli byli, to kompletnie poza zasięgiem. Jednocześnie zobaczyłem, że bliskie mi kobiety mogą pełnymi garściami czerpać z rozmaitych ofert kierowanych do nich przez inne kobiety i pomyślałem sobie, że powoli trzeba by to zacząć zmieniać.

 

Rozumiem, że są tacy mężczyźni, którzy potrzebują porozmawiać z drugim mężczyzną nie tylko o wyniku piłkarskiego meczu albo o jakiejś ekscytującej wyprawie, tylko właśnie o kwestiach życiowych?

Zdecydowanie tak. I niekoniecznie tylko porozmawiać, ale też poobserwować. Obecnie przeciętny polski mężczyzna główne wzorce na temat męskości czerpie z telewizji albo z kina.

 

A one są tam uproszczone albo wydumane.

I to jak! W przekazie medialnym z jednej strony mamy bardzo aktywnych psychopatów, czyli bohaterów filmów typu James Bond, a z drugiej strony – jak to jeden z moich znajomych mówi – „obłych mężczyzn”, którzy są niewyraźni i nie bardzo wiadomo, na czym ta ich męskość ma polegać. Zdecydowanie brakuje tych „pomiędzy”, choć tacy mężczyźni też istnieją, ale do masowego przekazu bardzo rzadko trafiają.

 

Jacy są ci mężczyźni „środka”?

Fajni. Dbają o swoje życie zawodowe, budują sensowną relację ze swoją partnerką i w ogóle ze światem kobiet, angażują się w wychowanie dzieci. Mają swój wewnętrzny świat wartości – wiedzą, czego chcą, czego nie chcą, na czym im zależy.

 

Tylko tyle?

Aż tyle.

 

Żartuję. Można powiedzieć, że Fundacja Masculinum zainicjowała ten męski ruch w Polsce.

On podskórnie gdzieś tam sobie płynął. W różnych miejscach Polski spotykałem mężczyzn, którzy mieli podobne dylematy i dokładnie ten sam problem: „Nie mam z kim o tym pogadać”. Zacząłem więc organizować u siebie w domu spotkania dla mężczyzn. Pamiętam jak dziś, że siedzimy przy stole, wcześniej wspólnie ugotowaliśmy sobie jedzenie, i cały wieczór rozmawiamy. Zasada była taka, że na tych spotkaniach nie ma alkoholu ani nie rozmawiamy o swoich podbojach.

 

Więc o czym?

Tematem była miłość. Niesamowite – 11 facetów siedzących przy stole, którzy rozmawiają o tym, jak rozumieją miłość, jak to przeżywają, z czym mają kłopoty, i słuchają siebie nawzajem z otwartymi ustami. Wtedy zobaczyłem, jaki tam jest potencjał, i stwierdziłem, że warto z tym pójść do świata. Trwało to trochę czasu, ale coraz częściej słyszymy, że to, co robimy, jest dobre. Mężczyźni doceniają ten rodzaj dialogu. Jest im potrzebny do tego, żeby się spotkać z samym sobą, ale też ze swoim środowiskiem społecznym – z kobietą, z dziećmi, z pracodawcą.

 

Aktualizujecie rolę mężczyzny?

Dekonstruujemy stereotypy.

 

A nowa definicja męskich ról?

Nie jestem przekonany, czy skonstruowanie nowych ról jest w ogóle do zrobienia. Ale ludzie tego chcą, bo to im porządkuje świat. Jeżeli dezaktualizuje się rola mężczyzny jako myśliwego, który przynosi łupy do domu, to musi być jakaś inna w zamian, bo inaczej się gubią. Mężczyzna może samodzielnie zdefiniować swoją rolę, ale najpierw musi przejść pewnego rodzaju drogę. Do tego potrzebna jest duża autorefleksja. Rzeczywiście nie jest tak, że w populacji męskiej występuje w tej chwili jakaś nieprawdopodobna liczba supersamoświadomych mężczyzn, natomiast jest wielu takich, którzy potrzebują konkretnej odpowiedzi na proste pytanie: „To co ja mam robić ”.

 

Czy próbujecie chociaż jakoś nazywać te męskie role?

Rzadko. Mamy inny pomysł, staramy się robić coś w rodzaju przeglądu męskości, rozdzielając ją na bardzo różne aspekty, takie jak zdrowie, kariera, przyjaźnie, relacja z ojcem, relacja z matką. Każdy z nich zasilamy treścią – przegadujemy, przyglądamy się, gdzie panują stereotypy, gdzie są inne odpowiedzi, gdzie jest prawda. Staramy się pracować w taki sposób, żeby mężczyźni mogli świadomie wybrać swój własny konstrukt męskości i powiedzieć na przykład: „Dobrze, to ja w swojej męskości chcę się realizować w taki sposób, że nie chcę być żywicielem rodziny. Wolałbym być ojcem, który idzie na urlop wychowawczy”. Ale też jest tak, że wielu mężczyzn, słuchając tych naszych dyskusji, przychodząc na warsztaty z męskości, nagle zaczyna odkrywać: „Aha, więc to, co ja robię, jaki jestem, to jest OK!”.

 

Chodzi o to, żeby chociaż się przejrzeć?

Właśnie tak, bo oni bardzo często nie mają tego lustra, w którym mogą się zobaczyć. Tym lustrem dla mężczyzn, takim bardzo pożądanym, są po prostu inni mężczyźni.

 

Zimbardo twierdzi, że młodzi mężczyźni mają duże braki, gdy idzie o umiejętności społeczne, ponieważ wychowali się w rzeczywistości wirtualnej, w świecie gier wideo i pornografii. Nazywa to śmiercionośnym duetem. Trafna diagnoza?

Niestety tak. Ekran jest propozycją, której trudno się oprzeć, ponieważ daje coś takiego, o co bardzo trudno współczesnym mężczyznom, czyli poczucie kontroli – można go przełączyć, wyłączyć, łatwo wpłynąć na niego. To tworzy iluzję bycia sprawczym. I rzeczywiście współcześni mężczyźni mają coraz większy kłopot z budowaniem relacji, choć nie tylko oni, oczywiście, bo relacje tworzy się z kimś, a nie samemu.

Świat wirtualny zakłóca też kontakt z samym sobą. Niezwykle często na moje pytanie: „Czego ty potrzebujesz, czego chcesz ”, mężczyzna odpowiada: „Nie wiem. Nigdy sobie takiego pytania nie zadawałem”. A jeżeli ja nie wiem, dokąd zmierzam, co jest dla mnie ważne, to trudno jest mi wejść w relację. Na dodatek współczesne kobiety bardzo często prezentują odwrotną postawę: „A ja wiem, czego chcę, a czego nie chcę”. One to wyraźnie komunikują i na mężczyzn wpływa to deprymująco. Zadają sobie pytanie: „Kurde, to po co się męczyć ”.

 

Albo „Czy ja sprostam ”.

To nawet nie chodzi o to, czy sprostam, bo na pewno nie sprostam. Powiedziałbym, że to jest założenie, które wielu młodych mężczyzn ma bardzo silnie wdrukowane, że po prostu nie dadzą rady, więc rezygnują już przed startem. Na przykład w sferze seksu. Zimbardo podkreśla, że wielu mężczyzn swoją wiedzę na temat uprawiania seksu czerpie z pornografii, która jest kompletnie odrealniona. Kiedy młody chłopak obejrzy po wielekroć różnego rodzaju sceny pornograficzne, to myśli: „Cholera, to co tu trzeba robić, żeby być jak oni !”. I siłą rzeczy często podejmuje decyzję: „To ja w ogóle nie startuję w tych zawodach”.

 

Dlaczego ci młodzi mężczyźni tkwią w sieci? Może rzeczywistość jest dla nich nie tylko trudniejsza, ale też nudniejsza?

Weźmy gry komputerowe. One są tak skonstruowane, by oferować graczom już nie tylko poczucie wpływu, ale i nagrodę. Konstrukcja jest taka, że wiesz, co masz zrobić, żeby osiągnąć rezultat, a jak go osiągniesz, to wchodzisz na wyższy poziom, czyli się „rozwijasz”. Poza tym sieciowe gry komputerowe pozwalają na budowanie różnego rodzaju relacji wirtualnych z innymi żywymi ludźmi poprzez awatary. Gracz, który jest z siebie niezadowolony, który w realnym życiu nie widzi możliwości wykreowania się na osobę, która byłaby ze swoją męskością dobrze skontaktowana, ma możliwość zbudowania sobie w grze tożsamości, która będzie emanacją jego marzenia o sobie. I jako taki awatar może budować różnego rodzaju interakcje z innymi postaciami, które dają wrażenie dynamiki zdecydowanie ciekawszej niż ta, która odbywa się w świecie rzeczywistym.

 

Myślę, że ratunkiem są gry planszowe.

Nie żartuję. Ale i tak widzę, że chłopcy czekając na swoją kolejkę, grają w coś jeszcze w swoim telefonie. Buntuję się: „Stop, to nie fair, nie patrzysz nam w oczy, nie rozmawiasz z nami”. Trudno go od tego odciągnąć, ale jeżeli on wsiąknie w sieć, to potem, gdy przyjdą studia, praca, to przy pierwszej przeszkodzie chłopak stwierdzi: „Ale po co się męczyć ”. Coraz więcej mężczyzn dokładnie tak stwierdza, dezerterując z życia.

 

O takich przyczynach kryzysu męskości jak nieobecny ojciec, nadopiekuńczy rodzice, rozmawialiśmy nie raz. Ale jest też szkoła, gdzie królują oceny, testy, krytyka.

W Polsce, moim zdaniem, dzieje się teraz coś bardzo niepokojącego, mianowicie dzieci są zapraszane do szkoły w wieku sześciu lat. Jeśli ktoś ma syna i córkę, to bardzo dobrze wie, że dziewczynka znacznie szybciej rozwija zdolności komunikacyjne.? Chłopiec jest w tym wieku bardziej ukierunkowany na ruch, na działanie, na eksplorowanie, a dostaje komunikat: „Siedź spokojnie i czytaj!”. I on jest już łamany, bo nie ma przestrzeni na naturalną różnicę w rozwoju.

 

Nauczycielki to wiedzą, ale ignorują różnice rozwojowe. Dziewczynki, które są spokojniejsze, zawsze będą w ich oczach lepsze.

I są lepsze, bo ten system szkolny jest skrojony właśnie pod ich rytm rozwoju.

 

Czyli trzeba by przetrzymywać chłopców dłużej w domu? Małe szanse.

Zimbardo w swojej książce proponuje to wprost: „Zapisz syna rok później do szkoły”. To można zrobić i ja ze swoim synem na pewno tak zrobię. Chyba że znajdę szkołę profilowaną. Sam jako dziecko trafiłem do szkoły sportowej, gdzie chłopcy mieli bardzo dużo zajęć fizycznych i to absorbowało tę naszą naturalną energię.

 

To jak oni mają wyrosnąć na sprawnych życiowo, rozwiniętych społecznie ludzi?

Widać właśnie, że nie wyrastają. Ten system oddziaływania na młodych ludzi jest alienacyjny. Powoduje, że od początku świadomego kontaktu ze światem dostają informację: „Jesteś chłopakiem, jesteś gorszy”. A potem ta informacja jest wielekroć powielana.

 

Brzmi to pesymistycznie. Bo też tych ojców, którzy mają przejąć wychowawczo swoich synów, najczęściej nie ma w domu…

Ale też coraz częściej są.

 

Przychodzi świadomość?

O, tak! To jest teraz bardzo wyraźna tendencja w Polsce. „Nie, my nie będziemy w pracy zasuwać do nocy, chcemy spędzać czas ze swoimi dziećmi”, mówią. „Wybieramy to i idziemy na urlopy rodzicielskie”. Szczególnie istotne jest, żeby mężczyzna miał czas dla swoich dzieci, kiedy one mają siedem–osiem lat, zwłaszcza gdy to są synowie. Żeby im towarzyszyć, żeby ich uczyć – nie matematyki, nie fizyki, chociaż pewnie trochę też, ale bycia mężczyzną. Między ósmym a dziesiątym rokiem życia przeciętny chłopiec nagle zaczyna być zafascynowany światem swojego ojca, światem mężczyzn.

 

I podobno ten świat nie musi być jakiś nadzwyczajny. Ojciec nie musi być pilotem ani rockmanem, żeby syn chciał z nim być.

Absolutnie nie. Po prostu jak jesteś mężczyzną, to masz swój męski świat. Ale jak w ojcu nie ma gotowości, chęci, żeby syna do tego świata zaprosić, to niestety pokazuje mu, że ten świat mężczyzn jest dla niego niedostępny, że aspirował do bycia mężczyzną, tylko ten świat go nie przyjął. Więc znowu świat kobiet jest czymś, co naturalnie stanowi alternatywę, i on będzie do tego świata wracał albo wybierze gry wideo i pornografię.

 

Zimbardo mówi o mężczyznach wolontariuszach zajmujących się chłopakami w wieku dojrzewania, którzy nie mają ojców, są tylko z mamami. Podaje przykład, gdy jeden z nich chce się wycofać: „On mnie chyba nie potrzebuje. Nie rozmawiamy z sobą. To jest bez sensu”. A potem jest przełom, podopieczny się otwiera. Komentarz jest taki, że najważniejsze jest, żeby ten mały i duży mężczyzna mogli pobyć razem.

Bo to są bezcenne doświadczenia, kiedy ojciec, lub w ogóle dorosły mężczyzna, zaprasza chłopców do wspólnego bycia. Choćby na boisku piłkarskim.

 

W książce cytowane jest afrykańskie przysłowie: „Jeśli chłopcy nie przejdą inicjacji, to spalą wioskę”. W naszej kulturze nie ma już rytuałów pomagających w przejściu z chłopięcości do męskości?

W tych kulturach, które dziś uznajemy za prymitywne, jest dużo mądrości. Inicjacje były prowadzone w sposób celowy, czyli w określonym momencie życia następował określony rodzaj doświadczenia, do którego chłopiec był przygotowany. To doświadczenie było modelowane przez starszyznę, czyli przez tych, którzy wiedzieli, jak dla tych chłopców ma ono być bezpieczne i twórcze. Młodzi chłopcy dostawali komunikat od całej społeczności: „Jesteście dla nas bardzo ważni, dlatego poświęcamy nasz czas, uwagę i nasze zasoby, żeby przygotować was do dorosłości”. A nasi chłopcy dostają komunikat: „Jesteście chłopakami, cóż za niefart… Teraz sobie radźcie”. „To, co męskie jest niedobre, bo przemoc, bo wojny, bo uzależnienia, bo polityka...”

 

Czy mentoring jest jakimś rozwiązaniem?

Oczywiście, że tak, i sądzę, że wcześniej czy później to rozwiązanie będzie bardzo popularne w Polsce. Ale żeby mogło w ogóle zaistnieć, to musi być to, co teraz robimy w Masculinum – staramy się zaprosić mężczyzn na różnych etapach życia do świadomego kontaktu z samymi sobą, do kontaktu z innymi mężczyznami. Dopiero kiedy się ze sobą spotkamy, kiedy zaczniemy z sobą rozmawiać, odkryjemy w sobie potencjał mentorów. I jeszcze jedno – musimy zdjąć odium z relacji mężczyzn z chłopcami. Bo gdy mówię: „Relacja mężczyzny z chłopcem”, to o czym myślisz w pierwszej kolejności

 

O pedofilii.

O to chodzi. Nie twierdzę, że nie ma pedofilii, ale jestem daleki od tego, żeby relację dorosłego mężczyzny z młodym chłopcem kojarzyć przede wszystkim z takim podejrzeniem.

 

Mężczyźni mogą zakładać grupę potencjalnych mentorów, a co mogą zrobić kobiety?

Pożądany jest taki rodzaj mądrości ze strony kobiet, który polega na nieuleganiu stereotypom. W interesie matki powinno być aktywne szukanie mentorów męskich dla jej syna zamiast izolowania go od mężczyzn.

 

To w relacji z dziećmi – a z mężczyznami?

Kobiety mogą angażować swoich partnerów w codzienne życie, czyli nie zgadzać się na to, żeby spędzali tyle czasu przed komputerami, w ogóle przed monitorami, również przed pornografią. I broń Boże nie grać z nimi!

Zimbardo podkreśla, że kobiety mają dzisiaj bardzo wysokie wymagania. Przeciętna menedżerka nie będzie chciała mieć za męża stolarza, żeby nie wiadomo jak dobrym był człowiekiem, nie będzie z nim dlatego, że jego status społeczny jest za niski. Z drugiej strony Zimbardo wykazuje, że dla kobiet, które są już bardziej samoświadome, ważniejsze niż status społeczny lub zawodowy są rozwinięte umiejętności interpersonalne, relacyjne. One będą wolały takiego stolarza lub hydraulika, który jest interpersonalnie znacznie sprawniejszy od niejednego zestresowanego menedżera. Zgodnie z tym, co opisuje Zimbardo, kobiety nie powinny obniżać swojego standardu relacyjnego.

 

To jest coś nowego!

Ale Zimbardo opisuje jeszcze jedną rzecz – my, mężczyźni żyjemy w pewnym raju, gdzie seks jest zdecydowanie łatwiej dostępny niż kiedyś. I to za darmo. Feminizm spowodował, że kobiety dzisiaj są zdecydowanie bardziej otwarte seksualnie, więc przeciętny mężczyzna nie ma motywacji do tego, żeby się starać, żeby inwestować w rozwój relacji. Do strategii seksualnych mężczyzn nie należy to, żeby się angażować w jeden związek na całe życie i ciężko nad nim pracować. Dzisiejszy świat, zwłaszcza w dużych miastach, jest idealnie wyprofilowany właśnie w tę stronę.

 

Co się stanie, jeśli nie oderwiemy mężczyzn od komputerów? Zaginie nasz gatunek?

Gatunek nie zaginie z prostego powodu, a mianowicie tylko kultura zachodnia w tej chwili zwija się liczebnie, inne kultury – wręcz przeciwnie. Zagrożeniem jest to, o czym mówi Steve Biddulph: „Jeśli jesteś mężczyzną, cywilizacja XXI wieku cię zabije”. Nasz sposób życia jest bardzo wygodny w wielu aspektach, ale czy w życiu chodzi o to, żeby było wygodnie? Podczas spotkań z mężczyznami zwracam uwagę na jedną rzecz: „Jak ci się coś nie podoba i zaczyna być dla ciebie trudne, to jest to właśnie ten moment, kiedy zaczynasz się rozwijać, bo wyszedłeś ze strefy komfortu”. Bycie w strefie komfortu to jest brak rozwoju, stagnacja.

Nie chodzi o to, żeby zafundować sobie życie, które składa się tylko z wysiłku czy cierpienia, ale jeżeli ktoś wierzy w świat z reklamy, że budzę się rano, świeci słońce i mam permanentny uśmiech na twarzy, to znaczy, że żyje w kompletnej utopii.

 

Zimbardo pisze, co mi się nie mieści w głowie, że są tacy młodzi mężczyźni, którzy myślą, że nie muszą wnosić do związku nic poza własnym istnieniem.

Kobiety, które mają po 19–25 lat, rzeczywiście czasami opowiadają, że ich mężczyźni są właśnie tacy kanapowi. To jest taka postawa: „Nie poszukam sobie pracy dwie ulice dalej, bo to już jest za daleko”. Ale ja ich nie znam, tacy mężczyźni po prostu do mnie nie przychodzą…

 

Właśnie, jeszcze praca. Z książki „Gdzie ci mężczyźni ” płynie wniosek, że skoro to młode pokolenie mężczyzn wychowuje się w wygodnym świecie wirtualnym, to potem, gdy trzeba popracować, nie utrzymują się w tej pracy, lądują na bezrobociu, co z kolei tak ich marginalizuje, że wypadają z orbity zainteresowań kobiet.

Stosunek do pracy w świecie mężczyzn jest jednym z filarów ich dookreślania się. Rzeczywiście bardzo się zmieniło, głównie po recesji, myślenie młodych mężczyzn o ich przyszłości zawodowej. Wielu z nich nie ma dziś jasnej odpowiedzi, co robić, żeby wystarczająco dużo zarabiać. Cały czas mówi się im, że mają tak kierować swoją edukacją, by potem utrzymywać żonę i dzieci. Te patriarchalne przepisy na męskość cały czas mają się bardzo dobrze i większość mężczyzn i kobiet w dalszym ciągu im hołduje. Nie mówi się dziś kobiecie: „Kochana córko, jak będziesz myślała o swojej karierze zawodowej, to pamiętaj, zdobądź takie wykształcenie i taką pracę, żebyś mogła utrzymać męża i dzieci”, prawda? To zdanie wydaje się wręcz śmieszne.

 

Choć przecież jesteśmy blisko takiej sytuacji.

Tylko o tyle, że wiele kobiet rzeczywiście wzięło odpowiedzialność za siebie. Ale z drugiej strony one wcale nie wybierają mężczyzn, którzy nie pracują.

 

Co w tym złego, że ona ma dobrze płatną pracę, a on może się zająć domem? Dlaczego społeczeństwo nie chce tego uznać?

Jeśli chodzi o akceptację społeczną mężczyzny, który zajmuje się dziećmi, wszyscy mówią „OK, dobry tata”. Ale jeśli mamy mężczyznę, który zajmuje się domem, a zarabia tylko jego żona, to w przeważającej większości ocen pozbawionych poprawności politycznej usłyszymy, że z tym mężczyzną coś jest nie tak.

 

U Zimbardo jest metafora o rodzinnej łódce, która współcześnie zaczęła kręcić się w kółko. Ruch kobiecy sprawił, że kobiety mogą wiosłować po obu stronach, a mężczyźni nie. One mogą zajmować się domem i zarabiać, a oni tylko zarabiać. Da się skuteczniej wymieniać rolami

W tej kwestii funkcjonuje coś w rodzaju schizofrenii. Z jednej strony mówi się, że to, co patriarchalne, to już przeżytek, z drugiej – te wzorce w dalszym ciągu mają się świetnie. Gdy zapytasz kobietę, jaka jest najbardziej pożądana cecha u mężczyzny, to zawsze powie, że siła. A jak wyraża się siła? No, nie przez gotowanie i pranie, prawda? Nawet teraz się uśmiechnęłaś.

 

Nie chodzi o to, że ja nie daję mężczyznom prawa do słabości, ale czy trzeba ją utrwalać, czynić z niej cnotę?

Ale wielu mężczyzn tak właśnie robi i kompletnie się wycofuje. To jest wyuczona bezradność. Jesteśmy w fazie przejścia – stare wcale jeszcze nie odpuściło, chociaż dużo się o tym mówi, że jest niedobre, a nowe, o którym mówi się, że jest świetne, jeszcze nie wiadomo, jak wygląda.

Stoimy w rozkroku. Kobiety mają już zdecydowanie jaśniej sformułowane swoje nowe możliwości, cele i potrzeby, a mężczyźni dopiero zaczynają się nad tym zastanawiać.

 

Ale jeżeli mężczyźni nie ustawią sobie własnych spraw, to…

...To kobiety zostaną same albo znów zostaną przeładowane obowiązkami, więc tak naprawdę w interesie kobiet jest to, żeby mężczyźni teraz zajęli się sobą.

 

Rozmowa z Jackiem Masłowskim  ukazała się w "Urodzie Życia” 7/2015
 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG