„Kogo obchodzi bułgarska prostytutka?” Współczesne niewolnictwo wciąż kwitnie: tu i teraz
corbis/profimedia

„Kogo obchodzi bułgarska prostytutka?” Współczesne niewolnictwo wciąż kwitnie: tu i teraz

„Mężowie sprzedają żony. Matki sprzedają córki. Człowiek to nie jest szlachetny gatunek”. Kiedy 20 lat temu pionierki z Fundacji La Strada zaczynały, nikt nie wierzył, że w XXI w., w Polsce możliwe jest niewolnictwo. Dzisiaj coraz skuteczniej walczą o wolność i godność porywanych i wykorzystywanych ludzi.
Jakub Janiszewski
07.08.2020

Warszawa, 1998 rok, późny wieczór. Irena Dawid-Olczyk jedzie taksówką na ulicę Agrykola – stromą uliczkę, schodzącą w dół skarpy wiślanej. Za dnia urokliwą, bo rozdzielającą Łazienki Królewskie od parku wokół Zamku Ujazdowskiego, ale wieczorem ponurą, niedoświetloną, a w latach 90., gdy stołeczne statystyki przestępczości prezentowały się dużo gorzej od dzisiejszych, zwyczajnie niebezpieczną. Taksówka zatrzymuje się obok furgonetki z napisem „Lasy Państwowe”. W środku dwie młode kobiety i kierowca, który dopytuje: „Dokąd je pani teraz zabierze ”. „To już nie pańska sprawa” – rzuca obcesowo Irena Dawid-Olczyk, przekonana, że właśnie wydarza się jeden z częstych scenariuszy: oto klient, którego ruszyło sumienie, pomaga w ucieczce kobietom zmuszanym do prostytucji.

Dopiero później dowie się, że jej domysły były błędne. „On nie był naszym klientem, on nam tylko dawał kanapki, jak stałyśmy na drodze” – powie starsza z dziewczyn. Na razie jednak Irena o nic nie pyta, siada obok taksówkarza i jadą do hotelu. Ilekroć się w czasie jazdy odwraca, na pryszczatej buzi tej młodszej pojawia się szeroki, głupawy uśmiech. Co jej tak wesoło i co się dzieje z jej cerą – zastanawia się Dawid-Olczyk.

Katarzyna Miller: „Romantyczna miłość jest tylko na chwilę, jeśli w nią wierzycie, przegracie”

Handel ludźmi zaczyna się od pytania o drogę 

Niebawem, wspólnie z koleżankami z Fundacji La Strada, rozwikłają obie zagadki. Problemy z cerą to zwykły trądzik młodzieńczy, bo dziewczyna ma tylko 14 lat.

A uśmiecha się, bo tak ją wytresowano: za pomocą sztachety, którą dostawała po głowie od sprawców.

Parę miesięcy temu w rodzinnym mieście w Bułgarii wsiadła do nieznanego auta. Jacyś panowie prosili, by im pokazała drogę do rynku. Ale zamiast na rynku, wysiadła dopiero w Polsce, już jako ofiara i niewolnica. Człowiek z „Lasów Państwowych”, ten od kanapek, pomógł uciec jej i koleżance.

Irena Dawid-Olczyk z nieskrywanym zażenowaniem cechującym profesjonalistów o dużym stażu wspomina tamtą, zamierzchłą już sytuację. Bo to wszystko nie powinno tak wyglądać. Nie powinna w tak ryzykowny sposób umawiać się na spotkania, nie w ciemnych ulicach i nie bez asysty policji. Dziewczyny nie powinny mieszkać w hotelu, tylko w schronisku dla ofiar przemocy, gdzie jest przeszkolony personel i odpowiednia ochrona. Ich powrót do domu też powinien przyjąć inną formę. Nie autokarem za pieniądze fundacji, jak wówczas, tylko samolotem, za państwowe pieniądze, jakby to miało miejsce dziś. 

W Polsce nikt nie słyszał o niewolnictwie i handlu kobietami

Ale rok 1998 w niczym nie przypominał dzisiejszej rzeczywistości. Dość powiedzieć, że w tym samym mniej więcej czasie w podobnie partyzancki sposób przewiozła z małego miasteczka na południu Polski do Warszawy dwie inne zmuszane do prostytucji kobiety. Już raz wcześniej uciekły, ale policja, u której szukały pomocy, przekazała je ponownie w ręce alfonsów. Zdołały uciec jeszcze raz i tym razem eskortę policyjną zastąpiła Dawid-Olczyk. I to też byłoby dzisiaj nie do pomyślenia. Ale dzisiejsza Polska jest krajem członkowskim Unii Europejskiej, z przeszkolonymi w problematyce handlu ludźmi służbami mundurowymi, z krajowym programem pomocy ofiarom i przygotowanym na szczeblu rządowym planem przeciwdziałania zjawisku. Policyjni śledczy mówią o założycielkach La Strady per „nasze koleżanki”, a Irena Dawid-Olczyk została przez Rzecznika Praw Człowieka w 2011 roku wyróżniona nagrodą im. Pawła Włodkowica.

I choć doskonale wie, że cały ten kompleksowy system nie powstałby bez zaangażowania fundacji, to równocześnie przyznaje, że dopiero tamta nagroda naprawdę ją wzmocniła. Poczuła wreszcie, że w oczach innych nie jest już tym, kogo niejednokrotnie z niej robiono – podejrzaną dziwaczką babrzącą się w brzydkich sprawach dziwek i alfonsów, lecz tym, kim zawsze chciała być – poważaną działaczką na rzecz praw człowieka.

A było tak. W 1995 roku holenderska organizacja STV zauważyła, że w ich lokalnym, krajowym seksbiznesie zaczyna się niepokojący ruch ze wschodu Europy, w tym z Polski. Prostytutkami zostawały kobiety, które sądziły, że jadą do pracy w charakterze kelnerek, kucharek i gospodyń domowych. Zamiast tego na miejscu odbierano im paszporty, straszono strażą graniczną, niespłacalnymi długami, niektóre bito lub więziono. Do polskiej opinii publicznej przebijało się to z trudem i przyjmowane było bez entuzjazmu. Jak to nie wiedziały? Jak to musiały? Dla STV wnet stało się jasne, że bez kogoś na miejscu, w Polsce, o żadnej zmianie mentalności nie ma co mówić. I tak do jednej z gazet trafiło ogłoszenie: „Zatrudnimy trzy menedżerki i koordynatorkę do realizacji polsko-holenderskiego projektu „Prewencja handlu kobietami z Europy Środkowej i Wschodniej”.

Joannie Garnier zatrudnionej wówczas w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego i Irenie Dawid-Olczyk – instruktorce teatralnej z łódzkiego domu kultury, przez lata zdawało się, że tamten anons brzmiał inaczej. W ich mniemaniu szukano „pionierek”. Zostały wybrane z grona 50 aplikujących. Joanna wcześniej współpracowała z Polskim Stowarzyszeniem Feministycznym i Lambdą. Irena właśnie skończyła Szkołę Praw Człowieka przy Fundacji Helsińskiej. Podczas rozmowy kwalifikacyjnej nawet nie zapytały, ile będą zarabiać, nie przypuszczały też, jak szybko ta nowa, półetatowa praca stanie się tą najważniejszą.

„Dla wizji lepszego życia kobieta jest w stanie rzucić wszystko”

Niedawno, przy okazji 20. rocznicy istnienia La Strady zorientowały się, że pamięć spłatała im figla. Nikt nie oczekiwał od nich, że zostaną pionierkami. Zostały nimi, bo nie było innego wyjścia. Nie zajęły się też, jak to mogłoby wynikać z ogłoszenia, samą tylko prewencją. Zajęły się wszystkim: od pracy z ofiarami, przez szkolenia policjantów, po budowanie politycznych sojuszy. Żeby czemuś zapobiec, trzeba najpierw przekonać ludzi, że to naprawdę istnieje. A o handlu ludźmi 20 lat temu w Polsce nikt niczego nie wiedział.

Robiły więc to, co mogły i tak, jak tego wymagał stan wyższej konieczności. Rozpoznanie bojem – tą metodą uczyły się nowej rzeczywistości zawodowej. 

Ta zaś nieustannie się zmieniała. Miały być Polki w Holandii, ale niebawem zrobiły się z tego Bułgarki w Polsce. Trzeba się było dogadać z ambasadą, przychodzić do niej w dziwnych porach, wyprowadzać je wejściem od ambasadorskiej kuchni, bo przed głównym zawsze stał bus, a w busie faceci, którzy wyłapywali te, które chciały uciec.

Mnóstwo razy rozwiązywały rebusy: gdzie znaleźć tłumaczkę dla dziewczyny z bułgarskiej wioski, która nie mówi w żadnym innym języku poza tureckim sprzed reformy, takim przemieszanym z arabskim i perskim? Była jedyną z całej grupy, która chciała zeznawać, ale kto odważy się tłumaczyć ją w sądzie?

Niebawem odezwały się oszukane polskie narzeczone. Bezrobotne w ojczyźnie, liczyły na lepszy los u boku niemieckiego męża z ogłoszenia. Na miejscu jednak, zamiast zaręczynowego pierścionka, dostawały widły do przerzucania obornika i epitet „polnische Schweine”. Była i taka, która zdążyła sprzedać dom, ziemię, zamknąć całe swoje 50-letnie życie w kraju w imię małżeństwa z mężczyzną, który, jak się na miejscu okazało, wolał owce. Do La Strady zadzwoniła w fatalnym stanie psychicznym, rozważając samobójstwo z rozczarowania, wstydu i obrzydzenia, które w niej budził jej nowy, zoofilny mąż.

Przez lata obserwowały, jak zmieniają się formy nadużyć. Kiedyś scenariusz uprowadzenia był częsty, dziś zdarza się sporadycznie. W imię wizji lepszego życia w bogatszym kraju ludzie są gotowi przejechać pół kontynentu. Nikt nie wie, ilu z nich staje się ofiarami pracy przymusowej, także tej niezwiązanej z usługami seksualnymi.

W 2013 roku Parlament Europejski szacował tę grupę na ok. 880 tys. osób. To cena ostatniego kryzysu gospodarczego. Ryzyko po stronie sprawcy jest niewielkie: otwarte granice pozwalają podróżować bez większych przeszkód, bez kontroli granicznych, bez pytań. Zyski za to są krociowe: handel ludźmi to dla grup przestępczych nawet 25 mld euro rocznego zysku. Nie zmieniają się tylko metody zastraszania. 

Gdy ofiara odmawia pomocy

Najgorzej jest wtedy, gdy wiesz, że ktoś potrzebuje pomocy, ale nie możesz do niego dotrzeć. Bo rodzina nie chce cię dopuścić albo sama ofiara odmawia. Od tego gorsza jest tylko świadomość, że chciałeś pomóc, ale źle oceniłeś sytuację, a cenę za twój błąd zapłacił kto inny. Tak się kiedyś zdarzyło w przypadku dziewczyny z jednej z byłych republik radzieckich, nad którą znęcał się seksualnie polski sprawca. Ściągnęły ją do Polski by go rozpoznała i złożyła zeznania. 

Zaproponował łapówkę. „Jeśli weźmiesz, to tak, jakbyś się zgodziła, że za pieniądze każdy może ci zrobić wszystko” – powiedziała jej Irena. Dziś myśli, że mogła zostawić jej całkowicie wolną rękę. Facet się zemścił, miał pieniądze, za które wówczas w tej radzieckiej republice można było kupić wszystko. Postawiono jej zarzut „sprawstwa kierowniczego w napadzie z bronią w ręku”. Wydawał się absurdalny, ale nie w oczach tamtego sądu. Dziewczyna trafiła do kolonii karnej dla kobiet. Z jej relacji wyłaniało się coś, co przypominało opis obozów jenieckich z czasów wojny. Kilkadziesiąt kobiet stłoczonych w namiotach, w szczerym polu. Po paru latach wyszła, ale nie ta sama. Zmarła dwa tygodnie później, na serce. Miała 29 lat.

Dlaczego ludzie handlują ludźmi? Bo mogą 

Czasem, gdy ktoś słyszy od nich te historie, pyta: „To takie straszne, dlaczego ludzie robią innym ludziom coś takiego ”. „Bo mogą” – odpowiada Dawid-Olczyk. Mężowie sprzedają żony. Matki sprzedają córki. Sprzedawałyby i mężów, gdyby ktoś chciał ich kupić. Człowiek to nie jest szlachetny gatunek. Skoro ktoś zmusił bułgarską 14-latkę do prostytucji, to znaczy, że jest popyt na jej usługi. To samo w przypadku kobiety w szóstym miesiącu ciąży, o której niedawno usłyszały. Stoi przy jednej z dróg wylotowych z Warszawy. Toteż Irena trochę jest w depresji i trochę nie może spać. Trochę, bo pozostałą częścią umysłu wie, że jej optyka jest skrzywiona. To nie tak, że wszystkie podróże zarobkowe kończą się katastrofą, nie tak, że wszystkie narzeczone stają się niewolnicami, nie tak, że wszystkim rządzi przemoc. Podręcznikowa zasada głosi, że każdy z nas może paść ofiarą handlu ludźmi, ale na przykład doktorantka fizyki ze znajomością czterech języków ma na to zdecydowanie mniejsze szanse. Do La Strady trafiają więc te najcięższe przypadki. I to jest i przygnębiające, i równocześnie podnoszące na duchu. „Bo wtedy myślę sobie, że one przecież jeszcze mają nas. I choćby mówiły tureckim sprzed reformy, który rozumieją tylko dwie osoby w Polsce, to my do tych dwóch osób dotrzemy. Wiem, bo nie takie rzeczy już ćwiczyłyśmy”.

***

Tekst o współczesnym niewolnictwie i Fundacji La Strada ukazał się w „Urodzie Życia” 10/2015

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Paweł Kapusta
Rafał Masłow

„Sam sobie zrobiłem krzywdę”, mówi Paweł Kapusta, autor „Gada”, reportażu o więzieniach w Polsce 

Dziennikarz sportowy pisze o szpitalach i więzieniach.
Sylwia Niemczyk
28.11.2019

Z pisania o kolejnych golach Roberta Lewandowskiego potrafi płynnie przejść do opisu warunków pracy funkcjonariuszy służby więziennej.  Paweł Kapusta, dziennikarz sportowy oraz jeden z najciekawszych reportażystów młodego pokolenia, właśnie wydał książkę „Gad” (wyd. Wielka Litera), wstrząsający reportaż o więziennym życiu z perspektywy strażników Adam Jastrzębowski*: Pisanie o sporcie to pisanie o rzeczach przyjemnych. Piłkarze dobrze zarabiają, kibice są szczęśliwi, że idą na mecz, a ich drużyna strzela bramki i wygrywa. Za to w twoich książkach na próżno szukać radości. Paweł Kapusta: „Agonia” jest z pogranicza życia i śmierci, „Gad” też do łatwych książek nie należy. Pracując nad tymi książkami, złapałem dużo dystansu. Mogę się przyznać, że w pewnym momencie odniosłem wrażenie, że sam sobie krzywdę zrobiłem – zawodowo – zajmując się sportem całe życie i nagle przechodząc do pisania o innych tematach. Jednego dnia rozmawiasz z kobietą, która opowiada ci o śmierci własnego dziecka i płacze, a potem wracasz do bieżącego pisania sportowego. O tym, że ktoś kopnął w lewo, a nie w prawo, o tym, że zwolniono tego, a nie tamtego trenera. Teraz oczywiście celowo trywializuję, ale w pewnym momencie miałem kłopoty ze zmobilizowaniem się. To są jednak dwa inne rodzaje tej pracy. I oczywiście wiem, że choć bardziej potrzebne społecznie jest zajmowanie się tematyką problemów w ochronie zdrowia, to są również odbiorcy, którzy szukają informacji o Robercie Lewandowskim. Sport to dla ludzi ważny element życia, a ja dostarczam na ten temat odpowiednie treści. Na szczęście udało mi się to sobie poukładać w głowie i nie mam problemu, by funkcjonować dziś w jednym i drugim świecie.   W ilu zakładach byłeś podczas tworzenia...

Czytaj dalej
Katarzyna Tubylewicz „Bardzo zimna wiosna”
mat. prasowe

Katarzyna Tubylewicz: „Ofiary przemocy nie są słabe i bezwolne”

Kryminał Katarzyny Tubylewicz, „Bardzo zimna wiosna” pokazuje, że ani teraz Szwecja nie jest rajem, ani nigdy nie była.
Sylwia Niemczyk
21.06.2020

Po świetnie przyjętych „Moralistach. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie” Katarzyna Tubylewicz – polska pisarka i tłumaczka, żyjąca w Szwecji – napisała pierwszy kryminał. „Bardzo zimna wiosna” to historia, w której nie zawsze wiadomo, kto tak naprawdę jest ofiarą, a kto sprawcą przemocy. Bite kobiety i  bezdomni uchodźcy nie zasługują na to, by patrzeć na nich z pobłażliwą wyższością, mówi pisarka – ich siła zasługuje raczej na podziw.  Sylwia Niemczyk: W „Bardzo zimnej wiośnie” opisuje pani mechanizm stawania się ofiarą. Katarzyna Tubylewicz: Ale także proces wychodzenia z tej roli. Chciałam pokazać, że ofiara nie musi być słaba, bezwolna, głupia. W mojej książce Ewa długo wytrzymuje rolę ofiary przemocy domowej właśnie dlatego, że jest silna i jest w stanie znieść bardzo dużo. Poza tym nawet – a może przede wszystkim – silne osoby wstydzą się bycia ofiarą, więc nieraz ukrywają to bardzo długo, nawet przed sobą. Często w naszym patrzeniu na ofiarę kryje się jakaś upokarzająca pobłażliwość wobec niej, poczucie wyższości, przekonanie, że nam nie mogłoby się coś podobnego przytrafić. To samo poczucie wyższości zawiera się w naszym stosunku do uchodźców, o tym też pani pisze. Zależało mi, żeby pokazać, że nie ma czegoś takiego jak jednorodna grupa: „ofiary przemocy” albo właśnie „uchodźcy”, czyli „ofiary historii”. Bardzo brakuje nam uważnego przyjrzenia się konkretnemu człowiekowi, zobaczenia, kim on jest poza tym, że jest uchodźcą czy bitą kobietą. Temat uchodźców znam dobrze, bo zajmowałam się nim, pisząc reportaże i poznałam bardzo różne losy i postawy życiowe uchodźców, różne charaktery. Jak to u ludzi zwykle bywa. W Szwecji tak otwartej i humanitarnej jest...

Czytaj dalej