Jak rywalizują kobiety i dlaczego wstydzą się rywalizacji? Rozmowa z psychoanalityczką
Getty Images

Jak rywalizują kobiety i dlaczego wstydzą się rywalizacji? Rozmowa z psychoanalityczką

Rywalizacja wywołuje u kobiety poczucie winy. Czy słusznie?
Karolina Stępniewska
07.10.2018

Kobiety przez setki lat nie zajmowały się konkurowaniem, bo miały odgórnie nałożone inne »anielskie obowiązki«. A duch rywalizacji potrzebuje rogów. Jednak dziś, kiedy sprawy mają się już inaczej, nadal nie dajemy sobie przyzwolenia na otwartą rywalizacyjną grę, a jeśli nawet je sobie damy, naznaczone jest ono poczuciem winy. Może czas wreszcie zdjąć z siebie te ograniczenia”, mówi psychoanalityczka Wiola Rębecka.

Przekonuje, że nie i że zdrowa rywalizacja może przynieść wiele korzyści. O tym, jak rywalizują ze sobą (i z mężczyznami!) kobiety, jak się z tym czują, skąd wzięły się nasze ograniczenia i wyrzuty sumienia, psychoanalityczka opowiada w wywiadzie dla „Urody Życia”.

Czy kobiety rywalizują ze sobą w jakiś specyficzny sposób? Czy coś tę rywalizację charakteryzuje, odróżnia od tej męskiej?

Kiedy umówiłyśmy się na rozmowę, w ramach przygotowania zrobiłam taki mały eksperyment – zamieściłam na swoim Facebooku pytanie: „Z jakich powodów kobiety ze sobą rywalizują?”. Rozpętała się wielka, trwająca cały dzień dyskusja. Zaangażowały się w nią obie płcie i rozmowa bardzo szybko podryfowała w stronę… feminizmu!

To zapewne coś oznacza, czyżby nam, kobietom, z rywalizacją było nie do twarzy?

No właśnie. Więc chcę powiedzieć na wstępie jasno, że rywalizacja jest bardzo naturalnym uczuciem i jest bliska każdemu z nas! Rywalizujemy, bo to pomaga nam przetrwać, popycha nas do działania. Czasem słyszymy, jak ktoś mówi: „Ja to z nikim nie rywalizuję”. To nie może być prawda. Ten ktoś może tego nie dostrzegać, nie rozumieć, nie nazywać, może się tego wstydzić czy bać. Ale każdy z nas ma w sobie ten rys, bo to czysta biologia. Owszem, mechanizm rywalizacji może być zniekształcony.

To znaczy, jeśli mamy głęboką deprywację potrzeb, czyli one długotrwale są niezaspokajane, wówczas nasze tendencje rywalizacyjne mogą być znacznie większe lub odwrotnie – możemy starać się z nich rezygnować, ukrywać je. Ale to nie oznacza, że wrodzona potrzeba rywalizacji oraz uczucie zazdrości – bo te dwa elementy występują zawsze łącznie – z nas wyparowały.

Czy to znaczy, że każdy z nas czegoś komuś zazdrości?!

Tak, i nie ma w tym nic złego. Przeciwnie – zazdrość jest dobrym, zdrowym uczuciem. To energia, która popycha nas do przodu. Co innego, gdy nasza zazdrość przekształca się w zawiść. Ta zżera, niszczy od środka, jest destrukcyjna. Nie napędza do działania, ale do knucia, spiskowania.

Kiedy mówimy o rywalizacji, bardzo ważnym elementem jest kultura danego społeczeństwa. I myślę, że tu leży sedno sprawy. Teoretycznie kultura szeroko pojmowanego Zachodu dziś daje już rywalizacyjne przyzwolenie obu płciom. W kulturze muzułmańskiej, czy tej ortodoksyjnej żydowskiej, nie jest akceptowana rywalizacja wśród kobiet w ogóle. Czyli, kobietom, choć jak każdy człowiek mają tę potrzebę we krwi, nie wolno jej ujawniać. A nasze społeczeństwo jest, mam wrażenie, pośrodku tej osi.

To znaczy: z jednej strony wiele dzieje się w kwestiach równouprawnienia, ale nadal silnie pokutują zakorzenione – kulturowo i religijnie – dawne wzorce. Otóż w rywalizację wpisana jest agresja, czyli w tym kontekście energia, która napędza nas do konkurowania.

A agresja kobiecie nie przystoi...

A jeśli nie przystoi nam coś, czego naturalnie potrzebujemy, to uczucia poszukają sobie innej drogi. Realizowanie rywalizacji będzie miało inną dynamikę, zacznie objawiać się w mniej oficjalny sposób. Kobiety przez dekady, a nawet setki lat, nie zajmowały się rywalizacją, bo miały odgórnie nałożone inne „anielskie obowiązki”. A duch rywalizacji potrzebuje rogów. Jednak dziś, kiedy sprawy mają się już szczęśliwie trochę inaczej, nadal nie dajemy sobie przyzwolenia na taką otwartą rywalizacyjną grę, a jeśli nawet – podążając za zmianami – je sobie damy, zbyt często naznaczone jest ono poczuciem winy. Męska rywalizacja jest otwarta, „czysta”. Mężczyzna rywalizował od zarania dziejów. Jemu zawsze wypadało, mało –  to był i nadal jest jeden z wyznaczników jego męskości. U kobiety – przeciwnie – zakładano, że rywalizacja odbiera jej kobiecość. Bo ta jest zwiewna, eteryczna, uległa. Charakteryzuje ją błogość i kojący uśmiech na twarzy, a nie agresywny zadzior w oczach. Więc kombinujemy, wkładamy białe rękawiczki, aby realizować swoje ludzkie predyspozycje.

Kiedy rozmawiałyśmy w redakcji o kobiecej rywalizacji, doszłyśmy do wniosku, że ona może występuje rzadziej niż ta męska, ale bywa zdecydowanie bardziej ostra, mocna, czasem w niefajny sposób wyrafinowana.

Nie zgadzam się z tym absolutnie! Mam wrażenie, że wpadłyście panie właśnie w pułapkę, którą my, kobiety, same na siebie zastawiamy. To znaczy tkwimy w  tym chorym, narzuconym schemacie, że nie mamy prawa być agresywne, zapiekłe w swoim zachowaniu. A niby dlaczego?! Może my tę agresję wyrazimy inaczej – mężczyźni dadzą sobie po pysku, a my wbijemy szpilę raniącym słowem – ale nadal i jedno, i drugie jest agresją i wszyscy mamy do niej takie samo prawo. Tymczasem, chcę podkreślić, obowiązujący schemat niezmiennie jest taki: facet może być agresywny, bo „taka jego uroda”, kobieta nie powinna być agresywna, bo wtedy odbiera sobie urodę. Kiedy czytam te wszystkie wypowiedzi, że feminizm odbiera kobiecie jej kobiecość, łapię się za głowę. Co to są za bzdury? Co to są za przekonania? Z  której ery one pochodzą? Feminizm daje kobiecie głos, oddaje jej należne prawa, ale nie zabrania jej nosić obcasów, malować ust czy być czułą wobec dziecka. To się, do cholery, nie wyklucza! Więc nie, kobieca rywalizacja nie jest bardziej ostra, czy wręcz perfidna, jak twierdzą niektórzy. Jest – niestety – ciągle zakamuflowana i  obciążona, naznaczona, wyrzutami sumienia. A to nam z pewnością nie służy, nie pomaga.

Powiedziała pani, że kobieta – z racji zewnętrznych okoliczności, nałożonych ograniczeń – rywalizując, przyjmuje inną strategię niż rywalizujący mężczyzna.

Mężczyzna jest dosłowny, ściga się wprost. Używa do tego otwartego, mocnego, czasem wulgarnego języka. Kobiety kluczą, kombinują, ta rywalizacja nie jest drogą z punktu A do punktu B, jest labiryntem. Słyszymy czasem, jak ktoś mówi: „Niby zawsze taka miła, a jak się okazuje, sączyła jad” albo: „Taka grzeczna, układna, nic nie wskazywało na to, że spiskowała, i straciłam przez nią stanowisko”. To jest właśnie efekt skrępowanych potrzeb, które nie mają normalnego, naturalnego ujścia. Mało którą z nas stać na to, aby jasno i wyraźnie zazdrościć, jasno i wyraźnie stawać do walki. Bardzo często wracam do mojego ukochanego serialu „Seks w wielkim mieście”, mam w nim ulubioną postać – to Samantha, która jest prowodyrką społecznych zmian. Jest oczywiście odrobinę przerysowana, ale myślę, że czasem warto byłoby wziąć z niej przykład. Ją stać na otwartą, czystą rywalizację. Nie płacze potem po nocach, zastanawiając się, czy aby na pewno dobrze zrobiła, czy aby komuś nie sprawiła przykrości.

Ale to chyba dobrze, że potrafimy być empatyczne?!

Oczywiście, empatia jest wartością, ale wszystko musi być mądrze wypośrodkowane. Kiedy stajemy do rywalizacji, czasem kończy się ona zerojedynkowo – zwycięstwem i przegraną. I jeśli pani płacze, że wygrała, bo ta druga osoba jest wtedy smutna – to nie jest zdrowa sytuacja. By móc rywalizować, trzeba nauczyć się wygrywać.

Jakie są te główne obszary, w których kobiety ze sobą rywalizują? U mężczyzn to chyba dość zawężone pola – praca, pasje, sport. My mamy ich więcej?

Mamy ich wiele. Rywalizujemy w pracy, rywalizujemy, wychowując swoje dzieci, ale mam wrażenie, że takim najbardziej toksycznym poligonem, na którym wciąż toczy się bardzo ostra rywalizacja między kobietami, jest nasze ciało. Kobiety mają obsesję na punkcie wyglądu. I fakt, że od dawna mówi się, że nie musimy być idealne, niczego nie zmienia. To jest jałowa i głupia rywalizacja – obsesja porównywania się. Ja z trwogą śledzę niektóre polskie portale internetowe, które podsycają w kobietach tę idiotyczną walkę, bo przesiąknięte są informacjami o tym, która gwiazdka coś właśnie zrobiła ze swoim ciałem. To jest przerażające! Ten przekaz jest tak silny, że nawet mądre, wykształcone, dojrzałe kobiety wpadają w te koleiny.

Ale my przecież równocześnie potrafimy się znakomicie jednoczyć. Od dawna mówi się w Polsce, że jeśli ktoś może coś realnie zdziałać, doprowadzić do zmian, to właśnie kobiety. To one wyszły tak licznie na ulice w Czarnych Protestach, mówiły głośno, otwarcie i jednym głosem.

Tak, mówiły jednym głosem w jakiejś konkretnej sprawie. I chwała im za to. Ale zapewniam panią, że te odważne kobiety, które krzyczały te same ważne hasła, zerkały jednocześnie na siebie nawzajem i podświadomie się porównywały. Bo mamy to, niestety, wdrukowane. Wystarczy złapać się na tym, o czym rozmawiamy podczas babskich spotkań. Jak często one krążą wokół tematu naszego wyglądu, diet, suplementów, treningów. To jest przykład takiej rywalizacji, która nie przynosi niczego konstruktywnego – pcha nas tylko w stronę frustracji, a nie rozwoju, któremu powinna służyć.

W inny sposób też potrafimy koncertowo dawać sobie w kość. Jest wśród kobiet bardzo mocna presja: „Nie odróżniaj się, bądź taka jak my”. Kiedy kobieta zajmuje się biznesem, odnosi sukcesy, ale jest sama, nie założyła rodziny, słyszy od innych kobiet: „Co ty możesz wiedzieć o życiu, skoro nie urodziłaś dziecka?”. W tym jest przekaz: nie łam wzorca.

To jest bardzo skomplikowane, bo przecież rywalizacja zakłada: będę najlepsza, a z drugiej strony dążymy do tego, aby być podobne, identyczne?!

Tak, to jest sprzeczność, ale ona z punktu widzenia psychologii jest wytłumaczalna. Bo w bycie najlepszym wpisane jest poczucie samotności, poczucie odpowiedzialności. Chcemy być dobre, ale normalność, przeciętność są bezpieczne. Kobiety wyróżniające się mają problem nie tylko ze znalezieniem partnera, ale także nie są otoczone przyjaciółkami…

I to jest kolejny powód, dla którego rywalizacja nie jest dla kobiet łatwa. Rywalizacja wiąże się także ze zmianą, a kobiety boją się zmian, są bardziej zachowawcze niż mężczyźni.

Rywalizacja jest dobra, zdrowa, napędza ją zazdrość, ale bywa, jak pani wspomniała, że przekształca się ona w zawiść. W rywalizacji można się też zapędzić. Gdzie są granice i gdzie są pułapki?

Pułapką jest brak świadomości, dlaczego na jakimś polu stajemy do rywalizacji. Jeżeli robimy to mechanicznie, jesteśmy w zasadzce. Aby rywalizować, trzeba mieć cel, najlepiej szczytny – w rozumieniu: dobry dla nas samych. Jeśli to jest bezmyślny wyścig dla samego ścigania się, może okazać się drogą donikąd, może przekształcić się w uzależnienie. Wtedy wpadamy w taki rywalizacyjny ciąg, wciąż chcemy więcej. Nie widać horyzontu. Drugim ważnym elementem jest fakt, czy rywalizacja sprawia nam przyjemność. Dopóki jest frajda, prawdopodobnie jest rozwój. Jeśli chodzi pani na lekcje tańca i tańcząc, odczuwa pani przyjemność, niech pani walczy ze wszystkimi innymi dziewczynami o medal na tanecznym obozie. Ale jeśli taniec przestanie panią bawić, niech tam pani nie chodzi tylko po to, aby wygrać z Dorotą, Kaśką czy Izą. Tylko po to, by być od nich lepszą. Z dobrą rywalizacją wiążą się zawsze: przyjemność, zmiana, satysfakcja i rozwój. Z tą chorą, z zawiścią wiążą się zawsze: frustracja, nienasycenie i ciągłe poczucie nieszczęścia.

Zdaje się, że zdrowa rywalizacja to także taka, kiedy to my same czujemy, że chcemy się o coś ścigać, robimy to dla siebie.

Dobra rywalizacja nie może być napędzana zewnętrzną presją. To często słychać w gabinetach terapeutycznych. Ludzie rywalizują z innymi, by coś komuś – matce, mężowi – udowodnić.

I trzecia bardzo ważna sprawa – wybierajmy front tej rywalizacji. Tu trzeba dokonać selekcji. Nie startujmy do wszystkich możliwych wyścigów. Rywalizujmy w obszarach, które są nam bliskie, są dla nas ważne. Tymczasem kobiety często popełniają błąd: wciąż dokładamy sobie kolejne pola do rywalizacji, często są to takie obszary, których kompletnie nie czujemy. Bo... powinnyśmy świetnie gotować, sprzątać, śpiewać, skakać ze spadochronem, aranżować wnętrza…

I jest jeszcze coś ważnego, co muszą zrobić kobiety – rozprawić się raz na zawsze z przekonaniem, że agresja, która jest nieodzownym elementem rywalizacji, nie licuje kobiecie! A jak to już zrobimy – rywalizujmy. Ale… otwarcie, z  przyjemnością i z rozumem, bez poczucia winy, w sprawach dla nas ważnych. Rywalizujmy i zachęcajmy córki do mądrej rywalizacji. Do takiej, która pozwala nam być sobą. Mamy różne talenty i  naprawdę nie musimy być takie same!

Rozmowa z Wiolą Rębecką ukazała się w „Urodzie Życia” 8/2019

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Olga Kozierowska, założycielka organizacji „Sukces Pisany Szminką

Kobieca rywalizacja to nieczysta gra! Same sobie utrudniamy życie?

Ja przeszłam piekło, dlaczego jej ma być łatwiej?
Karolina Stępniewska
04.01.2019

Taki sposób myślenia wciąż ma się dobrze wśród kobiet. O kobiecej rywalizacji, wybiórczej solidarności i syndromie wciągania za sobą drabiny, opowiada Olga Kozierowska, dziennikarka biznesowa, działaczka społeczna, założycielka organizacji „Sukces Pisany Szminką".  Dodaje: „Kobiety muszą pokonać w sobie przymus porównywania się. Zdrowa rywalizacja w pracy nie polega na maniakalnym śledzeniu każdego kroku konkurentki. Polega na tym, żeby mieć na siebie plan, pomysł. Swój własny, autorski. Tak zdobywa się góry". Kobieta kobiecie Wspiera pani kobiety w ich drodze zawodowej, poznaje ich pani setki, jakie są pani obserwacje dotyczące rywalizacji kobiet w pracy, w biznesie? Widzę, niestety, że wciąż funkcjonuje wśród nas syndrom wciągania za sobą drabiny. Co to znaczy? Większość kobiet, które przez ostatnie lata wspięły się naprawdę wysoko, ma za sobą bardzo wyboistą, ciężką drogę. I kiedy dziś mają zaangażować się w politykę, która ułatwi tę ścieżkę innym kobietom, mówią głośno: „Nie, chwileczkę, ja przeszłam piekło, niech moje koleżanki pokażą, że też mają w sobie tę siłę". Bywamy dla siebie okrutne. I to dotyczy nie tylko Polek. Bardzo jaskrawy i smutny jednocześnie wniosek płynie z badań, które przeprowadzono niedawno w Stanach Zjednoczonych i w Wielkiej Brytanii. Studentom ekonomii pokazano dwa filmy. W pierwszym przemawiała bardzo zaniedbana, niechlujna kobieta. Wyglądała nieciekawie, ale mówiła bardzo mądrze o biznesie. W drugim filmie głos zabrała piękna pani. Miała przepiękne rysy, włosy, zadbane paznokcie, nieskazitelny makijaż , była świetnie ubrana, mówiła z bardzo dużą pewnością siebie… straszne brednie. I jak pani myśli, która kobieta została lepiej oceniona przez inne kobiety? Ta...

Czytaj dalej
Borys Szyc
Zuza Krajewska/Warsaw Creatives z sesji dla „Vivy!”

Borys Szyc o „Królu”, Radziwiłku i facetach, którzy pogubili się w życiu [WYWIAD]

Borys Szyc to jeden z najlepszych i najbardziej znanych polskich aktorów, jednak tak samo jak jego role, podziw budzi jego determinacja w walce z alkoholizmem. Od lat wspiera go w niej jego żona Justyna Nagłowska. Od 6 listopada możemy zobaczyć go w kolejnej roli, psychopaty Radziwiłka w serialu „Król” na podstawie powieści Szczepana Twardocha.
Anna Zaleska
06.11.2020

Do czterdziestki w męskiej głowie wieje wiatr, który nie pozwala się skupić. Dopiero potem przychodzi moment, gdy można zebrać do kupy wszystkie potknięcia i wypadki, by wyciągnąć z nich wnioski”, mówi Borys Szyc, trzeźwy alkoholik, aktor, ojciec i mąż.  Anna Zaleska: To musi być duża przyjemność zagrać w ekranizacji tak barwnej powieści jak „Król”. Choćby i psychopatę. Borysz Szyc: Czekałem na ten serial długo i z ekscytacją. Właściwie od momentu, gdy zacząłem czytać powieść Szczepana Twardocha. Ona jest tak filmowa, że w głowie od razu pojawiały mi się kadry. A kiedy ogłoszono, że będzie ekranizowana, dodatkowo ucieszyłem się, słysząc, że serial wyreżyseruje Janek Matuszyński, a wyprodukuje Aurum Film, czyli ekipa, która robiła „Ostatnią rodzinę”. Do tego Szczepan zgodził się wziąć udział w pracach nad scenariuszem.  Jeśli serial będą oglądać fani książki, dla nich to też będzie gratka, bo trochę różni się od książki. Pojawiają się nowe smaczki, nowe postaci. Do granego przeze mnie Radziwiłka też sporo zostało dopisane. Radziwiłek to sadysta, psychopata i zdrajca. Podobno w każdej postaci można znaleźć coś pozytywnego, ale w nim naprawdę niełatwo. To taka trudna do określenia kanalia, bo składa się z kilku osób naraz. Począwszy od tego, jakim językiem się posługuje. Składnia jakby niemiecka, mnóstwo rusycyzmów, do tego sporo żydłaczenia. Radziwiłek miksuje wszystko, czego w życiu liznął, miesza style i powstaje z tego wybuchowa mieszanka. Poza tym ma – by powiedzieć elegancko – problemy z moralnością. W zasadzie moralności nie posiada. Maja Komorowska kiedyś powiedziała nam na zajęciach, że gdybyśmy patrzyli z daleka na człowieka cierpiącego, jak się potyka, robi dziwną figurę i upada, a patrzylibyśmy, nie...

Czytaj dalej
para na schodach
getty images

Dobry seks ma niewiele wspólnego z orgazmem. Ważniejsza jest bliskość i przyjemność

Kobiety często przychodzą do gabinetów seksuologicznych z problemem, którego źródło jest poza seksem. Czują się nieważne, niekochane, nieatrakcyjne, zabiegane, zestresowane. Ich ciało mówi seksowi „nie” – mówi dr Alicja Długołęcka.
Anna Zych
02.02.2020

Dla kobiety seks to nie tylko akt fizyczny. To przede wszystkim potwierdzenie miłości, akceptacji, adoracji, bezpieczeństwa. Nie oznacza to jednak, że w kontaktach intymnych nie zależy nam na przyjemności. Wręcz przeciwnie. Chcemy przeżywać rozkosz i nie wstydzić się o tym mówić głośno. Anna Zych: Na co skarżą się kobiety, które przychodzą do pani, niezadowolone ze swojego życia seksualnego. Czego chcą? Jak według nich powinien wyglądać seks, by miały z niego satysfakcję?  dr Alicja Długołęcka: Nie ma jednej odpowiedzi na to pytanie. Przede wszystkim seks nie jest czymś wyizolowanym. W życiu łączymy go z różnymi potrzebami. Angażując się w relację seksualną, my, kobiety, bardzo często oczekujemy „czegoś jeszcze”. Np. tego, czego nam bardzo często brakuje: adoracji, zainteresowania, miłości, rozładowania napięcia. Liczymy na to, że poprzez seks w jakiś sposób to dostaniemy, poczujemy się pożądane i piękne. W zależności od tego, do jakiego stopnia ta potrzeba jest niezaspokojona w naszym życiu, czyli jak same siebie postrzegamy, jaki mamy poziom kompleksów, to będzie generowało nasze oczekiwania wobec relacji seksualnej.  Czyli jeśli mam kompleksy, źle się czuję w swojej skórze, to tak naprawdę mam mniejsze oczekiwania wobec partnera? Mniej oczekuję od seksu?  Chodzi mi o coś innego: jeśli będę nienawidziła cellulitu, swojego brzucha, ciała, to będę oczekiwała, że w relacji intymnej partner będzie mnie tak adorował, że te odczucia znikną. Po pierwsze jest to złudne, bo żaden partner tego nie zmieni. Co więcej, te oczekiwania będą generowały problemy seksualne, bo bardziej skupimy się na tym, żeby dostać adorację, uważność – coś, co określamy raczej jako miłość, niż przyjemność seksualną wynikającą z otwartości i zaufania. A...

Czytaj dalej
MAMISYNEK W ZWIĄZKU: JAK BUDOWAĆ RELACJĘ Z TAKIM PARTNEREM?
Adobe Stock

Maminsynek w związku: jak budować relację z takim partnerem? 

Psychologowie mówią jasno – jeśli twój partner jest tzw. mamisynkiem – na cuda nie należy liczyć. Związek z takim mężczyzną to duże wyzwanie. Czy taka relacja może się udać?
Karolina Morelowska-Siluk
25.10.2020

Na samym początku nie widzisz niczego dziwnego. Jesteś zakochana. Niby wiesz, że mama w życiu twojego partnera istnieje, ale przecież to normalne  – wszyscy mamy rodziców. Nie przyglądasz się więc tej relacji. Z czasem zaczynasz jednak dostrzegać, że coś jest nie tak, bo matka partnera pojawia się w jego słowach, myślach i… mieszkaniu zadziwiająco często. Ale nadal myślisz, że „będzie dobrze”, kochasz, więc przymykasz oko. Albo wierzysz, że jak już założycie swoją własną rodzinę, wszystko – jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – zmieni się. I nagle to do ciebie mąż zacznie zwracać się ze wszystkim: poprosi o radę, będzie chciał wiedzieć, co myślisz na jakiś temat, czyli – mówiąc najprościej – to wreszcie ty staniesz się najważniejszą kobietą w jego życiu.  Za blisko, za bardzo Matka jest tą pierwszą i – co oczywiste – przez pewien okres  najważniejszą kobietą w życiu chłopca. No właśnie – chłopca… A kiedy ten staje się mężczyzną, relacja z matką powinna zmienić swój charakter.  Ale, by tak się stało wcześniejsza więź musi być „zdrowa”. Natomiast jeśli jest nim jakiś toksyczny element efektem miłości matki może być właśnie mamisynek. Dzieje się tak często dlatego, że matka traktuje syna z przesadną troską. Jest zbyt opiekuńcza, wyręcza syna we wszystkich obowiązkach, roztacza nad nim ochronny parasol. To wszystko sprawia, że z chłopca wyrasta nieporadny mężczyzna. Nieporadność może przejawiać się we wszystkich życiowych kwestiach, tych zupełnie błahych jak „technika” wieszania prania, po ważne, fundamentalne kwestie jak światopogląd, wybór pracy, itd. A kiedy w życiu takiego mężczyzny pojawi się kobieta jego ciągła potrzeba konsultacji wszystkiego z matką doprowadza partnerkę...

Czytaj dalej