Jacek Masłowski, psychoterapeuta apeluje do nadopiekuńczych matek: „Puść go!”
McDermott & McGough/Trunk Archive
#czytajdlaprzyjemności

Jacek Masłowski, psychoterapeuta apeluje do nadopiekuńczych matek: „Puść go!”

Kiedy matka powinna wycofać się z życia syna, by pozwolić mu dorosnąć?
Anna Maruszeczko, red. naczelna miesięcznika „Uroda Życia”
04.11.2018
Przychodzi taki moment, że matka powoli schodzi ze sceny, przestaje być głównym bohaterem w życiu syna. Jej ukochany chłopak teraz z całą mocą będzie budował swoją tożsamość, będzie wyraźnie zaznaczał swoje granice i będzie ich bronił. Wpuści ją do swego świata tylko, jeśli będzie chciał – mówi psychoterapeuta Jacek Masłowski w rozmowie z Anną Maruszeczko.
 
*Jacek Masłowski - psychoterapeuta i filozof; prowadzi warsztaty rozwoju osobistego dla mężczyzn, prezes Fundacji Masculinum.
 
Anna Maruszeczko: Syn dorasta, jego zainteresowania się zmieniają i matka zaczyna się obawiać, czy będzie miała jeszcze dostęp do jego świata – gier, sportu, vlogerów, blogerów etc. Chciałaby, ale nie rozumie tego świata za bardzo. Jej rola zaczyna się niepokojąco redukować do tego, że dobrze ugotuje, pogłaszcze, przypomni o czapce.
Jacek Masłowski: Niepokojąco? A ja bym powiedział, że zupełnie naturalnie. Chociaż wiele matek zaczyna się czuć niekomfortowo w takiej sytuacji, ponieważ czują się coraz mniej potrzebne. Muszą zejść ze sceny, przestają być głównymi postaciami w życiu syna. I bardzo dobrze, tak właśnie ma być. A czy ona będzie jeszcze miała dostęp do świata syna? Od razu zapytam taką matkę: „Ale po co? W jakim celu chciałabyś mieć ten dostęp?”.
 
Żeby lepiej go rozumieć. Żeby nie tracić kontaktu, nie tracić więzi. No i go kocha!!!
Kluczowa jest intencja matki, która chce ten kontakt utrzymać, co jest zresztą naturalną potrzebą. Intencją wielu matek jest ingerowanie w świat dorastającego syna po to, żeby go kontrolować, a kontrola to jest paliwo do buntu, które ten młodzieńczy ogień jeszcze podsyca. Twój syn w tym czasie rzeczywiście dynamicznie się zmienia. Ale jeżeli chcesz wejść do jego świata, ponieważ to naprawdę cię interesuje, to musisz pamiętać, że idziesz do świata drugiego człowieka.
 
A nie dzidziusia.
To już nie jest mały miś koala albo inny torbacz, który jest uwieszony na mamie. On ma teraz taki czas, w którym z całą mocą będzie budował swoją tożsamość i niespecjalnie będzie się oglądał na to, czy matka to akceptuje, czy nie.
Oczywiście byłoby wspaniale, gdyby tego nie robił w ten sposób, ale trzeba się liczyć z tym, że będzie. To już jest osobny człowiek, który teraz sam decyduje, do jakiego stopnia pozwoli ci wejść w swój świat. Dokładnie tak samo, jak to się dzieje wśród dorosłych. Nie jest tak, że jeżeli ty się czymś interesujesz, to ja ci to muszę udostępnić, bo to by oznaczało dalszy ciąg kontroli. Ja ci to udostępniam tylko dlatego, że chcę. Tutaj pojawia się dla matek nowość w relacji z synem – ta relacja przestaje już być regulowana wyłącznie przez jedną stronę.
 
„Jak to: on reguluje?! Przecież to ja jestem rodzicem!” – dla wielu z nas to karkołomne, zupełnie nie do przyjęcia.
Wyobrażam sobie, że to może być trudne. Nie zmienia to faktu, że chłopak będzie dalej wyraźnie zaznaczał swoje granice i będzie ich bronił.
 
Zatem trzeba jakoś przyjąć do wiadomości, że syn to coraz bardziej niezależny byt, ale matka musi znaleźć jakąś ścieżkę do niego, może inną niż do tej pory, ale jakąś znaleźć musi. Co robić?!
Przede wszystkim dobrze, żeby ścieżkę do niego miał ojciec. To jest podstawa. Kobiety same przyznają, że próbują interesować się światem swoich nastoletnich synów, ale wielu rzeczy w nim nie rozumieją.
 
Prawdę mówiąc, one tych gier nienawidzą. Przeraża ich widok synów, którzy siedzą przed komputerem jak zahipnotyzowani.
A ja, mimo że mam 44 lata, rozumiem gry komputerowe, sam w nie czasem grywam. Te gry są tak skonfigurowane, żeby dobrze stymulować męski mózg. Statystyka wyraźnie pokazuje, że graczami są głównie mężczyźni.
Nie jest tak, że kobiety w ogóle nie grają, ale grają znacznie mniej. Gra ma bardzo prosty system przyczynowo-skutkowy, czyli robisz coś i zdobywasz jakiś rodzaj uznania, a więc widzisz efekt i nagrodę. Rzeczywiście męski mózg jest w ten sposób często stymulowany. I wielu ojców może budować swoją relację z dorastającymi synami, również wspólnie grając na komputerze, ale też w piłkę, w hokeja, w tenisa. Natomiast jeżeli matka pyta mnie, jakiej rady mogę jej udzielić jako matce, to moja rada prawdopodobnie bardzo się jej nie spodoba: trzeba puścić syna.
 
Dreszcz przerażenia mnie przeszedł. (śmiech)
Trzeba wierzyć, że wszystko, co do tej pory zrobiłaś, to jest to, co mogłaś zrobić, żeby go wyposażyć w takie umiejętności, kompetencje, narzędzia, by sobie w życiu radził.
 
12-latek?
Bardziej 14-latek. Przy czym nie mówimy tutaj o opuszczeniu, tylko o puszczeniu. Do tej pory chłopiec miał wiele okazji, by doświadczyć swoich rosnących możliwości pod czujnym okiem rodziców. Teraz w miejsce skrupulatnej kontroli powinien się pojawić życzliwy monitoring.
 
Nie zniknąć z horyzontu, tylko ustąpić miejsca ojcu?
Chodzi o to, żeby być dalej w swoim świecie. Podstawowa rola matczyna się kończy. Prawdę mówiąc, rola ojca też się powoli kończy. W przypadku ojca element rodzicielstwa jest przesunięty w czasie, trochę dłużej trwa, ale też trochę później się zaczyna. Kobieta może wtedy zacząć odzyskiwać siebie.
 
„Co robić bez niego?”
Właśnie. Nie chcę nadużywać wyświechtanego terminu syndromu opuszczonego gniazda, ale on jest lękotwórczy dla wielu kobiet: „To jak moje życie będzie teraz wyglądało?”. Jest to jeszcze trudniejsze, jeśli wcześniej kobieta żyła wyłącznie dziećmi, określała się w życiu wyłącznie poprzez swoją matczyną rolę. Albo jeśli powstała próżnia w relacji z ojcem dziecka. Wtedy oddanie pola mężczyźnie w wychowaniu syna jest dla kobiety bardziej problematyczne.
 
Była taka szkoła wychowania, która polegała na tym, że matki w pewnym momencie same usuwały się z życia syna, żeby ten zmężniał, żeby zahartował się przy ojcu. To już przeszłość?
Ta szkoła ma swoje korzenie w kulturach pierwotnych. Polegało to na tym, że nie tyle matka pozbywała się syna, mówiąc: „Odejdź stąd. Już nie będę się tobą opiekować”, tylko raczej przychodził do jej syna męski świat i mówił: „Idziesz teraz do nas i twoje kontakty z matką ulegają ograniczeniu”. Matka dalej pozostawała w podświadomości syna jako ta, która daje miłość, podczas gdy męski świat mówił: „Jak chcesz być mężczyzną, to musisz nauczyć się żyć bez matki”.
 
Bo będzie wiecznym maminsynkiem, nawet gdy będzie miał 40 lat?
Dokładnie. Ta separacja zwykle rozgrywa się między siódmym a czternastym rokiem życia. W niektórych społecznościach, na przykład indiańskich, chłopiec w pewnym momencie swojego życia był zabierany od matki, nie mógł się z nią kontaktować, pozostawał wyłącznie pod opieką społeczności męskiej. Przygotowywał się do bycia dorosłym mężczyzną, co oczywiście kończyło się jakąś inicjacją w postaci brania udziału w polowaniu na bizona itd. Kiedy starszyzna męska uznała, że inicjacja zaliczona, chłopiec dostawał nowe imię i matka, do której mógł wrócić, miała się do niego zwracać tym imieniem, już nie chłopięcym, tylko męskim. To są akty symboliczne, które mają duże znaczenie.
 
Wielu mężczyzn dzisiaj zachowuje się tak, jakby nie przeszło separacji od matki we właściwym momencie.
Ja z tymi mężczyznami pracuję. Nie przeszli oni procesu separacyjnego od matek, czyli kobiet, bo matka jest matrycą kobiecości. Wielu współczesnych mężczyzn nie ma w ogóle w swoim CV takiego czasu, kiedy nie byli obsługiwani przez kobietę. Mówię tu o życiu bez kobiet, gdzie ty sam musisz o pewne swoje potrzeby zadbać lub dowiedzieć się, że niestety nie będą one zaspokojone. To jest ważne. Dlaczego?
W pierwszym, bardzo istotnym okresie życia dziecka, matka jest kojarzona z bezpieczeństwem, z opieką, z karmieniem – to jest strefa komfortu. Jeżeli chłopcu nie uda się wyjść z relacji z matką, by uwierzyć w to, że nie zginie bez kobiety, nie umrze bez kobiety, to doświadcza czegoś w rodzaju lęku separacyjnego przez całe życie. Bardzo wyraźnie to widać w sytuacji, kiedy tym chłopcom rodzą się dzieci. Zaczyna się rywalizacja o zasoby tej kobiety z dziećmi!
 
Wydaje im się, że są zaniedbywani?
Zachowują się trochę jak mali chłopcy, którzy stoją w łóżeczku i wściekają się, że mama nie przychodzi, tylko oczywiście to ma inny wymiar ekspresji (śmiech). Więc to puszczanie chłopca przez matkę jest bardzo ważnym elementem jego rozwoju, jeżeli ma z niego wyrosnąć mężczyzna, który jest autonomiczny, czyli taki, który potrafi wziąć odpowiedzialność za siebie i za innych. Dzięki temu może w przyszłości nie będzie petentem w świecie kobiet.
 
Dobrze, jeżeli kobieta może ustąpić miejsca ojcu chłopca na polu wychowania. A gdy jest samotną matką?
Chyba nie wierzę w takie mity, że są kobiety samotnie wychowujące dzieci. Może jakiś promil. Samotnie mieszkająca czy samotnie wychowująca? Bo co to znaczy: samotnie wychowująca? To by oznaczało, że są tylko ona i dziecko, i nie ma nikogo oprócz nich.
 
Jest mnóstwo takich kobiet! Tata co tydzień, dwa – chyba nie wystarczy?
Ale jest cała masa innych ludzi wokół. Matki, które nie mają u swojego boku partnera, a mają w świadomości to, po co wychowują chłopca, nie chcą go ubezwłasnowolnić, przykleić do siebie, aktywnie poszukują im takiego środowiska, w którym mogliby spędzać czas z dorosłymi mężczyznami i uczyć się tego, co to znaczy być dorosłym. Wysyła go pod skrzydła trenera. W sporcie chłopcy uczą się tego, że aby osiągnąć jakiś efekt, trzeba włożyć w to wysiłek. To są naprawdę ważne lekcje.
 
Matka też może nauczyć odpowiedzialności, pracy... Ale on musi sam?
Właśnie nie sam, tylko bez matki.
 
Wracając do wzorców, do tego, gdzie ich szukać, jeśli matka nie mieszka pod jednym dachem z ojcem swojego dziecka. Nie wszystkie dzieci lubią sport.
Nikt nie żyje w izolacji. Kobiety muszą mieć w swoim środowisku jakichś mężczyzn, do których same mają zaufanie i których uważają za męskich, żeby było jeszcze weselej. Nie chodzi o to, że to mają być jacyś superbohaterowie. Dobrze, żeby ten chłopak mógł spędzić czas z innym mężczyzną, ponieważ ten mężczyzna będzie pokazywał mu zupełnie inny sposób funkcjonowania niż ten, który pokazuje mu matka. Wyobraźmy sobie, że matka jest ciężko zapracowaną kobietą, a ty jesteś nastoletnim chłopcem, który spędza dużo czasu sam w domu. Matka przychodzi i nie gotuje, tylko kupuje półprodukty, wkłada do mikrofali itd. Ale pojawia się mężczyzna, który gotuje. Jeżeli ten chłopiec zaczyna spędzać z nim czas na gotowaniu, to jest to inny rodzaj aktywności, którego on u matki nie rejestruje, a uczy się tego, że męskość wyraża się na bardzo różne sposoby i że nie chodzi tylko o to, żeby być osiłkiem albo rywalizować w sporcie.
 
A nowy partner matki to dobry wzorzec? W tym nowym stadle nie zawsze jest harmonijnie, dziecko nierzadko nie chce się zastosować do tego, co mówi ten nowy mężczyzna, bo na przykład chce być lojalny wobec ojca biologicznego. Czasami też jest tak, że kobieta wychodzi z założenia, że ona najlepiej wie, czego synowi potrzeba.
Czyli „ja mam jako kobieta wizję, jak ma być, jak mój syn ma dojrzewać, co ma umieć, jak ma się zachowywać, w związku z tym nie daję mu przestrzeni, żeby realizował swoją osobowość, czyli to, kim rzeczywiście jest”. A już nie daj Boże, żeby wszedł pod skrzydła jakichś obcych chłopów, którzy nauczą go bycia facetem, z którym nie wiadomo, jak sobie potem poradzić... To jest chyba największy problem współczesnych matek.
 
Ostro!
Po co taka kobieta wchodzi w partnerską relację z tym człowiekiem, skoro wyłącza go z wspierania siebie w obszarze, o którym może nie mieć pojęcia? Oto opowieść pokrzepiająca: matka dwóch synów, jeden bardziej 11, drugi bardziej 14, po rozwodzie związała się z nowym mężczyzną. Wcześniej żyła w poczuciu, że tworzy oryginalną więź z synami, że dobrze się rozumieją. Pojechali kiedyś nad jezioro pod namioty. Jest poranek, budzą się wszyscy, wychodzą z namiotu i jej partner w samych gaciach biegiem rzuca się do zimnego jeziora i pływa. Widzą to jej synowie i robią to samo, czyli biegną, krzyczą, rzucają się i zaczynają się kotłować w wodzie. Ona opowiada: „Wiesz, patrzę na to i po prostu mnie to przeraża. Już mam krzyczeć, żeby natychmiast wracali, ale nagle uświadamiam sobie: co ja robię, przecież oni tam sobie beze mnie poradzą, chociaż w sposób, którego ja nie przewiduję”. Wycofała się z tego i to było dla niej bardzo ważne odkrycie. Potem jeszcze spuentowała to tak: „Jak już przyswoiłam sobie naukę z tego doświadczenia, to poczułam ulgę, jakbym zrzuciła z siebie ciężar przymusu lepienia drugiego człowieka według jakiegoś swojego pomysłu. Dałam im więcej wolności, a jednocześnie sama zdobyłam więcej tej wolności”. Ci chłopcy, już teraz dorośli mężczyźni, mają znakomitą relację z jej partnerem. W tym przypadku dzieci nie były elementem gry między partnerami, a trochę się na to na początku zanosiło.
 
Ale w tle jest biologiczny ojciec, który jednak pojawia się raz na jakiś czas...
Tak, tylko chłopaki sobie z tym poradzą.
 
Wtedy jest nadmiar wzorców.
Nadmiar wzorców? Nie może być nadmiaru wzorców. Może być choćby sto. Wtedy chłopcy z tych stu różnych wzorców powybierają sobie takie elementy, które zbudują ich własną tożsamość.
 
Im więcej, tym lepiej?
Tak. Proces dorastania, wychowywania chłopców, dzieli się na trzy główne elementy. Pierwszy to faza bycia z mamą, do siódmego roku życia. Potem jest czas z ojcem, a potem jest czas z mentorami, bo ojciec już nie daje rady. Ojciec musi być zdeprecjonowany, tak samo jak matka, po to, żeby chłopiec mógł zacząć budować swoją tożsamość, ale nie poprzez proste kopiowanie ojca.
On musi wejść w świat innych mężczyzn, żeby poznać, jak ten świat funkcjonuje, i albo zatrzymać to, co dostał od ojca, albo pewne rzeczy odrzucić i przyjąć wzorce, rozwiązania, sposoby bycia mężczyzn, którzy z jakiegoś powodu mu się spodobali.
A i tak nie zakończy procesu budowania siebie, bo potem jest jeszcze całe życie i to będzie go „reformatowało”. Ale im więcej wzorców w odpowiednim okresie życia, tym lepiej.
 
Matka ma szukać wsparcia, wzorców dla syna w świecie mężczyzn, ma go puścić, a ona obejrzała „Spotlight”, czytała w gazetach o pedofilach wśród nauczycieli, księży, trenerów.
Prawdę powiedziawszy, nie wiem, jaka jest rzeczywista skala pedofilii. Nie znam żadnych badań na ten temat, natomiast kiedy obserwuję media, odnoszę wrażenie, że 75 procent facetów to pedofile. Nie można zostawiać swoich dzieci z mężczyzną, którego nigdy w życiu na oczy się nie widziało, ale też nie ma
co ulegać histerii.
W książce Anthony’ego de Mello „Modlitwa żaby” jest prosta przypowieść o znerwicowanym dziecku. Przychodzi dziewczynka i pyta: „Mamo, mogę pobiegać sobie po „Nie, bo zaraz będziesz miała mokre buty”. „Mamo, a mogę zjeść loda?” „Nie, bo się przeziębisz”. Dziecko zaczyna płakać, na co matka odwraca się do drugiej kobiety i mówi: „Widzi pani, jakie to dziecko jest znerwicowane?!”. My trochę zaczynamy straszyć siebie i straszyć wszystkich. Zwłaszcza w dużych miastach jest widoczny naprawdę duży poziom nieufności społecznej. Sami jakby na siłę zamykamy się na różne „wsparciowe” relacje. Odcinanie od wszystkiego to nie jest dobra opiekuńczość. A kreowanie mężczyzn na potencjalnych pedofilów jest krzywdzące dla samych chłopców, bo to jest pośrednio zamach na ich seksualność, która potem może być przez nich odbierana jako coś, co im zagraża.
 
Do głowy by mi nie przyszło, żeby straszyć dziecko pedofilią, nie mówiłabym w ten sposób, choć sama bym się tym straszyła.
A jak to wytłumaczyć synowi, który będzie pytał mamę o to, dlaczego na przykład nie może iść bawić się z tym panem? Można go okłamać, co nie jest chyba lepszym rozwiązaniem. Nie twierdzę, że świat jest bardzo bezpiecznym miejscem, ale wiele osób przeżywa go w oderwaniu od rzeczywistości, poprzez pryzmat tego, co pokazują w telewizji.
 
To nie jest prawdziwe.
Inny przykład: „oldboyowa” drużyna hokejowa, starzy goście, którzy nie za szybko i nie za dobrze jeżdżą na łyżwach, zaczęła grać sparingi z drużyną juniorów – chłopców po 14, 16, 17 lat. To było dla nich bardzo fajne, ponieważ mieli okazję poczuć, że są na przykład lepsi od starszych mężczyzn, bo szybciej jeżdżą na łyżwach, potrafią się lepiej kiwać itd. Niestety, jak dowiedzieli się o tym rodzice, to zabronili chłopcom grać z oldboyami. Bo to jest „zbyt niebezpieczne”. A nic się nigdy nie stało. Obowiązywały zasady: nie uderzamy wysokich kijów, nie gramy ciałem. Więc ci chłopcy zostali odcięci od doświadczenia, na którym mogli budować swoje poczucie wartości, wygrywając ze starszymi facetami.
 
Kultowy psychoterapeuta Steve Biddulph napisał coś takiego: „Od tysięcy lat samotne matki muszą samodzielnie wychowywać synów. Najczęściej wyrastają oni na wspaniałych ludzi”. Pisze dalej: „Zastanawiałem się, co jest tajemnicą sukcesu tych matek, że im się udaje. Już wiem, trzeba znaleźć męski wzorzec”.
Nie inaczej. Także wierzę w instynkt i intuicję kobiet. Tym bardziej że chłopcy sobie radzą z matkami, które usiłują stawiać im szlaban. Tylko że to jest często takie radzenie sobie, które dla matek jest strasznie bolesne. Robią awantury, buntują się. Im silniej matka próbuje utrzymywać dorastającego chłopca w okowach matczynej opiekuńczości, tym silniejszy będzie na to atak ze strony chłopca. Chyba że chłopiec się podda, a to nie jest wcale dobre, mimo że będzie miłym chłopcem mniej więcej do czterdziestki.
 
To mamy omówione we wcześniejszych wywiadach – nie dajemy mu szansy przeżyć tak zwanego okresu czerwonego (patrz „Żelazny Jan” Roberta Blaya).
To jest taki okres, 11–14 lat, kiedy w chłopaku jednak ten testosteron, czy tego chcemy, czy nie, po prostu wybucha.
 
A czułość, miłość, wrażliwość – to, co uznaje się za pierwiastek kobiecy – chyba też powinnyśmy w synów sączyć.
Pracuję z mężczyznami, którzy byli wychowywani przez matki, ze słabym dostępem do ojców i przestraszyli się tego „matczynego więzienia”, a to spowodowało, że ten pierwiastek kobiecy, który każdy mężczyzna w sobie ma, stłamsili: „Nie poddam się mamie!”, „Nie dam się mamie wchłonąć!”.
Wszystko, co matczyne, zostało wycięte do gleby. To są mężczyźni, którzy są „oblani betonem”, wycięci z emocji, bo to wszystko jest babskie, to się kojarzy z matką, która jest zawłaszczająca, która jest kimś, kto nie pozwala żyć, nie pozwala oddychać pełną piersią.
Znam mężczyzn, którzy mają rozwinięty ów element kobiecy, bo na przykład mieli dobrą relację z matką, która nie była zawłaszczająca, potrafiła dbać o swoje potrzeby, ale dla nich to jest jednoznaczne z niewystarczająco rozwiniętym pierwiastkiem męskim. Ci mężczyźni często żyją w takim trochę stereotypowym przeświadczeniu, że są zniewieściali.
I co jest najciekawsze? Mężczyzna, który ma 30 lat, próbuje stłamsić w sobie tę potrzebę bycia przytulonym, tę wrażliwość, kiedy ogląda jakiś film, który go wzrusza, bo jemu kojarzy się to z byciem babskim. Sporo czasu i sporo pracy kosztuje nas to, żeby on uznał to za dar, który jest w świecie męskim niezwykle cenną wartością. Do tego stopnia w świadomości społecznej ten pierwiastek żeński u mężczyzn bywa zdeprecjonowany.
 
Mali chłopcy to mają. A kobiety chcą w nich to ocalić.
Tak i w sposób zupełnie naturalny, wyrażają emocje, przytulają się etc. Chodzi o to, żeby to właśnie pozwolić im zatrzymać, ale żeby mogli pójść dalej – do męskości. Trzeba im pozwolić, żeby przekraczali granice, żeby się trochę \"pokaleczyli\", \"potłukli\". \"No pain, no gain\". W przypadku dorastania chłopców nie ma chyba bardziej adekwatnego powiedzenia. Ten ból to jest właśnie moment przekraczania strefy komfortu, kiedy okazuje się, że musisz sobie radzić sam. I nie chodzi o to, że w samotności tylko samodzielnie. Jak sobie musisz radzić sam i sobie poradzisz, to wtedy okazuje się, że twoje poczucie wartości wzrasta, a jak nie musisz sobie radzić sam, to właściwie skąd wiesz, kim jesteś.
 
I mamy się nie przejmować, gdy syn rozwali ze złości rakietkę do badmintona na obozie?
Sam kiedyś rozwaliłem ze złości kij do hokeja. Co za uczucie!
 
A my się boimy, że jak on tak będzie robił, to wyrośnie na agresywnego mężczyznę.
To się nie bójcie, bo właśnie dzięki temu nim nie będzie. Tu już ta ekspresja nastąpiła, w bezpieczny sposób. No chyba, że to jest zapowiedź stałej tendencji.
 
Mamy go puścić, on może nas wpuścić do swojego świata, ale nie musi, on teraz też reguluje naszą relację... Ale matki są rodzicami, a oni dziećmi.
Tak, oni nie są naszymi „szefami”. Bo władza jest rodzicielska, nie odwrotnie. To nie dzieci mają władzę nad rodzicami. To, że on próbuje, to dobrze, a to, czy my za tym idziemy, to świadczy już o jakości naszego rodzicielstwa.
W każdej relacji rodzica z dzieckiem na bank wiele rzeczy stracimy bezpowrotnie, choćby z tego prostego względu, że dzieci po prostu dorosną i już nigdy nie będą miały dwóch lat i nie będą chodziły z wyciągniętymi rękami, mówiąc: „Weź mnie na ręce”. Tak już jest i trzeba się z tym pogodzić.
 
Rozmowa z Jackiem Masłowskim ukazała się w „Urodzie Życia” 11/2016
 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG