Każda z nas potrzebuje chwili wytchnienia – dlaczego sobie tego nie dajemy?
Getty Images

Każda z nas potrzebuje chwili wytchnienia – dlaczego sobie tego nie dajemy?

Chwila dla samej siebie nie jest oznaką egoizmu. To oznaka dbałości o siebie, prawidłowego selfcare, bez którego nie będziesz w stanie na dłuższą metę dobrze funkcjonować. 
Karolina Rogalska
12.07.2020

Chociaż do szczęścia konieczne są relacje z innymi, to jednocześnie bardzo potrzebujemy chwili odosobnienia, miejsca, które jest tylko nasze. A im jesteśmy starsi, tym ta potrzeba jest wyraźniejsza”, mówi psycholożka Karolina Zalewska-Łunkiewicz, terapeutka psychodynamiczna i socjoterapeutka z Uniwersytetu SWPS.

Karolina Rogalska: Virginia Woolf już 90 lat temu pisała, że każda kobieta powinna mieć własny pokój. Dlaczego kawałek autonomicznej przestrzeni jest tak ważny?

Karolina Zalewska-Łunkiewicz: Bo jest tylko nasz. I przypomina nam, kim jesteśmy. Nie musimy tego określenia „własny” pokój rozumieć w sposób dosłowny – jako odrębnego pomieszczenia w domu, bo przecież nie każdy może je mieć. Chodzi o symboliczną czasoprzestrzeń, która wyznacza naszą tożsamość.

Bywa, że tracimy to swoje własne miejsce, gdy wchodzimy w dorosłe życie, małżeństwo, zaczynamy budować rodzinę.

To prawda. Rozumiemy i szanujemy to, że dziecko czy nastolatek potrzebuje własnej przestrzeni, ale w dorosłości przestajemy o nią walczyć. Tymczasem ona jest ważna w każdym wieku. Myślę, że warto w niej pielęgnować to, co nagromadziliśmy przez całe życie: wspomnienia, sekrety, do których przecież wszyscy mamy prawo. 

Zamknięte w szufladzie osobiste pamiątki czy inne elementy materialnej rzeczywistości, które świadczą o nas, na przykład albumy ze zdjęciami z dzieciństwa, przedmioty przywiezione z podróży, książki czy pamiątki od ważnych dla nas osób. Rzeczy, które kojarzą nam się z pięknymi chwilami albo przeciwnie: z momentami, gdy było trudno, ale nam się udało przetrwać. 

Co nam dają takie rzeczy i wspomnienia?

Mogą dać choć trochę pozytywnej energii i siły, pomagają iść dalej w życie z ugruntowanym i scalonym poczuciem własnego „ja”. Własny pokój to pewna ciągłość naszego istnienia nagromadzona w rzeczach od momentu naszego urodzenia do dorosłości, z ukierunkowaniem, że pewnie coś tam jeszcze do tych elementów dojdzie. Bo przecież nasze doświadczenia się nie skończą.

Własna przestrzeń i czas tylko dla siebie

Dlaczego w takim razie rezygnujemy z tej przestrzeni?

Myślę, że jest to kwestia wzorców, w których zostaliśmy wychowani. Przyznam, że dla mnie posiadanie własnego kąta w domu było zawsze czymś naturalnym. Nigdy w mojej głowie nie pojawiła się też myśl, że będąc osobą dorosłą, spędzę życie w całkowitym zatraceniu siebie albo że zabraknie mi własnego biurka. Ale też kobiety, które mnie wychowywały, które mogłam jako mała dziewczynka obserwować, dbały o swoją własną autonomiczną przestrzeń – tę psychologiczną i tę fizyczną. Na przykład moja babcia miała w domu kącik, o którym wiedzieliśmy, że był tylko jej. Z maszyną do szycia, pudłami nici i kolorowych tkanin. Wiadomo było, że ona świetnie się tam czuła i rozwijała swoje umiejętności. Bo – nawiązując do eseju Woolf, który może się kojarzyć z przesłaniem, że w szczególności kobiety intelektualistki muszą mieć przestrzeń na rozwój – takie miejsce jest potrzebne każdemu: niepracującym zarobkowo matkom, pracowniczkom banku czy korporacji, w których większość czasu spędza się w przestrzeni typu open space.

W ogóle teraz nasza codzienność to nieustanne interakcje z ludźmi.

A my nadal bardzo potrzebujemy chwili odosobnienia. Im jesteśmy starsi, tym ta potrzeba jest wyraźniejsza. Ludzie żyją w różnych warunkach, ale dla zachowania higieny psychicznej dobrze jest własną nawet mikro-przestrzeń wygenerować. Miejsce, w którym może niekoniecznie będziemy spędzać pół dnia, zaniedbując życie codzienne, ale takie, które będzie przypominać: „To jestem ja, wiem, kim jestem, czego chcę, jakie są moje cele”. Albo gdzie od czasu do czasu będziemy mogli dać sobie „głaska”, czyli pomyśleć: „Lubię moje życie takie, jakie jest. Lubię zgiełk, zabieganie i to, że mam rodzinę”. Czasami trzeba dystansu, żeby sobie o tym przypomnieć.

Jakiś czas temu spotkałam kobietę, która była tak zmęczona urlopem z mężem i trójką dzieci, że musiała odseparować się choć na pół godziny, by nie oszaleć.

Zdarza się, że osoby po wczasach z rodziną wracają jeszcze bardziej zmęczone, niż były wcześniej, bo nie potrafiły zadbać o przestrzeń dla siebie. Gdy gdzieś wyjeżdżamy, warto zawrzeć z partnerem umowę, że jeśli odczujemy taką potrzebę, będziemy mogli się oddalić. Pójść na spacer, znaleźć odrobinę wytchnienia od najmilszego towarzystwa. Pobycie samemu, kiedy wiemy, że bliska osoba jest gdzieś niedaleko, to dobry pomysł.

Wolność w związku jest bardzo ważna

Bo nawet w najlepszym związku nie jest wskazana symbioza.

Związki symbiotyczne wcale dobrze nie rokują. Bywa, że po kilku latach, takie osoby pojawiają się w gabinetach psychologów, mówiąc: „Totalnie zagubiłam siebie, nie wiem, czego chcę, kim jestem” lub reagując poczuciem krzywdy, kiedy partner próbuje mieć odrębne zdanie. Nie jest zdrowo wchodzić w relacje z założeniem, że od tego momentu zmienia się scenariusz życia i stajemy się kimś, kto funkcjonuje tylko w parze, a potem w kręgu rodziny, którą zakłada. 

Każdy człowiek ma potrzebę więzi, ale i potrzebę odrębności, autonomii. W życiu dorosłym cały czas szukamy balansu między tym, co nasze, a tym, co chcemy dawać innym, czym chcemy się dzielić. Sztuką jest takie układanie życia z drugim człowiekiem, żeby w tym wszystkim nie zatracić siebie. 

Ale oczywiście, żeby się rozwijać, potrzebujemy jednak innych. Tego, żeby dzielić się z nimi radościami czy smutkami, wspólnie budować szczęście. Ostatnio wpadł mi w oczy cytat, że „szczęście to jedyna rzecz, która mnoży się wtedy, kiedy ją dzielimy”. I myślę, że kluczem jest wyważenie tego, ile możemy podzielić, tak żeby nie stracić siebie samych, a żeby to szczęście mogło nam się przemnożyć.

Są emocje, których nie chcemy pokazywać nawet najbliższym.

Tak i nieraz z braku własnej przestrzeni chowamy się w takich chwilach, na przykład w łazience, bo to często jedyne miejsce w domu, w którym można zamknąć się od środka. 

Każdy z nas potrzebuje czegoś takiego jak time out, czyli chwilowego odseparowania się od wszystkiego w sytuacji nasilenia skrajnych emocji. Znamy tę technikę z psychologii rozwojowej. Wszystkim się wydaje, że time out ma służyć dziecku, a tak naprawdę to jest czas dla rodzica. Żeby ochłonął, opanował złość albo wyszedł z poczucia bezradności i sensownie zareagował. Na zasadzie: zatrzymaj się – wejdź do swojego „wewnętrznego pokoju”. Zastanów się, co się z tobą dzieje, skąd w tobie ta furia, spróbuj podejść do tego inaczej. Pomyśl o tym, co zachowania innych wzbudzają w tobie.

Może nie dbamy o własny pokój, bo boimy się zostać sami ze sobą?

Na pewno współczesny świat i jego komercyjny wymiar nie sprzyjają przeżywaniu tego, co jest przykre, nieprzyjemne, trudne. Raczej oczekuje się od nas, że będziemy skuteczni, zaradni, szybko działający i sprawni. 

W takich warunkach rzeczywiście bardzo trudno jest się spotkać ze swoim „ja”, które niedomaga, potrzebuje wytchnienia, odpoczynku. I możemy tak przez jakiś czas sprawnie funkcjonować, ale po paru latach lądujemy u psychiatry lub terapeuty w stanie kompletnego wyczerpania, wycieńczenia, zagubienia w wielości ról, w które się wcielamy.

W momencie takiego kryzysu trzeba zwolnić, posiedzieć trochę w swoim psychicznym pokoju, nawet jeżeli przez chwilę będzie nam tam nieprzyjemnie i trzeba będzie coś wypłakać. Czasem jednak lęk przed spotkaniem z tym, co jest w nas zaniedbane, zapomniane, wyparte, jest tak duży, że człowiek nie chce się zatrzymać i temu przyjrzeć, tylko prosi lekarza o pigułkę o natychmiastowym działaniu. Czyli sięga po szybkie rozwiązanie, które pozwoli wrócić na tor wyścigowy. Dzięki temu nie musi się z tym cierpieniem konfrontować. Zacznie znowu biec i realizować – pytanie tylko: co? Siebie czy wymagania, które są na nas społecznie i kulturowo narzucane?

Własny pokój jest formą profilaktyki zdrowia?

Zdecydowanie. Bez względu na to, jak go rozumiemy: symbolicznie czy dosłownie. I pamiętajmy, żeby go utrzymywać w dobrej kondycji. Żeby był porządnie wysprzątany i wygodny w sensie psychologicznym.

Jak stworzyć taką przestrzeń dla siebie?

Najpierw warto sobie uświadomić, że jej nie mamy. To pierwszy, ale bardzo ważny krok. Prowadziłam kiedyś badania dotyczące samorealizacji polskich kobiet żyjących na emigracji. Większość uczestniczek postrzegała swoje związki jako partnerskie. Ale kiedy rozkładałyśmy te relacje na czynniki pierwsze – podział ról, sposoby zaangażowania się w życie rodzinne, realizowanie się w obszarze zawodowym – to zazwyczaj okazywało się, że w większości ich modele rodzinne były tradycyjne albo w najlepszym razie mieszane. Czyli takie, w których małżonkowie wymieniają się różnymi obszarami życia, ale to głównie kobieta zajmuje się ogniskiem domowym. Sprząta, gotuje, opiekuje się dziećmi, poświęca dla rodziny. 

Subiektywne odczucie tych kobiet dotyczące ich życia w parze było zupełnie inne niż rzeczywistość. To pokazuje, że wgląd w swoją sytuację, dostrzeżenie tego, co mnie otacza, sprawdzenie, w jakim punkcie życia jestem, wcale nie jest łatwe, a przy tym jest kluczowe.

Musimy odkryć brak, dostrzec potrzebę – ale jak to zrobić?

Musimy wyjść z przestrzeni, w której jesteśmy, i z dystansu obejrzeć psychiczną i fizyczną rzeczywistość, w której na co dzień funkcjonujemy. 

Zadajmy sobie pytanie: czy mam jeszcze własne marzenia i aspiracje? Czy widzę jeszcze siebie? Czy mam przestrzeń na to, żeby zająć się czymś, co jest naprawdę moje? A może cały czas wszyscy oczekują ode mnie, że będę tylko dla innych, więc chcąc temu sprostać, funkcjonuję w stanie permanentnego napięcia? W przeświadczeniu, że powinnam realizować oczekiwania innych ludzi? Kiedy wreszcie poczujemy tęsknotę za samą sobą, zorganizowanie własnej przestrzeni pójdzie nam gładko. Odnajdziemy ją we własnym domu, ulubionym parku czy kawiarni. Albo na zajęciach jogi czy tańca. We wszystkim tym, co robimy dla siebie i z potrzeby serca.

Słowo klucz: uważność na swoje potrzeby

Tyle że najpierw potrzebna jest ta chwila uważności na siebie?

Widziałam kiedyś reklamę, która może być tego świetną ilustracją. Aktorzy biorą łyk kawy i czas się zatrzymuje. Żeby móc się delektować smakiem napoju, trzeba zatrzymać wszystko, co mknie dookoła. Znaleźć dosłownie chwilę na pobycie samemu ze sobą, zanim życie wróci na dawne tory. To doskonała metafora tego, o czym mówimy: mentalnego „własnego pokoju”. 

Virginia Woolf pisała w swoim eseju: „Kiedy więc każę wam (…) zdobyć własny pokój, w istocie proszę was o to, żebyście żyły świadome własnych rzeczywistości, a więc wiodły żywot fascynujący, niezależnie od tego, czy uda wam się przekazać innym jego treść”. Jest tu mowa o samostanowieniu, samorealizacji, niezależności, także intelektualnej, ale też przestrzeni, która jest autonomiczna i pozwala nam się rozwijać. 

Tę przestrzeń może wyznaczać nawet jakiś drobny przedmiot, który mam w zasięgu wzroku, a który jest tylko mój. Na zasadzie talizmanu czy nawet aforyzmu umieszczonego w widocznym miejscu. To może być rytuał, który ma dla nas znaczenie i zawiera w sobie komunikat: „Pamiętaj, kim jesteś”. 

Ja nad swoim biurkiem zawiesiłam tabliczkę z napisem: „Nigdy nie pozwól sobie na to, żebyś sam dla siebie był tym, kto cię wstrzymuje”. Kiedy jej się przyglądam w trudnych momentach mojego życia, to zaczynam orientować się, w jakim punkcie jestem. Nie tylko w kwestii rozwoju zawodowego, ale też bycia człowiekiem. 

***

Wywiad z dr Karoliną Zalewską-Łunkiewicz ukazał się w „Urodzie Życia” 2/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne

Wysoko wrażliwi ludzie mogą nas wiele nauczyć o empatii i uważności w życiu

Często osoby wysoko wrażliwe mają opinię histeryków i marud, tymczasem empatii i wnikliwego spojrzenia na świat możemy im tylko pozazdrościć. Ludzie z nadwrażliwością mogą być naszymi najlepszymi nauczycielami.
Sylwia Arlak
09.07.2020

Nieśmiały, dziwak, histeryk. Wysoko wrażliwi ludzie muszą walczyć z wieloma stereotypami na swój temat. Większość ludzi  nie przyswaja milionów bodźców, którymi atakuje nas świat zewnętrzny. Wysokowrażliwcy mają o wiele czujniejsze radary:  chcąc nie chcąc odbierają więcej zapachów, dźwięków, są bardziej drażliwi na dotyk. Jak królewna na ziarnku grochu – mają cienką skórę, przez którą przenika dosłownie wszystko. Muszą udźwignąć o wiele więcej, więc nic dziwnego, że łatwiej się męczą, są bardziej podatni na stres i potrzebują w życiu znacznie więcej spokoju: „Wrażliwi ludzie czują tak głęboko, że często muszą się wycofać ze świata, by w spokoju wykopać się spod warstw bólu” – pisała Shannon Adler, coacherka i autorka książek psychologicznych. Wbrew pozorom wysoko wrażliwych ludzi jest bardzo dużo, badaczka Elaine Aron uważa, że co piąty człowiek zmaga się z wysoką wrażliwością. Zmaga – bo wysoka wrażliwość to wielki ciężar. Ale jednocześnie: cenny dar, który pozwala nadwrażliwcom żyć pełniejszym życiem. Zobacz, czego każdy z nas może się od nich  nauczyć.  Uważność na innych Wysoko wrażliwe osoby mają zazwyczaj świetną intuicję. Potrafią odczytywać niewerbalne wskazówki i subtelne emocje. Zauważają detale czy drobne zmiany w swoim otoczeniu, nawet jeśli inni nie są ich świadomi. Często dostrzegają różnego rodzaju zagrożenia szybciej, niż inni. Szybko reagują i są dobrymi analitykami. Empatia Czują mocniej, więc interesują ich tylko głębokie, prawdziwe relacje. A dzięki wrodzonej empatii i inteligencji emocjonalnej, są doskonałymi towarzyszami. Są też bardzo świadomi siebie (dzięki czemu łatwiej im radzić sobie z niepowodzeniami) i emocji innych ludzi....

Czytaj dalej
Sposoby na atak paniki
Adobe Stock

Jak się szybko uspokoić? 10 sposobów, które powstrzymają atak paniki lub agresji

Nie zawsze mamy wpływ na stresujące sytuacje, ale to od nas zależy, czy i jak będziemy na nie reagować. Nie nakręcaj się, tylko spróbuj na chwilę zatrzymać.
Sylwia Arlak
10.07.2020

Możemy bardzo się starać, ale i tak nie unikniemy stresujących sytuacji (nawet jeśli rzucimy wszystko i wyjedziemy w Bieszczady). Bywa jednak, że stres nas przerasta i sprawia, że tracimy kontrolę nad swoimi emocjami i zachowaniem. Kiedy czujesz, że nadchodzi taka chwila, spróbuj przystopować. Świat się nie zawali, jeśli zrobisz sobie przerwę. Weź głęboki oddech, a jeśli to nie pomoże, wypróbuj inne bardzo proste sztuczki relaksacyjne, które nieraz same doradzamy naszym dzieciom – i o których zapominamy, kiedy chodzi o nasze nerwy. Przekieruj uwagę Pamiętasz, co robiłaś, gdy twoje dziecko stłukło kolano albo doznało innej „ogromnej krzywdy”? Kiedy nie działa pocieszanie, odruchowo staramy się odwrócić jego uwagę – pokazujemy, że  „leci ptaszek” albo, że „O, jedzie straż pożarna!” To nie znaczy, że lekceważymy jego uczucia. Po prostu dzięki chwilowemu odwróceniu uwagi spuszczamy powietrze z balonu, uspokajamy umysł. W naszym przypadku zadziała ten sam trick. „Z badań wynika, że wystarczy przekierować całą uwagę jedynie na dwie minuty, żeby zatrzymać reakcję stresową i skutecznie obniżyć poziom stresu w organizmie” – mówi psycholog dr Joanna Heidtman w rozmowie o naszym codziennym stresie.   Urealnij sytuację Jednak zamiast na ptaszka za oknem zwróć uwagę na to, co się z tobą dzieje: siedzisz czy stoisz; jest ci ciepło czy zimno; jest poranek czy wieczór? Opowiedz sobie w myślach sytuację, w jakiej się znajdujesz. Ta zasada znakomicie sprawdza się np. kiedy wpadamy w panikę albo ogarnia nas furia w korku samochodowym. Zamiast powtarzać, że się spóźnisz, powiedz sobie: „Siedzę wygodnie, jestem bezpieczna, nic mi nie zagraża”. Takie urealnienie pomaga powstrzymać emocje. ...

Czytaj dalej
nehrebecka
Szymon Szczęśniak/LAF

Anna Nehrebecka: „W mojej kresowej rodzinie kobiety były opoką”

Widzowie zapamiętali ją jako Marynię Połaniecką.. „A ja wolałam siebie w roli zimnej blondynki, która pali długie papierosy i łamie serca” – opowiada słynna, wspaniała aktorka Anna Nehrebecka.
Magdalena Żakowska
07.07.2020

Marzyła o zagraniu Oleńki Billewiczówny w „Potopie”. I choć akurat marzenie się nie spełniło – Jerzy Hoffman powierzył tę rolę Małgorzacie Braunek – nigdy nie mogła narzekać na brak świetnych propozycji. Anna Nehrebecka jest jedną z najbardziej znanych i uznanych polskich aktorek. Grała u Wajdy, Zanussiego, Antczaka, Koterskiego, Pieprzycy – długo można by wymieniać. W młodości kojarzyła się z rolami delikatnych, subtelnych blondynek albo z wizerunkiem „panienki z polskiego dworku”. Taką rolę zagrała m.in. w „Ziemi obiecanej” jako Anka – narzeczona Karola Borowieckiego. Od lat jest żoną dyplomaty, Iwo Byczewskiego, ma dwie córki. Sama mówi o sobie: „Gdybym miała zaczynać jeszcze raz, włożyłabym dużo pracy, żeby bardziej wierzyć w siebie”. Jak widać wybitni aktorzy mają problemy nie tylko z nieśmiałością, ale też z pewnością siebie. Jak to możliwe? Magdalena Żakowska: Czy Anna Nehrebecka chodzi na castingi? Anna Nehrebecka: Nie. Maciej Pieprzyca zadzwonił osobiście i zaproponował pani rolę w „Kruku”, serialu, który nakręcił dla Canal+? Zadzwonił reżyser castingu albo ktoś z agencji. Ja żyję dziwnie, trochę z boku aktorskiego środowiska. Bardzo długo nie miałam agenta. Nie mogłam się do tego przekonać, chociaż sama kompletnie nie znam się na gażach, wynagrodzeniach, stawkach. Kiedy w końcu ktoś mnie namówił, żebym zapisała się do agencji, okazało się, że agencja chciałaby, żebym zrobiła sobie botoks i lifting. Nie wierzę! To były jeszcze lata 90.? Nie, to było już po moim powrocie z Brukseli, czyli pewnie 2007 albo 2008 rok. Sama pani widzi, że się raczej nie rozumieliśmy. Dziś oficjalnie jestem w agencji, ale reżyserzy przeważnie dzwonią osobiście. Z Maćkiem pracowałam wcześniej przy filmie...

Czytaj dalej