Jaka jest nasza duchowość w XXI wieku? Pomyśl o tym podczas tej Wielkanocy
Getty Images

Jaka jest nasza duchowość w XXI wieku? Pomyśl o tym podczas tej Wielkanocy

Tegoroczna Wielkanoc na pewno zostanie w naszej pamięci. W tym roku wielu z nas spędza ją bez najbliższych, katolicy nie mogli uczestniczyć w mszy rezurekcyjnej w kościele. Ale paradoksalnie, w tym roku więcej czasu spędzamy na refleksji.
Karolina Morelowska-Siluk
12.04.2020

Niezależnie od tego, czy jesteśmy wierzącymi ludźmi, czyli zakładamy, że wyszliśmy spod rąk wielkiego garncarza, czy jesteśmy ateistami i wiemy, że nasza istota wyłoniła się z shakera ewolucji, wszyscy potrzebujemy duchowości. Bo wszyscy potrzebujemy wiedzieć, kim jesteśmy – tłumaczy dr hab. Bartłomiej Dobroczyński.

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

Co z tą duszą?

Karolina Morelowska-Siluk: Po co nam dusza?

Dr hab. Bartłomiej Dobroczyński: Człowiek sobie ją kiedyś, tysiące lat temu, wyśnił. Bo to właśnie marzenia senne skłoniły prehistorycznych ludzi do przekonania, że mają duszę, która może podróżować i przeżywać przygody także wtedy, gdy ich ciało pozostaje uśpione i nieruchome. Kiedy inni widzą, że leżymy i nie zmieniamy położenia, a nam się jednak wydaje, że polujemy na mamuty albo latamy nad lasami i wodami. I człowiek pierwotny uznał, że właśnie dzięki duszy żyjemy – a więc oddychamy i poruszamy się. Dlatego w wielu językach słowo dusza powiązane jest z oddechem – tak jest np. w języku polskim. A angielskie słowo „animated”, czyli ożywiony, pochodzi od łacińskiej „animy” oznaczającej właśnie duszę.

Wraz ze wzrostem refleksji człowieka nad sobą dusza otrzymywała coraz to nowe atrybuty: nie tylko ożywiała, ale też myślała, czuła, a nawet zaczęto przypisywać jej boskie pochodzenie, jak to zrobił Platon. I wtedy stała się naszą prawdziwą tożsamością, tym, czym jesteśmy w istocie – w odróżnieniu od śmiertelnego i przemijającego ciała. Ale w czasach Platona uważano też, że wszystko, co się rusza, musi mieć duszę. 

Bo ciało bez duszy jest martwe. 

Więc duszę mieli nie tylko ludzie, ale i zwierzęta, a także planety, bo się poruszały po niebie w sposób harmonijny i rozumny. Astrologowie zaczęli nawet przypisywać planetom coś na kształt cech osobowości. Stąd do dzisiaj możemy mówić, że „kobiety są z Wenus, a mężczyźni z Marsa”. Bo wierzono właśnie, że Wenus była lubieżna, emocjonalna, erotyczna, czyli kobieca, a Mars był groźny, wojowniczy, czyli męski. Alchemicy wierzyli z kolei, że sól jest kobieca, bo łatwo rozpuszcza się w wodzie, podobnie jak kobieta, która swoje emocje „rozpuszcza” we łzach. I na odwrót – uznawali, że siarka jest męska, bo się łatwo zapala, a więc wybucha gniewem, jest agresywna.

Ale wraz z postępem nauki dusza znikała z kosmosu – planety, rośliny i zwierzęta zostały jej pozbawione stosunkowo szybko. Od czasów nowożytnych dusza przysługiwała już tylko człowiekowi. I wtedy zaczęła mieć coraz więcej wspólnego z tym, co dzisiaj nazywamy osobowością, charakterem, indywidualnością, a więc zaczęła być odpowiedzialna za naszą psychologiczną tożsamość. Mówiąc dzisiejszym językiem, dusza miała odpowiadać na odwieczne pytanie: „Kim naprawdę jesteśmy?”. Ale odpowiedzi były w różnych czasach różne. Na przykład Platon uważał, że esencja poprzedza egzystencję.

To znaczy?

To znaczy najpierw jest dusza, która posiada już swoją tożsamość i historię, bo istniała odwiecznie w świecie idealnym. Ale zrobiła coś złego i za karę dostała ciało. Ciało dzięki temu zyskało, ale dusza straciła, bo trafiła do więzienia i tam zapomniała, kim jest, choć była już w pełni ukształtowana.

Czyli wszystko już jest i musimy to tylko odkryć, uwolnić?

Tak, mamy talenty, predyspozycje, a naszym zadaniem jest je wydobyć, rozpoznać, a więc przypomnieć sobie – dokonać anamnezy. Ten pogląd zakładał jednak, że nie uda się wydobyć z siebie niczego ponad to, co jest w nas wcześniej zapisane. Życie to poniekąd proces odzyskiwania siebie, rozpoznawania swojej utraconej tożsamości.

Ale dziś żyjemy w zupełnie innym świecie, w świecie, w którym wierzymy, bo wciąż to zewsząd słyszymy: możesz wszystko. Coach powie: „Osiągniesz, co zechcesz, liczą się chęci, trening, dyscyplina”.

O tak, od momentu, kiedy pojawiła się teoria ewolucji, żyjemy w trochę trudniejszych czasach! Już nikt nie czuwa nad nami, nikt nie wyznacza kierunku…

Łatwo się pogubić!

Coach powie: „Możesz wszystko”, a ja dodam, że nie jest do końca bezsensowna teoria, która głosi, że w ziarnie jest zapisane, co z niego wyrośnie. I ciężko o zmianę efektu, nawet jeśli będziemy je podlewać wodą perlage… To natywizm, czyli przekonanie, że wiele najważniejszych cech to te wrodzone. Zresztą współczesna nauka niespecjalnie się od tego myślenia oddala. Także przyjmuje przecież, że nasze geny w dużej mierze nas determinują, jednak odsuwa na bok przekonanie, że te geny zostały celowo przez siłę wyższą dla kogoś konkretnego „zapisane”. Czyli w sumie to sprawa przypadku, jaka ta nasza dusza, tożsamość jest. Zatem, mówiąc obrazowo, ten mechanizm bardziej przypomina działanie shakera niż garncarza. 

W każdym razie, niezależnie od tego, czy jesteśmy wierzącymi ludźmi, czyli zakładamy, że wyszliśmy spod rąk garncarza, czy jesteśmy ateistami i wiemy, że nasza istota wyłoniła się z shakera ewolucji, wszyscy potrzebujemy duchowości, bo wszyscy potrzebujemy wiedzieć, kim jesteśmy. 

Duchowość
Miguel Bruna/Unsplash

Tej „drużynie garncarza” jest trochę łatwiej?

Nie mnie to oceniać. „Drużyna garncarza” ma po prostu swój instytut miar i wag. Zakłada, że istnieje zewnętrzny wzór świata, a kiedy ten świat od niego odbiega, naszym zadaniem jest, aby swoim zachowaniem do tego wzoru się znowu przybliżać, temu wzorowi się podporządkować. I to jest droga duchowa. Na przykład chrześcijanin ma swoje dziesięć przykazań, tam jest hierarchia wartości i znaczeń, tam opisany jest tak potrzebny nam sens. 

Natomiast teoria ewolucji kasuje ten odgórny porządek rzeczy, przekreśla możliwość pójścia przetartą już wcześniej ścieżką duchową. Mówi, że nie ma żadnego zewnętrznego punktu odniesienia, nie ma żadnego uprzednio zadanego sensu czy celu. Człowiek nie ma odkrywać żadnej tożsamości, nie ma zrealizować konkretnego powołania. Gdyby to sformułować dosadnie, to dla kogoś z „drużyny shakera” świat nie ma transcendentnego, znajdującego się poza nim sensu i donikąd nie zmierza. Po prostu rodzimy się, umieramy i koniec. 

Co sobie robimy pośrodku tego odcinka czasowego, to nikogo nie obchodzi i niczemu nie służy, to już tylko nasza sprawa. Nie ma też oczywiście żadnej kary ani nagrody, a wszystkim rządzi przypadek. 

Taka wizja może być dla wielu przygnębiająca, ale ma też jasne strony. Jest nawet w pewnym sensie wyzwalająca, bo zakłada, że to my, ludzie, musimy sami zdecydować, co jest sensowne, co bez sensu, co chcemy, a czego nie chcemy. To oznacza wręcz, że musimy sami siebie zaprojektować, wymyślić, kim i po co jesteśmy. Czyli w tym przypadku najpierw jest egzystencja, a dopiero potem trzeba z niej własnymi siłami „wystrugać” esencję. Nie ma wcześniej ustalonego zadania jako swoistego napędu z tyłu, w plecy. Wiatr sensu nas nigdzie nie popycha, ale sami musimy pedałować, napędzać się, ba, wyznaczyć sobie kierunek, w którym pojedziemy.

Rozumiem, że to pedałowanie jest współczesną ścieżką duchową dla człowieka, którego punktem odniesienia nie jest żadna siła wyższa.

Tak. Ale brak siły wyższej nie musi oznaczać braku wartości czy upadku moralności. Nie jesteśmy dziećmi, które widząc, że ojciec wyszedł z domu, muszą od razu narozrabiać. Z kolei psycholog integralny, Ken Wilber, mówi, że duchowość wiąże się z każdą ludzką czynnością na jej najwyższym poziomie rozwoju. I to jest bardzo pociągająca wizja, bo oznacza, że współczesny człowiek może realizować się duchowo i rozwijać poprzez niemal każdą aktywność. Czy mówimy o uprawianiu ogrodu, czy wychowywaniu dzieci, czy o gotowaniu, seksie, malarstwie, sztukach walki – to one wszystkie na najwyższym poziomie mogą zamienić się w duchowość lub też realizować naszą potrzebę duchowości, którą większość z nas w sobie ma. A są równocześnie w zasięgu niemal każdej i każdego.

To znaczy chodzi o to, by czemuś się prawdziwie oddać?Oddać się prawdziwie czemuś, co jest nam bliskie, co jest dla nas ważne. Być w tym całym sobą. Z poświęceniem, z dyscypliną. Nie pozornie i nie po wierzchu. Pewien współczesny myśliciel twierdzi nawet, że w ogóle istotą człowieczeństwa są ćwiczenia. A więc zgłębianie i trenowanie jakiejś dziedziny na poważnie oraz umiejętność odmawiania sobie szybkich gratyfikacji. To dopiero kształtuje człowieka w pełni. Podczas takiej drogi, na przykład nauki gry na fortepianie, są zwroty akcji, potknięcia, kryzysy, chwile zwątpienia, kiedy rzuca się w kąt nutami, potem momenty, gdy wraca się z jeszcze większą mobilizacją, są nasze ambicje, nasze słabości – i to jest właśnie droga rozwoju duchowego, kiedy stwarzamy siebie. Bardzo często mistrzowie w jakiejś dziedzinie, kiedy zaczynają wtajemniczać swoich uczniów, nakazują im wykonywać mnóstwo, wydawałoby się, z pozoru niepotrzebnych czynności. W filmie „Karate Kid” jest taka scena, kiedy bohater chce nauczyć się walczyć, ale słyszy od swojego nauczyciela, że ma… coś posprzątać, poukładać, poprzestawiać. Wścieka się, bo przecież chce poznawać tajemnice dawnych mistrzów. Aż w końcu doznaje olśnienia, zaczyna wreszcie rozumieć, że te wszystkie czynności prowadzą do jednego – do perfekcji na najwyższym poziomie. Duchowość wymaga poświęcenia, mozołu, dyscypliny. W zamian dostajemy coś bezcennego: poza kunsztem i umiejętnością także równowagę wewnętrzną, a  dodatkowo, jako bonus, odpowiedź na pytanie, kim jesteśmy. 

Przestajemy się bać? Bo to chyba właśnie lęk jest dziś jedną z głównych przyczyn, dla których zaczynamy dbać o naszą sferę duchową.

Współczesny człowiek zanurzony w doczesności potrzebuje w swoim życiu duchowości przede wszystkim po to, by móc choć chwilami czuć, że jego życie ma sens, że wie, kim jest i po co tu jest. Dusza, jak już powiedzieliśmy, nierozerwalnie wiąże się z tożsamością. Dzisiaj narracje tożsamościowe, paradoksalnie, są jeszcze bardziej popularne niż kiedykolwiek wcześniej. Można powiedzieć, że żyjemy w kulturze, która cały czas „tańczy” z pojęciem tożsamości, z pojęciem wizerunku. Przez to, że zanurzeni jesteśmy w mediach, portalach społecznościowych, bo przecież gdy ma pani Facebooka, Twittera, Skype’a, Tindera czy cokolwiek innego, to wchodząc tam, niejako automatycznie uruchamia pani swoją tożsamość: kim jestem, co lubię, co robiłam, jakie filmy widziałam, z kim się koleguję, co akceptuję, czego nie. Wszystko to pokazuje, że w ludziach jest silna potrzeba odkrywania swojej tożsamości. Współczesna psychologia chętnie operuje pojęciem narracyjności, są narracyjne koncepcje osobowości, narracyjne koncepcje ludzkiego życia, bowiem mamy naturalną potrzebę, by snuć historie, opowieści o nas samych.

I wciąż tłumaczyć sobie, po co to wszystko, ile w tym wszystkim znaczymy.

To jest dla nas arcyważne, bo dzisiejszy świat jest dość brutalny, zagrażający, reguły nie są do końca jasne, przejrzyste, łatwo można się zatracić i zagubić, zaś utrzymać stan dla nas satysfakcjonujący to duże wyzwanie. Ponadto żyjemy w systemie korporacyjnego kapitalizmu, którego naczelną umiejętnością jest umiejętność sprzedawania. Bez względu na to, ile pani sprzedałaby wczoraj, liczy się jedynie to, co sprzeda pani dziś. Czyli – zawsze mało. Ciężko o satysfakcję.

To kultura, w której króluje konkurencja, ciągłe porównania i rankingi: lista 100 najbogatszych, 50 najlepszych, 40 największych, a tymczasem zdecydowana większość z nas nie jest tym numerem jeden. Większość z nas jest poza podium. Znowu – jeśli tylko to się liczy, ciężko o satysfakcję. Rozwój duchowy jest konieczny, by nie oszaleć, by uporządkować rzeczywistość, by wciąż i wciąż starać się nadawać swojemu istnieniu jakiś sens.

Spotykamy się, poznajemy, kochamy, ale gdzieś głęboko mamy przekonanie – w różnych momentach bardziej lub mniej uświadomione – że albo nasza miłość się skończy, albo, nawet jeśli przetrwa, to rozłączy nas śmierć. Głębokie doświadczenie tego, że życie naznaczone jest cierpieniem stworzyło buddyzm. Więc w życiu tracimy, rozczarowujemy się, chorujemy. Tego nie da się uniknąć. Z tym trzeba się jakoś poukładać. Te lęki trzeba oswajać. Nie damy sobie rady tak z marszu.

Trzeba sobie wymyślić jakiś plan: co zrobię, kiedy następnym razem spotka mnie upokorzenie, kiedy ktoś mnie zawiedzie, kiedy coś ważnego stracę, kiedy zostanę oszukany. I można próbować radzić sobie z tym wszystkim, przyjmując czyjąś narrację, np.: „Żyj pokornie, pójdziesz do nieba, będziesz wiecznie szczęśliwa”. Ale kiedy się wątpi, czy w tym przypadku stopa zwrotu jest opłacalna, czy to ma pokrycie w rzeczywistości, to żeby przeżyć, szuka się własnej narracji.

Autorskiej ścieżki duchowej?

Tak, własnego sposobu na pokrzepienie serca. Dzisiaj nawet mówi się o peer-to-peer spirituality, a więc duchowości bez pośredników, gdzie każdy może być na zmianę uczniem i nauczycielem. Większość z nas w życiu działa: pracujemy, zakładamy rodziny, angażujemy się, bardzo często coś poświęcamy, musimy z różnych rzeczy rezygnować, wybierać, decydować, więc co jakiś czas, siłą rzeczy, odzywa się w nas potrzeba zrobienia jakiegoś bilansu, podsumowania – gdzie jesteśmy względem tego, co zamierzaliśmy, gdzie jesteśmy w stosunkudo innych ludzi. I to już nie jest żadna elitarna działalność, wszyscy szukamy ratunku, szukamy duszy.

No i jeszcze ten czas – tykająca bomba zegarowa. Wiemy, że prędzej czy później zgaszą nam światło. Trzeba jakoś ten swój czas zagospodarować. Można to zrobić reaktywnie albo – jak mawiał Arystoteles – życie warte przeżycia to takie, które stale poddajemy refleksji. Szukamy, pytamy, drążymy.

I tak bez końca…

Od najdawniejszych czasów odpowiedzi na trudne pytania dostarczają nam tradycje religijne. I tych odpowiedzi nie należy lekceważyć ani lekkomyślnie się ich pozbywać. Jeśli tylko potrafimy wyzwolić się z powierzchownego myślenia o religiach w kategoriach politycznych czy ideologicznych, to okaże się, że mistycy i założyciele różnych kościołów oraz ich wybitni kontynuatorzy zdobyli w swoim życiu rozległą wiedzę o mechanizmach psychologicznych, która jest nadal aktualna i pomocna. 

To, że w drugiej połowie XX wieku na Zachodzie zaczęto interesować się jogą, buddyzmem, taoizmem czy szamanizmem – a wszystko to są dyscypliny powiązane z religią – pokazuje, że dla wielu ludzi te stare propozycje są w stanie dostarczyć przydatnego scenariusza i paliwa do kształtowania i doskonalenia siebie, do samopoznania. 

Ale i cała reszta ludzi nie jest bez szans. 

Nie jest, bo życie może nam uporządkować i nadać mu sens coś, co w naszej kulturze Zachodu jest także odczytywane jako duchowe, na przykład służba pewnym wartościom. To mogą być inni ludzie, sztuka czy nauka. Lou Reed, nieżyjący już lider słynnego The Velvet Underground, mówił: „Moją religią jest rock’n’roll, a polega ona na grze na gitarze elektrycznej”. Ktoś może się zaśmiać, ale w jego przypadku to było prawdziwe, bo muzyka istotnie była jego drogą duchową, jego życiem. Jej służył, nią żył. Ale pod koniec życia ćwiczył też tai chi chuan. Są ludzie, którzy w podobny sposób zajmują się medycyną, prawami kobiet, działalnością społeczną, ekologią, walką o sprawiedliwość. Podporządkowują się czemuś większemu od siebie.

I w tym znajdują ukojenie.

Przede wszystkim spełnienie. To przecież ich wspomniany, autorski plan. By poczuć ukojenie, potrzebujemy czegoś jeszcze. Niemal od narodzenia jesteśmy utrzymywani w przeświadczeniu, że nasza tożsamość jest czymś stałym – rodzi się dziecko, jest mały Jaś, Jaś idzie do szkoły, na studia, potem jest dorosły i umiera. Ten sam Jaś, tylko stary. Tymczasem wcale tak nie jest. Jaś wciąż się zmienia, tak globalnie. 

I z tą ciągłą zmianą też trzeba sobie dać radę. Więc Jaś potrzebuje rozwoju duchowego także po to, by poradzić sobie z tym, że dwa lata temu komuś bardzo ufał, a dziś już temu komuś ufać nie może. Musi poradzić sobie z tym, że żona kochała go 10 lat temu, a dziś jest jej obojętny.

Potrzebujemy umieć mierzyć się z chaotycznym zgiełkiem świata, z groźnym szczękiem, który dochodzi do nas ze świata. Szukamy więc schronienia w tych opowieściach, które o sobie snujemy, w nich wszystko układamy, porządkujemy, wyjaśniamy, próbujemy zrozumieć. A te opowieści to właśnie nasza dusza… 

Dr hab. Bartłomiej Dobroczyński psycholog, profesor UJ. Kierownik Zakładu Psychologii Ogólnej Instytutu Psychologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Członek Kolegium Interdyscyplinarnego Centrum Etyki Wydziału Filozoficznego UJ.

Rozmowa z drem hab. Bartłomiejem Dobroczyńskim ukazała się w „Urodzie Życia” 12/2018

Duchowość
Jared Rice/Unsplash

 

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Co po pandemii koronawirusa
Adobe Stock

Prof. Dobroczyński: „Pandemia udowodniła, że hasła o byciu kowalem własnego losu to bzdury”

„Koronawirus jest jak czarny łabędź, którego nikt się nie spodziewał i który dzisiaj produkuje niemożliwe do przewidzenia konsekwencje. Pandemia udowodniła, że wszelkie hasła o byciu kowalem własnego losu to bzdury.”
Sylwia Niemczyk
07.09.2020

To nie my rządzimy swoim życiem, ale przypadek. To on trzyma pakiet kontrolny akcji, jeśli chodzi o naszą rzeczywistość. Zawsze tak było, koronawirus tylko nam to uświadomił. Życie to zawsze powinien być taniec z rzeczywistością: gdy ona robi krok w bok, to i my musimy za nią. Jak ona krok do przodu, to my krok w tył. To sztuka dostrzeżenia, skąd wieje wiatr i jakich umiejętności teraz potrzebujemy” – mówi prof. psychologii Bartłomiej Dobroczyński. Sylwia Niemczyk: Ależ się pół roku temu przestraszyliśmy… Prof. psychologii Bartłomiej Dobroczyński: Pandemia koronawirusa to coś, co nas zaskoczyło. Poza znawcami wirusów nikt poważnie nie rozważał, że kiedykolwiek czeka nas powtórka z „Decameronu” Boccaccia albo nawet z mniej odległej epidemii hiszpanki, która wybuchła tuż po I wojnie światowej. Nasza pamięć jest bardzo krótka. Więc po pierwsze: wydarza się coś nieprzewidzianego, a po drugie: to coś wymusza na nas drastyczną zmianę przyzwyczajeń. Brutalnie ingeruje w nasze automatyzmy, a tego człowiek nie lubi najbardziej. Dla nas najbardziej komfortowa sytuacja jest taka, kiedy automatyzmy stanowią 98 procent naszego funkcjonowania. I zazwyczaj właśnie tak jest. Nie zastanawiamy się co, gdzie i kiedy – większość rzeczy robimy bez angażowania świadomych myśli. A teraz ten nasz pilot automatyczny zaczął wibrować i migać na czerwono.  Przestał działać. I nagle musimy zwracać uwagę praktycznie na wszystko: ile razy dotykamy dłonią twarzy, jakich innych przedmiotów dotykamy, w jaki sposób witamy się z przyjaciółmi, jak wsiadamy do autobusu, czego dotykamy w windzie. Im więcej automatyzmów jest naruszonych, im więcej reguł zostało zmienionych, tym wyraźniejszy sygnał dla mózgu, że sytuacja jest poważna. I do strachu o zdrowie doszło jeszcze...

Czytaj dalej
toksyczna miłość
iStock

„Zakochanie ma w sobie coś z choroby” mówi psychiatra dr Katarzyna Prot-Klinger

Uwielbiamy miłosny amok, w który wprowadza nas zakochanie. Ale czasem intensywność uczuć nas przerasta. O  tym, co sprawia, że miłość staje się obsesją, rozmawiamy z psychiatrą Katarzyną Prot-Klinger.
Anita Zuchora
10.06.2020

Namiętne zakochanie, amok, upojna gorączka, natrętne myśli o ukochanym to pierwsza faza miłości. I całe szczęście, że nie trwa ona dłużej niż kilka miesięcy, bo inaczej nie moglibyśmy normalnie funkcjonować. W kolejnych etapach miłość spokojnieje albo się wypala.  Miłość jest jak choroba? Anita Zuchora: Po co nam ten stan upojnej gorączki, oderwania się od rzeczywistości, który nazywamy zakochaniem? Katarzyna Prot-Klinger: Po to, żebyśmy przetrwali z drugim człowiekiem przez tyle czasu, ile jest konieczne do wychowania dziecka. Tak w każdym razie uważa antropolożka Helen Fisher, autorka książki „Anatomia miłości”. Brzmi dosyć brutalnie, ale są na to twarde dowody. Fisher, badając wskaźnik rozwodów, stwierdziła, że większość z nich przypada na okres trzech–czterech lat od urodzenia pierwszego dziecka pary. Mniej więcej w tym momencie, z punktu widzenia ewolucji, miłość staje się niepotrzebna. Spełniła już swoje zadanie. Czyli stan zakochania otumania nas po to, żebyśmy potrafili przez kilka lat żyć z kimś na wyłączność. Ale co konkretnie się z nami wtedy dzieje? W pierwszej fazie zmienia się nasza fizjologia. Uczucie uruchamia w mózgu reakcje podobne do tych, jakie występują po spożyciu amfetaminy. Wzrasta m.in. poziom dopaminy i endorfin – hormonów szczęścia. Jesteśmy pobudzeni, pełni energii i optymistycznie patrzymy w przyszłość. Towarzyszy temu poczucie wyjątkowości relacji – idealnego dopasowania i porozumienia z partnerem. Charakterystyczne jest też nieustanne myślenie o obiekcie miłości. Psycholog nazwałby takie myśli „natrętnymi”. Gdyby nie fakt, że jest to powszechne w początkowym etapie miłości, uznalibyśmy, że ten stan ma w sobie coś chorobowego. Ale to cudowna choroba: maślane oczy, nieobecny...

Czytaj dalej
sens życia
iStock

Prof. Bartłomiej Dobroczyński o sensie życia: „Musimy żyć własnym życiem, a nie cudzym”

Co robić, by nie czuć nieznośnej lekkości bytu?
Dorota Szuszkiewicz
04.01.2019

Możemy stać się niezwykli, zrobić wszystko, żyć kolorowo – takie hasła słyszysz od rana do wieczora. A ty siedzisz nad szklanką herbaty i myślisz, że przed tobą kolejny szary dzień. Siedzisz i pytasz: jaki sens ma to moje życie. Co na to odpowiada dr hab. Bartłomiej Dobroczyński,  psycholog, wykładowca na Uniwersytecie Jagiellońskim? Dorota Szustkiewicz: Skąd się biorą nasze lęki? Czy kiedyś było lepiej? Mężczyzna miał spłodzić syna, wybudować dom i posadzić drzewo i wtedy jego życie coś znaczyło? Kobieta miała urodzić i wykarmić dzieci. Dr hab. Bartłomiej Dobroczyński:  To się bierze m.in. z przepływu informacji. Z zalewu, potopu, deszczu informacji. Ten zalew rozbił naszą izolację, nie żyjemy już w zaścianku, naszym światem nie jest już tylko rodzina, sąsiedzi i pejzaż po horyzont. Dziś żyjemy w społeczeństwie spektaklu, jak powiedział w 1968 r. francuski pisarz i filozof Guy Debord. Każdy marzy, żeby stać się częścią tego przedstawienia. Kto nie gra żadnej roli, ten nie istnieje. Stąd parcie na szkło, bo jeśli czegoś nie ma w telewizji, to nie ma wcale. Stąd sukces fotografii – być na zdjęciu to też rodzaj udziału w grze. Mówi się, że o wszystkim decydują media, ale Debord – bardzo lewicowy myśliciel – poszedł dalej, stwierdził, że jest to forma sprawowania rządów. A tak bardziej przyziemnie, czemu w duszy odczuwamy błahość życia? To jest właśnie forma sprawowania rządu dusz, jeśli pani woli. Człowiek żyje w społeczeństwie, które jest pewną formą organizacji, ale jest też formą przymusu. Spektakl jest tak skonstruowany, że przedstawia wzorce: jak spędzać wakacje, jak wyglądać, co jeść. Wszyscy podlegamy temu przymusowi i jeszcze go sami wymuszamy!  To znaczy? Naszą rolę mamy włożoną na plecy, na głowę, jak w Afganistanie kobieta burkę...

Czytaj dalej
Rozwój osobisty: samoakceptacja
Rodney Smith

Psycholożka radzi każdej z nas: „Nie zmieniaj się na siłę”

Rozwój osobisty wcale nie na tym polega, mówi dr Heidtman
Aleksandra Więcka
04.01.2019

Wystarczy otworzyć dowolną gazetę, żeby zrozumieć, że żyjemy w kulturze zmiany. Mamy się zmienić na Nowy Rok, na wiosnę, schudnąć, zwolnić i zostać boginiami seksu. Dlaczego zmiana stała się naszym fetyszem? Czemu nasz rozwój osobisty zrównujemy z ciągłymi zmianami? I w końcu najważniejsze pytanie: jak zatrzymać się w pędzie i docenić to, co już mamy? Przeczytaj wywiad z psycholożką i coachem, Joanną Heidtman.   Dlaczego stale mamy coś zmieniać? Bo żyjemy w kulturze, w której zmiana stała się fetyszem. Medialne zachęty do „ulepszenia” swojego życia pojawiają się cyklicznie i sezonowo. Na Nowy Rok obiecujemy sobie, że zerwiemy ze złymi nawykami. Na wiosnę mamy obowiązkowo schudnąć, przed świętami znaleźć czas dla rodziny, w lecie wyglądać seksownie, a jesienią awansować. I to wszyscy razem, jak na komendę. Czy rzeczywiście zachęca się nas do istotnych zmian wewnętrznych, czy tylko do bardzo powierzchownych korekt zachowania, które służą właśnie temu, żeby od głębokiej zmiany uciec? Kiedyś pracowałam w Stanach Zjednoczonych i ludzie zajmujący się marketingiem wytłumaczyli mi, co kryje się pod hasłem „new and improved”, które co jakiś czas pojawiało się w reklamach kolejnych produktów.   No i co się pod nim kryje? Właśnie nic. Chrupki, które w zeszłym sezonie były okrągłe, teraz są kwadratowe. Nie zmienia się ich smak, skład, nic istotnego. Chodzi wyłącznie o wywołanie wrażenia, że coś się zmieniło, bo to zwiększa szanse na to, że klient kupi produkt. Czy nie taką samą pozorną zmianę oferują nam różnego rodzaju poradniki, warsztaty samorozwoju czy kursy internetowe?   Po których mamy wyjść „nowe, lepsze, inne”? Oceniamy jakąkolwiek zmianę jako coś lepszego niż utrzymywanie status quo. Ta fascynacja...

Czytaj dalej