Rozwód rodziców jest dla dzieci jak wojna. Płacą za nią depresją, zaburzeniami odżywiania…
getty images

Rozwód rodziców jest dla dzieci jak wojna. Płacą za nią depresją, zaburzeniami odżywiania…

Dzieci udają bohaterów przed rodzicami, mówiąc: „Wszystko jest świetnie, uda się to zrobić, nic się nie dzieje”. Ale kiedy zostają same, ogarnia je wielki strach – o tym, jak rozwód wpływa na dzieci, mówi Gro Dahle, norweska psychoterapeutka.
Maja Lenartowicz
04.01.2019
Nawet kilka lat po rozwodzie okazuje się, że najstarsze dziecko, szczególnie jeśli jest to córka, wpada w depresję. Rodzice się dziwią: „Dlaczego? Tak świetnie sobie radziła! Co się z nią stało?”. A w niej pękają wszystkie przez lata ukrywane emocje – o tym, jak rozwód wpływa na dzieci, mówi Gro Dahle, norweska psychoterapeutka, poetka i pisarka, autorka książek dla dzieci o trudnych rodzinnych relacjach. W 2016 roku wyszła w Polsce jej książka dla dzieci: „Wojna”, której tematem jest rozwód rodziców. 
Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Rozwód to taki koniec świata

Maja Lenartowicz: Kiedy postanowiłaś, że twoja książka będzie nosiła tytuł „Wojna” – bardzo mocny, biorąc pod uwagę, że to książka dla dzieci o rozwodzie rodziców?
Gro Dahle: Wiedziałam o tym od samego początku. Rodzina terapeutów zaproponowała mi, żebym napisała książkę o wojnie między rodzicami w trakcie rozwodu. Przyszli do mnie już z gotową metaforą. A wzięła się ona z wielu rozmów, które przeprowadzali z dziećmi rozwodzących się rodziców. I to właśnie dzieci używały najczęściej tego terminu. Widziały zdjęcia i filmy wojny z krajów arabskich, Syrii, wcześniej Bośni i Hercegowiny. Opowiadały, że czują się jak szpiedzy („mama prosi, żeby obserwować tatę”), uchodźcy (ciągłe przenoszenie się z miejsca na miejsce w ramach opieki naprzemiennej).
 
Nawet 10 lat po rozwodzie najstarsze córki cierpią. Dlaczego?
Ba, zdarza się, że nawet 10 lat po rozwodzie rodzice ciągle nie mogą przepracować tej sytuacji. Używają dzieci jako posłańców przenoszących wiadomości, nie rozmawiają ze sobą. To sytuacje skrajne, ale się zdarzają. Dzieci w takiej sytuacji zastanawiają się na przykład, czy wypowiedzenie imienia matki lub ojca jest „legalne”, czy nie zirytuje to żadnej ze stron. Za wszelką cenę starają się unikać konfliktu, frustracji. To pozwala im przetrwać w trudnej sytuacji, ale jednocześnie wymaga ogromnego wydatku energii.
Dzieci są tym zmęczone, przygwożdżone. Czasami tak mocno, że próbują popełnić samobójstwo. Nawet jeżeli sytuacja się poprawia – jeśli ojciec czy matka funkcjonują lepiej w nowych związkach (albo samotnie), a młodsze rodzeństwo czuje się dobrze – starsza siostra nagle zaczyna się zachowywać dziwnie. Dlaczego akurat ona? Bo czuje na sobie odpowiedzialność za rodzeństwo, ale też za rozpad rodziny. I zwykle dziewczynki czują na sobie większy ciężar. Ich emocje: smutek, przygnębienie, bezradność są tak bolesne, że nagle eksplodują.
 
I w co się zamieniają?
W depresję, zaburzenia odżywiania, nerwicę, myśli samobójcze. I czasami dzieje się tak po czterech, sześciu, siedmiu, a bywa, że nawet po 15 latach od rozwodu. Rodzice się dziwią: „Dlaczego? Tak świetnie sobie radziła! Co się z nią stało?”. Często ten mocny spadek emocji nakłada się także na burzę hormonalną okresu dojrzewania – wtedy jest jeszcze ciężej.
 
Jak powinni w takiej sytuacji zareagować rodzice?
Powinni iść na wspólną rodzinną terapię, nawet jeżeli wciąż darzą się niechęcią. Powinni porozmawiać o tej sytuacji jak eksrodzina: o swoich uczuciach, o uczuciach dziecka. Powinni spróbować nie traktować tej sytuacji jako oskarżenia siebie o to, że doprowadzili do rozwodu. I powiedzieć sobie, że wychodzenie z tej sytuacji to proces, więc może zająć dużo czasu. Dać sobie zgodę na ten czas. Rozmowa o tym to wyzwanie. Wypowiadanie swoich uczuć w obecności terapeuty jest bardzo trudne, ale z doświadczenia wiem, że pomaga. Podczas terapii rodzice na pewno usłyszą: „Mamo, tato, to twoja wina”. Powinni wziąć za to odpowiedzialność, nikt ich od tego nie zwolni. Prawda jest taka, że dla dzieci wypowiedzenie tych słów jest jak wyjście z więzienia, ponieważ one myślą: „To ja ponoszę odpowiedzialność za to, że rodzice się rozeszli”. Rodzice powinni przeprosić dzieci i powiedzieć im: „To moja wina, a nie twoja”. Tylko to pozwoli dzieciom odetchnąć. Ważne jest to zwłaszcza wtedy, kiedy rozstają się rodzice dzieci między drugim a siódmym rokiem życia. W tym wieku maluchy biorą ogromną odpowiedzialność za to, co się dzieje wokół nich.
 
W twojej książce dzieci rozwiedzionych rodziców żyją w systemie opieki naprzemiennej: tydzień u ojca, tydzień u matki. Nie wydajesz się jednak entuzjastką tej formy rozwiązywania kwestii opieki.
Nie jestem negatywnie nastawiona do opieki naprzemiennej, tylko trzeba ją ustawić na solidnych fundamentach, a nie na rodzicielskim pragnieniu jak najczęstszego kontaktu z dzieckiem. Musimy zdawać sobie sprawę z tego, że jeżeli rozwód przebiegał bardzo gwałtownie, to wypracowanie takiego systemu jest wielkim wyzwaniem. I czasami kompletnie nie ma sensu, zwłaszcza w pierwszych latach po rozwodzie. Rodzice, którzy od razu dzielą się opieką nad dziećmi i uważają, że to idealna sytuacja, kompletnie nie zdają sobie sprawy z tego, co w dziecięcych duszach gra.
 
A co gra?
Jeżeli opieka naprzemienna zostaje ustalona w bardzo skłóconych rodzinach, to ten konflikt wręcz eskaluje. Dzieci przenoszą złe emocje matki czy ojca z jednego mieszkania do drugiego i na odwrót. Nie ma w tym nic dobrego. Poza tym ten system wymaga naprawdę wielu kompromisów z obu stron. Skłóceni rodzice nie są w stanie – mimo czasami naprawdę dobrych chęci – wyjść poza swoje rozżalenie, gniew, smutek, rozczarowanie. Rezultat? Nie potrafią się ze sobą prawidłowo komunikować, jeżeli chodzi o zgranie szczegółów opieki naprzemiennej. Finał jest taki, że zrzucają odpowiedzialność za większość niezrobionych rzeczy na dzieci, zwłaszcza starsze siostry.
 
Co radzisz w związku z opieką naprzemienną?
Niech dorośli pójdą na terapię i ułożą się ze swoimi uczuciami. Moje osobiste zdanie jest takie: dzieci powinny pozostać w domu, w którym mieszkały do tej pory. Niech rodzice się dogadają, kto powinien go opuścić i jak załatwić sprawy materialne. Absolutnie kiepskim pomysłem jest opuszczanie domu, w którym się mieszkało, i wprowadzanie się do dwóch innych miejsc. „Czuję się jak w obozie dla uchodźców” – mówiły mi dzieci z rozwiedzionych rodzin, którym rodzice zafundowali takie doświadczenie. Dla dzieci przemieszczanie się z jednego miejsca do drugiego jest niesłychanie męczące. Dla rodziców takie rozwiązanie jest wygodne, bo uspokaja wyrzuty sumienia: „Robię wszystko, by moje dzieci nie straciły ze mną kontaktu. Jestem dobrym ojcem (matką)”. To bardzo egocentryczne myślenie. Warto, żeby spróbowali spojrzeć na całą sytuację z dziecięcej perspektywy. W terapii takich rodzin pomocna jest także moja książka.
 
To nie jest książka na urodzinowy prezent?
Nie, absolutnie nie radzę dawać „Wojny” w prezencie czy czytać swoim pociechom na dobranoc. Ale dla dzieci doświadczających trudności rozwodu rodziców może się stać dobrym przyjacielem. Tak było z moją inną książką, „Zły Pan”, która mówiła o przemocy domowej. Dzieci opowiadały, że książka stała się dla nich ogromnym wsparciem, bo z nikim innym nie potrafiły rozmawiać o swoich kłopotach. Nie miały u boku współczujących rodziców czy rozsądnych terapeutów. Z „Wojną” pracowały w szkole wszystkie grupy uczniów z rozwiedzionych rodzin. Była dobrym pretekstem do wspólnych rozmów o uczuciach jej bohaterów. Czytając ją, nikt nie czuje się atakowany czy oskarżany przez nikogo.
 
„Wojna” po prostu opowiada o tym, jak mogą czuć się dzieci w takiej sytuacji. W książce nie mówi się o tym, że rozwód jest dobry, normalny, że potem wszyscy są uśmiechnięci. Traktuje ona dzieci jak poważnego partnera, daje przestrzeń na trudne, często ukrywane uczucia. Mówi o tym, że inni ludzie też mają podobne problemy, nierzadko nawet gorsze. Wiele razy słyszałam od dzieci: „Skąd mogłaś wiedzieć, jak ja się czuję? Byłaś w naszym domu? Myślałam(em), że jestem jedyna(ny) na świecie!”. Dzieci udają bohaterów przed rodzicami, mówiąc: „Wszystko jest świetnie, uda się to zrobić, nic się nie dzieje”. Ale kiedy zostają same, ogarnia je wielki strach o zranionych, zagniewanych rodziców, chcą się nimi opiekować, chociaż powinno być odwrotnie. Jak wynika z badań, praca z książką „Wojna”, dyskusja o tych trudnych tematach, ma ogromną wartość terapeutyczną. Mówi też dzieciom: „To, że się teraz źle czujesz, nie będzie trwało wiecznie. Z dnia na dzień będzie coraz lepiej”.
 
Twoja książka kończy się dobrze. Inga wychodzi ze swojego smutku. W rzeczywistości też tak bywa?
W społeczeństwie panuje rodzaj zgody na rozwód. Można go łatwo osiągnąć i czasami jest to jedyne rozsądne wyjście. Każdy rozwód jest inny: są bardziej i mniej raniące. Ale pamiętajmy, że są też rozstania, które mają gwałtowny przebieg, rozstania, podczas których rodzice się bardzo ranią. Każdy musi nauczyć się żyć z przeżytymi lękami i traumami. Jednym zajmuje to więcej czasu, innym mniej. Nie rozgrywa się to tak, jak przedstawiają nam amerykańskie filmy: rodzice się rozwodzą, ale mówią dziecku, że je kochają i wszystko jest w porządku. Dzieciom nie wystarczą słowa, dzieci potrzebują czynów. Ważniejsze dla nich będzie to, żeby rodzice odnosili się do siebie poprawnie, z szacunkiem, niż żeby powtarzali: „Mama (tata) cię kocha” i warczeli na siebie przez cały czas. Oczywiście, są chlubne wyjątki. Mój szwagier jest po rozwodzie, utrzymuje bardzo dobre kontakty ze swoją eksżoną i dziećmi. Dla Ingi, samotnej bohaterki mojej książki, historia rozwodu rodziców jest bardzo długa. To naprawdę ciągnąca się wojna. Ale już dla jej młodszych braci nie jest aż tak traumatyczna. Może dlatego, że są bliźniakami i mają wsparcie w sobie.
 
Możesz sobie dziś wyobrazić przyszłość Ingi?
Myślę, że będzie miała kłopot z rozwodem rodziców przez całe swoje życie.
 
Także się rozwiedzie, jak oni?
Niekoniecznie. Może być nawet wręcz przeciwnie. Wiedząc, czym jest rozwód, może za wszelką cenę unikać relacji, uciekając przed bliskością w intymnych związkach. Inny scenariusz jest taki, że znając cenę rozwodu, będzie usiłowała utrzymać związek za wszelką cenę. Najnowsze badania norweskich socjologów, którzy zbadali pokolenie Ingi, mówią o tym, że mamy w tej chwili najniższą liczbę rozwodów w pokoleniu 25-, 35-latków. Należą oni do urodzonych w związkach, które rozpadły się w latach 80. i 90. Ci młodzi ludzie, mając za sobą doświadczenie rozwodu rodziców, nie chcą powtarzać ich błędów. Socjologowie rodziny twierdzą, że społeczeństwo norweskie się zmienia: odchodzi się od ideałów niezależności i wolności kobiecej, które święciły triumfy kilka dekad temu.
Przechodzimy drogę od feminizmu do bardziej konserwatywnych wartości. I właściwie płacimy gorzką cenę za feminizm, który był oderwany od potrzeb innych ludzi. Ludzie chcą chronić rodzinę, zamiast szukać szczęścia na własną rękę. Wiedzą, że wolność i niezależność mają swoją cenę, właśnie między innymi w postaci rozwodu. Ci dwudziestoparolatkowie chcą się dzisiaj pobierać, chcą mieć dzieci, wprawdzie później niż ich rodzice, ale wynika to z tego, że żyją ze sobą na przykład 10 lat i dopiero wtedy decydują się na zostanie rodzicami. Już teraz widać z badań, że norweskie rodziny są bardziej stabilne niż kilkanaście lat temu. Mamy najmniejszą w historii liczbę rozwodów.
 
Twoi rodzice także się rozwiedli. Czujesz się czasami jak mała Inga?
Mam 54 lata, jestem terapeutą, jestem w stałym związku i mam swoje dzieci, ale nie sądzę, żebym kiedykolwiek uporała się z rozstaniem moich rodziców, chociaż – oczywiście – czas leczy rany. Nie są ze sobą od 20 lat, a moja matka nie jest w stanie wypowiedzieć imienia mojego ojca. Ta wojna ciągle w niej tkwi. Natomiast teraz ma na pewno ciekawsze, lżejsze życie i wielu przyjaciół. Nie jestem przeciwniczką rozwodów, nie jestem za zachowywaniem związków za wszelką cenę. Natomiast uważam, że zanim się podejmie tak poważną decyzję, trzeba zasięgnąć porady specjalisty. Bardzo wierzę w terapię rodzinną, można podczas niej wiele się nauczyć od dobrych specjalistów. Nawet jeżeli ludzie się rozstaną, będą umieli współpracować ze sobą dla dobra dzieci.
 
Czyli: bądź feministką, ale idź do terapeuty?
Właśnie tak. Jestem drugim feministycznym pokoleniem w Norwegii, ale moja matka nie była feministką i nie miała żadnego głosu w domu. Ja jestem bardziej nowoczesnym, mniej radykalnym skrzydłem feminizmu. Pamiętajmy, że feministkami są także kobiety, które podjęły decyzję, żeby zostać w domu i opiekować się dziećmi. To ogromne wyzwanie i czasami najlepsza rzecz, jaką można zrobić dla rodziny. Uważam się za feministkę, ale moim wyborem była opieka nad dziećmi w domu, bo wiedziałam, że one tego potrzebują. I nie żałuję.
 
Rozmowa z Gro Dahle ukazała się w „Urodzie Życia” 6/2017
 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Joanna Zielińska Centrum Rozwodowego Kobieta i Rozwód
Krzysztof Winter, Atelier de MoMo

Jak przeżyć rozwód? Pozwól się sobą zaopiekować, wypłacz się i weź adwokata, radzi prawniczka, Joanna Zielińska

Joanna Zielińska pomaga w „Centrum Rozwodowym Kobieta i Rozwód” tym, które potrzebują porady lub po prostu tego, by ktoś na chwilę wziął je pod swoje skrzydła.
Aleksandra Pezda
22.10.2018

Rozwód to jedna z trudniejszych decyzji w życiu. Zauważyłam, że dla kobiet szczególnie. Mężczyźni podchodzą do sprawy zadaniowo: jest problem, trzeba go rozwiązać, a kobiety zazwyczaj reagują wielkim stresem, niepewnością, poczuciem winy. Dlatego tak ważna jest pomoc”, mówi prawniczka Joanna Zielińska. Aleksandra Pezda: Czytelniczki zgłosiły panią do naszej akcji „Kobiety kobietom”, jak pani myśli, dlaczego? Joanna Zielińska: Może dlatego, że posiadam cechy, które pozwalają im się przy mnie czuć swobodnie i otworzyć? Zawsze tak było, jeszcze zanim otworzyłam Centrum Rozwodowe Kobieta i Rozwód we Wrocławiu. Przez lata pracy w kancelarii notarialnej i wtedy, gdy przyjmowałam skargi w radzie osiedla – kobiety przychodziły tam ze swoimi sprawami i właśnie w mój rękaw potrafiły się wypłakać i opowiedzieć, co się z nimi dzieje. A ja im pomagałam znaleźć rozwiązanie. Dlaczego akurat w sprawach rozwodowych? Rozwód to jedna z trudniejszych decyzji w życiu i trudny proces do przejścia. Zauważyłam, że dla kobiet szczególnie. Mężczyźni częściej podchodzą do sprawy zadaniowo: jest problem, szybko go rozwiązujemy i zapominamy, panie zazwyczaj reagują inaczej – wielkim stresem, niepewnością, poczuciem winy. Niejeden raz opowiadały mi o lękach, jakie im towarzyszą, kiedy wchodzą do kancelarii prawnych. To są zazwyczaj ekskluzywne wnętrza, specjalnie zresztą zaprojektowane tak, aby dało się odczuć powagę prawa i ciężar wymiaru sprawiedliwości. Proszę więc sobie wyobrazić, że wchodzi tam pani w momencie, w którym nie ma się na kim oprzeć, bo najbliższa osoba w  pani życiu – czyli mąż – stoi po drugiej stronie barykady. Może po prostu przestaliście do siebie pasować, ale może on panią zdradził? Jest pani w rozsypce, to zły moment w życiu, tymczasem...

Czytaj dalej
wychowanie dzieci
getty images

Wakacyjna wojna o dzieci: bezstresowe wychowanie kontra pruska dyscyplina. Kto ma rację?

Bezdzietni narzekają na dzieci, które wrzeszczą i biegają pod nogami. Rodzice narzekają na bezdzietnych, że oceniają, nie rozumiejąc. Co roku wakacje to wojna o dzieci w przestrzeni publicznej.
Katarzyna Olkowicz
29.01.2020

Nie będę na niego krzyczała, bo się zestresuje”, mówi matka dziecka, które swoim zachowaniem zawłaszcza przestrzeń wspólną. „Co mam zrobić, zabić go?”, rzuca rodzic zaczepnie. „Nie, nie zabić, spróbować wychować”, odpowiada profesor socjologii Jacek Kochanowski. „Bezstresowe wychowanie” w drugim pokoleniu bywa bardzo stresujące dla otoczenia. Katarzyna Olkowicz: Nowo wybrana posłanka zapowiedziała, że będzie codziennie przychodzić z dzieckiem do Sejmu na obrady. To dobry pomysł?  prof. dr hab. Jacek Kochanowski: Zwyczaj przychodzenia do pracy z dzieckiem jest coraz powszechniejszy, szczególnie na Zachodzie Europy. Kobiety, które niedawno urodziły, chcą być aktywne zawodowo, a jednocześnie nie tracić kontaktu z dzieckiem. Ja to zjawisko oceniam pozytywnie. Przecież dziecko nie zawsze płacze, nie zawsze przeszkadza.  Super. Czasem jednak dziecko bardzo przeszkadza. Kiedyś w poznańskiej restauracji rodzice pozwolili swoim dzieciom wyrzucać z talerzy jedzenie, wybrudzić stoliki, fotele i wyszli, zostawiając cały bałagan do sprzątnięcia obsłudze. Gdy właściciele wydali zakaz przychodzenia do lokalu z dziećmi poniżej szóstego roku życia – zawrzało. Część osób im przyklasnęła, część uważa, że to niedopuszczalne wykluczenie. Kto ma rację? We wszystkim trzeba zachować zdrowy rozsądek. Rodzice, którzy mają małe dzieci, nie powinni być uwięzieni w domu, zakaz wstępu do restauracji czy innych miejsc publicznych jest absurdalny. Natomiast zupełnie inną rzeczą jest sytuacja, w której, powiem to ostro, dzieci stają się świętymi krowami. Nie można krytykować ich złego zachowania, a na wszystkie uwagi pod adresem rodziców ci odpowiadają: „Przecież to jest dziecko, o co pani chodzi?”. No więc nie. Przychodząc do restauracji i...

Czytaj dalej
Cienie pary
getty images

Mężczyzna z przeszłością. Jak zbudować relację z kimś, kto właśnie się rozwiódł?

Kluczem do sukcesu jest wyciąganie wniosków. Również w miłości.
Karolina Rogalska
01.02.2020

O takiej sytuacji pisała Osiecka: kochamy, ale boimy się łatki „tej trzeciej” i tego, że skoro on już raz kogoś porzucił, to kiedyś zrobi tak samo. Jak budować nowy związek z kimś, kto właśnie przeszedł rozwód, mówią psychoterapeuci Matylda Porębska i Paweł Jezierski, autorzy warsztatów dla par. Karolina Rogalska „Uroda Życia”: Jakie są szanse na stworzenie dobrej relacji z partnerem, któremu już raz w związku nie wyszło? Paweł Jezierski: Spore. Ponad 70 proc. osób, które stworzyły nowy związek po rozwodzie, deklaruje, że jest on znacznie bardziej udany od poprzedniego. Pojawia się nowa miłość – kroplówka endorfin, która wyciąga z depresji, stagnacji, uwikłania. Poza tym w poprzedniej relacji zdobyliśmy cenne doświadczenie, już wiemy, co zadziałało, a co nie. Mamy też większą świadomość własnych potrzeb i granic. Chociaż jednocześnie tyle samo procent pytanych twierdzi, że budowanie kolejnej relacji jest jednak trudniejsze ze względu na całą masę traum, obaw i lęków, wynikających z nieudanego związku i rozstania. Jednak jeśli jest miłość, to pomimo tych wszystkich trudności ludzie są szczęśliwsi. Matylda Porębska: Pod warunkiem, że tę lekcję odrobili. Że mężczyzna, który zaczyna nowe życie, gruntownie przeanalizował, dlaczego to, co przez ostatnie lata budował, w co inwestował energię i uczucia, po jakimś czasie legło w gruzach. I oczywiście warunek podstawowy – że w ogóle wyszedł z tego związku, bo jeżeli wciąż w nim tkwi jedną nogą, a do tego podstawową, znaną dla świata relacją wciąż jest ta z oficjalną żoną, wtedy znajomość „na boku” to nie jest żaden nowy związek, tylko romans. Budowanie wspólnego życia z kimś już rozwiedzionym i budowanie z kimś, kto jeszcze nie domknął poprzedniego etapu, to dwie...

Czytaj dalej
Psychiatria dziecięca w Polsce
Pexels.com

Najmłodsza osoba, która popełniła samobójstwo w Polsce, miała sześć lat. A psychiatria dziecięca upada

„Nie winię lekarzy, a źle funkcjonujący system. To on tworzy bezdusznych pracowników”, mówi nam Janusz Schwertner, autor książki „Szramy. Jak psychosystem niszczy nasze dzieci”.
Sylwia Arlak
30.11.2020

Jak wynika z raportu Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę, Polska jest na drugim miejscu w Europie pod względem samobójstw nieletnich. W latach 2014-2016 dzieciom w naszym kraju „nie zapewniono wystarczającej opieki psychologiczno-pedagogicznej”. Problem dotyczy szczególnie mniejszych miejscowości, gdzie dostęp do psychologów i psychiatrów jest utrudniony. Dodatkowo wciąż bardzo często postrzega się korzystanie z ich pomocy jako objaw słabości lub porażki. Kto jest za to odpowiedzialny? O tym, jak wygląda psychiatria dziecięca w Polsce, rozmawiamy z Januszem Schwertnerem, dziennikarzem, autorem książki „Szramy. Jak psychosystem niszczy nasze dzieci”. Psychiatria dziecięca w Polsce Sylwia Arlak: Stare budynki z odrapaną farbą na ścianach, jedzenie gorsze niż w więzieniach, dzieci, które śpią na materacach na korytarzu, bo nie ma łóżek – opisy polskich szpitali i oddziałów psychiatrycznych dla dzieci i młodzieży są przerażające. To naprawdę Polska rzeczywistość? Janusz Schwertner: Trzeba podkreślać, że takie ośrodki są potrzebne. Że uzyskuje się tam pomoc i że są lekarze, którzy pracują, jak należy. Ale jednocześnie wiele z nich jest przeludnionych. Raport NIK-u, który ukazał się tuż przed moją książką, pokazuje wstrząsający obraz psychiatrii dziecięcej w Polsce. Jest źle, a może być jeszcze gorzej. Brakuje kadry lekarskiej. Lekarzy nie będzie przybywać, a raczej będzie ich ubywać. Co trzeci lekarz skończył 55 lat. Nie ustawiają się kolejki do pracy, a nikt ich do niej nie zachęca. Mogę przytoczyć przykład z Gdańska opisany w mojej książce. Nie ma miejsca na oddziale młodzieżowym, więc dziewczyna trafia na oddział do dorosłych. To była ich praktyka od lat. Kiedy doszło do gwałtu na tej dziewczynie, wszyscy lekarze złożyli wymówienia. I dopiero...

Czytaj dalej