Jak kochać długo i szczęśliwie? Prof. Bogdan Wojciszke: „Miłość to nie połówki jabłka, ale wspólna wyboista droga”
iStock

Jak kochać długo i szczęśliwie? Prof. Bogdan Wojciszke: „Miłość to nie połówki jabłka, ale wspólna wyboista droga”

Sylwia Niemczyk
09.10.2020

Gonimy w życiu za miłością, a jednocześnie niewiele o niej wiemy i rzadko się nad nią tak naprawdę zastanawiamy. Tymczasem tak jak rozwijamy swoje umiejętności w pracy, tak samo możemy uczyć się, jak lepiej kochać i dbać o miłość – przekonuje prof. Bogdan Wojciszke, psycholog, autor „Psychologii miłości”.

Sylwia Niemczyk: Panie profesorze, zawsze chciałam o to zapytać: skąd właściwie u pana wzięło się zainteresowanie miłością? Wrodzony romantyzm?

Prof. Bogdan Wojciszke: To było tak strasznie dawno temu, już prawie 30 lat temu, że sam dobrze nie pamiętam. Ale na pewno więcej niż mojego romantyzmu było w tym mojej przekory. W latach 90., kiedy zaczynałem swoje badania, w polskiej psychologii kompletnie nikt się miłością nie zajmował, co bardzo mnie dziwiło, bo przecież to jedna z najważniejszych spraw w życiu człowieka. Więc pomyślałem, że może ja spróbuję. Dzisiaj sytuacja jest już zupełnie inna, współcześnie miłość jest intensywnie uprawianym polem badawczym. 

I co już o niej wiemy?

Że jest nieuchwytna, różnorodna i wyjątkowo trudna do zbadania. Okazuje się, że badać ją to trochę tak, jakby badać naturę wiatru na postawie tego, co się nam udało zamknąć w słoiku. Ale dla mnie właśnie ta nieuchwytność i różnorodność miłości jest najciekawsza. 

Naprawdę nie możemy o niej powiedzieć trochę więcej? Gdyby na przykład jutro na Ziemi wylądował kosmita i zapytał: „Czym jest ta wasza miłość?”, to co by pan mu odpowiedział?

Pewnie zacząłbym od tego, że miłość to pewna nasza emocja, czyli bardzo zmienna rzecz, ale też pewien stosunek do drugiego człowieka. Który też jest zmienny: inny będzie na początku związku, inny po 20 latach bycia razem – ale już w jaki sposób będzie się zmieniał, nie umiemy powiedzieć. Jeszcze do niedawna uważaliśmy, że najmniej trwałym składnikiem miłości jest namiętność. Dzisiaj wiemy, że to nieprawda. Najnowsze badania pokazują, że tylko jeden aspekt tej namiętności szybko i bezpowrotnie spada: obsesja, czyli natrętne myśli, które na początkowym etapie zakochania nie pozwalają nam jeść, spać, pracować. Obsesja spada dosyć szybko – na szczęście, bo długo byśmy w niej nie wytrzymali! – ale inne aspekty namiętności, chociażby idealizacja partnera, przekonanie o jego atrakcyjności, pożądanie seksualne mogą długo utrzymywać się na stosunkowo wysokim poziomie. 

Ale rozgadałem się o namiętności, tymczasem wcale nie jest ona najważniejsza. Najważniejszym składnikiem miłości jest intymność, na którą składają się m.in. poczucie bliskości, przyjaźń, wzajemny szacunek. I akurat ona wcale nie musi spadać tak szybko, gdybyśmy rysowali wykres, to linia intymności może być wysoko przez dziesiątki lat, a nawet do końca życia. 

Miłość jest trudna do wyjaśnienia, ale z drugiej strony, gdy widzi pani parę kochających się ludzi, czy to będą Polacy, Amerykanie czy Chińczycy, to nie ma wątpliwości, że patrzy pani na miłość. Kiedy ją mamy przed oczami, to wiemy, że to jest to. Tylko z opisem jest problem.

Jesienny wieczór z książką? Oto pozycje na każdy nastrój. Jedną z nich szczególnie polecamy!

Jak opisywać miłość?

Może taki: dwie połówki jednej całości? 

Skoro nie umiemy opisać miłości naukowo i konkretnie, to szukamy sobie metafor, które nam ją choć trochę przybliżą. Jedną z nich będzie właśnie opowieść o dwóch połówkach jabłka, czyli: idealnie do siebie pasujemy, w niepowtarzalny sposób się dobraliśmy i uzupełniamy. To bardzo popularna metafora związku dwojga ludzi, zresztą cały czas wtłaczana nam do głów przez popkulturę. 

Ale jest też druga popularna opowieść – związek jako wspólna droga. „Teraz ja, Adam, biorę ciebie, Ewo, za żonę i od tego momentu kroczymy ramię w ramię, dopóki śmierć nas nie rozłączy”. I muszę pani powiedzieć, że mamy bardzo ciekawe badania, niedawno opublikowane, w których okazało się, że ludzie, którzy myśleli o miłości właśnie w kategorii drogi, a nie dwóch połówek jabłka, łatwiej przechodzili przez konflikty w związku. Kłótnia nie obniżała ich satysfakcji z tego, że są razem. 

Te badania pokazują bardzo wyraźnie, że nasz sposób postrzegania miłości może wpływać na to, jak ją będziemy przeżywać. Jeżeli myślimy o niej w kategorii dopełniających się połówek, to nawet mały kryzys będzie budził w nas wątpliwość: „Może wcale nie pasujemy do siebie? Może to jednak nie jest to?”. A jeśli myślimy o miłości jako o drodze, to konflikt przyjmiemy z większym spokojem. Nie będzie oznaczał końca, raczej będziemy go postrzegać tylko jako przeszkodę, którą trzeba usunąć. Albo ominąć.

Pan mówi o spokojnej drodze, a jednak często się nam wydaje, że im dramatyczniej, tym mocniejsza miłość. Tak jak śpiewała Kora: „Kocham cię, a kochanie moje to rozstania i powroty”. 

Ja się oczywiście zgadzam, że miłość fatalna, pełna dramatycznych zwrotów akcji, dobrze wypada w piosenkach. I w kinie. Ale w życiu jest miłością zupełnie niesatysfakcjonującą, bo pozbawioną intymności. Brakuje w niej wzajemnego zaufania, wzajemnego wsparcia. Niesłychanie ważnym elementem intymności jest też zasada domniemania dobrych intencji, kiedy wszystkie nasze wątpliwości rozstrzygamy na korzyść partnera. Mówię o tym, bo ludzkie zachowania są często dwuznaczne i możemy je równie dobrze interpretować na plus albo na minus. Kiedy np. partner przychodzi kilka dni z rzędu późno z pracy, to jego zachowanie może być odbierane na różne sposoby. Ale jeśli stosujemy zasadę domniemania dobrych intencji, to nie będziemy drążyć, analizować, doszukiwać się drugiego dna i wybuchać zazdrością o każdą koleżankę z pracy, tylko przyjmiemy, że skoro mówi, że siedzi w pracy, to tak właśnie jest. Takie podejście naprawdę ułatwia życie i nam, i ludziom, z którymi żyjemy. 

Chociaż inna piosenka mówi z kolei, że nie ma miłości bez zazdrości.

Ciągła podejrzliwość i zazdrość to znak, że w związku brakuje intymności – to po pierwsze. A po drugie, nasze myśli często stają się samospełniającymi się przepowiedniami. Kiedy będziemy podejrzewać naszego partnera, że kłamie, i zaczniemy go kontrolować, to prędzej czy później rzeczywiście na jakimś kłamstwie go przyłapiemy. Bo przecież każdemu z nas czasem zdarza się skłamać. Dopóki nie mamy takiego prokuratorskiego nastawienia, to nie wykrywamy drobiazgów i jesteśmy spokojni. A gdy mamy prokuratora w oczach, to sami prosimy się o kłopoty: zaczynają się awantury, ciągła niepewność, brak zaufania. 

Jeśli nasza miłość łączy się z podejrzliwością, zazdrością, poczuciem zagrożenia, to powinniśmy przyjrzeć się przede wszystkim sobie, bo takie uczucia są przejawem niskiej samooceny, wewnętrznego przekonania, że nie jestem wystarczająco dobry czy dobra dla swojego partnera i że wystarczy chwila mojej nieuwagi, a związek się skończy. 

Co możemy zrobić, gdy uświadomimy sobie, że w naszym związku jest za mało intymności?

W przeciwieństwie do namiętności, nad którą nie mamy kontroli – człowiek ją albo czuje, albo nie – intymność jest czymś, o co można i warto zadbać. Możemy np. zastanawiać się, czego potrzebuje nasz partner i mu to dawać. Możemy starać się więcej rozmawiać, próbować lepiej zrozumieć drugą stronę. Możemy szukać pomocy u psychoterapeuty. Nie jestem specjalistą od terapii małżeńskiej, nie znam się na mechanizmach, jakie podczas niej zachodzą, ale mogę powiedzieć, że według badań psychoterapia jest zdumiewająco skuteczna. Jednak warunkiem sine qua non jest to, aby oboje tak samo tej terapii chcieli, a mężczyźni zwykle nie chcą. Ten stereotyp jest akurat prawdziwy. 

Moim zdaniem niesłychanie ważną, wręcz kluczową sprawą w związku jest empatia, czyli zdolność zrozumienia cudzego punktu widzenia, wejścia w czyjeś buty. I umiejętność zwracania uwagi na to, co będzie dobre dla naszego partnera czy partnerki – co nie zawsze pokrywa się z tym, co będzie dobre dla nas. O tym, jak bardzo ważna jest empatia, wiedzą np. kobiety żyjące w związkach z narcystycznymi mężczyznami, którzy nie umieją zorientować się w emocjach kogoś innego, bo dla nich dostępne są tylko ich własne potrzeby i emocje. 

Jak żyć razem długo i szczęśliwie

W jaki sposób ludzie dobierają się w pary?

Nie wiadomo. Większość ludzi myśli o tym w kategorii upodobań: ktoś lubi wysokich, ktoś lubi blondynki – ale to tak nie działa. Prowadzone w różnych miejscach na świecie badania na bliźniętach pokazały, że bliźnięta, szczególnie jednojajowe, wszystko mają bardzo podobne. Nie tylko wygląd, ale np. mają też bardzo podobną pracę: jeśli jeden jest policjantem, to drugi też jest policjantem, a co najwyżej strażakiem, ale już nie księgowym. Jeżdżą podobnymi samochodami, podobnie spędzają wakacje, lubią to samo jeść – i jest tylko jeden wyjątek. Żony i mężowie. Wspólnota upodobań występuje przy wyborze samochodu czy pracy, ale nie wtedy, kiedy chodzi o wybór partnera. 

Możemy naukowo, bazując na charakterze człowieka, jego predyspozycjach i upodobaniach dobrać mu satysfakcjonujący zawód, natomiast nie ma żadnych badań, które by pokazywały, że można odgórnie ludzi dobrać w szczęśliwe i trwałe pary. Zwykle dobieramy się w swojej grupie społecznej, zazwyczaj pary mają podobne przekonania, wartości, wykształcenie. Ale zawsze występuje element losowości. Nikt nie jest w stanie przewidzieć, kogo konkretnie wybierzemy. 

Chyba jednak nie umiemy wybierać zbyt dobrze, skoro co trzecie małżeństwo w Polsce kończy się rozwodem. 

Trwałość małżeństw rzeczywiście znacznie osłabła, ale nie nas pierwszych to dotyka. W Stanach Zjednoczonych już od 30 lat statystyki pokazują, że co drugie zawarte małżeństwo się rozpada. Są różne przyczyny, jedną z nich jest wzrost emancypacji kobiet. Tradycyjny podział ról był oczywiście niesprawiedliwy, ale miał wielką zaletę – że każde z partnerów specjalizowało się w czymś innym. Każdy miał swoje zadania i im lepiej je wypełniał, tym oboje byli szczęśliwsi. Poza tym sukcesy partnera pozwalały się nam skąpać w jego chwale. Jeśli mąż zarabiał dużo, to żona mogła być z tego dumna. A dzisiaj wszyscy robią wszystko: kobieta ma się zajmować nie tylko domem, ale też pracą, mężczyzna nie tylko pracą, ale także domem. A jak kobieta odnosi sukces finansowy i zarabia więcej od partnera – co wcale nie jest dziś rzadkie, bo szacuje się, że już w co piątym polskim domu kobieta zarabia więcej – to jest to poważny cios w jego samoocenę. Sukcesy jednej osoby są ciosem dla tej drugiej. I to jest bardzo ciekawa rzecz: badania w Stanach pokazały, że te lepsze zarobki żony to jeden z ważnych czynników prowadzących do rozwodu. 

Z kolei ogromne badanie w Danii, w którym wzięły udział praktycznie wszystkie duńskie pary małżeńskie w wieku 25–45 lat, pokazało zależność – z pozoru dziwaczną, ale jeśli lepiej się jej przyjrzymy, to przestanie nas dziwić – że mężczyźni, których żony zarabiały więcej od nich, częściej przyjmowali leki przeciwko zaburzeniom erekcji. Z kolei kobiety, które zarabiały więcej od swoich mężów, częściej brały leki na bezsenność i zaburzenia lękowe. Czyli dla obu stron ta sytuacja była kosztowna. 

Co oczywiście nie znaczy, że dziś mamy wrócić do tradycyjnego podziału ról: on zarabia, ona zajmuje się domem, ale na pewno musimy zdać sobie sprawę z tego, że jesteśmy społecznie w nowej sytuacji, w której jeszcze nie umiemy się zbyt dobrze odnaleźć. 

Powiedział pan, że emancypacja kobiet to jedna z przyczyn pandemii rozwodów. Jakie są inne?

Moim zdaniem inna ważna przyczyna ma może niewiele wspólnego z psychologią, ale za to ma wiele wspólnego z życiem. Kiedy byłem dzieckiem, to w naszym kraju panowała taka bieda, że trudno było sobie nawet wyobrazić, by samemu, a co dopiero z dzieckiem czy dwójką dzieci, przeżyć od pierwszego do pierwszego. Dzisiaj jesteśmy już na tyle zamożnym społeczeństwem, że jesteśmy w stanie utrzymać się w pojedynkę – może nie wszyscy, ale znaczna część z nas. I skutkiem ubocznym naszej zamożności jest to, że możemy sobie pozwolić na egotyzm: na to, żeby nasze ja było dla nas zawsze na pierwszym miejscu. I na pewno są kobiety, które myślą: „Po co mi ten facet z jego skarpetkami i problemami”, a także mężczyźni, którzy myślą: „Po co mi jakaś baba z jej biustonoszami i marudzeniem”. 

Więc być może głównym powodem rozpadania się małżeństw jest to, że współcześnie one po prostu mogą się rozpaść. Że samotność stała się możliwa jako styl życia.

Naprawdę dzisiejszy dobrobyt jest zagrożeniem dla miłości?

Co prawda w Polsce nie ma przyzwoitych badań na ten temat, które by sięgały np. 50 lat do tyłu, ale w Stanach są takie badania i pokazują, że ludzie w ciągu ostatniego półwiecza zrobili się o wiele bardziej egotystyczni i narcystyczni. I jeszcze jedno: materialistyczni – na to też mamy dowody. Badano kiedyś, jaki odsetek ludzi bardziej sobie ceni sens życia niż pieniądze. Do lat 70. liczba tych, którzy bardziej cenili sens życia, była znacznie wyższa, potem linie na wykresie się skrzyżowały, a dzisiaj jest już o wiele więcej ludzi, dla których pieniądze są ważniejsze niż sens. I myślę, że my także jesteśmy społeczeństwem, w którym materializm dzisiaj niesłychanie wzrasta, właściwie na każdym kroku wyliczamy rachunek kosztów i zysków. I czasem wydaje nam się po prostu, że miłość jest dla nas niekorzystna. 

To proszę na koniec tego naszego kosmitę przekonać, że jednak jest korzystna. 

Dobry związek może nie czyni ludzi bogatszymi, ale na pewno szczęśliwymi. Czyni nasze życie sensownym. To ważne, bo poczucie sensu zmniejsza lęk przed przemijaniem. Poza tym jest wiele badań wskazujących, że bycie w dobrym, intymnym związku ma wielki wpływ na zdrowie, i nie mam tu na myśli wyłącznie zdrowia psychicznego, ale też funkcjonowanie czysto fizjologiczne. Ludzie, którzy są w dobrych, intymnych, opartych na zaufaniu związkach, dłużej żyją. I co więcej, żyją lepiej.

Prof. Bogdan Wojciszke – członek Polskiej Akademii Nauk, autorytet w dziedzinie psychologii. Wykładowca akademicki, pracuje w SWPS. Autor i współautor wielu książek, m.in. „Psychologia miłości”.

***

Rozmowa z prof. Bogdanem Wojciszke ukazała się w „Urodzie Życia” 6/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
miller pierwsza
Adobe Stock

Katarzyna Miller o nieudanych związkach: „Wpadamy w miłość jak śliwka w kompot”

Jakie cechy ma nasz facet? Możemy się tego dowiedzieć już na pierwszej randce. Tylko trzeba umieć słuchać – mówią psycholożka Katarzyna Miller i coach Suzan Giżyńska w nowej książce „Mam faceta i mam...problem”.
Katarzyna Miller, Suzan Giżyńska
16.06.2020

Jedna z najpopularniejszych polskich psychoterapeutek, Katarzyna Miller wraca w nowej książce „Mam faceta i mam… problem” (wyd. Rebis) do tematu miłości i relacji z mężczyznami. W książkowym dialogu z coachynią Suzan Giżyńską, z którą wydała już wcześniej „Instrukcję obsługi faceta”, biorą pod lupę nieudane związki, zawody i rozczarowania miłosne. Dlaczego? Bo, jak tłumaczy Suzan Giżyńska: „Miłość to zawsze lekcja. Życzę Wam, żeby była lekka”. Autorki książki „Mam faceta i mam… problem” wysłuchały kilkudziesięciu kobiecych historii (ich fragmenty rozpoczynają każdy rozdział książki). Uderzyło je jak bardzo – mimo  różnic – są typowe. Na początku pojawia się euforia („Gdyby sobie wyobrazić połączenie Boga z Hugh Grantem, to on tak właśnie wyglądał” – opowiada o swoim byłym partnerze jedna z bohaterek), a następnie – przygniata proza życia. Czujemy rozczarowanie, nie umiemy poczuć spełnienia, romantyczne porozumienie dusz zmienia się w ciągłą wojnę. Takich historii jest wiele: często dramatycznie smutnych: „Pewnego dnia, gdy wracałam z siłowni, zobaczyłam przez okno kawiarni mojego faceta”, opowiada jedna z bohaterek. „Siedział z młodą kobietą, trzymał ją za rękę i patrzyli sobie w oczy. Wstrząsnęło to mną. Stanęłam przy ich stoliku. Ta kobieta popatrzyła na mnie i zwróciła się do niego: >>Ona rzeczywiście cię śledzi, Boże, miałeś rację<<. Zignorowałam jej słowa i powiedziałam mu, żeby zabrał z mojego domu wszystkie rzeczy. Serce mi się kroiło, ale byłam z siebie dumna, że zdobyłam się na taką odwagę. Adam nic nie odpowiedział, a ja pobiegłam do domu z płaczem”. Katarzyna Miller tłumaczy: „Cudnie jest przeżywać udaną, wzajemną miłość...

Czytaj dalej
Katarzyna Miller o miłości
Błażej Heldwein

Katarzyna Miller: „Romantyczna miłość jest tylko na chwilę, jeśli w nią wierzycie, przegracie”

– Im dłużej pracuję z kobietami, tym wyraźniej zauważam, że istnieje taka reguła: najpierw bardzo chcemy mieć faceta, a potem, jak już go mamy, to mamy z nimi same problemy – mówi psychoterapeutka, Katarzyna Miller. 
Sylwia Niemczyk
03.09.2020

Jest w Polsce dużo typów domów, z których dziewczyna wychodzi stęskniona bliskości i miłości – mówi Katarzyna Miller, psychoterapeutka, prowadząca grupy terapeutyczne dla kobiet. – I co ona robi? Marzy. Wymyśla, że gdy już założy rodzinę, to jej dom będzie zupełnie inny. Że ona będzie inna niż mama, a jej partner będzie inny niż jej ojciec: będzie mnie rozumiał, kochał, wiedział, co mi jest potrzebne.  Takie marzenia, zdaniem Katarzyny Miller, mogą być bardzo niebezpieczne, bo prowadzą do idealizacji zarówno partnera, jak i samej wizji związku. I nawet jeśli sam początek relacji jest taki, jak w marzeniach, to jednak kolejne lata przynoszą rozczarowanie. – Zawsze powtarzam: dziewczyny, romantyczna miłość jest na troszkę, na krótko. A wy marzycie o niej na całe życie. Jeśli wyobrażacie sobie, że tak będzie wyglądało całe życie, to zawsze przegracie – podkreśla Katarzyna Miller.  Katarzyna Miller: „Niedokochane kobiety są ofiarami psychopatów” – Najgorsze jest to, kiedy dziewczyna miała tatusia tyrana, agresywnego alkoholika i matkę-ofiarę, bo takie kobiety są często w dorosłym życiu wybierane przez facetów, którzy świetnie czują, jaka ona jest, czyli przez licznych psychopatów lub przez wygodnych panów, którzy dopiero w takim związku stają się psychopatyczni, bo mogą. To jest strasznie nieszczęśliwy temat – mówi Katarzyna Miller.  Psychoterapeutka zwraca też uwagę na to, że niedokochane w dzieciństwie kobiety są pozbawione wewnętrznego poczucia własnej wartości:  – Ona by chciała, aby jej ból, jej tęsknota, jej niepewność siebie, brak wiary w samą siebie były wyrównywane przez partnera. Żeby on jej cały czas dawał zachwyt, żeby był tatusiem, mamusią, księdzem,...

Czytaj dalej
Frida Kahlo i Diego Rivera
Getty Images

Frida Kahlo i Diego Rivera. Jej matka mówiła o nich, że to „związek słonia z gołębicą”

Frida nazywała Diego ropuchem, czasem wieprzem, ale nie mogła bez niego żyć. Choć lubiła też powtarzać o nim jeszcze jedno: „Najlepszy przyjaciel, najgorszy mąż”.
Agata Tuszyńska
22.09.2020

Dziś twarz Fridy kahlo spogląda na nas z okładek czasopism, nadruków na koszulkach, kubków i bibelotów. Domy mody stylizują swoje kolekcje na podobieństwo jej strojów i fryzur. Jej obrazy na aukcjach kosztują miliony. Największe muzea zabiegają, żeby mieć je w swoich zbiorach. Film z Salmą Hayek w roli Fridy przyciągał tłumy. Ale trzeba było pół wieku, żeby świat zainteresował się nią na serio. Nie jako ciekawostką i żoną „wielkiego Diego”.  Zachowało się blisko 150 obrazów Fridy Kahlo. Pewnie niewiele więcej namalowała. Nad każdym pracowała miesiącami, poprawiała, przemalowywała. Każdy z nich rozpoznawalny jest na pierwszy rzut oka. Taki rys niepowtarzalności w sztuce nie ma ceny.  A o wszystkim zdecydował tragiczny przypadek. Autobus, w którym jechała 18-letnia Frida w swoim rodzinnym Mexico City, zderzył się z tramwajem. Miała złamany kręgosłup, miednicę, żebra, obojczyki prawą nogę – jedenastokrotnie! Stalowa poręcz przebiła jej podbrzusze i macicę, naznaczając okrutnym piętnem jej ledwie rozbudzoną kobiecość. Świadkowie opowiadali, że pokaleczona, zakrwawiona Frida leżała na ulicy pokryta złotym pyłem (jeden z pasażerów wiózł proszek złotniczy). To scena symboliczna dla całego jej życia: złoty pył przykrywał największe w nim dramaty. Frida Kahlo i Diego Rivera – dzieliło ich prawie wszystko Wielokrotnie składana i kaleczona skalpelami lekarzy trzy miesiące przeleżała w gipsowej skorupie. Widziała przed sobą głównie swoje stopy. I to był temat jej pierwszego obrazu. Jednocześnie uczyła się i chodzić, i malować. Miała szczęście, że spotkała malarza, który nie wybił jej tych niewprawnych prób z głowy. I miała nieszczęście, że był nim Diego Rivera. Dzieliło ich właściwie wszystko – wiek (miał 21 lat, kiedy się...

Czytaj dalej
Pexels.com

Związek z narcyzem zostawia rany – zobacz, co to zespół stresu ponarcystycznego

Broń się albo uciekaj. Szkodliwe działania narcyza mogą odbijać się na naszym zdrowiu jeszcze długo po zakończonej relacji.
Sylwia Arlak
01.10.2020

Życie z narcyzem łatwo może przerodzić się w codzienny koszmar. Kontroluje ofiarę, wmawia jej, że to ona jest winna, że do niczego się nie nadaje i że ma tylko jego. Zrobi wszystko, żeby osiągnąć swój cel. Nic dziwnego, że tak często znajomość z nim kończy się PNSD (Post Narcissist Stress Disorder), czyli zespołem stresu ponarcystycznego. Co to jest zespół stresu narcystycznego? Związek z osobą narcystyczną nie jest obojętny dla psychiki drugiej osoby. O PNSD mówimy, gdy już po rozstaniu, czujesz się bezradna, masz napady złości, lęku, a nawet możesz cierpieć na depresję. Obolała po związku z narcyzem kobieta ma duże problemy z poczuciem własnej wartości, przez co może unikać innych ludzi, może mieć problemy z zasypianiem. Staje się nieufna i może mieć duże problemy ze znalezieniem nowego partnera. Po zakończeniu związku może być jej bardzo trudno wrócić do normalnego życia. Kiedy poczuje na ulicy zapach perfum byłego partnera, albo usłyszy w radio jego ulubioną piosenkę, może natychmiast wrócić do trudnych wspomnień. Przez długi czas może nie być w stanie myśleć o niczym innym. Może też podświadomie unikać miejsc, ludzi i rzeczy związanych z narcyzem, a nawet emocji. I wreszcie — może czuć się winny, że jego związek się skończył. Podobny stres odczuwają np. ofiary wypadków bądź innych traumatycznych wydarzeń. Czytaj też:  Związek z narcyzem jest jak tango: namiętny, ale wyczerpuje siły Czy da się żyć z narcyzem? Jeśli nie potrafisz opuścić narcyza, naucz się z nim żyć. Przede wszystkim poczytaj o jego zachowaniach i mechanizmach działania. Dowiedz się więcej o cyklu przemocy narcystycznej, który obejmuje cztery fazy: poczucie zagrożenia, znęcanie się nad innymi, stawanie się ofiarą i poczucie wzmocnienia. Tylko w ten sposób zyskasz spokój. Będziesz...

Czytaj dalej