Jak kochać długo i szczęśliwie? Prof. Bogdan Wojciszke: „Miłość to nie połówki jabłka, ale wspólna wyboista droga”
iStock

Jak kochać długo i szczęśliwie? Prof. Bogdan Wojciszke: „Miłość to nie połówki jabłka, ale wspólna wyboista droga”

Sylwia Niemczyk
09.10.2020

Gonimy w życiu za miłością, a jednocześnie niewiele o niej wiemy i rzadko się nad nią tak naprawdę zastanawiamy. Tymczasem tak jak rozwijamy swoje umiejętności w pracy, tak samo możemy uczyć się, jak lepiej kochać i dbać o miłość – przekonuje prof. Bogdan Wojciszke, psycholog, autor „Psychologii miłości”.

Sylwia Niemczyk: Panie profesorze, zawsze chciałam o to zapytać: skąd właściwie u pana wzięło się zainteresowanie miłością? Wrodzony romantyzm?

Prof. Bogdan Wojciszke: To było tak strasznie dawno temu, już prawie 30 lat temu, że sam dobrze nie pamiętam. Ale na pewno więcej niż mojego romantyzmu było w tym mojej przekory. W latach 90., kiedy zaczynałem swoje badania, w polskiej psychologii kompletnie nikt się miłością nie zajmował, co bardzo mnie dziwiło, bo przecież to jedna z najważniejszych spraw w życiu człowieka. Więc pomyślałem, że może ja spróbuję. Dzisiaj sytuacja jest już zupełnie inna, współcześnie miłość jest intensywnie uprawianym polem badawczym. 

I co już o niej wiemy?

Że jest nieuchwytna, różnorodna i wyjątkowo trudna do zbadania. Okazuje się, że badać ją to trochę tak, jakby badać naturę wiatru na postawie tego, co się nam udało zamknąć w słoiku. Ale dla mnie właśnie ta nieuchwytność i różnorodność miłości jest najciekawsza. 

Naprawdę nie możemy o niej powiedzieć trochę więcej? Gdyby na przykład jutro na Ziemi wylądował kosmita i zapytał: „Czym jest ta wasza miłość?”, to co by pan mu odpowiedział?

Pewnie zacząłbym od tego, że miłość to pewna nasza emocja, czyli bardzo zmienna rzecz, ale też pewien stosunek do drugiego człowieka. Który też jest zmienny: inny będzie na początku związku, inny po 20 latach bycia razem – ale już w jaki sposób będzie się zmieniał, nie umiemy powiedzieć. Jeszcze do niedawna uważaliśmy, że najmniej trwałym składnikiem miłości jest namiętność. Dzisiaj wiemy, że to nieprawda. Najnowsze badania pokazują, że tylko jeden aspekt tej namiętności szybko i bezpowrotnie spada: obsesja, czyli natrętne myśli, które na początkowym etapie zakochania nie pozwalają nam jeść, spać, pracować. Obsesja spada dosyć szybko – na szczęście, bo długo byśmy w niej nie wytrzymali! – ale inne aspekty namiętności, chociażby idealizacja partnera, przekonanie o jego atrakcyjności, pożądanie seksualne mogą długo utrzymywać się na stosunkowo wysokim poziomie. 

Ale rozgadałem się o namiętności, tymczasem wcale nie jest ona najważniejsza. Najważniejszym składnikiem miłości jest intymność, na którą składają się m.in. poczucie bliskości, przyjaźń, wzajemny szacunek. I akurat ona wcale nie musi spadać tak szybko, gdybyśmy rysowali wykres, to linia intymności może być wysoko przez dziesiątki lat, a nawet do końca życia. 

Miłość jest trudna do wyjaśnienia, ale z drugiej strony, gdy widzi pani parę kochających się ludzi, czy to będą Polacy, Amerykanie czy Chińczycy, to nie ma wątpliwości, że patrzy pani na miłość. Kiedy ją mamy przed oczami, to wiemy, że to jest to. Tylko z opisem jest problem.

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

Jak opisywać miłość?

Może taki: dwie połówki jednej całości? 

Skoro nie umiemy opisać miłości naukowo i konkretnie, to szukamy sobie metafor, które nam ją choć trochę przybliżą. Jedną z nich będzie właśnie opowieść o dwóch połówkach jabłka, czyli: idealnie do siebie pasujemy, w niepowtarzalny sposób się dobraliśmy i uzupełniamy. To bardzo popularna metafora związku dwojga ludzi, zresztą cały czas wtłaczana nam do głów przez popkulturę. 

Ale jest też druga popularna opowieść – związek jako wspólna droga. „Teraz ja, Adam, biorę ciebie, Ewo, za żonę i od tego momentu kroczymy ramię w ramię, dopóki śmierć nas nie rozłączy”. I muszę pani powiedzieć, że mamy bardzo ciekawe badania, niedawno opublikowane, w których okazało się, że ludzie, którzy myśleli o miłości właśnie w kategorii drogi, a nie dwóch połówek jabłka, łatwiej przechodzili przez konflikty w związku. Kłótnia nie obniżała ich satysfakcji z tego, że są razem. 

Te badania pokazują bardzo wyraźnie, że nasz sposób postrzegania miłości może wpływać na to, jak ją będziemy przeżywać. Jeżeli myślimy o niej w kategorii dopełniających się połówek, to nawet mały kryzys będzie budził w nas wątpliwość: „Może wcale nie pasujemy do siebie? Może to jednak nie jest to?”. A jeśli myślimy o miłości jako o drodze, to konflikt przyjmiemy z większym spokojem. Nie będzie oznaczał końca, raczej będziemy go postrzegać tylko jako przeszkodę, którą trzeba usunąć. Albo ominąć.

Pan mówi o spokojnej drodze, a jednak często się nam wydaje, że im dramatyczniej, tym mocniejsza miłość. Tak jak śpiewała Kora: „Kocham cię, a kochanie moje to rozstania i powroty”. 

Ja się oczywiście zgadzam, że miłość fatalna, pełna dramatycznych zwrotów akcji, dobrze wypada w piosenkach. I w kinie. Ale w życiu jest miłością zupełnie niesatysfakcjonującą, bo pozbawioną intymności. Brakuje w niej wzajemnego zaufania, wzajemnego wsparcia. Niesłychanie ważnym elementem intymności jest też zasada domniemania dobrych intencji, kiedy wszystkie nasze wątpliwości rozstrzygamy na korzyść partnera. Mówię o tym, bo ludzkie zachowania są często dwuznaczne i możemy je równie dobrze interpretować na plus albo na minus. Kiedy np. partner przychodzi kilka dni z rzędu późno z pracy, to jego zachowanie może być odbierane na różne sposoby. Ale jeśli stosujemy zasadę domniemania dobrych intencji, to nie będziemy drążyć, analizować, doszukiwać się drugiego dna i wybuchać zazdrością o każdą koleżankę z pracy, tylko przyjmiemy, że skoro mówi, że siedzi w pracy, to tak właśnie jest. Takie podejście naprawdę ułatwia życie i nam, i ludziom, z którymi żyjemy. 

Chociaż inna piosenka mówi z kolei, że nie ma miłości bez zazdrości.

Ciągła podejrzliwość i zazdrość to znak, że w związku brakuje intymności – to po pierwsze. A po drugie, nasze myśli często stają się samospełniającymi się przepowiedniami. Kiedy będziemy podejrzewać naszego partnera, że kłamie, i zaczniemy go kontrolować, to prędzej czy później rzeczywiście na jakimś kłamstwie go przyłapiemy. Bo przecież każdemu z nas czasem zdarza się skłamać. Dopóki nie mamy takiego prokuratorskiego nastawienia, to nie wykrywamy drobiazgów i jesteśmy spokojni. A gdy mamy prokuratora w oczach, to sami prosimy się o kłopoty: zaczynają się awantury, ciągła niepewność, brak zaufania. 

Jeśli nasza miłość łączy się z podejrzliwością, zazdrością, poczuciem zagrożenia, to powinniśmy przyjrzeć się przede wszystkim sobie, bo takie uczucia są przejawem niskiej samooceny, wewnętrznego przekonania, że nie jestem wystarczająco dobry czy dobra dla swojego partnera i że wystarczy chwila mojej nieuwagi, a związek się skończy. 

Co możemy zrobić, gdy uświadomimy sobie, że w naszym związku jest za mało intymności?

W przeciwieństwie do namiętności, nad którą nie mamy kontroli – człowiek ją albo czuje, albo nie – intymność jest czymś, o co można i warto zadbać. Możemy np. zastanawiać się, czego potrzebuje nasz partner i mu to dawać. Możemy starać się więcej rozmawiać, próbować lepiej zrozumieć drugą stronę. Możemy szukać pomocy u psychoterapeuty. Nie jestem specjalistą od terapii małżeńskiej, nie znam się na mechanizmach, jakie podczas niej zachodzą, ale mogę powiedzieć, że według badań psychoterapia jest zdumiewająco skuteczna. Jednak warunkiem sine qua non jest to, aby oboje tak samo tej terapii chcieli, a mężczyźni zwykle nie chcą. Ten stereotyp jest akurat prawdziwy. 

Moim zdaniem niesłychanie ważną, wręcz kluczową sprawą w związku jest empatia, czyli zdolność zrozumienia cudzego punktu widzenia, wejścia w czyjeś buty. I umiejętność zwracania uwagi na to, co będzie dobre dla naszego partnera czy partnerki – co nie zawsze pokrywa się z tym, co będzie dobre dla nas. O tym, jak bardzo ważna jest empatia, wiedzą np. kobiety żyjące w związkach z narcystycznymi mężczyznami, którzy nie umieją zorientować się w emocjach kogoś innego, bo dla nich dostępne są tylko ich własne potrzeby i emocje. 

Jak żyć razem długo i szczęśliwie

W jaki sposób ludzie dobierają się w pary?

Nie wiadomo. Większość ludzi myśli o tym w kategorii upodobań: ktoś lubi wysokich, ktoś lubi blondynki – ale to tak nie działa. Prowadzone w różnych miejscach na świecie badania na bliźniętach pokazały, że bliźnięta, szczególnie jednojajowe, wszystko mają bardzo podobne. Nie tylko wygląd, ale np. mają też bardzo podobną pracę: jeśli jeden jest policjantem, to drugi też jest policjantem, a co najwyżej strażakiem, ale już nie księgowym. Jeżdżą podobnymi samochodami, podobnie spędzają wakacje, lubią to samo jeść – i jest tylko jeden wyjątek. Żony i mężowie. Wspólnota upodobań występuje przy wyborze samochodu czy pracy, ale nie wtedy, kiedy chodzi o wybór partnera. 

Możemy naukowo, bazując na charakterze człowieka, jego predyspozycjach i upodobaniach dobrać mu satysfakcjonujący zawód, natomiast nie ma żadnych badań, które by pokazywały, że można odgórnie ludzi dobrać w szczęśliwe i trwałe pary. Zwykle dobieramy się w swojej grupie społecznej, zazwyczaj pary mają podobne przekonania, wartości, wykształcenie. Ale zawsze występuje element losowości. Nikt nie jest w stanie przewidzieć, kogo konkretnie wybierzemy. 

Chyba jednak nie umiemy wybierać zbyt dobrze, skoro co trzecie małżeństwo w Polsce kończy się rozwodem. 

Trwałość małżeństw rzeczywiście znacznie osłabła, ale nie nas pierwszych to dotyka. W Stanach Zjednoczonych już od 30 lat statystyki pokazują, że co drugie zawarte małżeństwo się rozpada. Są różne przyczyny, jedną z nich jest wzrost emancypacji kobiet. Tradycyjny podział ról był oczywiście niesprawiedliwy, ale miał wielką zaletę – że każde z partnerów specjalizowało się w czymś innym. Każdy miał swoje zadania i im lepiej je wypełniał, tym oboje byli szczęśliwsi. Poza tym sukcesy partnera pozwalały się nam skąpać w jego chwale. Jeśli mąż zarabiał dużo, to żona mogła być z tego dumna. A dzisiaj wszyscy robią wszystko: kobieta ma się zajmować nie tylko domem, ale też pracą, mężczyzna nie tylko pracą, ale także domem. A jak kobieta odnosi sukces finansowy i zarabia więcej od partnera – co wcale nie jest dziś rzadkie, bo szacuje się, że już w co piątym polskim domu kobieta zarabia więcej – to jest to poważny cios w jego samoocenę. Sukcesy jednej osoby są ciosem dla tej drugiej. I to jest bardzo ciekawa rzecz: badania w Stanach pokazały, że te lepsze zarobki żony to jeden z ważnych czynników prowadzących do rozwodu. 

Z kolei ogromne badanie w Danii, w którym wzięły udział praktycznie wszystkie duńskie pary małżeńskie w wieku 25–45 lat, pokazało zależność – z pozoru dziwaczną, ale jeśli lepiej się jej przyjrzymy, to przestanie nas dziwić – że mężczyźni, których żony zarabiały więcej od nich, częściej przyjmowali leki przeciwko zaburzeniom erekcji. Z kolei kobiety, które zarabiały więcej od swoich mężów, częściej brały leki na bezsenność i zaburzenia lękowe. Czyli dla obu stron ta sytuacja była kosztowna. 

Co oczywiście nie znaczy, że dziś mamy wrócić do tradycyjnego podziału ról: on zarabia, ona zajmuje się domem, ale na pewno musimy zdać sobie sprawę z tego, że jesteśmy społecznie w nowej sytuacji, w której jeszcze nie umiemy się zbyt dobrze odnaleźć. 

Powiedział pan, że emancypacja kobiet to jedna z przyczyn pandemii rozwodów. Jakie są inne?

Moim zdaniem inna ważna przyczyna ma może niewiele wspólnego z psychologią, ale za to ma wiele wspólnego z życiem. Kiedy byłem dzieckiem, to w naszym kraju panowała taka bieda, że trudno było sobie nawet wyobrazić, by samemu, a co dopiero z dzieckiem czy dwójką dzieci, przeżyć od pierwszego do pierwszego. Dzisiaj jesteśmy już na tyle zamożnym społeczeństwem, że jesteśmy w stanie utrzymać się w pojedynkę – może nie wszyscy, ale znaczna część z nas. I skutkiem ubocznym naszej zamożności jest to, że możemy sobie pozwolić na egotyzm: na to, żeby nasze ja było dla nas zawsze na pierwszym miejscu. I na pewno są kobiety, które myślą: „Po co mi ten facet z jego skarpetkami i problemami”, a także mężczyźni, którzy myślą: „Po co mi jakaś baba z jej biustonoszami i marudzeniem”. 

Więc być może głównym powodem rozpadania się małżeństw jest to, że współcześnie one po prostu mogą się rozpaść. Że samotność stała się możliwa jako styl życia.

Naprawdę dzisiejszy dobrobyt jest zagrożeniem dla miłości?

Co prawda w Polsce nie ma przyzwoitych badań na ten temat, które by sięgały np. 50 lat do tyłu, ale w Stanach są takie badania i pokazują, że ludzie w ciągu ostatniego półwiecza zrobili się o wiele bardziej egotystyczni i narcystyczni. I jeszcze jedno: materialistyczni – na to też mamy dowody. Badano kiedyś, jaki odsetek ludzi bardziej sobie ceni sens życia niż pieniądze. Do lat 70. liczba tych, którzy bardziej cenili sens życia, była znacznie wyższa, potem linie na wykresie się skrzyżowały, a dzisiaj jest już o wiele więcej ludzi, dla których pieniądze są ważniejsze niż sens. I myślę, że my także jesteśmy społeczeństwem, w którym materializm dzisiaj niesłychanie wzrasta, właściwie na każdym kroku wyliczamy rachunek kosztów i zysków. I czasem wydaje nam się po prostu, że miłość jest dla nas niekorzystna. 

To proszę na koniec tego naszego kosmitę przekonać, że jednak jest korzystna. 

Dobry związek może nie czyni ludzi bogatszymi, ale na pewno szczęśliwymi. Czyni nasze życie sensownym. To ważne, bo poczucie sensu zmniejsza lęk przed przemijaniem. Poza tym jest wiele badań wskazujących, że bycie w dobrym, intymnym związku ma wielki wpływ na zdrowie, i nie mam tu na myśli wyłącznie zdrowia psychicznego, ale też funkcjonowanie czysto fizjologiczne. Ludzie, którzy są w dobrych, intymnych, opartych na zaufaniu związkach, dłużej żyją. I co więcej, żyją lepiej.

Prof. Bogdan Wojciszke – członek Polskiej Akademii Nauk, autorytet w dziedzinie psychologii. Wykładowca akademicki, pracuje w SWPS. Autor i współautor wielu książek, m.in. „Psychologia miłości”.

***

Rozmowa z prof. Bogdanem Wojciszke ukazała się w „Urodzie Życia” 6/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Katarzyna Miller o miłości
Błażej Heldwein

Katarzyna Miller: „Romantyczna miłość jest tylko na chwilę, jeśli w nią wierzycie, przegracie”

– Im dłużej pracuję z kobietami, tym wyraźniej zauważam, że istnieje taka reguła: najpierw bardzo chcemy mieć faceta, a potem, jak już go mamy, to mamy z nimi same problemy – mówi psychoterapeutka, Katarzyna Miller. 
Sylwia Niemczyk
03.09.2020

Jest w Polsce dużo typów domów, z których dziewczyna wychodzi stęskniona bliskości i miłości – mówi Katarzyna Miller, psychoterapeutka, prowadząca grupy terapeutyczne dla kobiet. – I co ona robi? Marzy. Wymyśla, że gdy już założy rodzinę, to jej dom będzie zupełnie inny. Że ona będzie inna niż mama, a jej partner będzie inny niż jej ojciec: będzie mnie rozumiał, kochał, wiedział, co mi jest potrzebne.  Takie marzenia, zdaniem Katarzyny Miller, mogą być bardzo niebezpieczne, bo prowadzą do idealizacji zarówno partnera, jak i samej wizji związku. I nawet jeśli sam początek relacji jest taki, jak w marzeniach, to jednak kolejne lata przynoszą rozczarowanie. – Zawsze powtarzam: dziewczyny, romantyczna miłość jest na troszkę, na krótko. A wy marzycie o niej na całe życie. Jeśli wyobrażacie sobie, że tak będzie wyglądało całe życie, to zawsze przegracie – podkreśla Katarzyna Miller.  Katarzyna Miller: „Niedokochane kobiety są ofiarami psychopatów” – Najgorsze jest to, kiedy dziewczyna miała tatusia tyrana, agresywnego alkoholika i matkę-ofiarę, bo takie kobiety są często w dorosłym życiu wybierane przez facetów, którzy świetnie czują, jaka ona jest, czyli przez licznych psychopatów lub przez wygodnych panów, którzy dopiero w takim związku stają się psychopatyczni, bo mogą. To jest strasznie nieszczęśliwy temat – mówi Katarzyna Miller.  Psychoterapeutka zwraca też uwagę na to, że niedokochane w dzieciństwie kobiety są pozbawione wewnętrznego poczucia własnej wartości:  – Ona by chciała, aby jej ból, jej tęsknota, jej niepewność siebie, brak wiary w samą siebie były wyrównywane przez partnera. Żeby on jej cały czas dawał zachwyt, żeby był tatusiem, mamusią, księdzem,...

Czytaj dalej
PODŚWIADOMOŚĆ: CO TO JEST I KIEDY DOCHODZI DO GŁOSU?
Adobe Stock

Pożądanie, namiętność, intymność: z czego składa się miłość w związku?

Jaka jest miłość? Co powoduje, że obdarzamy nią drugą osobę z wzajemnością? Dlaczego jeden związek dodaje energii i uskrzydla, gdy drugi jest toksyczny i niszczy partnerów od środka? W 1986 roku powstała trójczynnikowa koncepcja miłości, która wyjaśnia te kwestie.
Karolina Morelowska-Siluk
19.10.2020

Amerykański psycholog, Robert Sternberg, jest twórcą najpopularniejszej teorii miłości – trójczynnikowej Teorii Miłości. Wedle tej koncepcji miłość należy rozumieć jako połączenie trzech elementów: namiętności, intymności i zaangażowania.  Intymność  Intymność oznacza pozytywne uczucia, a co za ty, idzie, zachowania. Składają się na nie między innymi: pragnienie troski o dobro partnera, przeżywanie szczęścia w jego obecności, wzajemne zrozumienie, dzielenie się z partnerem swoimi przeżyciami oraz dobrami materialnymi, dawanie i otrzymywanie wsparcia oraz docenianie roli partnera we własnym życiu. Dynamika tego czynnika miłości jest według Sternberga bardzo łagodna, to znaczy rośnie powoli oraz powoli opada, a wynika to przede wszystkim z umiejętności komunikowania partnerów, wzajemnego zrozumienia i chęci udzielania sobie wsparcia oraz pomocy. Ten rodzaj umiejętności wykształca się z czasem i wzajemnym poznawaniem się partnerów. Jednak intymność w związku ma także neurohormonalne źródło. Dowodem na to  jest wzajemne wyzwalanie u siebie endorfin, towarzyszących poczuciu bezpieczeństwa, czy oksytocyny, której poziom przekłada się na poczucie zaufania i więzi. Nie bez znaczenia dla tego czynnika miłości jest jeszcze coś – doświadczenia emocjonalne, szczególnie te pochodzące z okresu wczesnego dzieciństwa. Ten etap odgrywa bowiem znaczącą rolę w emocjonalno-seksualnym rozwoju człowieka. Namiętność Według Sternberga namiętność jest efektem motywacyjnego zaangażowania w relację. Takiemu zaangażowaniu towarzyszy pragnienie połączenia z partnerem. Wyraża się ono przez silne emocje, pobudzenie fizjologiczne, pragnienie bliskości fizycznej, a także uczucie podniecenia. Potrzeba seksualna jest istotnym elementem tej składowej miłości, jednak nie jest z nią tożsama – to...

Czytaj dalej
zdrady
Fot. Getty Images

Zdrada w związku ma więcej przyczyn, niż myślimy. Dlaczego szczęśliwe kobiety zdradzają?

Mamy poukładane życie i nawet do głowy nam nie przyjdzie, że mogłybyśmy porzucić męża, dzieci, dom. Dlaczego więc zdradzamy? Czego szukamy poza związkiem?
Karolina Rogalska
03.07.2020

Udana rodzina, wspaniałe dzieci, dobra praca i mąż, który jest partnerem i przyjacielem. Kochamy się, rozumiemy i chcemy się razem zestarzeć. Pozornie jest świetnie, ale czasem dopada nas poczucie, że prawdziwe życie jest gdzie indziej. A seks stał się kolejną pozycją na liście domowych obowiązków Do tego zdarzyło nam się fantazjować o koledze z pracy albo seksownym sąsiedzie z trzeciego piętra.  Zanim dopadną nas  wyrzuty sumienia i poczucie winy albo – przeciwnie – postanowimy zaryzykować życiową stabilizację, poświęćmy kwadrans na przeanalizowanie, o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi. Zdrady dopuszcza się nawet co piąta kobieta! Na początek trochę statystyk. Badania pokazują, że zdrady dopuszcza się ok. 20 proc. kobiet, a prawie każda przyznaje, że zdarzyło jej się fantazjować na temat seksu z kimś innym niż stały partner. Odsetek zdrad rośnie wraz z wiekiem, by znowu opaść do poziomu 4 proc. u kobiet przed sześćdziesiątką. Naukowcy uważają, że te dane są mocno niedoszacowane, bo zdrada kobiet to wciąż w naszej kulturze temat tabu. „Relacjonując liczbę kontaktów seksualnych, kobiety i mężczyźni kłamią, tylko w przeciwnych kierunkach – pisze prof. Bogdan Wojciszke, autor książki „Psychologia miłości”. – „Stereotyp kobiecości zawiera na ogół oczekiwanie powściągliwości seksualnej, a reputacja osoby powściągliwej jest dla kobiety społecznie korzystna”. Jeżeli do każdego aktu seksualnego potrzeba jednego mężczyzny i jednej kobiety, to liczba aktów męskich i żeńskich powinna być zbliżona. To prosta arytmetyka”. Skalę zjawiska pokazuje choćby rosnąca popularność portali randkowych przeznaczonych dla osób będących w stałych związkach. „Życie jest krótkie, pozwól sobie na romans” brzmi hasło reklamowe jednego z...

Czytaj dalej
kryzys w małżeństwie
IStock

Jest jedna rzecz, od której zależy, czy twój związek przetrwa! I nie jest to zgodność charakterów

Nie trać czasu na quizy osobowości i testy zgodności horoskopów. Według nowego, przełomowego badania sekret szczęśliwego związku jest znacznie łatwiejszy.
Sylwia Arlak
06.08.2020

Zastanawiasz się, co zrobić, aby twój związek przetrwał długo i szczęśliwie, w zdrowiu i chorobie, póki nie śmierć was nie rozłączy? Mamy dla ciebie dwie wiadomości i zaczniemy od tej złej. Naukowcy – choć badają temat od kilkudziesięciu lat – nadal nie znają przepisu na szczęśliwe małżeństwo albo partnerski związek.  – Większość ludzi myśli o dobieraniu się w pary w kategorii upodobań: ktoś lubi wysokich, ktoś lubi blondynki itd. Ale to tak nie działa – mówi prof. Bogdan Wojciszke, autorytet w dziedzinie psychologii miłości. – Prowadzone w różnych miejscach na świecie badania na bliźniętach pokazały, że bliźnięta, szczególnie jednojajowe, wszystko mają bardzo podobne: nie tylko wygląd, ale np. mają też bardzo podobną pracę. Jeśli jeden jest policjantem, to drugi też jest policjantem, a co najwyżej strażakiem, ale już nie księgowym. Jeżdżą podobnymi samochodami, podobnie spędzają wakacje, lubią to samo jeść – i jest tylko jeden wyjątek. Żony i mężowie. Profesor Wojciszke wyjaśnia, że nie ma do tej pory żadnego wiarygodnego wzoru, dzięki któremu moglibyśmy, opierając się na nauce, dobierać ludzi w pary.  – Możemy naukowo, bazując na charakterze człowieka, jego predyspozycjach i upodobaniach dobrać mu satysfakcjonujący zawód, natomiast nie ma żadnych badań, które by pokazywały, że można odgórnie ludzi dobrać w szczęśliwe i trwałe pary. Zawsze występuje element losowości. Nikt nie jest w stanie przewidzieć, kogo konkretnie wybierzemy  – mówi.  Czy w takim razie w XXI wieku coś się z nami stało i nie umiemy już dobrze wybierać? W Polsce rozwodzi się już co trzecie małżeństwo, a w dużych miastach, typu Warszawa czy Łódź, statystyki są jeszcze wyższe. Okazuje się...

Czytaj dalej