„Zdrowy człowiek się nie martwi. Zdrowy człowiek rozwiązuje problemy”. Czy można przejść przez życie bez antydepresantów?
Pexels.com

„Zdrowy człowiek się nie martwi. Zdrowy człowiek rozwiązuje problemy”. Czy można przejść przez życie bez antydepresantów?

„Ja jestem najważniejszy, a jak mnie jest dobrze, to innym jest dobrze ze mną. Taką myśl trzeba dopuścić do siebie, żeby zmniejszyć pęd i napięcie, w którym żyjemy” – mówi swoim pacjentom psychiatra dr Dariusz Wasilewski.
Karolina Rogalska
12.01.2021

Zamiast na drinka, zawsze lepiej pójść na rower czy pobiegać. Zamiast oglądać seriale i zajadać się chipsami, lepiej spotkać się z przyjaciółmi. Ale to jest tylko kropla w morzu, która składa się na dobre samopoczucie. Mindfulness to nie wszystko. Jak postępować w zgodzie ze sobą i czy i kiedy należy zgłosić się po leczenie farmakologiczne, radzi psychiatra dr Dariusz Wasilewski.

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

Nie istnieje pigułka szczęścia

Karolina Rogalska: Dlaczego niektórzy ludzie świetnie radzą sobie z przeciwnościami losu, a inni zamartwiają się albo popadają w depresję? 

dr Dariusz Wasilewski: Wynika to z biologii, z tego, co dostaniemy w domu rodzinnym i z tego, jak się wpasowujemy w społeczeństwo. Ważne jest, żeby już dziecko nauczyć rozładowywania trudnych emocji. Pokazać, że problemy są od tego, żeby je rozwiązywać. Osoba tak wyposażona wchodzi w  życie ze świadomością, że rzeczywistość bywa wprawdzie pasmem stresów i nigdy nie będzie inaczej, ale kiedy pojawia się trudna sytuacja, to podejdzie do niej zadaniowo. Zamiast się zamartwiać, spokojnie pomyśli, jak sobie z tym poradzić. Bo zdrowy człowiek się nie martwi. Zdrowy człowiek rozwiązuje problemy.

Naprawdę? Nawet o dzieci się nie martwi? Ja mam dziecko i, jak większość matek, często się o nie martwię.

Przejściowe przejmowanie się jest oczywiście właściwe każdemu człowiekowi. Ale są ludzie, którzy nieustannie się o coś martwią. To rodzaj nerwicy, której głównym objawem jest lęk. Martwienie się jest właśnie rodzajem lęku. Jedną z wielu jego twarzy. W przeciwieństwie do strachu, który jest racjonalny, bo pojawia się w reakcji na konkretny bodziec, lęk jest irracjonalny. I w tym znaczeniu jest chorobowy. Pojawienie się lęku wynika nie tylko z tego, jaką mamy emocjonalność, ale też ze sposobu, w jaki interpretujemy rzeczywistość, czyli czego nas nauczono. Czy ja na jakąś sytuację będę patrzył lękowo, czy nie, może być wynikiem tego, że matka nieustannie mnie ostrzegała przed zagrożeniem. Czyli sama reagowała lękiem.

Może więc dlatego nie radzimy sobie jako dorośli, bo mieliśmy nadopiekuńczych rodziców i później przekazujemy te emocje dzieciom, wychowując kolejne pokolenie nieprzygotowane do radzenia sobie ze stresem i życiowymi trudnościami?

Nadopiekuńczość rodziców może odebrać dziecku szanse na normalny rozwój. I prowadzić do przyjęcia postawy wyuczonej bezradności: „Skoro mama robiła wszystko za mnie, to teraz niech świat też weźmie za mnie odpowiedzialność”. A życie od samego początku stawia wyzwania: trzeba nauczyć się chodzić i uważać, żeby się nie przewrócić, a w piaskownicy umieć się jakoś dogadać z koleżankami i kolegami.

Niby oczywiste, ale w praktyce okazuje się, że polska młodzież ma najwyższy wskaźnik nadużywania leków uspokajających w Europie. Z czego to właściwie wynika?

Z szaleństwa, które zapanowało na świecie. Rodzice pracują bez umiaru albo nie mają pracy. W obu sytuacjach nie poświęcają dzieciom zbyt dużo uwagi. Autorytety, które są potrzebne w tym wieku, zaczęły się rozmywać. Na Facebooku trudno jest znaleźć odpowiedzi na naprawdę ważne pytania. W dodatku młodość to czas, kiedy człowiek buntuje się przeciw wszystkiemu, a jednocześnie szuka poczucia bezpieczeństwa. Ciągle niewiele jest szkół, w których oprócz tradycyjnych przedmiotów, jak historia lub matematyka, uczy się dzieci rozwiązywania problemów emocjonalnych czy radzenia sobie ze stresem. Tego można się nauczyć, myślę, że to dobry kierunek, bo polska szkoła być może kształci matematycznych geniuszy, ale często też emocjonalne kaleki. A przecież właśnie radzenie sobie z uczuciami to podstawa zdrowia psychicznego.

Kiedy skończymy szkołę, idziemy do pracy i tam często tkwimy w sytuacji, która jest ponad nasze siły, a my źródła problemu szukamy w sobie. Koledzy pracują po 14 godzin na dobę, odnoszą sukcesy, przy tym są weseli i uśmiechnięci, a ja nie daję rady. Pewnie coś ze mną nie tak.

Takich pacjentów mam najwięcej. Wymyśliłem dla nich nawet specjalne określenie: osobowość korporacyjna. Myślę, że ci weseli są już na lekach, a reszta po prostu jeszcze do lekarza nie dotarła. To jest samobójczy styl życia i wcześniej czy później musi skończyć się katastrofą. Ale każdy sam decyduje, jak chce żyć, a czasem nie ma po prostu innego wyjścia. Nie mnie to oceniać… Trzeba to jednak jasno powiedzieć: leki nie rozwiążą naszych problemów. Ludzie wybierają je także z czystej pragmatyki. Ciężko pracują, czasem po kilkanaście godzin na dobę. Nie mają czasu na wypoczynek czy złapanie oddechu. Jak tu jeszcze zmieścić terapię czy znaleźć chwilę na refleksję nad własnym życiem?

Psychiatra i terapeuta prof. Bogdan de Barbaro pisze, że wiara w moc lekarstwa wynika z naszej hedonistycznej postawy wobec świata: chcemy dziś wszystko szybko i bez wysiłku. W dodatku wydaje nam się, że większość rzeczy, również dobre samopoczucie, można kupić. 

Wielu pacjentów rzeczywiście wychodzi z założenia: „Po co mam pracować nad sobą, skoro pigułka szczęścia to za mnie załatwi? Zdejmie napięcie, spowoduje, że będę jeszcze bardziej wydajny, jeszcze lepiej poradzę sobie ze stresem”. I tak się rzeczywiście dzieje. Tylko trzeba sobie zadać pytanie: co dalej? Przecież nie będziemy na tabletkach do końca życia.

Czytaj też: Jak się leczy depresję? Kiedy psychoterapia, a kiedy psychiatra?

Trudno o taką samoświadomość. Chodzi przecież o to, żeby być doskonałym, spełniać oczekiwania otoczenia. W naszej kulturze obok wzorca idealnej sylwetki –  wysoka, szczupła i wysportowana – funkcjonuje też wzorzec emocjonalności. To uśmiechnięty ekstrawertyk odnoszący sukcesy.

Dodałbym jeszcze: kontrolujący siebie. Taki wzorzec zawsze będzie powracał w sytuacji, kiedy nie akceptujemy siebie: swojego ciała i umysłu. Generuje poczucie bycia gorszym, bo ktoś inny jest w czymś lepszy. To powszechne zjawisko. I destrukcyjne, bo niesie ze sobą ogromne poczucie winy lub krzywdy. Jedno prowadzi do tego, że nie możemy na siebie patrzeć, a drugie, że jesteśmy pełni żalu, goryczy i pretensji do całego świata. Porównywanie się z innymi jest oczywiście absurdalne, bo każdy człowiek ma inną emocjonalność, po części uwarunkowaną biologicznie. Przecież wszyscy jesteśmy niepowtarzalni. I psychicznie, i fizycznie. 

Tymczasem wygląd też przysparza nam kłopotów…

Zdecydowanie. W ostatnich latach diagnozuje się coraz więcej zaburzeń odżywiania. Myślę, że jedną z przyczyn tego zjawiska jest właśnie presja kulturowa związana z wyglądem. Warto wspomnieć, że w społecznościach, w których panuje głód, nie ma zaburzeń odżywiania, występują tylko tam, gdzie jedzenia jest nadmiar. Co pokazuje, jaki wpływ na naszą psychikę mają uwarunkowania społeczno-kulturowe.

Dużo ma pan pacjentek z zaburzeniami odżywiania się?

Coraz więcej. Oprócz anoreksji czy bulimii mamy teraz jeszcze ortoreksję, która też po części wynika z ogromnej potrzeby kontroli. Nazywam to patologicznie zdrowym odżywianiem się. Tu też, jak we wszystkich zaburzeniach odżywiania, pojawia się obsesja. Obsesja, żeby jeść tylko i wyłącznie to, co jest zdrowe. Bardzo trudno jest takie pacjentki doprowadzić do lekarza, bo mają poczucie wyższości i pewność co do słuszności swoich przekonań. Nagradzają się za przestrzeganie reżimu i surowo karzą za popełnienie błędu, na przykład zjedzenie kawałka ciasta czy pizzy. I są to – wbrew powszechnej opinii – nie tylko osoby młode. Najstarsza anorektyczka, którą leczyłem, była po sześćdziesiątce.

Zaburzenia odżywiania to głównie problem kobiet. Na depresję też cierpi ich więcej niż mężczyzn. Dlaczego?

Po prostu biologia. Kobiety z powodów związanych z hormonami, rozrodczością i menopauzą mają większe skłonności do reakcji depresyjnych. Ale też pozycja psychospołeczna kobiety jest dużo gorsza niż mężczyzny. I to również sprzyja stanom depresyjnym. Jednym z takich czynników jest brak poczucia bezpieczeństwa, wynikający z tego, że partner nie stanowi dla kobiety wsparcia. Ciekawe, że dla mężczyzn jednym z czynników chroniących przed samobójstwem jest posiadanie partnerki. A w drugą stronę to nie działa.

Czytaj także: Ewa Grzelakowska-Kostoglu szczerze o zaburzeniach odżywiania: „Myślałam o sobie, że jestem głupia, słaba”

Kobiety podejmują też więcej prób samobójczych. 

Tak, ale wśród mężczyzn częściej są to samobójstwa dokonane. Ogólnie uważam jednak, że kobiecość chroni. Kobiety są bardziej emocjonalne i wrażliwsze, poza tym mogą sobie pozwolić na okazywanie uczuć, choćby się rozpłakać albo zwrócić po pomoc. Mężczyzna z problemami będzie podejmował  działania nastawione głównie na podtrzymanie wizerunku. Bo wizyta u lekarza, a już, nie daj Boże, psychiatry, jest oznaką słabości. Najlepszy sposób na kłopoty, to, jak wiadomo, pójść po pracy do pubu, wypić drinka i już jest świetnie.

Dziś takim sposobem może być też internet. Jest tam całą masa  tekstów i kwestionariuszy zachęcających do autodiagnozy. Wiele osób na ich podstawie rozpoznaje u siebie różne choroby i decyduje o przebiegu leczenia.

Taka lektura często doprowadza do tego, że pacjent ma jeszcze więcej lęku. I wtedy zaczyna kombinować. Kupuje różne suplementy diety, odżywki itd. Jest to idealna sytuacja dla przemysłu farmakologicznego, bo te specyfiki są zwykle bardzo drogie. Ale nieskuteczne.

Są też inne strony internetowe, przygotowane w konsultacji ze specjalistami, dostarczające rzetelnych informacji. 

Tak, i warto się w ten sposób edukować. Trzeba jednak pamiętać, że pełna diagnostyka może odbyć się wyłącznie w gabinecie lekarza specjalisty. Bo konsekwencje takich zaburzeń psychicznych jak depresja są straszne: załamanie się linii życiowej, wypadnięcie z ról społecznych, zawodowych i rodzinnych. Depresja potrafi naruszyć nawet bardzo silne związki, a te słabsze z reguły rozbija. Ta choroba sprawia, że człowiek może stracić wszystko. Najpoważniejszą konsekwencją jest oczywiście targnięcie się na własne życie. A szkoda marnować życie, tylko dlatego, że ktoś nie chciał pójść do psychiatry, bo naczytał się przypadkowych bzdur o tym, jak to dieta, siłownia czy solarium mogą pomóc. W depresji to nie może pomóc. 

Czytaj też: 7 głównych typów depresji – to z nimi lekarze spotykają się najczęściej

Może jednak zanim sięgniemy po leki, powinniśmy próbować poradzić sobie innymi sposobami?

Po leki się nie sięga, leki zapisuje lekarz, jeśli po postawieniu diagnozy uzna, że farmakoterapia jest potrzebna. Są zaburzenia, w których leczenie farmakologiczne jest bezwzględnie koniecznie. Tym bardziej że od momentu, kiedy zaczyna się problem, do wizyty u psychiatry mija zwykle bardzo dużo czasu. Mogą to być miesiące, a nawet lata. Najczęściej jest tak, że zanim pacjenci zgłoszą się po pomoc, próbują właśnie radzić sobie sami. Różnymi sposobami, często niezbyt mądrymi. I dopiero kiedy już wyraźnie widzą, że sami nie dadzą rady – przychodzą. 

Konsultację psychiatryczną traktują jak wyjście ostateczne?  

Zdecydowanie, do psychiatry zgłaszamy się zwykle w tak marnym stanie, że już nie dajemy rady funkcjonować w pracy, kiedy pojawia się wysoki poziom lęku. To zresztą lęk często decyduje o tym, że pacjent szuka pomocy. Lęk, obok bólu, to najważniejszy objaw ostrzegawczy. Informuje, że dzieje się coś złego.

A czy wszystkie stany depresyjne leczy się farmakologicznie? Bywa, że ktoś wpada w depresję, tkwiąc w toksycznej relacji. A po rozwodzie symptomy choroby znikają.

Tak się zdarza, co nie znaczy, że nie trzeba czasem wesprzeć pacjenta leczeniem farmakologicznym. Te sytuacje nie rozwiązują się z dnia na dzień. Ludzie muszą wytrzymać do rozwodu, doświadczają toksycznych zachowań, czasem przemocy, a i sam rozwód jest wielkim stresem. Wszystko zależy od tego, jak człowiek funkcjonuje, czy jest w stanie tę sytuację unieść. Inny przykład to żałoba. Czasem przychodzą do mnie pacjenci, którzy kogoś stracili, i zdarza się, że proszą o tabletki. Jeśli je przepiszę, emocje zostaną wygłuszone, ale i tak kiedyś powrócą. Żałoby nie powinno się leczyć, bo ten czas i uczucia są potrzebne, żeby ją należycie i po swojemu przeżyć. Wsparcie farmakologiczne można zaproponować tylko wtedy, gdy ta reakcja jest zbyt nasilona albo się przedłuża.

Różne podręczniki samorozwoju zalecają praktykowanie jogi, medytacji czy mindfulness. Czy te praktyki mogą pomóc w odzyskaniu siły psychicznych?

Aż takiej wiary w to nie mam. To zresztą zależy od tego, jak bardzo te siły utraciliśmy. Bo jeśli bardzo, to podobne pomysły są stratą czasu. Nic to nie da. Trzeba szukać terapeuty. Żadna z tych praktyk nie jest rozwiązaniem dla człowieka, który jest na przykład w depresji. Mogą być wręcz szkodliwe, bo oddalają właściwe leczenie. Wiadomo, że ruch, aktywność fizyczna, która jest też sposobem rozładowania emocji, sprawia, że organizm dobrze funkcjonuje. Zawsze lepiej pójść na rower czy pobiegać niż iść na drinka. Lepiej spotkać się z przyjaciółmi niż oglądać seriale i zajadać się chipsami. Ale to jest tylko część większej całości, która składa się na dobre samopoczucie.

Jak więc przejść przez życie bez tabletki?

Jednej odpowiedzi nie ma. Na pewno warto zmniejszyć szalony pęd, w którym tak często funkcjonujemy. Postępować wedle zasady: praca, nawet jeśli jest przyjemna, to tylko obowiązek. Ja na przykład, gdy kończę pracę i zamykam za sobą drzwi gabinetu, już nie jestem psychiatrą. Nie zabieram swojej pracy do domu. Jestem Dariusz Wasilewski i robię, co chcę.

Na przykład gra pan i śpiewa. Czy to jest sposób na odstresowanie się?

Jest to rodzaj przyjemności, ale i obowiązku, bo akurat muzyką od wielu lat param się zawodowo. Poza tym mam trochę innych pasji, dzięki nim dobrze się bawię. Zawsze trzeba pamiętać o sobie. Powtarzam pacjentom, żeby dopuścili do siebie taką myśl: „Ja jestem najważniejszy/najważniejsza, a jak mnie jest dobrze, to innym będzie dobrze ze mną”. 

To trochę jak z tą instrukcją w samolocie. W razie wypadku najpierw sami zakładamy maskę tlenową, a potem podajemy ją dziecku. Bo jeśli sami nie będziemy sprawni, to nie pomożemy innym, nie będziemy mogli współpracować, a nawet pracować. 

Przychodzą do mnie pacjenci i mówią, że źle się czują, bo żyją w ciągłym napięciu i stresie. Wśród wielu różnych pytań, które im zadaję, pada zwykle jedno o pracę. I wtedy się okazuje, że te osoby pracują po kilkanaście godzin na dobę, zabierają pracę do domu i na wakacje, na które jeżdżą z laptopem, telefonem, iPadem. A to jest właśnie coś, co sprawia, że wcześniej czy później nasza psychika się rozleci. Hasło, które wtedy głoszę, brzmi: przynajmniej godzina urlopu dziennie. Chodzi o to, żeby mieć codziennie trochę czasu, który możemy poświęcić tylko sobie. I wtedy wszystkim od nas wara. To jest moja godzina i przez ten czas myślę wyłącznie o sobie i robię, co chcę. To mała zmiana, a powoduje, że świat naprawdę zaczyna wyglądać inaczej.

***

Dr Dariusz Wasilewski – Dyrektor Centrum Psychoprofilaktyki i Terapii, członek Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, Polskiego Towarzystwa Lekarskiego, Polskiego Towarzystwa Badań nad Uzależnieniami.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Psycholog, psychoterapeuta, psychiatra
Adobe Stock

Psycholog, psychoterapeuta, psychiatra – czym się różnią? 

Kto jest kim? Do kogo zwrócić się z jakim problemem? Te trzy profesje są bardzo często mylone, a pacjenci nie potrafią wskazać różnić pomiędzy psychoterapeutą, a psychologiem i psychiatrą. To bardzo praktyczna wiedza, bo warto wiedzieć u kogo najlepiej szukać pomocy.
Karolina Morelowska-Siluk
25.10.2020

Psyche to w tłumaczeniu „dusza”. Wszystkie nazwy zawodów zaczynające się na to słowo określają zatem kogoś, kto zajmuje się psychiką człowieka. Dlatego zarówno psycholog, psychoterapeuta, jak i psychiatra leczą naszą duszę. Ale każdy z tych specjalistów pomaga w zupełnie inny sposób oraz w innych problemach związanych bezpośrednio ze zdrowiem psychicznym. Wielu specjalistów przyznaje, że często zdarza im się usłyszeć niewłaściwe nazewnictwo wykonywanej przez nich profesji, np. pacjenci psychologa tytułują „doktorem” i proszą go o przepisanie leku. Psycholog, psychiatra i psychoterapeuta to trzy odrębne zawody, których kompetencje, chociaż czasami zbliżone, są jednak inne.  Czym zajmuje się psycholog? Psycholog to magister psychologii. Warto udać się do niego, kiedy potrzebujemy diagnozy psychologicznej, np. dotyczącej kompetencji intelektualnych. Taka diagnoza bywa pomocna w leczeniu neurologicznym lub psychiatrycznym. Poza tym psychologowie zajmują się różnymi specyficznymi problemami, zależnie od tego, jakie dodatkowe szkolenie przeszli i gdzie pracują, np. psycholog zatrudniony w poradni psychologiczno-pedagogicznej poradzi nam, jak pomóc dziecku w trudnościach szkolnych. Psycholog na oddziale psychiatrycznym pomoże zmierzyć się z chorobą psychiczną. Psycholog pracujący w Ośrodku Interwencji Kryzysowej będzie przygotowany do udzielania wsparcia w kryzysie (np. ofiarom przemocy). Psycholog w ośrodku adopcyjnym pomoże nam przejść przez proces przygotowań do adopcji, psycholog w hospicjum będzie wiedział, jak nam towarzyszyć w mierzeniu się z odchodzeniem kogoś bliskiego. Żaden z nich nie ma jednak kompetencji do prowadzenia psychoterapii, chyba że szkolił się w tym kierunku. Psychoterapię prowadzić może tylko psychoterapeuta. W czym nam pomoże psychoterapeuta?...

Czytaj dalej
Katarzyna Szczerbowska
archiwum rodzinne

„Chciałabym odkleić od schizofrenii stereotypy i mity” – mówi Katarzyna Szczerbowska, asystentka zdrowienia 

„Wszystkiego się bałam. Źle reagowałam na mamę, która chciała mnie uczesać, a kiedy próbowała mnie kąpać, oblewałam ją wodą z prysznica” – mówi o swoim doświadczeniu psychozy Katarzyna Szczerbowska.
Kamila Geodecka
17.12.2020

Człowiek w kryzysie psychicznym krzyczy o pomoc, ale często pomocną rękę odrzuca. Jest wykończony, nieufny, nie ma w nim nadziei na to, że wyzdrowienie jest możliwe. Wszyscy dookoła też tak myślą: „Choroba psychiczna to już jest na zawsze, z taką chorobą nie da sie pracować” – krążą mity. Stereotypów jest jeszcze więcej, a stygmatyzacja  tych osób wciąż jest żywa. Dla osób w kryzysie psychicznym pomocą mogą być lekarze, psychoterapeuci, ale także asystenci zdrowienia. Jedną z takich asystentek jest Katarzyna Szczerbowska, która sama przeszła przez kryzys psychiczny połączony z diagnozą schizofrenii. Obecnie jest rzeczniczką Biura do spraw Pilotażu Narodowego Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego, rzeczniczką Kongresu Zdrowia Psychicznego, asystentką zdrowienia oraz działaczką  w Fundacji eFkropka. Kamila Geodecka: Jesteś jedną z osób, które głośno mówią o swojej chorobie. Katarzyna Szczerbowska: Zaburzeniom psychicznym towarzyszy mnóstwo stereotypów. Opowiadam o tym, żeby zamienić je w wiedzę, żeby pokazać prawdziwe oblicze tego doświadczenia. Jeden z największych mitów dotyczący zaburzeń psychicznych mówi o tym, że to choroby na całe życie, tymczasem zawsze jest szansa na to, żeby żyć w zdrowiu. Pierwszej psychozy doświadczyłam, kiedy miałam 38 lat. To taki stan przypominający sen. Człowiek zatapia się w świecie iluzji, absurdalnych myśli. Może mu się wydawać na przykład, że wszyscy są w spisku. Słyszy, widzi rzeczy, które nie istnieją, czuje zapachy, których nie ma. Moja choroba miała dramatyczny przebieg. Nie poznawałam bliskich, nie pamiętałam kim jestem, nie chciałam jeść, miałam pampersa, bo zapomniałam o potrzebach fizjologicznych. Dużo czasu spędzałam w pasach przypięta nimi do łóżka,...

Czytaj dalej
choroby psychosomatyczne
Adobe Stock

Praca ponad siły, stres, pośpiech. Nasz styl życia funduje nam choroby psychosomatyczne

Nawet dziesięć na sto dolegliwości, z którymi zgłaszamy się do lekarzy, ma podłoże psychosomatyczne. Nie łagodzą ich farmaceutyki, ale otwarta rozmowa z lekarzem i umiejętne radzenie sobie ze stresem.
Katarzyna Podhorecka
12.06.2020

Lekarze zazwyczaj bardzo nie lubią pacjentów z objawami psychosomatycznymi. Z prostej przyczyny – że zwykle nie wiedzą, jak im pomóc. Dlatego bywa, że chorzy z dolegliwościami psychosomatycznymi są traktowani w gabinetach lekarskich jak hipochondrycy, którzy próbują skupić na sobie uwagę, opowiadając o swoich wyimaginowanych dolegliwościach. Albo jeszcze gorzej: jak zwykli naciągacze, którzy próbują wyłudzić zwolnienia lekarskie. Lekarze w takiej sytuacji na odczepnego przepisują suplementy diety w nadziei, że pacjentowi „przejdzie samo”, albo że zmienią lekarza – problem w tym, że ludzie, którzy zmagają się z objawami psychosomatycznymi, nie symulują! Oni naprawdę odczuwają fizyczny ból i potrzebują pomocy.  – Najczęściej to ból głowy, brzucha, stawów, częste są także bóle w klatce piersiowej, duszności albo uporczywy kaszel, omdlenia, uczucie kołatania serca, zawroty głowy – wymienia dr Anna Plucik-Mrożek, specjalistka chorób wewnętrznych z Centrum Medycznego Medicover w Warszawie i dyrektor Fundacji Exercise is Medicine Polska. Rzadziej, ale zdarzają się też szumy uszne czy pogorszenie widzenia. Osobom, które pracują głosem, z powodu nadmiernego napięcia zdarza się go stracić. Muzykom z niewyjaśnionych przyczyn sztywnieją nadgarstki.  Jeszcze inni pacjenci nie mają konkretnych dolegliwości, ale tracą apetyt, od rana czują się wyczerpani, a wieczorem nie mogą zasnąć. Tym, co łączy ich wszystkich, jest źródło dolegliwości – czyli emocje, najczęściej przewlekły stres, którego doświadczają w związku z pracą czy sytuacją rodzinną.  – To wcale nie musi być traumatyczne przeżycie, np. nieuleczalna choroba kogoś bliskiego czy utrata pracy – mówi dr Izabela Pawłowska, psycholog zdrowia,...

Czytaj dalej
Stres czy coś więcej? Niepokojące objawy
Finn Hackshaw/Unsplash.com

To może być coś więcej niż stres. 5 objawów, które powinny cię zaniepokoić

Żyjemy w ciągłym stresie, jesteśmy zabiegane, zmęczone, narasta w nas frustracja. Zdarza się jednak, że to, co początkowo bierzemy za wynik stresu, jest objawem m.in. depresji lub zaburzeń lękowych. Na jakie sygnały warto zwrócić uwagę i kiedy zacząć szukać pomocy?
Hanna Szczesiak
16.11.2020

Stres jest całkowicie naturalną reakcją organizmu na nieprzyjemne doświadczenia, z którymi nie do końca umiemy sobie poradzić. Tego typu sytuacje, nazywane stresorami, wywołują w nas psychiczny i fizyczny dyskomfort. Choć wiele mówi się o technikach radzenia sobie ze stresem – nauczaniu się odpuszczać, ćwiczeniach oddechowych, medytacji, sztuce relaksowania się, czasem to nie wystarcza. Wtedy potrzebujemy pomocy specjalisty, psychologa lub psychoterapeuty, który pomoże nam odnaleźć źródło naszych problemów i wypracować sposób, by z nimi walczyć. Co powinno nas zaniepokoić? Czytaj też: Medytacja zmniejsza stres i redukuje napięcie. Wystarczą 3 minuty dziennie Problemy ze snem Wielu z nas przynajmniej raz w życiu doświadczyło nieprzespanej nocy. Kładziesz się do łóżka, ale nie możesz zasnąć. W głowie kołaczą się myśli, czujesz niepokój, masz wrażenie, że czegoś nie zrobiłaś, że coś jest nie tak. Choć bardzo chcesz zasnąć, męczysz się, a sen nie przychodzi. Jeśli jednak od dłuższego czasu cierpisz na bezsenność i niemal każdej nocy szukasz sposobu, by w końcu zasnąć, to może być objaw poważniejszych schorzeń, a nie wyłącznie reakcja organizmu na stres. Zaburzenia apetytu Gdy jesteśmy zestresowane, możemy albo całkowicie stracić apetyt, albo wręcz przeciwnie: mieć niepohamowaną ochotę na jedzenie. Zdarza się, że w takich chwilach tracimy nieco na wadze lub tyjemy. Zwykle jednak taki stan nie powinien utrzymywać się zbyt długo. Jeśli zauważyłaś, że od dłuższego czasu rekompensujesz sobie trudne emocje jedzeniem lub musisz zmuszać się do jedzenia, najwyższy czas poszukać prawdziwego źródła problemu. Możesz cierpieć na zaburzenia odżywiania. Używki Jedną z najbardziej szkodliwych metod radzenia sobie ze stresem jest sięganie po używki. Alkohol, narkotyki, czasem...

Czytaj dalej