„Zdrowy człowiek się nie martwi. Zdrowy człowiek rozwiązuje problemy”. Czy można przejść przez życie bez antydepresantów?
Pexels.com

„Zdrowy człowiek się nie martwi. Zdrowy człowiek rozwiązuje problemy”. Czy można przejść przez życie bez antydepresantów?

„Ja jestem najważniejszy, a jak mnie jest dobrze, to innym jest dobrze ze mną. Taką myśl trzeba dopuścić do siebie, żeby zmniejszyć pęd i napięcie, w którym żyjemy” – mówi swoim pacjentom psychiatra dr Dariusz Wasilewski.
Karolina Rogalska
12.01.2021

Zamiast na drinka, zawsze lepiej pójść na rower czy pobiegać. Zamiast oglądać seriale i zajadać się chipsami, lepiej spotkać się z przyjaciółmi. Ale to jest tylko kropla w morzu, która składa się na dobre samopoczucie. Mindfulness to nie wszystko. Jak postępować w zgodzie ze sobą i czy i kiedy należy zgłosić się po leczenie farmakologiczne, radzi psychiatra dr Dariusz Wasilewski.

Katarzyna Miller: „Romantyczna miłość jest tylko na chwilę, jeśli w nią wierzycie, przegracie”

Nie istnieje pigułka szczęścia

Karolina Rogalska: Dlaczego niektórzy ludzie świetnie radzą sobie z przeciwnościami losu, a inni zamartwiają się albo popadają w depresję? 

dr Dariusz Wasilewski: Wynika to z biologii, z tego, co dostaniemy w domu rodzinnym i z tego, jak się wpasowujemy w społeczeństwo. Ważne jest, żeby już dziecko nauczyć rozładowywania trudnych emocji. Pokazać, że problemy są od tego, żeby je rozwiązywać. Osoba tak wyposażona wchodzi w  życie ze świadomością, że rzeczywistość bywa wprawdzie pasmem stresów i nigdy nie będzie inaczej, ale kiedy pojawia się trudna sytuacja, to podejdzie do niej zadaniowo. Zamiast się zamartwiać, spokojnie pomyśli, jak sobie z tym poradzić. Bo zdrowy człowiek się nie martwi. Zdrowy człowiek rozwiązuje problemy.

Naprawdę? Nawet o dzieci się nie martwi? Ja mam dziecko i, jak większość matek, często się o nie martwię.

Przejściowe przejmowanie się jest oczywiście właściwe każdemu człowiekowi. Ale są ludzie, którzy nieustannie się o coś martwią. To rodzaj nerwicy, której głównym objawem jest lęk. Martwienie się jest właśnie rodzajem lęku. Jedną z wielu jego twarzy. W przeciwieństwie do strachu, który jest racjonalny, bo pojawia się w reakcji na konkretny bodziec, lęk jest irracjonalny. I w tym znaczeniu jest chorobowy. Pojawienie się lęku wynika nie tylko z tego, jaką mamy emocjonalność, ale też ze sposobu, w jaki interpretujemy rzeczywistość, czyli czego nas nauczono. Czy ja na jakąś sytuację będę patrzył lękowo, czy nie, może być wynikiem tego, że matka nieustannie mnie ostrzegała przed zagrożeniem. Czyli sama reagowała lękiem.

Może więc dlatego nie radzimy sobie jako dorośli, bo mieliśmy nadopiekuńczych rodziców i później przekazujemy te emocje dzieciom, wychowując kolejne pokolenie nieprzygotowane do radzenia sobie ze stresem i życiowymi trudnościami?

Nadopiekuńczość rodziców może odebrać dziecku szanse na normalny rozwój. I prowadzić do przyjęcia postawy wyuczonej bezradności: „Skoro mama robiła wszystko za mnie, to teraz niech świat też weźmie za mnie odpowiedzialność”. A życie od samego początku stawia wyzwania: trzeba nauczyć się chodzić i uważać, żeby się nie przewrócić, a w piaskownicy umieć się jakoś dogadać z koleżankami i kolegami.

Niby oczywiste, ale w praktyce okazuje się, że polska młodzież ma najwyższy wskaźnik nadużywania leków uspokajających w Europie. Z czego to właściwie wynika?

Z szaleństwa, które zapanowało na świecie. Rodzice pracują bez umiaru albo nie mają pracy. W obu sytuacjach nie poświęcają dzieciom zbyt dużo uwagi. Autorytety, które są potrzebne w tym wieku, zaczęły się rozmywać. Na Facebooku trudno jest znaleźć odpowiedzi na naprawdę ważne pytania. W dodatku młodość to czas, kiedy człowiek buntuje się przeciw wszystkiemu, a jednocześnie szuka poczucia bezpieczeństwa. Ciągle niewiele jest szkół, w których oprócz tradycyjnych przedmiotów, jak historia lub matematyka, uczy się dzieci rozwiązywania problemów emocjonalnych czy radzenia sobie ze stresem. Tego można się nauczyć, myślę, że to dobry kierunek, bo polska szkoła być może kształci matematycznych geniuszy, ale często też emocjonalne kaleki. A przecież właśnie radzenie sobie z uczuciami to podstawa zdrowia psychicznego.

Kiedy skończymy szkołę, idziemy do pracy i tam często tkwimy w sytuacji, która jest ponad nasze siły, a my źródła problemu szukamy w sobie. Koledzy pracują po 14 godzin na dobę, odnoszą sukcesy, przy tym są weseli i uśmiechnięci, a ja nie daję rady. Pewnie coś ze mną nie tak.

Takich pacjentów mam najwięcej. Wymyśliłem dla nich nawet specjalne określenie: osobowość korporacyjna. Myślę, że ci weseli są już na lekach, a reszta po prostu jeszcze do lekarza nie dotarła. To jest samobójczy styl życia i wcześniej czy później musi skończyć się katastrofą. Ale każdy sam decyduje, jak chce żyć, a czasem nie ma po prostu innego wyjścia. Nie mnie to oceniać… Trzeba to jednak jasno powiedzieć: leki nie rozwiążą naszych problemów. Ludzie wybierają je także z czystej pragmatyki. Ciężko pracują, czasem po kilkanaście godzin na dobę. Nie mają czasu na wypoczynek czy złapanie oddechu. Jak tu jeszcze zmieścić terapię czy znaleźć chwilę na refleksję nad własnym życiem?

Psychiatra i terapeuta prof. Bogdan de Barbaro pisze, że wiara w moc lekarstwa wynika z naszej hedonistycznej postawy wobec świata: chcemy dziś wszystko szybko i bez wysiłku. W dodatku wydaje nam się, że większość rzeczy, również dobre samopoczucie, można kupić. 

Wielu pacjentów rzeczywiście wychodzi z założenia: „Po co mam pracować nad sobą, skoro pigułka szczęścia to za mnie załatwi? Zdejmie napięcie, spowoduje, że będę jeszcze bardziej wydajny, jeszcze lepiej poradzę sobie ze stresem”. I tak się rzeczywiście dzieje. Tylko trzeba sobie zadać pytanie: co dalej? Przecież nie będziemy na tabletkach do końca życia.

Czytaj też: Jak się leczy depresję? Kiedy psychoterapia, a kiedy psychiatra?

Trudno o taką samoświadomość. Chodzi przecież o to, żeby być doskonałym, spełniać oczekiwania otoczenia. W naszej kulturze obok wzorca idealnej sylwetki –  wysoka, szczupła i wysportowana – funkcjonuje też wzorzec emocjonalności. To uśmiechnięty ekstrawertyk odnoszący sukcesy.

Dodałbym jeszcze: kontrolujący siebie. Taki wzorzec zawsze będzie powracał w sytuacji, kiedy nie akceptujemy siebie: swojego ciała i umysłu. Generuje poczucie bycia gorszym, bo ktoś inny jest w czymś lepszy. To powszechne zjawisko. I destrukcyjne, bo niesie ze sobą ogromne poczucie winy lub krzywdy. Jedno prowadzi do tego, że nie możemy na siebie patrzeć, a drugie, że jesteśmy pełni żalu, goryczy i pretensji do całego świata. Porównywanie się z innymi jest oczywiście absurdalne, bo każdy człowiek ma inną emocjonalność, po części uwarunkowaną biologicznie. Przecież wszyscy jesteśmy niepowtarzalni. I psychicznie, i fizycznie. 

Tymczasem wygląd też przysparza nam kłopotów…

Zdecydowanie. W ostatnich latach diagnozuje się coraz więcej zaburzeń odżywiania. Myślę, że jedną z przyczyn tego zjawiska jest właśnie presja kulturowa związana z wyglądem. Warto wspomnieć, że w społecznościach, w których panuje głód, nie ma zaburzeń odżywiania, występują tylko tam, gdzie jedzenia jest nadmiar. Co pokazuje, jaki wpływ na naszą psychikę mają uwarunkowania społeczno-kulturowe.

Dużo ma pan pacjentek z zaburzeniami odżywiania się?

Coraz więcej. Oprócz anoreksji czy bulimii mamy teraz jeszcze ortoreksję, która też po części wynika z ogromnej potrzeby kontroli. Nazywam to patologicznie zdrowym odżywianiem się. Tu też, jak we wszystkich zaburzeniach odżywiania, pojawia się obsesja. Obsesja, żeby jeść tylko i wyłącznie to, co jest zdrowe. Bardzo trudno jest takie pacjentki doprowadzić do lekarza, bo mają poczucie wyższości i pewność co do słuszności swoich przekonań. Nagradzają się za przestrzeganie reżimu i surowo karzą za popełnienie błędu, na przykład zjedzenie kawałka ciasta czy pizzy. I są to – wbrew powszechnej opinii – nie tylko osoby młode. Najstarsza anorektyczka, którą leczyłem, była po sześćdziesiątce.

Zaburzenia odżywiania to głównie problem kobiet. Na depresję też cierpi ich więcej niż mężczyzn. Dlaczego?

Po prostu biologia. Kobiety z powodów związanych z hormonami, rozrodczością i menopauzą mają większe skłonności do reakcji depresyjnych. Ale też pozycja psychospołeczna kobiety jest dużo gorsza niż mężczyzny. I to również sprzyja stanom depresyjnym. Jednym z takich czynników jest brak poczucia bezpieczeństwa, wynikający z tego, że partner nie stanowi dla kobiety wsparcia. Ciekawe, że dla mężczyzn jednym z czynników chroniących przed samobójstwem jest posiadanie partnerki. A w drugą stronę to nie działa.

Czytaj także: Ewa Grzelakowska-Kostoglu szczerze o zaburzeniach odżywiania: „Myślałam o sobie, że jestem głupia, słaba”

Kobiety podejmują też więcej prób samobójczych. 

Tak, ale wśród mężczyzn częściej są to samobójstwa dokonane. Ogólnie uważam jednak, że kobiecość chroni. Kobiety są bardziej emocjonalne i wrażliwsze, poza tym mogą sobie pozwolić na okazywanie uczuć, choćby się rozpłakać albo zwrócić po pomoc. Mężczyzna z problemami będzie podejmował  działania nastawione głównie na podtrzymanie wizerunku. Bo wizyta u lekarza, a już, nie daj Boże, psychiatry, jest oznaką słabości. Najlepszy sposób na kłopoty, to, jak wiadomo, pójść po pracy do pubu, wypić drinka i już jest świetnie.

Dziś takim sposobem może być też internet. Jest tam całą masa  tekstów i kwestionariuszy zachęcających do autodiagnozy. Wiele osób na ich podstawie rozpoznaje u siebie różne choroby i decyduje o przebiegu leczenia.

Taka lektura często doprowadza do tego, że pacjent ma jeszcze więcej lęku. I wtedy zaczyna kombinować. Kupuje różne suplementy diety, odżywki itd. Jest to idealna sytuacja dla przemysłu farmakologicznego, bo te specyfiki są zwykle bardzo drogie. Ale nieskuteczne.

Są też inne strony internetowe, przygotowane w konsultacji ze specjalistami, dostarczające rzetelnych informacji. 

Tak, i warto się w ten sposób edukować. Trzeba jednak pamiętać, że pełna diagnostyka może odbyć się wyłącznie w gabinecie lekarza specjalisty. Bo konsekwencje takich zaburzeń psychicznych jak depresja są straszne: załamanie się linii życiowej, wypadnięcie z ról społecznych, zawodowych i rodzinnych. Depresja potrafi naruszyć nawet bardzo silne związki, a te słabsze z reguły rozbija. Ta choroba sprawia, że człowiek może stracić wszystko. Najpoważniejszą konsekwencją jest oczywiście targnięcie się na własne życie. A szkoda marnować życie, tylko dlatego, że ktoś nie chciał pójść do psychiatry, bo naczytał się przypadkowych bzdur o tym, jak to dieta, siłownia czy solarium mogą pomóc. W depresji to nie może pomóc. 

Czytaj też: 7 głównych typów depresji – to z nimi lekarze spotykają się najczęściej

Może jednak zanim sięgniemy po leki, powinniśmy próbować poradzić sobie innymi sposobami?

Po leki się nie sięga, leki zapisuje lekarz, jeśli po postawieniu diagnozy uzna, że farmakoterapia jest potrzebna. Są zaburzenia, w których leczenie farmakologiczne jest bezwzględnie koniecznie. Tym bardziej że od momentu, kiedy zaczyna się problem, do wizyty u psychiatry mija zwykle bardzo dużo czasu. Mogą to być miesiące, a nawet lata. Najczęściej jest tak, że zanim pacjenci zgłoszą się po pomoc, próbują właśnie radzić sobie sami. Różnymi sposobami, często niezbyt mądrymi. I dopiero kiedy już wyraźnie widzą, że sami nie dadzą rady – przychodzą. 

Konsultację psychiatryczną traktują jak wyjście ostateczne?  

Zdecydowanie, do psychiatry zgłaszamy się zwykle w tak marnym stanie, że już nie dajemy rady funkcjonować w pracy, kiedy pojawia się wysoki poziom lęku. To zresztą lęk często decyduje o tym, że pacjent szuka pomocy. Lęk, obok bólu, to najważniejszy objaw ostrzegawczy. Informuje, że dzieje się coś złego.

A czy wszystkie stany depresyjne leczy się farmakologicznie? Bywa, że ktoś wpada w depresję, tkwiąc w toksycznej relacji. A po rozwodzie symptomy choroby znikają.

Tak się zdarza, co nie znaczy, że nie trzeba czasem wesprzeć pacjenta leczeniem farmakologicznym. Te sytuacje nie rozwiązują się z dnia na dzień. Ludzie muszą wytrzymać do rozwodu, doświadczają toksycznych zachowań, czasem przemocy, a i sam rozwód jest wielkim stresem. Wszystko zależy od tego, jak człowiek funkcjonuje, czy jest w stanie tę sytuację unieść. Inny przykład to żałoba. Czasem przychodzą do mnie pacjenci, którzy kogoś stracili, i zdarza się, że proszą o tabletki. Jeśli je przepiszę, emocje zostaną wygłuszone, ale i tak kiedyś powrócą. Żałoby nie powinno się leczyć, bo ten czas i uczucia są potrzebne, żeby ją należycie i po swojemu przeżyć. Wsparcie farmakologiczne można zaproponować tylko wtedy, gdy ta reakcja jest zbyt nasilona albo się przedłuża.

Różne podręczniki samorozwoju zalecają praktykowanie jogi, medytacji czy mindfulness. Czy te praktyki mogą pomóc w odzyskaniu siły psychicznych?

Aż takiej wiary w to nie mam. To zresztą zależy od tego, jak bardzo te siły utraciliśmy. Bo jeśli bardzo, to podobne pomysły są stratą czasu. Nic to nie da. Trzeba szukać terapeuty. Żadna z tych praktyk nie jest rozwiązaniem dla człowieka, który jest na przykład w depresji. Mogą być wręcz szkodliwe, bo oddalają właściwe leczenie. Wiadomo, że ruch, aktywność fizyczna, która jest też sposobem rozładowania emocji, sprawia, że organizm dobrze funkcjonuje. Zawsze lepiej pójść na rower czy pobiegać niż iść na drinka. Lepiej spotkać się z przyjaciółmi niż oglądać seriale i zajadać się chipsami. Ale to jest tylko część większej całości, która składa się na dobre samopoczucie.

Jak więc przejść przez życie bez tabletki?

Jednej odpowiedzi nie ma. Na pewno warto zmniejszyć szalony pęd, w którym tak często funkcjonujemy. Postępować wedle zasady: praca, nawet jeśli jest przyjemna, to tylko obowiązek. Ja na przykład, gdy kończę pracę i zamykam za sobą drzwi gabinetu, już nie jestem psychiatrą. Nie zabieram swojej pracy do domu. Jestem Dariusz Wasilewski i robię, co chcę.

Na przykład gra pan i śpiewa. Czy to jest sposób na odstresowanie się?

Jest to rodzaj przyjemności, ale i obowiązku, bo akurat muzyką od wielu lat param się zawodowo. Poza tym mam trochę innych pasji, dzięki nim dobrze się bawię. Zawsze trzeba pamiętać o sobie. Powtarzam pacjentom, żeby dopuścili do siebie taką myśl: „Ja jestem najważniejszy/najważniejsza, a jak mnie jest dobrze, to innym będzie dobrze ze mną”. 

To trochę jak z tą instrukcją w samolocie. W razie wypadku najpierw sami zakładamy maskę tlenową, a potem podajemy ją dziecku. Bo jeśli sami nie będziemy sprawni, to nie pomożemy innym, nie będziemy mogli współpracować, a nawet pracować. 

Przychodzą do mnie pacjenci i mówią, że źle się czują, bo żyją w ciągłym napięciu i stresie. Wśród wielu różnych pytań, które im zadaję, pada zwykle jedno o pracę. I wtedy się okazuje, że te osoby pracują po kilkanaście godzin na dobę, zabierają pracę do domu i na wakacje, na które jeżdżą z laptopem, telefonem, iPadem. A to jest właśnie coś, co sprawia, że wcześniej czy później nasza psychika się rozleci. Hasło, które wtedy głoszę, brzmi: przynajmniej godzina urlopu dziennie. Chodzi o to, żeby mieć codziennie trochę czasu, który możemy poświęcić tylko sobie. I wtedy wszystkim od nas wara. To jest moja godzina i przez ten czas myślę wyłącznie o sobie i robię, co chcę. To mała zmiana, a powoduje, że świat naprawdę zaczyna wyglądać inaczej.

***

Dr Dariusz Wasilewski – Dyrektor Centrum Psychoprofilaktyki i Terapii, członek Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, Polskiego Towarzystwa Lekarskiego, Polskiego Towarzystwa Badań nad Uzależnieniami.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne

Stres zjada nas – a my… nieraz jeszcze go same podkarmiamy! Zobacz, jak radzić sobie ze stresem

Sylwia Arlak
27.07.2020

Spóźnienie do pracy, kłótnia z przyjaciółką, nieudana randka. Stresować może nas niemal wszystko. Nic dziwnego, że właściwie na okrągło czujemy się wyczerpani psychicznie i fizycznie. Jeśli nie nauczymy się radzić sobie ze stresującymi sytuacjami, tzw. stresorami, będziemy stale rozdrażnione. Możemy skończyć jeszcze gorzej, z  wypaleniem zawodowym, depresją albo chorobami psychosomatycznymi. Ale jest też dobra wiadomość. Możemy zrobić bardzo dużo, aby poradzić sobie ze stresem i unikać go w życiu. Przypominamy podstawowe zasady, które polecają psycholodzy: Nie wracaj do stresującej przeszłości  Po co masz ponownie przeżywać stres, którego już doświadczyłaś? „Mózg nie jest w stanie odróżnić tego, o czym myślimy, od tego, co naprawdę się dzieje. Zostawmy więc natywne zdarzenia w przeszłości. Myśląc o nich, ponownie zareagujemy stresem” — podkreśla dr Kathy Gruver cytowana przez portal.healthline.com. Aby przezwyciężyć ten zły nawyk, Gruver zaleca zmianę sposobu myślenia o niektórych sytuacjach. „Naprawdę trudno jest przestać o czymś myśleć. Łatwiej jest zastąpić tę myśl pozytywnymi afirmacjami” — dodaje. Powiedz: „Jestem zdrowa”, „Mój układ odpornościowy jest silny” albo „Pewnie wkraczam w przyszłość”. Poświęć też trochę czasu na medytację. Koncentrując się na oddychaniu podczas myślenia „jestem” na wdechu i „spokojna” na wydechu, zatrzymasz stres.  Przestań zakładać najgorsze scenariusze  Koncentrując się na najgorszym, tracisz pozytywną energię. „Martwimy się o różne rzeczy, a tak naprawdę nie wiemy, co się wydarzy. Dlaczego mamy cierpieć dwukrotnie?”  — pyta retorycznie Gruver.  Z kolei znana...

Czytaj dalej
Jak stres pomaga nam osiągać cele.
Adobe Stock

Jak możesz kontrolować swój stres i sprawić, by stał się twoim sprzymierzeńcem?

Oskarżamy stres o najgorsze: że tuczy, rujnuje zdrowie, odbiera radość życia. A jednak okazuje się, że bez niego nie zaszłybyśmy daleko. O tym, jak pomaga osiągać cele, rozmawiamy z psycholożką Ewą Jarczewską-Gerc.
Aleksandra Więcka
10.08.2020

Każdą stresującą sytuację możemy potraktować albo jak wyzwanie, albo zagrożenie. Pierwszy, ważny choć paradoksalny krok do oswojenia stresu, to docenić i przestać się go bać. Badania pokazały, że wizualizacja  zagrożenia pozwala np. szybciej schudnąć i działa lepiej niż wyobrażanie sobie przyszłej świetnej sylwetki. O sposobach, które pomagają zmienić stres w wyzwanie, opowiada psycholożka, dr Ewa Jarczewska-Gerc.  Motywujący stres Aleksandra Więcka: Wie pani, jaka grupa kobiet jest najbardziej zestresowana? Ewa Jarczewska-Gerc:  Słucham. Gospodynie domowe. Z badań amerykańskiej profesor psychiatrii Georgii Witkin wynika, że najbardziej zestresowane nie są pracujące matki, które same wychowują dzieci, tylko niepracujące kobiety z problemami w związku.  Wcale mnie to nie dziwi. Utrata kontroli nad życiem jest jedną z najsilniejszych przyczyn stresu i źródłem napięcia kobiet, które z różnych względów wycofały się z rynku pracy. A praca to przecież nie tylko wysiłek, ale cała sieć relacji społecznych, satysfakcja z osiągnięć. Każdy człowiek niezależnie od płci potrzebuje też samorealizacji, rozumianej jako wykorzystanie swojego unikalnego potencjału, poza rolą żony czy matki. Ale wystarczy poprawa sytuacji w związku, żeby ryzyko depresji było tylko nieznacznie wyższe niż u kobiet zadowolonych i z pracy, i z małżeństwa. Jak wynika z ustaleń psychologii pozytywnej, wsparcie bliskich jest najważniejszym czynnikiem redukującym stres. Szczególnie dla kobiet, bo to one częściej wybierają sposoby łagodzenia napięcia polegające na rozmowie czy dotyku. I to jest bardzo konstruktywne działanie, o ile – uwaga! – nie przesadzimy. Bo nieustanne opowiadanie innym o swoich problemach, przynosi...

Czytaj dalej
choroby psychiczne
Adobe Stock

Psychiatra prof. Jacek Wciórka: „Kryzys psychiczny może przytrafić się dokładnie każdemu”

Joanna Rachoń
21.06.2020

Kryzysu psychicznego nie przeżywa się w chmurce nad głową, przeżywa się go w całym ciele, w sercu i umyśle. Ludzie czują się zagubieni, wykluczeni. Czy Centra Zdrowia Psychicznego, nowoczesne ośrodki to wreszcie rewolucja w polskiej psychiatrii? Wyjaśnia  prof. Jacek Wciórka, psychiatra, pracujący w Instytucie Psychiatrii i Neurologii w Warszawie. Zmiany w polskiej psychiatrii Joanna Rachoń: Czy w polskiej psychiatrii właśnie zaczął się przewrót? Prof. Jacek Wciórka: Jestem ostrożny z takimi określeniami, ale istotnie w gronie entuzjastów zmian, które od kilku miesięcy w praktyce wprowadzamy, lubimy myśleć, że one wywołają lawinę. Lawinę pozytywnych działań korzystnych dla osób wymagających pomocy w tej dziedzinie. To znaczy, że stanie się ona łatwiej dostępna, bardziej skuteczna i bliższa człowiekowi. Co się zmienia? Mamy nadzieję, że zmiany organizacyjne, jakościowe i systemowe doprowadzą także do zmiany w podejściu wielu ludzi do zdrowia psychicznego. Zresztą coraz popularniejsze jest skupianie się na zdrowiu właśnie, a nie na chorobie. Na dbaniu o siebie, o swój odpoczynek, sen. To są bardzo pozytywne tendencje. Liczę na to, że za jakiś czas przestanie też być wstydem przyznanie się do depresji czy innego rodzaju kryzysu psychicznego, bo będziemy rozumieli, że problem dotyczy nie „wariatów” i „zaburzonych” – lista takich pejoratywnych określeń jest długa – ale że może przytrafić się każdemu. Każdemu? W tym sensie, że nie do końca wiadomo, dlaczego na podobne sytuacje niektórzy reagują kryzysem, a inni nie. Przyczyny są bardzo indywidualne i bardzo złożone. Wiadomo jednak, że co czwarta osoba w Polsce w ciągu swojego życia przeżywa problem wymagający pomocy terapeutycznej. Badania sondażowe, w których pytano o...

Czytaj dalej
Bartłomiej Topa
Rafał Masłow

„Żyję intensywnie” – Bartłomiej Topa zaskakująco o kryzysie 50-latka

Marta Strzelecka
18.02.2020

Nie spodziewałem się, że właśnie teraz tak bardzo zmieni się moje życie”, mówi Bartłomiej Topa. Gwiazdor serialu „Pod powierzchnią” i spektaklu „Dobrze się kłamie” opowiada nam o tym, jak z małomównego samotnika zamienił się w rodzinnego mężczyznę. Marta Strzelecka „Uroda Życia”: Zaczął pan od nowa? Bartłomiej Topa: Można tak powiedzieć, chociaż w moim przypadku trudno określić momenty zatrzymywania się i zaczynania od nowa. Teraz mam wyjątkowo dużo pracy, która zawsze mnie nakręcała. A emocjonalny kryzys 50-latka przerabiam na scenie. Lubię gadżety, ale chcę wierzyć, że nie przesłaniają mi rzeczywistości. Żyję intensywnie. Ale zbudował pan też nowy związek. Czy to jest zupełne odcięcie się od przeszłości, zaczynanie od zera? Mam 17-letniego syna, Antek mieszka już sam i wpisany jest w moje życie tak samo mocno jak kiedyś. A mój związek poza miłością oznacza też rodzinę. Dla mnie zupełnie nową, fascynującą. Moja partnerka ma dwie córki. Nie przeżywałem z nimi ich pierwszych lat życia.  Teraz każdy z nas wnosi do domu inne doświadczenia, wynikające z nich emocje, radości, ale też lęki. Jesteśmy obok siebie, obserwujemy się, stajemy się dla siebie wzajemnie kimś ważnym, a ja na nowo definiuję swoją rolę. Dużo rozmawiamy, dzielimy się codziennością, wrażeniami z przeżywanych chwil. Starsza jeździ konno, młodsza ma mnóstwo energii i pomysłów – ten nowy dla mnie świat tętni realnym życiem.   Batłomiej Topa: „Może jestem spokojniejszy?” A pan jest raczej małomówny, prawda? Mało mówię, wolę słuchać. Jest to może jakiś problem, bo łatwiej uniknąć konfliktów, kiedy człowiek potrafi powiedzieć, o co mu chodzi, co go boli. Ale mam to szczęście, że Gabrysia wyciąga ze mnie...

Czytaj dalej