Co dziedziczymy po przodkach? Na przykład nieudane związki i nasze lęki
Magnum photo/Photo power

Co dziedziczymy po przodkach? Na przykład nieudane związki i nasze lęki

Trauma z przeszłości, np. naszej babci, nie tylko zniszczyła jej psychikę, ale i zmieniła biochemię jej mózgu. Ta zmiana ma też wpływ na nas. „Może wreszcie przyszedł czas, aby się z tymi naszymi wdrukowanymi lękami z przeszłości zacząć rozprawiać”, mówi psychoanalityczka Wiola Rebecka.
Karolina Morelowska-Siluk
12.10.2018

Dziedziczymy cechy charakteru po członkach naszej rodziny – to wiedza powszechna. Jednak jak się okazuje, to nie wszystko: „w spadku” dostajemy znacznie więcej. Na życie prawnuczki bardzo realny wpływ może mieć to, czego w swoim życiu doświadczyła jej prababka.

Karolina Morelowska-Siluk: Czy to znaczy, że życie każdego z nas naznaczone jest historiami naszych przodków?

Wiola Rebecka: Tak, potencjalnie każdy z nas naznaczony jest przeżyciami poprzednich pokoleń swojej rodziny. I to tymi najgorszymi, najcięższymi doświadczeniami, niestety. Od kilku miesięcy prowadzę w Nowym Jorku projekt, który dotyczy właśnie tego zagadnienia: trauma transmission, czyli przekazywania traumy. Dokładna nazwa mojego projektu brzmi: „Rape. A  History of Shame”, czyli: „Gwałt. Historia wstydu”. Tym konkretnym tematem, tą konkretną traumą nie zajęłam się bez powodu. To temat, który dotyczy mojej własnej rodziny. 20 lat temu poznałam sekret, jaki moja babcia nosiła w sobie przez kilkadziesiąt lat. Była więźniarką obozu koncentracyjnego w Ravensbrück, przeżyła piekło, będąc poddawana eksperymentom medycznym jako jeden z tak zwanych „rabbits”, czyli królików doświadczalnych. Ale to nie był koniec jej dramatu. Podczas wyzwolenia została zgwałcona przez sołdata Armii Czerwonej. Jak wszyscy wiemy, gwałt jest ogromną traumą. Dla osoby zgwałconej, dla rodziny takiej osoby, dla potencjalnego dziecka, które urodzi się z tego gwałtu, ale także, i z tego już niewielu z nas zdaje sobie sprawę, dla kolejnych pokoleń w tej rodzinie, bo to właśnie jedno z tych doświadczeń, które przenosi się jako tak zwany przekaz transgeneracyjny. Przeżycie mojej babci, przez lata ukrywane, bez wątpienia ma wpływ na życie mojej mamy, na moje życie i życie moich dzieci.

Jak to się dzieje? Jak to możliwe, że coś, co przeżyła moja babcia, ma realny wpływ na życie mojej córki?

By to zrozumieć, musimy odwołać się do czegoś, co nazywamy nieświadomością. Poza myślącym umysłem, który dokonuje świadomych wyborów, jest jeszcze taka część nas, którą nazywamy nieświadomością. Mówiąc obrazowo i skrótowo jednocześnie, w tej naszej nieświadomości zanurzone jest coś takiego jak nasze psychologiczne DNA.

Rozumiem, że to w nim ukryty jest ten rodzaj traumatycznego przekazu.

Ale on nie zawsze musi się ujawnić. I tu odwołujemy się do epigenetyki. Zajmuje się ona ekspresją genów, czyli nasileniem ich odczytywania.

Co to dokładnie znaczy?

Dzięki nauce wiemy, że na podstawie badań naszych genów, historii rodziny i  wywiadu rodzinnego jesteśmy w stanie określić prawdopodobieństwo tego, czy zachorujemy np. na raka, na alzheimera, czy będziemy mieli alergię itd. Ale na to, czy tak się ostatecznie stanie, wpływ ma także coś, co możemy nazwać środowiskiem fizjologicznym, w  którym nasz genom jest zanurzony.

Czy to ta woda, która stanowi 90 procent naszego ciała?

Tak, tylko ta woda ma swoje konkretne, indywidualne dla każdego z nas „zabarwienie”. A na to, jakie będzie to zabarwienie, wpływają następujące rzeczy: to, co jemy, czyli składniki naszej diety, to, czym oddychamy, czyli zanieczyszczone lub nie środowisko, w którym przebywamy, nasza kondycja psychiczna, czyli poziom stresu, który przeżywamy. I teraz można powiedzieć, że jakość tego „płynu”, tej substancji stanowi o naszej sile, odporności. Stanowi o tym, czy nasze geny dojdą do głosu, czy nie, czy zostaną odczytane.

Czyli szeroko pojmowana jakość naszego życia ma wpływ nie tylko na to, czy zachorujemy na raka, którego potencjał zapisany jest w naszych genach, ale także na to, czy traumatyczne doświadczenia naszych przodków ujawnią się w naszej nieświadomości i wpłyną na nasze życie?!

Tak. I to jest cenna wiedza dla każdego z  nas. To kolejny powód, by w miarę możliwości dbać o siebie. Ale oczywiście, nie oznacza to, że jedząc zdrowo, oddychając czystym powietrzem i unikając stresu, gwarantujemy sobie spokojne życie wolne od tego wspomnianego naznaczenia historią naszej rodziny. Tu, by się ratować, trzeba czasem zrobić o wiele, wiele więcej, bo trauma ma ogromną i  długotrwałą siłę rażenia.

Co właściwie sprawia, że tak silnie promieniuje na to psychologiczne DNA kolejnych pokoleń?

Trauma nie tylko, jak mówimy potocznie, niszczy naszą psychikę, ale zmienia –  dosłownie – biochemię naszego mózgu! Odniosę się do historii mojej babci. Kiedy trafiła do obozu, miała 16 lat. Spędziła dwa lata w miejscu, w którym codziennie jej życie było zagrożone. I  to nie jest metafora – wszczepiano jej bowiem bakterie i substancje trujące, by obserwować reakcje organizmu, więc dzień w dzień wisiało nad nią widmo śmierci. Można sobie tylko wyobrażać poziom stresu, który jej towarzyszył. I  w  momencie, kiedy przyszło wyzwolenie, które powinno być zbawienne, zadano jej kolejny cios. Przyjaciel okazał się kolejnym oprawcą. To wszystko sprawia, że podstawowe zaufanie do ludzi zostaje unicestwione. Już nie wiadomo, kto jest kim, wszystko się miesza. Tymczasem człowiek ma bardzo silną potrzebę rozróżniania, co jest dobre, a co niebezpieczne. Jeżeli tę możliwość tracimy, zamazują się granice, podobnie dzieje się na przykład podczas przemocy domowej, czyli mąż – ten, który powinien kochać – bije, czy ojciec –  ten, który powinien chronić – molestuje, dochodzi do zmian w biochemii mózgu. To ekstremalne zagrożenie zapisuje się w  naszym epigenetycznym kodzie, w naszej komórkowej pamięci. I ten przekaz jest dziedziczony. Taki chroniczny lęk dziedziczymy na poziomie nieświadomości.

Jak to przerwać? Co zrobić, aby się od tego uwolnić?

Dość często mamy poczucie, że życie nam się nie układa. Nie wiemy, co się dzieje, ale jest nie tak, jest źle. Rozpadają się kolejne związki, nie jesteśmy w  stanie zbudować dobrej, mocnej relacji. W  kółko powtarzamy te same błędy, mamy kłopot z prawdziwą bliskością. To  wszystko oznacza, że należy poszukać przyczyny trochę głębiej.

I szukamy jej. Często decydujemy się na terapię. Ale nie idziemy tam z przeświadczeniem, że będziemy szukać przyczyn w historii naszej babki, bo po pierwsze często nie mamy o niej pojęcia, po drugie nie mamy wiedzy, że to może ściśle łączyć się z naszymi problemami. A ja powiem tak: bywa, że przeczuwamy, że gdzieś głębiej leży źródło naszego problemu, ale nie mamy w sobie gotowości, odwagi, by zanurzyć się w przeszłość. Mnie samej to dojrzewanie do przeanalizowania historii mojej babci zajęło 20  lat! Zrobiłam to dla siebie, ale przede wszystkim dla moich dzieci...

No właśnie, zwykle jest tak, że treść tego przekazu transgeneracyjnego jest sekretem, to takie rodzinne tabu.

Moja babcia milczała kilkadziesiąt lat, moja mama nie chciała dotykać tego tematu, całe lata słyszałam od niej, że  brudów się nie wywleka, o takich rzeczach się nie mówi. Ja uważam inaczej, o  tym trzeba mówić, bo by przerwać taki skrypt, należy złamać tabu. Ale przy traumie pojawia się zwykle coś jeszcze, co ma duże znaczenie, mianowicie poczucie wstydu. I to ono powoduje, że traumy nie przepracowujemy. Kobiety czują się odpowiedzialne za to, że były bite. Ludzie czują się odpowiedzialni za  to, że na ich oczach kogoś zabito.

Kobiety czują się odpowiedzialne za to, że zostały zgwałcone?

Przy moim projekcie pracuję z kobietami ze Stanów Zjednoczonych i z kobietami z Rwandy. Jak wiemy, zaledwie 24  lata temu w Rwandzie w ciągu trzech miesięcy zostało zamordowanych ponad milion ludzi, w tym samym czasie zostało zgwałconych ponad 250 tysięcy kobiet i dziewczynek! To doświadczenie zmieniło oblicze całego kraju – wywołało traumę grupową, ale też miliony traum dla jednostek. Kiedy zaczęłam pracować z ofiarami gwałtów, zobaczyłam, jak ogromną rolę w ich życiu odgrywa właśnie wstyd. Gwałt niszczy poczucie zaufania do świata, do samej siebie i diametralnie zmienia stosunek do własnego ciała. Chcę pracować z tymi kobietami, bo wierzę, że w tym przypadku jest jeszcze szansa, aby zmierzyć się z traumą w  tym pokoleniu. Wierzę, że jeszcze da się zapobiec, żeby nie przeszła na córki tych kobiet w transgeneracyjnym przekazie, żeby nie złamała życia kolejnych pokoleń.

Na pewno ciężko przebić się przez barierę tego wstydu, o którym pani wspomniała.

Człowiek, który doświadczył traumy, musi mieć odwagę, aby o niej opowiedzieć, ale musi mieć przede wszystkim taką możliwość. Kobiety, z którymi pracuję, żyły ze swoim bólem zupełnie same. Historia Consollee Nishimwe to koszmar. Miała 14 lat, kiedy na jej oczach zabito jej ojca i dwóch braci. Została z  matką i siostrą, następnie zgwałcono ją, a właściwie „zaproszono” ją do gwałtu, mówiąc, że jeśli dobrowolnie nie ulegnie, sprawca zabije jej matkę i siostrę. Zatem miała dokonać wyboru... To nie wszystko – podczas gwałtu zarażono ją wirusem HIV. To wszystko wydarzyło się 24 lata temu. Consollee tyle lat żyła ze swoim sekretem. Ale to milczenie kobiet jest powszechne. Bo czy zna pani miejsca w  Warszawie, w Polsce, w którym kobiety otwierają się i swobodnie, bez oceny opowiadają o gwałcie, którego doświadczyły?

Nie.

A czy któraś z pani znajomych, któraś z  kobiet z pani rodziny opowiedziała pani otwarcie, że została zgwałcona?

Nie.

To chcę pani powiedzieć, że dwie na dziesięć kobiet, które pani zna, zostały zgwałcone. To są twarde dane! I jeśli te dwie kobiety noszą w sercu ten sekret, same, a zwykle tak jest, borykają się ze swoją nieprzepracowaną traumą, ich córki odziedziczą ten przekaz. Odziedziczą lęk, poczucie zagrożenia. Ostatnio dostałam maila od 70-letniej kobiety, która wyznała mi, pierwszy raz w życiu, że kilkadziesiąt lat temu została zgwałcona. Nosimy w sobie takie historie i one łamią życie kolejnych pokoleń.

Rozumiem, że ludzie, którzy przeżyli traumę, przybierają w życiu konkretną postawę, mogą być chłodni, wycofani, zalęknieni, niedostępni, a to bez wątpienia wpływa na relacje, jakie budują ze swoimi partnerami, ze swoimi dziećmi.

To jeszcze dodatkowo wzmacnia ten trudny rodzinny przekaz. Przede wszystkim udają, całe życie grają. Nawet przed sobą. Consollee, która dwa lata po tym dramacie dostała szansę, aby wyjechać do Nowego Jorku – co zresztą było kolejną traumą, emigracja także jest rodzajem traumy – opowiadała mi, że przez 20 lat żyła w hibernacji. Nie czuła swojego ciała, nie czuła żadnej przyjemności. Robiła jedynie to, co było trzeba. Wstawała rano, myła się, szła do szkoły, potem na studia. Skończyła je, podjęła pracę, ale nie prowadziła żadnego życia towarzyskiego, nie nawiązywała relacji. Działała jak robot.

Moja babcia całe życie nie mogła spać, całe życie – co dopiero niedawno sobie uświadomiłam – brała relanium, czyli silny lek przeciwlękowy. Brała go i milczała. Nikt nie pytał, dlaczego nie śpi, dlaczego łyka każdego dnia tabletki. Niby wszystko było OK – miała męża, miała córkę, wnuczkę, nic dramatycznego się nie działo, więc skąd te leki? Dziś wiem, dlaczego je zażywała.

Do końca życia zmagała się z lękiem... Wczoraj w Stanach obchodzony był Dzień Matki. W internecie znalazłam taki komiks o matkach z  całego świata. To były rysunki kobiet z dziećmi ze zdaniem komentarza: „Mama we Francji podaje dziecku czerwone wino od ósmego roku życia”, „Mama w Brazylii gra z dzieckiem na rękach w  piłkę” i mama w Polsce... Mama w Polsce mówi do dziecka: „Nie wychodź z domu, bo coś złego ci się stanie”. Można się pośmiać, ale mi wcale nie było do śmiechu. Zasmuciło mnie to, bo jest, niestety, szalenie trafne. My, Polacy, jesteśmy bardzo silnie straumatyzowanym narodem! I ten komiksowy żart w gruncie rzeczy jest bardzo gorzki, bo doskonale obrazuje, jak bardzo, na każdym poziomie, przesiąknięci jesteśmy lękiem.

Do tego stopnia, że niemal słyniemy z naszych lęków, skoro powstał w Stanach taki komiks.

Tak. I może wreszcie przyszedł czas, aby się z tymi naszymi przekazami transgeneracyjnymi, z tymi naszymi wdrukowanymi lękami zacząć rozprawiać. Zacznijmy od poziomu jednostki. By przeżyć traumatyczne doświadczenie, potrzeba ogromnej siły, a potem tej samej siły taki człowiek, skrywając sekret, milcząc, używa przeciwko sobie. To paradoks. Żeby nie nastąpił taki przekaz transgeneracyjny, żeby zatrzymać to w pokoleniu, w którym trauma się wydarzyła, tę siłę trzeba przekierować na rozładowanie tego bólu, na przepracowanie go. To jest bardzo trudna, ale konieczna operacja. Przecież jeśli mamy raka, trzeba nas otworzyć, wyciąć guz i  zaszyć. Potrzebujemy profesjonalnej pomocy. Trauma także jej wymaga. Trauma wymaga psychoterapii.

A jeśli nie poddamy się „operacji”, to ten wysiłek powinno podjąć kolejne pokolenie. Tymczasem tu często pojawia się jakiś przedziwny rodzaj opacznie pojmowanej lojalności. Kobiety czasem podświadomie czują taki przymus powielania nieszczęścia babek czy matek. „Nie mogę być szczęśliwa”, „Nie mam do tego prawa” – tak czujemy.

Moja babka nie umiała stworzyć udanego związku, mojej mamie też się to nie udało, więc i ja go nie stworzę?

To poczucie lojalności, o którym pani mówi, potrafi przybierać gigantyczne, absurdalne rozmiary. Dotyczy to na przykład osób, którym zabito bliskich. Zdarza się, że pojawia się dręcząca myśl: „Skoro oni nie żyją, ja też nie mam prawa żyć”. Skoro moi bliscy nie byli szczęśliwi, ja nie mam prawa się uśmiechać. To także jest jedna z twarzy tego transgeneracyjnego przekazu – poczucie winy tych, którzy żyją, którzy przetrwali, albo tych, którym układa się życie. Powiem coś radykalnego: czasami by się ratować, trzeba nawet zostawić traumatyzującą rodzinę, jeśli ta chce podtrzymywać zmowę milczenia.

Zostawić rodzinę, ale nie odkrycie jej tajemnicy.

Absolutnie nie, ją trzeba poznać i  „oswoić”, by nie przekazać trucizny dalej, bo  nawet jeśli od rodziny się oddalimy, nadal nosimy w sobie przekaz. To jest jak szyfr, który trzeba rozkodować. Jeśli naprawdę chcemy się zanurzyć w  historii rodziny, to w obecnych czasach możemy to zrobić nawet bez jej wsparcia. To  nie jest epoka kamienia łupanego. Mamy dostępne narzędzia, aby poszukać, dlaczego boli nas dusza i  dlaczego nie układa nam się życie. Tylko mam wrażenie, że ludzie nie lubią i nie chcą szukać. Z jednej strony ciekawi nas wszystko, głównie to, co dzieje się u  sąsiada, ale to, co zapisane na kartach historii naszych przodków, już niekoniecznie. Mnie to bardzo dziwi.

Będę tu obrońcą i powtórzę: wydaje mi się, że po prostu nie wyobrażamy sobie, że gdzieś głęboko w życiu mojej babci, w zupełnie innym świecie, w zupełnie innych realiach jest źródło mojej niemocy „tu i teraz”.
Ważne, żeby było co zjeść, gdzie spać, żeby było za co opłacić rachunki, by z  mężem było jakoś, może jeszcze, żeby pojechać czasem na wakacje gdzieś, gdzie świeci słońce – takimi kryteriami myśli większość z nas. A w życiu czasem trzeba sięgnąć po więcej, by zrozumieć samego siebie.

Użyję takiego porównania. Wszyscy wiemy, że mycie zębów jest niezbędne. Bo jak ich myć nie będziemy, zacznie brzydko pachnieć z ust, potem zęby będą się psuć i wypadać. To jest wiedza powszechna. Nikt z tym nie dyskutuje. To samo dotyczy higieny związanej ze  sferą psychiczną. Jeśli nie będziemy świadomi siebie, nie będziemy zauważać sieci powiązań, nie będziemy – mówiąc metaforycznie – czyścić pewnych fragmentów swojej psychiki, to będą odkładać się w  niej złogi, będzie brudno, będzie śmierdziało. To jest prymitywne porównanie, wiem, ale pozostanę przy nim. Musimy dbać o duszę. Czasami trzeba zrobić leczenie kanałowe...

Każdemu z nas doradza pani, aby zanurzył się w przeszłości swojej rodziny?

Zdaję sobie sprawę, że nie jestem obiektywna, ale dla mnie oczywiste jest to, że należy taką pracę genealogiczną wykonać, a potem tę przeszłość przepracować z pomocą terapeuty.

Pewnie po coś ludzie swojego czasu z takim pietyzmem rysowali swoje drzewa genealogiczne. Rozumiem, że to było coś więcej niż rysunek powieszony na ścianie?

Zdecydowanie, bo mamy głęboko w sobie potrzebę rozpoznania swojej tożsamości, odtworzenia tych kolejnych klocków, z których ona została zbudowana, ale mamy też w  sobie lęk, co w tych klockach znajdziemy, na co trafimy. Czasami trzeba jednak pokonać jeden mniejszy lęk, bo dzięki temu rozprawimy się z tym o wiele większym lękiem, który każdego dnia depcze nam po piętach i nie pozwala maszerować przez życie pewnym krokiem.

Wiola Rebecka – psychoanalityczka, absolwentka UW, członkini American Psychoanalytic Association and International Psychoanalytic Assocoation, twórczyni projektu „Rape. A History of Shame”

Rozmowa z Wiolą Rebecką ukazała się w „Urodzie Życia” 7/2018

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Olga Kozierowska, założycielka organizacji „Sukces Pisany Szminką

Kobieca rywalizacja to nieczysta gra! Same sobie utrudniamy życie?

Ja przeszłam piekło, dlaczego jej ma być łatwiej?
Karolina Stępniewska
04.01.2019

Taki sposób myślenia wciąż ma się dobrze wśród kobiet. O kobiecej rywalizacji, wybiórczej solidarności i syndromie wciągania za sobą drabiny, opowiada Olga Kozierowska, dziennikarka biznesowa, działaczka społeczna, założycielka organizacji „Sukces Pisany Szminką".  Dodaje: „Kobiety muszą pokonać w sobie przymus porównywania się. Zdrowa rywalizacja w pracy nie polega na maniakalnym śledzeniu każdego kroku konkurentki. Polega na tym, żeby mieć na siebie plan, pomysł. Swój własny, autorski. Tak zdobywa się góry". Wspiera pani kobiety w ich drodze zawodowej, poznaje ich pani setki, jakie są pani obserwacje dotyczące rywalizacji kobiet w pracy, w biznesie? Widzę, niestety, że wciąż funkcjonuje wśród nas syndrom wciągania za sobą drabiny. Co to znaczy? Większość kobiet, które przez ostatnie lata wspięły się naprawdę wysoko, ma za sobą bardzo wyboistą, ciężką drogę. I kiedy dziś mają zaangażować się w politykę, która ułatwi tę ścieżkę innym kobietom, mówią głośno: „Nie, chwileczkę, ja przeszłam piekło, niech moje koleżanki pokażą, że też mają w sobie tę siłę". Bywamy dla siebie okrutne. I to dotyczy nie tylko Polek. Bardzo jaskrawy i smutny jednocześnie wniosek płynie z badań, które przeprowadzono niedawno w Stanach Zjednoczonych i w Wielkiej Brytanii. Studentom ekonomii pokazano dwa filmy. W pierwszym przemawiała bardzo zaniedbana, niechlujna kobieta. Wyglądała nieciekawie, ale mówiła bardzo mądrze o biznesie. W drugim filmie głos zabrała piękna pani. Miała przepiękne rysy, włosy, zadbane paznokcie, nieskazitelny makijaż , była świetnie ubrana, mówiła z bardzo dużą pewnością siebie… straszne brednie. I jak pani myśli, która kobieta została lepiej oceniona przez inne kobiety? Ta ładnie wyglądająca?...

Czytaj dalej