Dr Aleksandra Piotrowska, psycholożka: „Kiedyś dzieci mogą dobrze wspominać czas pandemii”
iStock

Dr Aleksandra Piotrowska, psycholożka: „Kiedyś dzieci mogą dobrze wspominać czas pandemii”

„Oczywiście, że byłoby lepiej, gdyby dzieci nie musiały siedzieć zamknięte w domach, ale wszystko wskazuje, że ta trudna sytuacja przynosi też pozytywy wychowawcze” – mówi dr Aleksandra Piotrowska, psycholog i pedagog z Uniwersytetu Warszawskiego.
Sylwia Niemczyk
05.11.2020

Od poniedziałku 9 października nauczanie zdalne obejmie już wszystkie dzieci w Polsce, także te najmłodsze z klas 1–3. Po raz drugi w tym roku dzieci zostaną zamknięte w domach – już od ponad tygodnia dzieci poniżej 16 roku życia nie mogą wychodzić same z domu bez opieki dorosłego. Jak to przymusowe zamknięcie odbije się na ich psychice? To zależy – mówi psycholog i pedagog dr Aleksandra Piotrowska. Przede wszystkim od tego, jak długo potrwa. Po drugie – w jakich warunkach będzie się odbywać. Po trzecie – zależy też od tego, jak my, dorośli, wykorzystamy okazję bliskiego kontaktu z naszymi dziećmi. 

Sylwia Niemczyk: Musiała przyjść pandemia, abyśmy się przekonali, że nasze dzieci jednak lubią chodzić do szkoły.

dr Aleksandra Piotrowska: My, pedagodzy i psycholodzy,  wiedzieliśmy to od zawsze: dla dorastających dzieci i nastolatków szkoła to niebywale ważne środowisko rozwoju. Powiem nawet więcej, kiedy z powodu pandemii zamknięto szkoły, to dla większości dzieci najbardziej przytłaczającym doświadczeniem było właśnie wyrwanie z grupy rówieśniczej, a nie strach o zdrowie. To oraz nuda i konieczność samodzielnego radzenia sobie z nauką szkolną: bez przerw, dzwonków, czujnego wzroku nauczyciela. 

Samodzielne realizowanie obowiązku szkolnego wymaga naprawdę niezłej dojrzałości, a my do tej pory nie wymagaliśmy jej od naszych dzieci. I to, że teraz zaczęliśmy tej samodzielności i dojrzałości wymagać, jest zmianą na plus w naszym wychowaniu, nawet jeśli jest to zmiana wymuszona trudnymi okolicznościami. Rośnie liczba domów, w których przestaje już być takie oczywiste, że to mama ma pamiętać o pracy domowej z chemii. Mama jest zapracowana, bo jej praca zdalna zajmuje bardzo dużo czasu, więc dziecko musi zająć się sobą samo. I przestaje już oczekiwać, że rodzic zorganizuje mu każdy kwadrans dnia. Wiem o domach, w których dzieci płci obojga cudownie uaktywniają się w kuchni i to nie na zasadzie: „Pomogę mamie obrać ziemniaki”. Podczas kwarantanny zaczęły piec ciasta, robić nowe potrawy i nagle okazuje się, że to jest całkiem fajne. Ta aktywność to duży pozytyw. 

Jedyny? Czy są jeszcze jakieś inne?

Myślę, że ta trudna sytuacja może przynieść wiele pozytywów wychowawczych. W ostatnich tygodniach nasze dzieci miały naprawdę sporo okazji, aby zobaczyć, jak ważna jest solidarność społeczna. Wystarczy poczytać, co pisali ratownicy, lekarze – jak często doświadczali wdzięczności albo realnej pomocy innych. Pół Polski szyło maseczki dla personelu medycznego. Dzieci na pewno mogły zobaczyć, że wielu ludzi dzieli się swoimi zasobami: czy to materialnymi, czy też niematerialnymi, np. swoim czasem albo umiejętnościami. 

Jednocześnie wszyscy byliśmy nieraz świadkami sytuacji, kiedy tej solidarności zabrakło. Choćby wykupowania przez niektórych ludzi całego zapasu płynu do dezynfekcji ze sklepów czy stacji benzynowych, bez refleksji, że przez to nie wystarczy dla innych. 

A jakie są negatywy?

Tym, czego realnie się boję i co już teraz obserwuję, jest przyrost uzależnień behawioralnych od internetu, telefonu czy laptopa. Bodźce płynące z ekranu są bardzo atrakcyjne choćby z tego powodu, że angażują naszą uwagę mimowolną, czyli taką, która nie wymaga od nas śladu wysiłku. Poza tym są zmienne, nieprzewidywalne, mają kontrastowy charakter – wszystko to sprawia, że są niezwykle konkurencyjne dla rozmowy z żywym człowiekiem czy czytania książki. Uzależnienie od nich następuje błyskawicznie. Pocieszam się tylko tym, że u ludzi, którzy mają po operacji podawaną morfinę w celach przeciwbólowych, a nie „rozrywkowych”, nie stwierdza się przypadków uzależnień. Mam nadzieję, że tutaj będzie podobnie, dzieci nieraz przecież korzystają z internetu, aby zaspokoić naprawdę ważne, podstawowe potrzeby życiowe. Bo dla 16-latki potrzeba kontaktu z rówieśnikami jest bardzo ważna – nawet jeśli ten kontakt sprowadza się do wymiany głupawych z naszego punktu widzenia memów. Ale musimy zdawać sobie sprawę, że dziś eksperymentujemy na żywym organizmie i w sumie nie wiemy, jak ten eksperyment się skończy. 

Druga negatywna rzecz, która mnie bardzo niepokoi: na pewno spadło zaufanie do cywilizacji: zarówno nasze, jak i naszych dzieci. Do tej pory wychowywaliśmy je w takim przeświadczeniu, że nasza cywilizacja jest tak wspaniała i zaawansowana, że już niczego nie musimy się bać, bo mamy remedium na prawie wszystkie bolączki świata. A tu się okazuje, że matka natura cały czas może pogrozić nam palcem. I nawet wielkie pieniądze, świetnie wyposażone laboratoria czy najlepsze programy komputerowe nie pomogą – a przynajmniej nie tak szybko, jakbyśmy chcieli. Dzieci to widzą.

I boją się.

Przed pandemią koncentrowaliśmy się na budowaniu w nich poczucia bezpieczeństwa, ale raczej w psychologicznym ujęciu Uczyliśmy je, jak funkcjonuje świat, jakie reguły nim rządzą. Przekonywaliśmy, że jak będą się do tych reguł stosować, to na pewno sobie w tej rzeczywistości poradzą. Za to w ogóle – oczywiście poza wyjątkowymi przypadkami – nie musieliśmy się koncentrować na ich bezpieczeństwie w sensie fizycznym. A teraz mam sygnały od rodziców, że są i czterolatki, które jeszcze nie umieją wymówić „r” w słowie wirus, ale już wiedzą, że się tego słowa bardzo boją. I coraz częściej to biologiczne zagrożenie jest źródłem bardzo poważnego niepokoju u nastolatków. Nawet jeśli grają chojraków i udają, że niczym się nie przejmują, to już widzimy, że wielu z nich straciło swoje wcześniejsze przeświadczenie, że są na tym świecie bezpieczni.

Do tego widzą nasz strach i nasze nerwy.

Ale w tym nie ma nic złego, że widzą. Oczywiście, że dziś w wielu domach rozmawia się o tym, jak to teraz będzie, rodzice obawiają się utraty pracy, mniejszych zarobków. I nie ma żadnego powodu, żeby trzymać dziecko z dala od domowych kłopotów. Takie chowanie pod kloszem to błąd, który popełnia wielu rodziców. Rozumiem, że chcemy oszczędzić dzieciom stresu, uważamy, że te niewinne główki nie powinny zajmować się takimi sprawami – ale bardzo głęboko się z tym nie zgadzam. 

Odróżnijmy ciągłe podbijanie lęku: „Czy czasem nie stracę pracy, czy będziemy mieć co jeść, czy nie zabiorą nam mieszkania?” od jasnego komunikatu: „Było lepiej, teraz będzie trochę gorzej, będziemy musieli z czegoś zrezygnować”. Przecież to wiadomo, że po pandemii wszystkim nam się będzie żyło trudniej, wielu ludzi straciło pracę, pozastanawiajmy się wspólnie, na czym możemy zaoszczędzić. Rozmawiajmy nie o lękach, ale o tym, jakie rozwiązania są możliwe, o tym, na co mamy dzisiaj wpływ. Poczucie sprawstwa jest bardzo ważne dla każdego człowieka, nawet jeśli ten człowiek ma zaledwie kilka czy kilkanaście lat. I to jest rzecz, która nie zmienia się bez względu na to, czy trwa pandemia koronawirusa, czy nie.

Mówi pani o sprawczości, tymczasem podczas kwarantanny nawet nastolatki nie mogą same wyjść z domu. Na grupach facebookowych dla nastolatków znajdziemy posty: „Czuję się jak w więzieniu”, „Rodzina doprowadza mnie do szału, skończę w psychiatryku”. Takie zamknięcie może być dla nich traumatyczne? 

To zależy, ile potrwa. Jeśli wszystko zakończy się w maju albo w czerwcu, to nie sądzę, aby doprowadziło do trwałych zmian. Pytanie, co będzie, jeśli się przeciągnie albo po krótkim okresie uspokojenia wróci jesienią lub wiosną. Jeśli dłużej będzie trwać taka sytuacja, tym bardziej możemy spodziewać się zmian w psychice u dzieci – także takich zmian, które mają odroczony charakter i wyjdą na jaw dopiero za kilka czy kilkanaście lat. Może np. pojawić się przeświadczenie, że świat jest do bani i na nikogo nie można liczyć. Tak może być u dzieci, którym trafiło się żyć w rodzinie przemocowej, a takich jest dużo. Nie udawajmy, że ten problem nie istnieje. Ze względu na te dzieci przedłużanie kwarantanny jest bardzo złym pomysłem. W ich przypadku każdy tydzień izolacji domowej to większe ryzyko bezpowrotnego okaleczenia psychiki przez ciągły kontakt z oprawcą. 

Natomiast w rodzinach, które nie są obarczone przemocą, okres kwarantanny może być dla dzieci i dla dorosłych źródłem bardzo miłych wspomnień, nawet jeśli teraz trudno nam w to uwierzyć. 

Parafrazując Kornela Makuszyńskiego: „Z oddali wszystkie szare godziny błękitnieją”. Tyle że on mówił o godzinach spędzonych w szkole, a my – o tych w domu. 

Jest też taka ogólna prawidłowość: niezależnie od tego, w jakich czasach przyszło nam żyć, to w miarę oddalania się od minionych sytuacji uwypuklamy ich pozytywne aspekty, a gdzieś tam zatracają się w pamięci te chwile niemiłe. 

To wynika z tego, że każdy chce postrzegać siebie jako istotę cenną i swoje życie jako mające znaczenie. Dlatego zapominamy, co czuliśmy w dzieciństwie, kiedy ojciec nas bił, a zapamiętujemy przede wszystkim to, że kiedyś nas zabrał na ryby czy na grzyby. Bo taka selekcja podnosi wartość naszego dzieciństwa we własnych oczach. 

To jest mechanizm obronny naszego ego, jeden z tych, które uruchamiają się niezależnie od woli po to, żeby podtrzymać nasze dobre mniemanie o sobie. Oczywiście są też przypadki tak silnie traumatycznych wspomnień, że nie jesteśmy w stanie zsunąć ich do nieświadomości, one raczej otorbiają się i pozostają w naszej pamięci. Ale to wyjątki, w większości pamiętamy pozytywne rzeczy. Więc niewykluczone jest, że już za rok czy za dwa nasze dzieci będą wspominać z uśmiechem przy wielkanocnym stole: „A pamiętasz, jak się wtedy kłóciliśmy o komputer?” i zupełnie zapomną o tej dzisiejszej furii, złości czy rozpaczy. To jest bardzo dobra wiadomość. 

Zapytałam psychologa, prof. Dobroczyńskiego z UJ, czy wierzy, że pandemia nas zmieni. Odpowiedział, że są na to małe szanse. Pani też jest takiego zdania?

Już np. po zamachu na World Trade Center, a potem po katastrofie smoleńskiej oczekiwaliśmy, że zajdzie w nas wewnętrzna przemiana. Okazuje się, że bardzo szybko zapominamy. Niech tylko opadnie kurz, a wracamy na stare tory. Dlatego niezbyt wierzę w to, że jak już wrócimy do pracy, to będziemy pamiętać o tym, jak ważne są relacje w rodzinie. I że zniknie ta przerażająca dla mnie rozbieżność między dwoma wynikami badań: z jednej strony, jak pytamy Polaków, co się dla nich w życiu liczy, to wszyscy równo wskazują, że rodzina i bliscy, z drugiej strony – gdy pytamy o to, czemu poświęcają najwięcej czasu w życiu, to nagle się okazuje, że i ta rodzina, i te kontakty z bliskimi lądują daleko za pracą.

dr Aleksandra Piotrowska – psycholog dziecięcy, wykładowczyni na Wydziale Pedagogicznym UW, współautorka książek dla rodziców, np. „Nastolatki pod lupą” albo „Szczęśliwe dziecko, czyli jak uniknąć najczęstszych błędów wychowawczych” (wyd. Zielona Sowa).
 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Agnieszka Stein o wychowaniu dzieci
getty images

Agnieszka Stein: Nastolatek zaufa nam wtedy, kiedy na to sobie zasłużymy

Zakazy i nakazy szkodzą wychowaniu, bo burzą zaufanie między dzieckiem a rodzicem. A bez zaufania nie można mówić o prawdziwej relacji.
Karolina Morelowska-Siluk
04.11.2020

Pragniemy, aby dzieci nam ufały, a my chcemy ufać im. To trudna sztuka, ale możliwa do opanowania. Obie strony uczą się jej od pierwszego wspólnego dnia. A nie, jak często myślimy, od momentu, kiedy dziecko wychodzi na pierwszą imprezę. Co robić, czego nie robić i jak naprawiać błędy popełniane po drodze –mówi psycholog Agnieszka Stein, psycholog, autorka m.in. książki „Dziecko z bliska idzie w świat”. Pracuje z dziećmi i rodzicami w warszawskim Ośrodku Polana.   Karolina Morelowska-Siluk: Kiedy dziecko się rodzi, ufa nam w sposób naturalny. A w wieku 16 lat nie chce powiedzieć już nam nic. Czy to jest tak, że przychodzi czas, kiedy na to zaufanie musimy zacząć pracować od nowa? Agnieszka Stein: Na zaufanie dziecka pracujemy cały czas, każdego dnia. Ale kiedy ono ma 16 lat, to powodem, dla którego nie mówi o czymś rodzicom, nie musi być to, że im już nie ufa, tylko może po prostu zaczyna traktować pewne obszary jako swoją prywatną sferę. I tyle.   Oczywiście, ale są sytuacje, w których pomoc, rada rówieśników nie wystarczą, aby rozwiązać problem. Potrzebna jest pomoc dorosłego, ale wcześniej ten dorosły musi dowiedzieć się, co się dzieje. Człowiek w pewnym wieku, kiedy czuje się już dorosły, a to właśnie ten etap, potrzebuje – i to bardzo dobrze – doświadczyć i zwyczajnie sprawdzić, z którymi sytuacjami da sobie radę sam, a z którymi nie. Rodzic musi wiedzieć, że w pewnym momencie pójście do mamy czy taty nie jest już naturalnym kierunkiem, bo kojarzy się dorastającemu człowiekowi z byciem dzieckiem. A tego nie chce. I dodam, aby otrzeć łzy zdesperowanym rodzicom, że jest to dobry znak.   Ale nadal jesteśmy w punkcie wyjścia, bo wciąż nic nie wiemy. Powiedziała pani, że na zaufanie dziecka pracujemy cały...

Czytaj dalej
Pexels.com

Depresja u nastolatka. Jak poznać, że dziecko cierpi?

Kiedy dziecko zaczyna dojrzewać, zmienia się. To naturalny proces. Ale nagłe zmiany zachowania zawsze powinny zwrócić uwagę rodzica.
Sylwia Arlak
09.10.2020

Etap dojrzewania jest trudny zarówno dla dziecka, jak i rodzica, który często nie wie, jak reagować na zmiany w jego zachowaniu. Zastanawia się, czy to „bunt nastolatka”, a może jednak „złe towarzystwo” albo „zgubny wpływ internetu”? Czy powinien odpuścić, przeczekać trudny moment czy może zaostrzyć dyscyplinę? Jak czytamy na stronie forumprzeciwkodepresji.pl, nie ma na to uniwersalnej odpowiedzi. Czasem jednak mogą to być symptomy poważnej choroby — depresji. Szacuje się, że od 10 proc. do 15 proc. młodzieży cierpi z powodu zaburzeń depresyjnych, a niektóre dane wskazują, że objawy depresyjne można stwierdzić nawet u co trzeciego nastolatka. Jedno jest pewne — nagłe zmiany zachowania zawsze powinny zwrócić uwagę rodzica. Co powinno zwrócić szczególną uwagę? Jeśli u twojego dziecka występuje większość z poniższych objawów przez co najmniej dwa tygodnie: Drażliwość, chwiejność nastroju, impulsywność, pobudzenie psychoruchowe, Obniżony nastrój, apatia, niechęć do aktywności, które wcześniej sprawiały radość, Wycofanie z relacji z rówieśnikami i rodziną, brak energii, bezczynność, Pogorszenie zdolności intelektualnych: problemy z koncentracją, pamięcią, gorsze stopnie w szkole Zmiana apetytu — jego brak, chudnięcie lub przeciwnie — objadanie się Zbyt mało lub zbyt dużo snu. Nocna aktywność, niechęć do wstawania rano Skargi na nudę, poczucie beznadziei Zaniechanie dbałości o wygląd Krytycyzm wobec siebie, nadwrażliwość z powodu odrzucenia, poczucie winy Nasilone skargi na dolegliwości fizyczne — bóle brzucha, głowy Autoagresja, samookaleczanie się Odurzanie się (alkohol, leki, narkotyki) Zainteresowanie tematyką śmierci i samobójstw. Czytaj też:  Na czym polega...

Czytaj dalej
Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne

Zamiast do szkoły nasze dzieci powinny chodzić do lasu? Nowe badania zaskakują!

Belgijscy naukowcy dowiedli, że dorastanie w bardziej zielonym, ekologicznym środowisku zwiększa inteligencję dzieci i obniża poziom trudnych zachowań.
Sylwia Arlak
31.08.2020

Szczęśliwi ci, którzy wychowują się wśród zieleni. I jak się okazuje – nie tylko szczęśliwi, ale też inteligentniejsi niż wynosi przeciętna. Nowe badanie przeprowadzone przez naukowców z Uniwersytetu w Hasselt wykazało, że dzieci dorastające w bardziej zielonych obszarach miejskich mają wyższe IQ od pozostałych. Mają też mniej problemów behawioralnych. Belgijscy naukowcy przeanalizowali iloraz inteligencji ponad 600 dzieci w wieku od 10 do 15 lat i wykorzystali zdjęcia satelitarne do zbadania zasięgu zieleni w ich sąsiedztwie. Okazało się, że już 3-procentowy wzrost w zieleni w przestrzeni miejskiej podniósł IQ dzieci średnio o około 2,6 punktu. Z badania opublikowanego w czasopiśmie „Plos Medicine” wynika też, że ci, którzy w dzieciństwie znajdowali się bliżej natury, wykazują później mniej problemów behawioralnych, takich jak problemy z koncentracją i agresją. I to niezależnie od zamożności oraz poziomu wykształcenia rodziców. Inteligencja a środowisko Najprawdopodobniej zależność między zielenią a poziomem inteligencji i liczbą zaburzeń psychicznych ma to wynik niższego poziomu stresu, większej ilości zabawy i kontaktów społecznych, a także spokojniejszego otoczenia, bez hałasu. „Jest coraz więcej dowodów na to, że zielone otoczenie jest związane z naszymi funkcjami poznawczymi, takimi jak umiejętności pamięciowe i uwaga” – podkreśla Tim Nawrot, profesor epidemiologii środowiskowej na Uniwersytecie Hasselt w Belgii, cytowany przez „The Guardian” i dodaje: – „Uważam, że urbaniści powinni traktować priorytetowo inwestycje w tereny zielone, ponieważ naprawdę wartościowe jest stworzenie optymalnego środowiska dla dzieci, aby mogły w pełni rozwinąć swój potencjał ”. Czytaj też :  Chcesz być...

Czytaj dalej
Maciej Stuhr
fot. Szymon Szcześniak

Maciej Stuhr: „Chcę wychować dzieci tak, żeby luksus nie był dla nich normalką”

Jedni go kochają, innych wkurza politycznie, gdy mówi o zakusach władzy na wolność i łamaniu prawa. Nam Maciej Stuhr opowiada o patchworkowej rodzinie i 5 zasadach, które chciałby przekazać dzieciom.
Magdalena Felis
12.06.2020

Chociaż bliżej mu już do 50-tki, niż do 40-tki, wciąż lubimy go nazywać „młodym Stuhrem”. On sam mówi, ten tytuł musi już oddać synowi, a na to, żeby stać się „starym, porządnym Stuhrem” jeszcze nie zasłużył. Między innymi właśnie o takich relacjach między pokoleniowych Maciej Stuhr opowiedział w wydanej w zeszłym roku książce „StuhrMówka. A imię jego czterdzieści i cztery”. Wrócił w niej do zapisywania rodzinnej historii. Tym razem najnowszej, w której ponownie się ożenił i znów został ojcem. Twierdzi, że po narodzinach syna zwolnił tempo, ale w tym roku mogliśmy go już oglądać w „Sali samobójców. Hejterze” Jana Komasy i w „Szadzi”. W nowym serialu kryminalnym w reżyserii Igora Breidyganta Maciej Stuhr gra religioznawcę Piotra Wolnickiego, pozornie wzorowego ojca i męża. W rolę jego żony, Moniki wcieliła się Anna Cieślak . Pierwszy sezon serialu „Szadź” obejrzysz na platformie VOD Player. Magdalena Felis: Podobno nie można już o panu mówić „młody Stuhr”? Maciej Stuhr:  Wszystko wskazuje na to, że muszę oddać ten zaszczytny tytuł Tadzikowi, mojemu trzyletniemu obecnie synowi.  Ale średni Stuhr brzmi średnio... Trzeba przejść przez czyściec, żeby móc się kiedyś stać starym, porządnym Stuhrem. Czuje pan tę zmianę pokoleniową?   Na pewno. Po pierwsze jest genetyka, od której się nie ucieknie. Nagle nasz trzylatek idzie po pokoju i zakłada sobie ręce do tylu, identycznie jak dziadek czy pradziadek – no jak to jest możliwe?! Druga rzecz to wychowanie i dobrze znajome rzeczy, które w tym maluchu zaczynają kiełkować, jak poczucie humoru czy skłonność do popisów. Syn Jerzego...

Czytaj dalej