Dorota Landowska i Mariusz Bonaszewski: „Miłość zawsze wymaga troski”
Fot. Piotr Porebsky/Metaluna

Dorota Landowska i Mariusz Bonaszewski: „Miłość zawsze wymaga troski”

„Na przestrzeni lat scalały nas różne rzeczy. Dziś jesteśmy siebie zupełnie inaczej głodni niż na początku” – mówi aktorska para Dorota Landowska i Mariusz Bonaszewski.
Karolina Morelowska-Siluk
03.07.2020

Poznali się w końcu lat 90. pracując nad spektaklem „Ninoczka” dla sceny „Prezentacje”. Oboje bardzo zdolni i doceniani jako aktorzy. Dorota Landowska, laureatka prestiżowej nagrody aktorskiej im. Schillera,   znana jest choćby z takich filmów, jak „Historia Roja" i seriali : „Kryminalni", „Ojciec Mateusz",  „Na dobre i na złe", „W rytmie serca". Mariusz Bonaszewski zagrał wiele wybitnych ról teatralnych, grał u Wajdy, Pasikowskiego, Trzosa-Rastawieckiego w jego serialu „Marszałek Piłsudski". 

Kiedy się spotkali mieli już za sobą inne związki. Do swoich uczuć podchodzili niepewnie, jakby bali się kolejnego rozczarowania. Spotykali się, a potem wycofywali, na miesiąc, dwa. Ślub wzięli w 2014 roku, po 16 latach wspólnego życia. Dziś mówią, że naprawdę trzeba kogoś mocno kochać, by znieść taką emocjonalną huśtawkę. I opowiadają o tym, jak przez lata zmieniała się ich miłość i jak dojrzewał ich związek.

Karolina Morelowska-Siluk: Może zacznijmy od początku. Najpierw było olśnienie?

Dorota Landowska: Najpierw był moment zachłyśnięcia się sobą. Piękny. A potem zaczęło się prawdziwe życie. Ciekawe.

Rozumiem, że nie bez przyczyny do tych dwóch etapów dodałaś zupełnie inne przymiotniki?

Dorota Landowska: Chyba najtrafniej opisują te dwa stany. Są zupełnie inne. I dobrze.

Mariusz Bonaszewski: Nie próbowałbym ich porównywać, wartościować. Minęło kilkanaście lat, oboje zmieniliśmy się. I nie ma możliwości, żeby nas dzisiejszych przenieść w tamto pierwsze spotkanie przepełnione gorączką. To jest zupełnie inny związek. Co nie oznacza, że nie ma w nim temperatury. Nadal są chwile, kiedy czuję się przy Dorocie jak mały, namiętny chłopiec. Ale dziś jestem już także sumą wszystkich spotkań, które przez te lata odbyłem. Wtedy, choć nie byliśmy już tacy młodzi, rzuciliśmy się na siebie jak zwierzęta.

Ale każde z was miało też już na koncie miłosne porażki. Nie baliście się zranienia?

Mariusz Bonaszewski: A co tu można analizowaćw takim stanie? Człowiek wie tylko, że chce tej drugiej osoby. nic innego się nie liczy. Co będzie potem? Nie myślałem.

Dorota Landowska: Było tak, że robiliśmy kilka kroków do przodu i potem kilka w tył. To prawda, pamiętam.

Mariusz Bonaszewski: Może i tak, ale te powroty były jeszcze intensywniejsze. Tylko umacniały nas w decyzji.

Dorota Landowska: Na różnych etapach scalały nas inne rzeczy. Ale to, co wydaje mi się szalenie ważne, przełomowe w naszej relacji, to dołączenie dwóch pasażerów. Dzieci bardzo zmieniły nasz związek. I nas jako ludzi. Doszlifowały, pomogły stać się bardziej wrażliwymi, mniej skupionymi na sobie.

Mariusz Bonaszewski: A czasami bardziej nerwowymi i zmęczonymi. Bez wątpienia to jest związek nie dwóch, ale czterech osób i ciężko mi jest dzielić nas teraz na podgrupy. Nie da się. Jesteśmy jednym mechanizmem. Pędzę każdego wieczoru do domu. Nie przychodzi mi nawet do głowy, żeby gdzieś skręcić. Siedzieć w knajpie, pić wódkę i opowiadać pierdoły. Ten powrót do nich codziennie mnie na nowo uszczęśliwia. Nawet jeśli czeka mnie tam małe piekiełko, co się zdarza, to i tak mam tam w ogólnym rozrachunku to, czego chcę najbardziej.

Piekiełko?

Mariusz Bonaszewski: Oj tak, bo emocje między nami są freudowsko pokomplikowane.

Trzeba się sobą umiejętnie dzielić?

Mariusz Bonaszewski: A to nie zawsze się udaje. Przyznam, że można się poczuć zazdrosnym. Bywam o Dorotę, o jej czas i uwagę, przelotnie zazdrosny. Czas w naszym przypadku zabiera także praca. Akurat tak się zdarzyło, że nas oboje tak mocno zagarnęła w wieku dojrzałym. W tej chwili, nie do końca z wyboru, pracujemy nie jak na początku w dwóch czy trzech miejscach, ale w kilkunastu. Mnie ostatnio w domu zwyczajnie nie ma. A jak wracam, jestem emocjonalną mumią. Ciężko w tym stanie miłośnie szczebiotać.

Czy to znaczy, że gdybyście pracowali w taki sposób te kilkanaście lat temu, w momencie spotkania, związku nie udałoby się zbudować?

Dorota Landowska: Pamiętam, że wtedy krążyliśmy za sobą po Polsce i nie tylko. Kiedy ty robiłeś film na Węgrzech, przyjeżdżałam do ciebie. Miłość na każdym etapie wymaga troski. Miłość trzeba hodować jak szczypiorek. Dziś już za sobą nie krążymy, nie tyle z braku chęci, ile z przyczyn obiektywnych – są dzieciaki.

Mariusz Bonaszewski: Ale prawda jest też taka, że zakochany człowiek jest szalenie zachłanny na tę drugą osobę. Pamiętam, jak budowaliśmy bąble czasowe, aby być ze sobą. Choćby przez chwilę. Jadąc z Krakowa do Lublina, nie jechałem bezpośrednio. Przyjeżdżałem na 20 minut do Warszawy, żeby spędzić ten moment z Dorotą na dworcu. Stawało się na głowie, żeby zobaczyć, powąchać, poczuć. Po latach, siłą rzeczy, już w taki sposób nie jesteśmy siebie głodni. To zupełnie inny rodzaj głodu.

Dorota Landowska: Dziś „wyrywamy” kawałeczek czasu wcześnie rano i opowiadamy sobie, co kto załatwia, dokąd jedzie, kto kogo w czym może wyręczyć. Taki „romantyzm logistyczny”. Bo kiedy romantycznie próbujemy spojrzeć sobie w oczy, to zaraz ktoś między nas wchodzi, na przykład nasz syn. Po chwili dołącza córka. Nie odmawiamy dzieciom nigdy. Zawsze były z nami blisko.

Nie mamy w Warszawie żadnej rodziny, więc jesteśmy dla siebie całą rodziną. Mamy z Mariuszem od roku taki zwyczaj, że co jakiś czas spisujemy żelazną listę książek, które trzeba przeczytać, filmów, które trzeba zobaczyć, przedstawień teatralnych, na które trzeba pójść. Czasem mamy już nawet kupione bilety, załatwione wejściówki i zwykle coś wydarza się w domu. Zawsze wybieramy dzieci.

Mariusz Bonaszewski: Nasz syn od kilku miesięcy jest zafascynowany UFO. Więc od kilku miesięcy na zmianę opowiadamy mu rozmaite historie, bo on sobie tego życzy. Niestety nie ma książek o UFO, więc my to wszystko zmyślamy. To naprawdę jest trudne zadanie. Czasami już nie mam siły, mówić już nie mogę, a on mnie szturcha i krzyczy: „Tata, dalej, ma być długa historia”. Przyjście na świat dziecka przewraca związek do góry nogami, ale przyjście na świat chłopca to jak spotkanie z kosmitą.

Dorota Landowska: Pamiętam, jak nasza córka, miała wtedy sześć lat, powiedziała o swoim półrocznym wówczas braciszku: „Mama, zobaczysz, ten mały nas wykończy”. Teraz często to powtarza. Wiesz, jak mnie czasem ktoś pyta, jak da się połączyć wychowywanie dzieci, troskę o związek i pracę zawodową, zawsze mówię, że się nie da. To znaczy jestem przekonana, że coś trzeba wybrać jako sprawę nadrzędną. I my wybraliśmy po linii serca – dzieci.

Nawet jeśli to czasem ma dziać się kosztem waszego związku?

Dorota Landowska: Zdecydowanie tak. I sądzę, że to była bardzo świadoma decyzja. I podjęta wspólnie. A myślę, że decyzje tej rangi podejmowane wspólnie bardzo ludzi do siebie zbliżają, trzymają przy sobie w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Podobnie jak scalają nas takie same doświadczenia z dzieciństwa. Scalają nas te same braki. I ja, i Mariusz wyszliśmy z domów z niedostatkiem miłości, nikt przesadnie się na nas nie skupiał. Ubrać, nakarmić i wstawić na odpowiednie szyny, to tyle. Mieliśmy oboje szczęście, że spotkaliśmy potem na swojej drodze odpowiednich ludzi, którzy stali się po części naszymi wychowawcami. Ale nigdy nie doświadczyliśmy takiego domu, do którego wraca się z nadzieją i radością, że czeka tam na ciebie coś więcej niż ciepła zupa. I pewnie dlatego oboje zdecydowaliśmy, że chcemy naszym dzieciom stworzyć miejsce drogie. Droższe niż jakiekolwiek inne. Dom to jest nasza planeta. Zawsze będziemy do niego, do naszych dzieci, pędzić.

Brzmi sielankowo.

Dorota Landowska: O nie, właśnie jak jechaliśmy na spotkanie z tobą, stoczyliśmy w samochodzie walkę o wizytę w gabinecie medycyny chińskiej. Ale mówiąc poważnie, to oczywiście różnimy się od siebie, a te różnice bywają powodem przepychanek. Ja jestem zdania, że w życiu należy spróbować różnych rzeczy, szukać alternatyw. Mariusz nie jest na to otwarty.

Mariusz Bonaszewski: A czy oni w tym gabinecie wystawiają faktury?

Dorota Landowska: Ale tak sobie myślę, że to, co nas różni, także jest składową tajemnicy tego związku. Może dzięki temu nadal jesteśmy razem, jesteśmy siebie ciekawi. Nawet jeśli Mariusz zaskakuje mnie w inny sposób, niż sobie wymyśliłam, to jednak samo to, że mnie zaskoczył, sprawia, że ta relacja jest ciągle żywa, ekscytująca. Może też tak to działa?

Mariusz Bonaszewski: Zaskoczył to znaczy – najpierw się wściekł, a potem się obraził.

Dorota Landowska: A ja sobie lubię już w tym naszym związku ten gniew czasem odpuścić. Kiedyś spalałam się na drobiazgach. Dziś, kiedy widzę tę skarpetkę rzuconą na środku dywanu, staram się ją ominąć i… poczytać książkę. Kilka lekcji trzeba odrobić, żeby móc żyć z drugim człowiekiem, czasem trzeba zejść z drogi, a czasem po prostu spróbować obśmiać swoją złość. Staram się tak robić. To nie są kompromisy, to rodzaj konsekwencji, trwania w podjętej decyzji.

Mariusz Bonaszewski: Ale są sytuacje, których obśmiewać nie należy. Wydaje mi się, że są pewne rejony, pola, na których związek się nie sprawdza. Może to zabrzmi zabawnie, ale nie chcę tego bagatelizować. Według mnie takim naszym trefnym polem była na przykład budowa domu. Nie radziliśmy sobie, nie byliśmy w stanie sobie w tych okolicznościach pomagać, istnieć w tym razem. To był wyniszczający proces. Mordęga. I tego bym już nie powtarzał przez wzgląd na dobro naszej relacji. Są takie ścieżki, którymi nie należy chodzić. Myślę, że nam się nie udaje na wielu polach, ale jakie to ma znaczenie?

Nie wyglądacie na nieszczęśliwych.

Dorota Landowska: Jesteśmy aktorami. W pracy nas chwalą.

Znacie się bardzo dobrze? Czy czas ma w tej kwestii w ogóle jakieś znaczenie?

Dorota Landowska: My się chyba nie tyle dobrze znamy, ile siebie przeczuwamy.

Mariusz Bonaszewski: Pamiętam Dorotę sprzed lat. Pamiętam, jak reagowała. Na wzruszający film, na to, że zawiodła ją koleżanka, na korek, kiedy gdzieś się spieszyła. I widzę ją dziś. Reaguje zupełnie inaczej. Więc myślę, że to poznanie nie jest tak wielką wartością, jak mogło mi się kiedyś wydawać. Poza tym co to właściwie znaczy kogoś znać? Uzurpować sobie do niego prawo, bo go opisałem? To ślepy zaułek. Ale ogromną wartością jest dla mnie obserwowanie tego, jak Dorota się zmienia, „śledzenie” jej metamorfozy to prawdziwa uczta.

Dorota Landowska: A ja jestem pewna, że te zmiany nie zaszłyby we mnie, gdybym nie była z tobą. I to jest ogromna wartość tej miłości. Nie byłabym tak odważna, jak jestem. Zawdzięczam Mariuszowi śmiałość, bezkompromisowość w niektórych sytuacjach, pewność siebie. A tej ostatniej nie miałam w ogóle. Zawdzięczam tej miłości coś bezcennego, ona buduje przede mną kolejne progi do pokonywania samej siebie. Zmusza mnie do odpowiedzi na ważne pytania. Do pracy nad sobą. Kiedyś mnie to wkurzało: „Dlaczego mam się zmieniać, nie chcę tego”. Miałam problem, aby rozstać się ze swoją „dziewczyńskością”, tą na poziomie emocji, brania odpowiedzialności.

To rozstanie było dla mnie bardzo trudne, ale potrzebne. Mariusz pomógł pogodzić mi się z tym, że ta dziewczynka odchodzi w sferę wspomnień. Zostaje kobieta. Ze zmarszczkami. Prawdziwa.

Mariusz Bonaszewski: Zawstydzasz mnie.

Po 16 wspólnych latach zdecydowaliście się wziąć ślub. Właściwie po co, skoro dobrze było tak, jak było?

Mariusz Bonaszewski: Trochę z poczucia odpowiedzialności. Bo w polskim państwie ten dokument jest potrzebny, ułatwia funkcjonowanie. Dziś może nie jest nam niezbędny, ale odpukać, jutro może wydarzyć się coś, co sprawi, że ten papierek stanie się bardzo istotny. Tu chodzi także o bezpieczeństwo dzieci. Poza tym to był impuls. Rozmawialiśmy o ślubie wcześniej wielokrotnie i nagle coś zaskoczyło. Pomyśleliśmy, że będzie fajna impreza.

I była?

Dorota Landowska: O, tak! Nasz syn, Stasio, obraził się, bo myślał, że to on będzie moim mężem. Pan grał na pile. Do utraty tchu. Naszego tchu. Poza tym ślubne formułki nie są napisane specjalnie z myślą o ludziach, którzy spędzili wspólnie ostatnie kilkanaście lat, więc było naprawdę śmiesznie. Po ślubie zjedliśmy obiad w knajpce pod domem i jak to w romantycznym związku... wsiadłam w samochód i pojechałam do pracy. Bycie panną młodą nie zwalnia z zagrania wieczornego spektaklu.

***

Rozmowa z Dorotą Landowską i Mariuszem Bonaszewskim ukazała się w „Urodzie Życia” 3/2017

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne

Zadbaj o najważniejszą osobę w twoim życiu. 5 sposobów na poprawę relacji z samą sobą 

Często słyszymy, że relacje wymagają pracy, ale myślimy wówczas o związkach romantycznych. A co z naszą relacją z samą sobą? Im jest silniejsza, tym łatwiej komunikujemy swoje potrzeby i przyciągamy odpowiednich ludzi.
Sylwia Arlak
02.07.2020

Nieudana relacja z samą sobą oznacza niskie poczucie własnej wartości, obniżony nastrój i mnóstwo innych problemów. Możemy uciszyć naszego krytyka wewnętrznego, ale będzie to wymagało sporo wysiłku i czasu. Od czego zacząć? Spróbuj wprowadzić w życie jeden, dwa zdrowe nawyki. Dobry początek zmotywuje cię do dalszej pracy. Oto pięć sposobów na poprawę relacji z samą sobą: 1. Bądź ze sobą uczciwa Jeśli chcesz poprawić relację z samą sobą, musisz uczciwie odpowiedzieć sobie na kilka pytań. Jakich potrzeb nie zaspokajasz, które z nich możesz wprowadzić w życie? Czy i jakie granice musisz w związku z tym postawić? Zastanów się też, co sprawia, że czujesz się wyczerpana. Być może odbierasz telefony na długo po wyjściu z pracy, albo utrzymujesz kontakt z kimś, kto wciąż cię krytykuje. Sama najlepiej wiesz, czego ci potrzeba. Idź za tym, bądź dla siebie współczująca. Tak buduje się zaufanie do samej siebie. 2. Ćwicz współczucie Współczucie może pomóc w walce z twoim wewnętrznym krytykiem i poprawić relacje z samym sobą. Istnieje wiele ćwiczeń, które mogą ci w tym pomóc. Następnym razem, gdy skrytykujesz samą siebie, zatrzymaj się. Zamiast uciekać od tych myśli, zadaj sobie pytanie, czego ci potrzeba w tym momencie. Jeśli masz wyjątkowo głośnego krytyka wewnętrznego, możesz wyobrazić sobie, co powiedziałabyś przyjaciółce w podobnej sytuacji. Teraz wystarczy, że zastosujesz te rady do siebie. 3. Opiekuj się sobą W chwilach zwątpienia, postaw na zajęcia relaksacyjne. Idź na kawę z przyjaciółką albo poczytaj kilka rozdziałów dobrej książki. Zregeneruj się. Nie pomoże ci odpowiadanie na służbowe e-maile po godzinach pracy, ani przyjmowanie dodatkowych zleceń, jeśli i tak jesteś już zawalona robotą. Naucz się odmawiać, kiedy...

Czytaj dalej
Mat. prasowe

Seriale od Netfliksa i filmy od HBO. Pierwszy weekend lipca jest pełen znakomitych nowości

Te z was, które obejrzały już „całego Netfliksa”, w ten weekend mogą liczyć na kolejne serialowe nowości. Z kolei HBO stawia na kino familijne.
Sylwia Arlak
02.07.2020

Już od 1 lipca możemy oglądać na Netfliksie wielki hit z Russelem Crowe „Gladiator”. Scena, w której dzielny Maximus walczy na arenie o przetrwanie, przeszła do historii kina. W produkcji Ridleya Scotta fenomenalnie zagrał też Joaquin Phoenix (Kommodus). Kolejny to  film „To nie jest kraj dla starych ludzi” – propozycja dla miłośniczek braci Coen i Javiera Bardema. Produkcja o psychopatycznym mordercy i przypadkowym złodzieju heroiny zgarnęła aż cztery Oscary. Na platformie dostępny już też jest film w reż. Janusza Kondratiuka z 2018 r. „Jak pies z kotem” z   Robertem Więckiewiczem i Olgierdem Łukaszewiczem w rolach braci Kondratiuków, wybitnych polskich reżyserów: Janusza i Andrzeja, oraz Aleksandrą Konieczną w roli Igi Cembrzyńskiej. Co jeszcze w ten weekend znalazło się wśród nowości na Netfliksie i HBO?  Serialowy zawrót głowy na Netfliksie Pierwszy lipcowy weekend to także premiera siódmego sezonu „The 100”. Popularny serial oryginalny Netfliksa (oparty na serii książek Kass Morgan) zabiera nas do świata po apokalipsie. Ocalali jedynie mieszkańcy dwunastu stacji kosmicznych na orbicie Ziemi. Kiedy po wielu latach zaczyna im brakować zapasów, mieszkańcy decydują się wysłać na Ziemię grupę nieletnich przestępców w celu kolonizacji. Od tej pory bohaterowie walczą o przetrwanie. Od piątku 3 lipca na Netfliksie będzie dostępna druga część finałowego sezonu „Telefonistek”. Bohaterki produkcji żyją w Hiszpanii lat 20. Na każdym kroku muszą udowadniać, że w niczym nie odstają od mężczyzn. Buntują się, że w czasach, w których przyszło im żyć, znaczą niewiele. Pracując w krajowej centrali telefonicznej, odnajdują przyjaźń i miłość na lata. Tego samego dnia na platformie pojawi się japoński...

Czytaj dalej
East News

Mentor i jego muza: Pedro Alomodovar i Penelope Cruz. Nie istnieliby bez siebie

O swojej relacji mówią, że jest jak związek, tylko bez seksu. On, jeden z najwybitniejszych reżyserów na świecie jest gejem, ona, najpopularniejsza hiszpańska aktorka — szczęśliwą mężatką. A jednak Penelope Cruz i Pedro Almodovar to duet idealny.
Sylwia Arlak
01.07.2020

Ktoś zapytał mnie kiedyś: »Czy ona jest dla ciebie muzą?« — mówił Pedro Almodovar o Penelope Cruzpodczas jednego z wywiadów. – No tak. Jest dla mnie muzą, bo czyni mnie lepszym, niż jestem w rzeczywistości. Myślę, że jestem lepszym reżyserem, bo wierzy, w to, że jestem lepszy. Ta ślepa wiara daje mi dużo siły” — dodał. „Nie, nie” — odpowiedziała siedząca obok niego Cruz, kręcąc głową i uśmiechając się spokojnie. „Wiem dokładnie, jak dobry jesteś”. Czułość, jaką sobie okazują, mogłaby sugerować, że 70-letni Almodovar i 46-letnia Cruz są w sobie zakochani. Tymczasem on nigdy nie ukrywał, że jest gejem, a ona od lat pozostaje w szczęśliwym związku małżeńskim z aktorem Javierem Bardemem. Ich czuła relacja rozpoczęła się, gdy Cruz miała zaledwie 17 lat. Wówczas po raz pierwszy spotkała uznanego już reżysera. Starała się o rolę 35-letniej kobiety w komedii „Kika” (film ujrzał światło dzienne w 1993 roku), ale Almodovar odrzucił jej kandydaturę. Powiedział jej jednak, że zadzwoni za kilka lat. Reżyser, który stworzył Penelope Cruz Zanim Penelope Cruz ujrzała Almodovara na żywo, obejrzała wszystkie filmy, które nakręcił. Dzisiaj śmieje się, że miała na jego punkcie obsesję. Kiedy dowiedziała się, gdzie mieszka, przez jakiś czas wystawała nawet pod jego domem.  To dzięki niemu już w wieku 14 lat wiedziała, że chce zostać aktorką – w jej rodzinie nikt nigdy nic nie miał do czynienia ze sztuką. „Wyszłam z seansu filmu »Zwiąż mnie« i coś mnie tknęło. Zrobiłam sobie długi spacer, pomyślałam, że muszę przynajmniej spróbować zostać aktorką. Chciałam poznać Pedra i podziękować mu za ten film. A także pracować z nim” — wspominała po latach w wywiadzie dla...

Czytaj dalej