Jak w końcu poradzić radzić sobie z własnymi emocjami? Przestań udawać. 
#lepszeżycie

Jak w końcu poradzić radzić sobie z własnymi emocjami? Przestań udawać. 

„Dopiero kiedy zrzucamy maski, możemy być szczęśliwi.”
Anna Maruszeczko, red. naczelna miesięcznika „Uroda Życia”
04.01.2019

Bez emocji nie ma nas. Ale jesteśmy uczeni, że niektóre lepiej ukryć. Kobiety oduczane są agresji, mężczyźni – łez. A przecież my czasem mamy ochotę walnąć, a oni zapłakać. Dopiero kiedy zrzucamy maski, możemy być naprawdę szczęśliwi. Jak to zrobić – mówi Jacek Masłowski, psychoterapeuta i filozof; prowadzi warsztaty rozwoju osobistego dla mężczyzn, prezes fundacji Masculinum. 

 
Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

„Większość mężczyzn nie ma życia. Zamiast niego jest wielkie udawanie, każdego dnia po prostu żyjemy w kłamstwie. Ale wszyscy się do tego przyzwyczailiśmy i nie zwracamy na to uwagi” – ponura diagnoza słynnego psychologa Steve’a Biddulpha. Prawdziwa?

Zdecydowanie tak. Kiedy pytam: „Co ty byś chciał w życiu, dokąd zmierzasz?”, to 99 na 100 mężczyzn odpowie: „Nie wiem”. Będą mówili o rzeczach, które płyną z jakiegoś stereotypu społecznego, ale jeżeli zaprosiłbym ich do spojrzenia w siebie, to nie ma odpowiedzi. Albo proste pytanie o relacje: „Po co ci w życiu kobieta?”.

 

Też pusto?

Większość mężczyzn mówi: „Nie wyobrażam sobie życia bez kobiety”. „Ale dlaczego ”, „No, bo tak by było pusto”, „Bo nie byłoby seksu…”. „Dobrze, ale na razie mówisz jednostronnie, a co ty chcesz dać kobiecie ”. To są pytania miażdżące, wielu mężczyzn nie ma odpowiedzi.

 

Dlaczego tak jest?

Nie do końca wiedzą, kim są. Na pytanie „Co teraz czujesz ”, 9 na 10 mężczyzn odpowie, co myśli bądź „Nie wiem”.

 

Ostatnio obserwowałam mężczyznę, który pokłócił się z żoną kolejny raz (długi staż). Nie przyszło mu do głowy, żeby o tym porozmawiać. Przyzwyczaił się?

Nie zastanawia się.

 

Ale to jest inteligentny człowiek...

Inteligencja i zdolność do refleksji to są dwie różne sprawy. To drugie wymaga wglądu w siebie, nie logicznego przemyślenia, tylko skontaktowania się ze swoimi emocjami, stanami natury psychicznej. Wielu mężczyzn nie jest w stanie tego zrobić. To nie do końca jest ich wina. To wynik długotrwałego procesu społecznego: mężczyzna nie ma czuć, on ma się zbroić.

 

Czyli rodzice powinni wyrzucić ze swojego słownika zdanie: „Chłopaki nie płaczą”?

Tak jak należy zrezygnować z mówienia chłopcom, że „chłopaki nie płaczą”, należy też zrezygnować z mówienia dziewczynkom, że mają być grzeczne. To może jest już wyświechtany przykład, ale arcyważny. To są przekazy, które uruchamiają całą masę innych: będziemy cię nagradzać za to, że będziesz posłuszna, miła, ładna, uległa, a to z kolei powoduje, że wiele kobiet jest kompletnie bezradnych wobec własnej agresji, złości, sprawczości.

 

Sprawczość – rozumiem, przydaje się w życiu, ale po co nam kontakt z własną agresją, złością?

Bez dobrego kontaktu z agresją (popędową) nie ma możliwości stać się sprawczym. Ruch agresywny to taki, kiedy po fazie mobilizacji przystępujemy do działania, by zaspokoić jakąś swoją potrzebę. Ta zasada jest podstawą takich „banalnych” czynności, jak oddychanie, ssanie czy gryzienie po takie, jak osiąganie celów, przekraczanie kolejnych etapów w rozwoju zawodowym itp. Złość natomiast to jest emocja, która w przedcywilizacyjnym świecie pomagała nam ratować życie. Daje o sobie znać, gdy na naszej drodze do celu pojawia się przeszkoda.

 

To przekonuje. Słaby kontakt z tymi emocjami rzeczywiście może obniżyć jakość życia.

Nieraz słyszałem od kobiet: „Próbowałam być z wieloma mężczyznami, ale jak jestem sobą, to się mnie boją, więc muszę podgrywać, że czegoś nie umiem, czegoś nie wiem, że się nie orientuję, bo muszę pozwolić im być mężczyznami”. I w drugą stronę jest tak samo, wielu mężczyzn udaje kogoś, kim nie jest, żeby dostać gratyfikację społeczną.

 

Ale to jest teatr, nie życie.

Obie płcie dostają „na drogę” w procesie wychowania różnego rodzaju zakazy, które każą im wypierać bądź zaprzeczać wielu emocjom i wbijać się w przyciasne role społeczne. Znam kobiety, które przychodzą na terapię i mówią; „Wie pan co, ja się w ogóle nie złoszczę…”. I rzeczywiście możesz ją prowokować do otwartej złości na wiele sposobów, a ona się nie zezłości.

 

A może to wynika z charakteru, a nie z wychowania?

Właśnie z tego, że ktoś jej kiedyś zabronił się złościć, bo tylko grzeczną dziewczynkę akceptują tata, mama, babcia, pani w szkole.

 

Może jednak lepiej panować nad emocjami Lepiej być ich panem, a nie niewolnikiem.

To nie ma nic wspólnego z panowaniem nad emocjami.

 

W takim razie jest z tym mylone.

Tak. Gdy prowadzę warsztaty z inteligencji emocjonalnej dla biznesu, to zazwyczaj pojawia się zdziwienie: „Ale jak to Przecież to jest w ogóle nieprofesjonalne, żeby być w kontakcie z emocjami”.

 

No przecież trzeba trzymać twarz.

Tak, tak, ktoś nam kiedyś sprzedał taką „mądrość”, że panowanie nad emocjami, to jest po prostu bycie kompletnie usztywnionym – zero ruchu brwią.

Nie da się panować nad czymś, czego nie widać. To tak, jakby się miało zarządzać pracownikami, których się nigdy nie widziało. Żeby mówić o tym, że lepiej panować nad emocjami, niż dawać tym emocjom panować nad sobą, to najpierw trzeba się z nimi skontaktować.

 

Zgoda, zrozumiałam, chcę mieć kontakt ze swoimi emocjami. Ale czy ja się do tego „dokopię”, skoro chowałam się za maskami od dzieciństwa? Może maska stała się moją drugą naturą?

Jeśli stała się drugą, to znaczy, że gdzieś tam jest ta pierwsza i pragnie, żeby znów ją wydobyć na światło dzienne. „Czy jesteś już wystarczająco zrozpaczony ” – to kluczowe pytanie. Nasze JA jest na szczęście tak skonstruowane, że nie da zapomnieć o emocjach, które próbujesz z siebie wyrzucić. Wcześniej czy później doświadczysz takich rzeczy, które spowodują, że twoje mechanizmy obronne pomagające udawać, że coś cię nie dotyczy, przestają być skuteczne. Czytałem o mężczyźnie, który dowiedziawszy się, że jego żona poroniła, wpadł w rozpacz. Od tego zaczął się cały proces jego głębokiej przemiany. Dzięki takim przeżyciom zaczynasz czuć, że coś jest nie tak w twoim życiu.

 

Czy musi się wydarzyć coś dramatycznego, żebyśmy zaczęli żyć naprawdę?

To jest okazja. Takie wydarzenia zaczynają cię urealniać. Okazuje się, że nie jesteś omnipotentna, nieśmiertelna, na zawsze piękna i bogata. To jest moment, który jest lekcją pokory. Weźmy mężczyznę, który szedł przez życie jak harpagan, „robił biznesy”, uprawiał ekstremalne sporty, nic go nie ruszało, dosłownie facet czołg. Ludzie patrzyli na niego i mówili: „Jaki silny gość!”. I któregoś dnia budzi się w środku nocy cały zlany potem i czuje przerażenie, wchodzi w depresję. Wokół wszyscy się dziwią, jak to mogło się stać. Tymczasem większość mężczyzn w wyniku „użytkowego” podejścia do samych siebie i do świata, wkracza w okres zwany czasem popiołów. To wyjątkowo wyraźne „zaproszenie” od życia. Nie da się tego uniknąć, wcześniej czy później to nastąpi.

 

To dlatego, że on nie robił wcześniej tego, co robił, w zgodzie ze sobą

Wyciął siebie. W dużej części powycinał swoje wrażliwe kawałki. Tak długo to trenował, że sam uwierzył, że strach czy smutek go nie dotyczą. Ale któregoś dnia one się pojawią i to tak, że nie będzie można już udawać, że ich nie ma.

 

I co wtedy?

To jest czas, kiedy zaczynamy się urealniać. Do naszej głowy zaczyna dochodzić, że nasza rzeczywistość to nie jest tylko bycie facetem czołgiem, że dotyczą nas inne stany i inne uczucia.

 

Co później może się wydarzyć? Złapię cudowny kontakt ze sobą i zacznę pełniej żyć, z użyciem wszystkich uczuć i emocji?

„I żyli długo i szczęśliwie, aż do wyłączenia komputera…” (śmiech). Otóż nie, to jest wielka szansa. Wchodzisz w obszar cierpienia, który jest szansą na zmianę. Wiem, że to pobrzmiewa jak fantastyka, ale wejście w taki kryzys jest okazją do tego, żebyś zaczęła się ze sobą zaprzyjaźniać. I teraz ważne jest, czy masz w sobie tyle siły lub wsparcia z zewnątrz, żeby wejść na tę drogę. Przyznam, że to „droga dla VIP-ów”, nie ma z niej odwrotu, ponieważ to droga samopoznania, droga samoświadomości, droga dosyć trudnej pracy nad kompletowaniem samego siebie, również o te aspekty samego siebie, których do tej pory nie chciałaś u siebie widzieć. Wreszcie masz szansę stać się Bardzo Ważną Osobą – dla siebie.

 

Mimo że ludziom się wydaje, że życie tylko wtedy jest dobre, gdy jest przyjemne, bez wstrząsów?

Wtedy masz szansę uzyskać pełnię życia. Pełnia życia to po prostu możliwość doświadczania życia w całości, całego kalejdoskopu uczuć. Jest mnóstwo cierpienia, smutku, złości, bo to po prostu jest. Ale czym innym jest doświadczać smutku i nauki radzenia sobie z nim w konstruktywny sposób, a czym innym jest udawać, że smutek mnie nie dotyczy. „Droga dla VIP-ów” polega na tym, że zaczynasz zaprzyjaźniać się ze swoim smutkiem, uznajesz go: „OK, witaj mój smutku, rzeczywiście jesteś mój, jesteś częścią mnie”. To jest trochę tak, jakbyś nagle odzyskała prawą rękę. Do tej pory ona była zdrętwiała, ponieważ jej nie używałaś, ale nagle zaczynasz ją zasilać energią i ręka zaczyna odżywać, będziesz mogła nią władać.

 

Każda emocja jest ważna, nawet ta trudna?

Każda. Emocje to informacje. Weźmy strach. Jedziesz samochodem, wieziesz rodzinę, nie czujesz w ogóle strachu i jest zakręt, jedziesz 70 km/godz., nie boisz się, przyspieszasz i kończysz na drzewie. Strach jest niezwykle ważną informacją, ponieważ jest ostrzegający: „Słuchaj stary, coś jest nie tak, przyjrzyj się temu”.

 

A taki lęk egzystencjalny, przed przyszłością, strach o dzieci. Jak zaprzyjaźnić się z takim strachem?

Dziś śniło mi się, że się starzeję i obudziłem się silnie przestraszony, że coś się kończy, że będzie już tylko gorzej. Pierwszy raz zdarzyło mi się coś takiego i teraz zastanawiam się, przed czym ten strach mnie ostrzega Czy przed tym, że przyzwyczaiłem się do rzeczy, z którymi powinienem się pożegnać, czy być może jest jakaś ważna dla mnie niezałatwiona sprawa Może ten strach mówi: „Hej, może jednak coś z tym zrobisz ”.

To jest komunikat, tylko nie jest wyrażony wprost, że „boję się tego i tego”. Samo dociekanie, o co właściwie chodzi z tym strachem, pozwala ci odkryć prawdę o twoim życiu i zrobić coś, o czym być może w ogóle zapomniałaś i właśnie teraz ci się przypomina.

 

Jak się nauczyć zarządzać emocjami po latach ich ignorowania?

Cały czas dzisiaj rozmawiamy o takich obszarach, które wiążą się z inteligencją emocjonalną, więc najpierw potrzebna jest samoświadomość, czyli wiedza, że „tak mam”. I teraz, skoro już to wiem, to co chcę z tym zrobić Rozmawiasz z szefem, który cię ocenia, boisz się go: „OK, boję się, jak mogę sobie z tym strachem poradzić ”. Zaczynasz głęboko oddychać przeponą. To cię uspokaja, czyli cały czas jesteś w kontakcie ze sobą, ale wcale nie udajesz, że się nie boisz.

 

Czyli przyznać się, nazwać to po imieniu?

To często okazuje się zbawienne. Większość ludzi w ogóle nie wpada na to, żeby nazwać emocje, zwłaszcza te z obszaru trudnych, takich jak strach, smutek, żal, złość. Zaprzeczają im. Tymczasem, kiedy je nazwiesz, przejmujesz kontrolę nad emocją, a nawet nad sytuacją.

 

Mówi się, że cywilizacja zabija naszą naturalność, emocjonalność i tak już będzie – zmierzamy ku sztuczności.

Czy warto być martwym za życia, czy lepiej być żywym (Śmiech). Jeżeli chcesz być człowiekiem z kartonu, to w porządku, ale jeśli chcesz być człowiekiem żywym, to nastaw się na to, że będziesz czuł i czasem będzie cię targało od wielkich euforii do wielkiego smutku.

 

Ale są sytuacje, kiedy musimy udawać.

Czym innym jest nie wiedzieć, że udaję, a czym innym powiedzieć sobie: „OK, nie zajmuję się tym strachem”. Idę na rozmowę z szefem, czuję, że się boję, ale postanawiam: „Nie zajmuję się tym. Jestem skoncentrowany na zadaniu”. To jest do zrobienia, ale potem wychodzisz ze spotkania i czujesz, że musisz odreagować, idziesz pokrzyczeć.

 

Czyli można wziąć strach w nawias na chwilę. Ale i tak, jak mówisz, potem da o sobie znać. Nie ma co się łudzić, że jesteśmy z kamienia?

W ostatecznym rozrachunku to się somatyzuje.

 

Wchodzi w ciało?

Jasne, że tak. To jest energia. Ciało jest jak balon, więc jeżeli nie wypuścisz z niego energii, to ona zaczyna tężeć, tworzy się coraz większe ciśnienie, które po pewnym czasie wyskoczy, np. anginą, zapaleniem płuc, rozmaitymi napięciami w ciele.

 

Podobno psychoterapeuta jest w stanie odtworzyć emocjonalną historię człowieka, patrząc na jego ciało.

Tak, można zorientować się z grubsza w historii jego zranień.

 

Pewna terapeutka powiedziała mi, że podczas terapii obserwuje, jak niektóre osoby pięknieją, kiedy puszczają blokady emocjonalne.

Takie osoby są rozluźnione, w ich twarzy już nie ma napięcia, jest „flow”, pełna mimika, i ciało wysyła komunikat o człowieku: „Ja nie noszę w sobie trudności, jestem spokojna, przyjemna”.

 

Porozmawiajmy o maskach, za które się chowamy. Jaki to ma związek z nieumiejętnością ujawniania się ze swoimi uczuciami i emocjami?

Wyobraź sobie, że jako dziecko chorowałaś, dostawałaś komunikaty, że jesteś gorsza, nikt nie chciał się z tobą bawić, śmiali się z ciebie i do tego masz jeszcze ojca, który mówi ci: „Stary, weź się nie maż, tylko się ogarnij! No nie wiesz, co masz zrobić ”. Więc taki dzieciak zaczyna się uczyć, tylko to nie jest proces rozumowy, on nie siada przy biurku, gdy ma trzy lata i coś postanawia, tylko zaczyna się uczyć, w jaki sposób najefektywniej może zaspokajać swoją potrzebę akceptacji.

Zauważa, że gdy zaczyna zaczepiać starszych od siebie, jeśli nie płacze, gdy ktoś go kopnie w kostkę, to zyskuje akceptację i szacunek otoczenia. Odkrywając to, zaczyna powoli wchodzić w taki schemat funkcjonowania, zakłada maskę twardziela. Jeżeli to trwa wiele lat i cały czas się sprawdza, to taki człowiek uczy się kontaktować ze światem poprzez wypracowaną pozę. To poza jest jak kamienica przy Piotrkowskiej w Łodzi: wyremontowana fasada, a z tyłu czarne i smutne podwórko.

 

Ciężko jest żyć z takimi ludźmi.

Bo ciężko im samym żyć ze sobą. To jest życie jednowymiarowe. „Muszę być jakiś”. Na przykład muszę być ostatnim sukinsynem. Gdy byłem słabszy, to mi dokuczali. Są tacy ludzie, którzy mają pełną świadomość ciężarów, które dźwigają i dlaczego to robią. Ale myślą tak: „Czy mi się w ogóle opłaca wychodzić z tego czołgu ”. Rozglądają się wokół, patrzą, jakie mają relacje z bliskimi i często widzą, że wokół siebie mają petentów. Żonę, która wymaga, żeby jej dostarczać pieniądze, dzieci, które są już dorosłe i każą sobie kupować kolejne mieszkania i samochody, oraz masę innych osób, które są wobec nich interesowne. Okazuje się, że ci wszyscy ludzie odpowiadają na komunikat, jaki wysyła taki człowiek swoją pozą: „Ja ci wszystko załatwię. Jestem dobrym szefem, twardym gościem, więc jeśli pójdziesz za mną, to na pewno się nie przewrócisz”. Dlatego wiele osób myśli: „OK, to idę z tobą. Ale w istocie nie za tobą idę, tylko za tym kawałkiem ciebie. Jeżeli ten kawałek zacznie się chwiać, to już się z tobą nie bawię, bo nie załatwisz mi tych spraw”. I wtedy ludzie się żalą: „Dopóki odnosiłem sukcesy, miałem pełno znajomych. A gdy się znalazłem w potrzebie, to nie ma nikogo”. Tak się stało poniekąd na własne życzenie.

 

A klasyczne maski kobiet?

Dobrotliwość, nadopiekuńczość. Albo wręcz przeciwnie – jędzowatość: „Jestem niezależna, nikt mi nic nie powie”.

 

Też można tak funkcjonować.

Można, ale może się okazać, że masz 45 lat i nie masz wokół siebie nikogo. Mówisz sobie: „Zrobiłabym wszystko, żeby mieć faceta, z którym mogę mieć chociaż jedno dziecko, współtworzyć rodzinę”. Ale może być też tak, że mówisz: „Nie, to już mnie nie dotyczy…”, zagłuszasz smutek i zaczynasz żyć znowu w jednym wymiarze. Mówisz: „Pewnie inaczej bym dzisiaj funkcjonowała, ale już trudno, przepadło”. Albo idziesz w alkohol.

 

A maska – jestem samowystarczalna?

U wielu kobiet, które dużo osiągają, to wynika trochę z konieczności przetrwania. Kobieta, która musi przetrwać, staje się bardzo silna. To się wiąże z instynktem macierzyńskim i z całym obszarem, który jest związany z pragnieniem życia. Te kobiety potrafią zrobić bardzo wiele, ale takim kosztem, że po pewnym czasie chciałyby pozwolić sobie jednak na miękkość, wrażliwość, taką możliwość opuszczenia rąk.

 

Dlaczego nie dają sobie do tego prawa?

Nie mają zaufania do mężczyzn. Często spotykam się z tym, że kobiety mają w sobie taką ambiwalencję: z jednej strony chcą mężczyzny sprawczego, ale gdy już go mają, w ogóle nie wiedzą, jak sobie z nim poradzić. Więc radzą sobie przez „kastrowanie” go. Problem w tym, że taki facet nie da się wykastrować, więc on odejdzie. One pozostają z uczuciem żalu, że są porzucone. Bywa też, że wybierają mężczyzn kompletnie innych niż ci, których by chciały. Ale wybierają ich, bo potrafią sobie z nimi poradzić. „Złamany” facet, tak jak „złamana” kobieta, nie da oparcia. Ale wiele osób woli wybrać „złamanych”, żeby czuć się z nimi bezpiecznie. Tyle że to bezpieczeństwo jest wtedy oparte wyłącznie na poczuciu, że „tylko ja kontroluję sytuację”.

 

Jak w związku z dłuższym stażem zacząć rozmawiać o uczuciach?

Mówiłem, że to jest „ścieżka dla VIP-ów”. Nie jest łatwo. Jeżeli taka relacja jest oparta na wieloletnich rytuałach, standardach, to każda zmiana budzi obawę. Jeżeli kobieta odkryje w sobie potrzebę kontaktowania się ze swoimi uczuciami, a do tego zapragnie tego od swojego partnera, jest duże prawdopodobieństwo, że on zacznie to kompletnie torpedować: „Co ci się stało ! Zmieniłaś się, przecież było dobrze!”. W takich momentach ludzie często lądują na terapii par. Ale nierzadko jedna z osób mówi: „Ja nie potrzebuję żadnej terapii. To mnie nie dotyczy”.

 

Kobiety podobno mają większe rozeznanie w swoim życiu emocjonalnym niż mężczyźni.

Pewnie, że tak. W świecie jest zgoda na ekspresję emocjonalną u kobiet, bo „kobiety są emocjonalne”. Mężczyzna ewentualnie może się wkurzyć, bo taki dobrze wkurzony facet jest męski, ale cała reszta trudnych emocji jest niemęska. Na szczęście coraz częściej się mówi i pokazuje, że jednak mężczyzna, który pozwala sobie na płacz, to siła.

 

Gdy zginęła księżna Diana, to w Wielkiej Brytanii zmalały kolejki u psychiatrów, ponieważ mężczyźni wreszcie porządnie się wypłakali.

Ilość niewyrażonego smutku, którą noszą w sobie mężczyźni, jest przerażająca i często zamieniana jest na agresję i złość. To jest taka triada: „Mam tyle smutku, że aż się boję, a ponieważ się boję, to wolę się zezłościć nawet na to, że się smucę”.

 

Ale coraz częściej słyszę też od kobiet: „bez tabletek nie ujadę”.

Ja też to coraz częściej słyszę. Oczywiście, że są sytuacje, które wymagają interwencji farmakologicznej, gdzie lęk jest tak silny, że destabilizuje całe życie. Ale teraz rozmawiamy o sytuacjach życiowych, o rodzaju dyskomfortu, który wiąże się np. ze strachem, i trzeba z nim pracować i być. „Prozac dla każdego” to droga na skróty. Nie rozwiązuje problemów.

 

Ludzie nie dowierzają swoim możliwościom.

Tak jak powiedziałem, to jest „ścieżka dla VIP-ów”. To jest ścieżka, na którą wchodzisz i zaczynasz pracować. Wyobraź sobie, że miałaś 10 lat i złamałaś nogę, ale nie byłaś u lekarza i ta noga jakoś się zrosła. Teraz masz 40 lat i mówisz: „Ale mnie bolą plecy!”. Idziesz do lekarza i okazuje się, że przez ostatnie 30 lat chodziłaś w taki sposób, że rotowałaś ciałem, więc bolą cię plecy. Ale problemem nie są plecy, tylko źle zrośnięta noga. I oczywiście możesz brać tabletki przeciwbólowe, ale prędzej czy później doprowadzisz do głębszej degeneracji ciała. Ale możesz zająć się nogą, tak ją poskładać, żeby pracowała należycie. Jednak żeby ją poskładać, trzeba ją złamać, nastawić, a potem poczekać, aż się zrośnie. Niestety, robisz to bez znieczulenia.

 

Jak się pracuje nad roztapianiem blokady emocjonalnej w człowieku?

To są procesy, które można porównać do tego, kiedy puszcza tama i jest powódź. Ale po powodzi, gdy wyrównują się poziomy rzek, okazuje się, że jest życie. To jest oczyszczające, ale też bardzo dramatyczne. Nie zawsze potrzebna jest psychoterapia. Czasami możesz sobie siedzieć, rozmawiać z kimś, usłyszeć piosenkę i potem przez trzy godziny płakać po 15 latach niepłakania. Dobrze, żebyś wiedziała dlaczego.

 

Ale owocniej będzie, jeśli…

Jeśli będziesz z kimś. Wielu ludzi, którzy chcą się wysmucić, pozwalając sobie na rzęsisty płacz, chce to zrobić w samotności. Ale to półśrodek. Naprawdę coś to wypłakać się przy kimś, kto tego nie odrzuci. Na tym polega bliska relacja, że mogę pokazać ci się w całości i nie obawiam się, że mnie odrzucisz, ocenisz, tylko po prostu mnie przyjmiesz. To jest tak naprawdę uleczające.

 

Kilka lat temu głośna była sprawa: samobójstwo dziewczyny, którą koledzy ze szkoły sprowokowali do rozebrania się, a potem nagrali telefonem i upublicznili. Ojciec jednego ze sprawców powiedział, że nic takiego się nie stało, że nie rozumie, dlaczego ona tak się przejęła. Czy to możliwe, żeby tak trudno było zobaczyć czyjeś cierpienie, wstyd?

Wyobraź sobie, jak ten ojciec musi mieć wysoko ustawiony próg bólu… Dla niego to, co on mówi, jest prawdziwe, a skoro jest rodzicem, to dokładnie tak trenuje swoje dzieci.

 

Podałam skrajny przykład, ale nawet wrażliwsi rodzice potrafią powiedzieć: „Piesek wpadł pod samochód? Nie rozpaczaj, kochanie, kupimy ci królika…”.

Nie ma celebracji żałoby. A trzeba popłakać, pobyć z dzieckiem.

 

Ale rodzice panicznie boją się zapłakanego dziecka.

Bo wtedy za blisko nich będzie smutek, z którym oni nie chcą mieć do czynienia. Wielu rodziców, kiedy widzi płaczące dziecko, pacyfikuje ten płacz, bo ma spacyfikowany swój wewnętrzny smutek.

 

Pewien ojciec wyznał mi niedawno: „Moje nastoletnie dzieci mówią innym językiem. Już nie umiem z nimi rozmawiać”. To było porażające, bo powiedział to tak, jakby miało się to już nigdy nie zmienić.

Byłem jakiś czas temu na konferencji dla biznesmenów na temat godzenia ról rodzicielskich z zawodowymi. Jeden z menedżerów zapytał: „Kto z państwa ma dzieci ”, po czym powiedział do tych, którzy podnieśli rękę: „OK, to wy nadajecie się do pracy w tej firmie, reszta nie ma tu czego szukać”. To było w czołowej firmie branży IT. „Jak to, przecież to my nie mamy żadnych zobowiązań !”, „Ale nie jesteście w stanie być na bieżąco z tym, co się dzieje na świecie”. Uczenie się komunikowania z dziećmi w wieku szkolnym to uczenie się komunikowania ze współczesnym światem. Są rodzice, którzy słuchają z dziećmi ich muzyki nie dlatego, że to ich fascynuje, tylko chcą sprawdzić, jak jest w świecie, w którym są ich dzieciaki. Rozmawiają z nimi o tym, co przeżywają, o ich uczuciach. Stają się rodzicami, mentorami i kumplami w jednym.

 

Rozmawiać z dziećmi o emocjach to jednak duża sztuka, bo na co dzień sprowadzamy wszystko do słowa „fajnie” bądź „niefajnie”.

A ja na pytanie: „Jak się czujesz ”, słyszę zwykle: „Zestresowany”. „Czyli jak ”, „No, zestresowany…”.

 

Jesteśmy trochę emocjonalnymi analfabetami.

Oczywiście, że tak. Uczysz się matematyki, geografii, wiesz, jakie rzeki płyną w Rosji, ale nikt nie uczył nas tego, czym są emocje, jak sobie z nimi radzić, skąd one płyną.

 

Ale inteligencja emocjonalna może być też narzędziem szatana… (śmiech)

Jak każde narzędzie. Nożem możesz pokroić bułkę albo komuś wątrobę (śmiech). To wszystko tak działa. Ale rzeczywiście bez inteligencji emocjonalnej trudno mówić o budowaniu relacji.

 
Rozmowa z Jackiem Masłowskim ukazała się w „Urodzie Życia” 3/2016
 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Agata Trzebuchowska
mateusz nasternak

Agata Trzebuchowska: „Nie dzielę życia na to sprzed „Idy ” i po niej.”

Złote Globy ją rozczarowały, a oglądanie Oscarów – uśpiło.
Sylwia Niemczyk
04.01.2019

Po tym, jak „Ida” Pawła Pawlikowskiego zdobyła Oscara, Agata Trzebuchowska, odtwórczyni głównej roli, mogłaby przebierać w ofertach od innych reżyserów, tymczasem dla niej kariera aktorska niekoniecznie jest spełnieniem marzeń. Co więcej, sama twierdzi, że: „W roli Idy atutem okazał się mój absolutny brak cech, które są niezbędne, żeby być aktorem”. O „Idzie”,  filmowych nagrodach i planach na przyszłość z Agatą Trzebuchowską rozmawia Magdalena Felis.   Gdy cię ktoś teraz pyta, co słychać, to na którym miejscu wymieniasz nominacje do Oscara? Dalekim! Rok temu próbowałam oglądać Oscary w telewizji i odpadłam po 20 min. Choć oczywiście cały ten zgiełk wokół „Idy” zajmuje ważne miejsce w moim życiu. We wrześniu skończyłam studia, właśnie wróciłam z bardzo długiej podróży i przyznaję, że jestem dość bezbronna wobec tego, co dzieje się wokół mnie, bo w tym momencie nie mam nic swojego, w co mogłabym się chwilowo wrzucić. Ale nie dzielę życia na to sprzed „Idy ” i po niej.   Czy to była podróż festiwalowa? Tylko zaczęła się od festiwalu – w Rochester w stanie Nowy Jork. Dziwne miejsce ze specyficzną Polonią: dojrzali ludzie z dyplomami uniwersyteckimi, bardzo inteligenckie i zarazem konserwatywne środowisko. Potem był szalony Nowy Jork, niezależny i swobodny, bo znam już trochę to miasto, umiem się po nim poruszać, wiem, co mnie w nim interesuje. A później już moja własna wędrówka, czyli Panama, jeżdżenie po indiańskich wioskach, spanie z lokalsami pod jednym dachem i wreszcie cudowne Buenos Aires. Tyle emocji, że nie mogłam zająć myśli niczym innym. Przez pierwszych parę dni nie byłam w stanie ani czytać, ani oglądać żadnych filmów.   Złote Globy nie były...

Czytaj dalej