Sex coach Karo Akabal: „W miłości cały czas prowadzimy wojnę”
getty images

Sex coach Karo Akabal: „W miłości cały czas prowadzimy wojnę”

Seks wciąż się nam kojarzy albo z prokreacją, albo z wyuzdaniem. Tymczasem dobry seks to źródło przyjemności i spoiwo miłości. Kluczem do niego jest poznanie i uznanie własnej seksualności.
Aleksandra Pezda
04.01.2019
Dobry seks wzmacnia relację w związku i dodaje nam energii. Sprawia przyjemność i przynosi odprężęnie – tymczasem ciągle jest tematem tabu, nawet w naszych związkach. Co tam w związkach – nawet same w swoich myślach nie dajemy sobie prawa, żeby traktować seks jako źródło czystej przyjemności! Tymczasem sex coach Karo Akabal już od lat przekonuje nas, że dla naszego szczęścia ważne jest, byśmy odnaleźli naszą seksualność i umieli się nią cieszyć. 
 
Aleksandra Pezda: Napisałaś: „Wierzę, że ludzie, którzy mają dobry seks, tworzą dobry świat”. Naprawdę?
Karo Akabal: Oczywiście, że ta zależność nie jest taka prosta. Tym stwierdzeniem chciałam sprowokować pytania o to, czym jest dobry seks. Wbrew pozorom bardzo trudno o jednoznaczną odpowiedź. Większość ludzi przez dobry seks rozumie seks regularny i taki, który przynosi rozładowanie napięcia seksualnego.
 
A nie o to chodzi?
Bywa i tak, skoro seksualne spełnienie jest jedną z podstawowych potrzeb życiowych. Ale nie to jest w seksie najpiękniejsze. Seks jest potrzebny i zdrowy, bo upiększa nasze życie i miłosne relacje, bo daje radość i satysfakcję, dodaje energii.
 
To dlatego przeciętny stosunek seksualny Polaków trwa 13 minut i odbywa się głównie wieczorem?
Cóż, w seksie odbija się nasza cywilizacja: dominują pośpiech, stres i substytuty satysfakcji, takie jak kariera zawodowa czy sporty ekstremalne. Do tego żyjemy w kulturze, która spycha naszą seksualność na obrzeża. Nie uczymy się tego, nie wiemy, jak pielęgnować seksualność. Rozejrzyj się, jakie są relacje między ludźmi? Ile jest wojen i przemocy. Tę samą dynamikę obserwujemy w naszym życiu miłosnym i seksualnym.
 
Chcesz powiedzieć „make love, not war”?
Raczej „stop war in love”. Jestem zaangażowana w międzynarodowy projekt „Global Love School” zainicjowany przez Tamera Peace Reaserch Center w Portugalii. U podstaw projektu leży przekonanie, że możemy działać na rzecz pokoju, również edukując do zmian w życiu miłosnym i seksualnym. Bo wygląda na to, że w miłości – tak jak w polityce – cały czas prowadzimy wojnę. Tak głęboko przemoc jest zakorzeniona w naszej kulturze.
 
Gdzie widzisz tę przemoc w zwyczajnym seksie?
Filmy, internet, media, kolorowe czasopisma – całe poradnictwo w nich oferowane jest pełne przejawów takiej przemocy: „Czego pragną kobiety?”, „Jak zdobyć mężczyznę?”. Uczymy się strategii, manipulacji: „10 sposobów na...”. Jak zdobyć to, czego chcemy, kompletnie w oderwaniu od tego, czego być może chcieliby inni. Na spotkaniu z prof. Lwem Starowiczem uczestniczki zadały pytanie: „Czego mężczyźni nie lubią w kobietach?”. Odpowiedział: „Kiedy kobieta jest zbyt atrakcyjna (z obawy, że będzie wielu konkurentów i nie dadzą sobie rady), kiedy miała zbyt wielu partnerów (z tych samych powodów) i kiedy jest zbyt inteligentna (oczywiście z obawy, że jej nie przebiją)”. Informacja była taka: jeśli chcecie uwieść mężczyznę, nie demonstrujcie tych cech.
 
Ptaki też stroszą piórka, żeby lepiej wypaść...
Jeśli to strategia na okres godów, to ok. Ale to się stało sposobem na życie: w relacjach miłosnych nie jesteśmy ze sobą szczerzy. Skoro uczymy się ciągle taktyk, nigdy nie dowiemy się, kim są nasi partnerzy. Co najważniejsze – nie poznamy własnej seksualności. A tej powinnyśmy się uczyć od najmłodszych lat.
 
Nie jest to element dojrzewania?
Powinien być. Przy wsparciu rodziny, a właściwie całego otoczenia, dzieci powinny mieć tyle przestrzeni, żeby odkrywać własną indywidualność. Siebie jako osobę, również jako osobę seksualną. Niestety, sposób, w jaki wychowujemy dzieci, raczej przypomina tresurę. Nie pozwalamy dzieciom rozpoznawać smaków, sprawdzić, ile im potrzeba swetrów, żeby było wystarczająco ciepło – o wszystkim decydujemy my.
 
A co to ma wspólnego z seksualnością?
Otóż dużo, moja własna historia jest na to dowodem. Miałam wpojoną wizję, że kiedy wypełnię określone punkty z listy, osiągnę spełnienie. Na tej liście były: wykształcenie, zamążpójście, dzieci i dom. Gdzieś około trzydziestki miałam te punkty odhaczone, ale spełnienie nie nadeszło. Trójka dzieci, sukces zawodowy, mąż... a szczęścia brak.
 
Marudzisz!
To właśnie słyszałam od znajomych – że wydziwiam. Też tak myślałam, zaczęłam jednak szukać. Ciągle coś robiłam: a to joga, a to buddyjski retread medytacyjny albo śpiewanie hinduskich badżanów. W końcu zdarzyło się coś, co mnie skierowało na inny tor. Pojechaliśmy z przyjaciółmi do Stanów oglądać kaniony. Jest południe, podjeżdżamy pod Monument Valley. To piękny czerwony płaskowyż, z którego wyrastają monumentalne skały. Tam, na parkingu straciłam poczucie, co wypada, a czego nie. Nagle poczułam silny zew, żeby się wdrapać na jakiś wielki kamień. Żar się z nieba leje, wszyscy chcą jechać dalej, mąż krzyczy, że nie będzie mnie z tego ściągał. Kiedyś położyłabym uszy po sobie, ale wtedy wlazłam na górę. Spojrzałam na tę dolinę zdyszana, zawiał wiatr, sypnął na mnie tysiącem ziarenek piasku i wtedy przeżyłam największy orgazm w moim życiu...
 
Orgazm? Mentalnie, jak rozumiem.
Nie. Przeszył mnie dreszcz od stóp do głów, w każdej komórce ciała. Wydarzyło się coś niezwykłego, co mi dodało energii po prostu. Poczułam, że łapię kontakt ze swoją kobiecością, ze swoją seksualnością. I ten stan już we mnie pozostał.
 
Udało się uratować twoje małżeństwo?
Nie. Niedługo po powrocie z Arizony rozstaliśmy się. Widzisz, nasz związek był zbudowany zgodnie z wzorem, o którym mówiłam wcześniej – mieliśmy oczekiwania wobec siebie i nigdy tak naprawdę się nie poznaliśmy. Byłam wtedy trochę po trzydziestce, miałam troje dzieci. Myślałam, że całe życie skończone. Bałam się przyszłości. Ale największym zaskoczeniem dla mnie był lęk, że nikogo sobie nie znajdę i że nie będę miała już nigdy seksu.
 
Ten lęk się sprawdził?
Nie. Z byłym mężem wychowujemy w zgodzie nasze dzieci, on ma nową rodzinę, a ja życie pełne miłości i namiętności. Przez tę lekcję jednak zrozumiałam, że poczucie stabilności w życiu daje nie to, co mi wpajano. Ani ślub w kościele, ani dzieci, ani dom. Takim fundamentem jestem ja – sama dla siebie.
 
A gdzie tu seksualność?
W przebudzeniu, w uzyskaniu dostępu do własnej kobiecości i seksualnej energii. Przestałam się bać, że nie będzie przy mnie mężczyzny. Odkryłam, że seksualność jest we mnie, a nie na zewnątrz mnie. Że jest na świecie jakaś energia, do której również ja mam dostęp. A byłam wychowywana, że żyję dla innych: dla dzieci, męża, pracy. Wysłuchiwałam, że się zapuściłam po ciąży, że źle się ubieram; myślałam o sobie, że jestem stara. Po tym doświadczeniu na kamieniu wszystko jednak się we mnie zmieniło. Stopniowo odkrywałam własną seksualność, a po kilku latach zaczęłam wspierać w tym inne kobiety.
 
Takie umowy jak małżeństwo w końcu jednak są po to, by mieć jakąś pewność.
W życiu miłosnym zerwanych umów jest więcej niż tych, których się przestrzega, a my nadal tkwimy w przekonaniu, że należy te umowy na partnerach wymuszać. „Przecież mi obiecałeś”, „Miało być inaczej”... Jeśli chodzi o seksualność, żadne umowy nie istnieją. Nie ma nic gorszego, jak pożądanie w niewoli.
 
To znaczy, że kiedy ogień namiętności zgaśnie, należy rzucić partnera?
Nie. Nie będę udowadniać, że monogamia jest zła. Chodzi mi o coś innego – o to, że często ograniczamy pożądanie, będąc w związku. W monogamicznym związku uważamy pożądanie do innej osoby za coś nagannego. Niby jesteśmy wyluzowani, ale przepływ namiętności, jak uważamy, może istnieć tylko pomiędzy partnerami w związku. Nazywam to „pożądaniem w niewoli”.
 
To jest namowa do zdrady?
Nic podobnego. Namawiam do tego, żeby sprawdzić, czy czujemy się niekomfortowo, kiedy podnieci nas inna osoba niż nasz partner w stałym związku? Jeśli tak, to znaczy, że żyjemy w sprzeczności z naszą naturą, bądź co bądź – zwierzęcą. To natura powoduje, że bodźce seksualne docierają do nas z różnych miejsc. Może nas podniecić obcy człowiek w tańcu albo poczujemy pożądanie, słuchając muzyki czy dotykając rozgrzanych kamieni. Moja sytuacja z Monument Valley nauczyła mnie, jak niezliczone są ścieżki pożądania. Niezależnie od tego, czy jesteśmy w związku, nasza energia seksualna istnieje. Pozwólmy sobie czerpać bodźce z całego jej uniwersum, pozwólmy sobie na przyjemność. Tylko wtedy będziemy mogli odczuwać szczęście i dać je naszemu partnerowi.
 
Przecież jako gatunek pracujemy od wieków nad tym, żeby trzymać naszą zwierzęcą naturę w ryzach.
Zatrzymajmy się tutaj. Tańczysz na imprezie z kimś obcym i odczuwasz z tego powodu przyjemność. Wiesz, jakiego rodzaju jest to przyjemność – kojarzysz to z seksem i nie bronisz sobie tego. To zupełnie coś innego niż zdrada. To się dzieje w twoim ciele, w twoich emocjach. Odruchowo wypierasz jednak te emocje, boisz się ich, nie docierasz do swojej seksualności. Przez to nie uczysz się rozpoznawania swoich potrzeb. I właśnie z tego powodu mamy takie sytuacje: „Spotkałam na wakacjach latynoskiego kochanka, puściły wszystkie bariery, przeżyłam seks życia, rzucam męża”. To się nam nie zdarzy, jeśli będziemy wcześniej znać swoje potrzeby, zamiast trzymać namiętności w klatce.
 
No to mamy dać się ponieść czy nie?
Najgorsze, co możemy zrobić, to dać się ponieść impulsom, których nie rozumiemy. Najważniejsze to poznać siebie i swoje potrzeby. Tylko na tym możemy budować prawdziwy związek.
 
Mąż mówi do żony: „Zakochałem się w kimś, co robić?”.
Super!
 
Ja bym wolała, żeby on sam sobie poradził z problemem...
Czyli wolisz to, czego nas uczono od dziecka – żeby bezkrytycznie respektować umowy. Dla mnie byłoby ważniejsze wspierać się w związku, kiedy partner się zakocha. Rozumieć nawzajem swoje potrzeby, poznać problem. Nasza kultura tego nie widzi i przez to w miłosnych relacjach nie jesteśmy w stanie zobaczyć drugiej osoby. Gdybyś znowu chciała zapytać, gdzie tu seksualność, odpowiem: właśnie tam, gdzie widzimy siebie, ale również drugiego człowieka.
 
Wierzysz, że długoletni związek i dobre życie seksualne mogą iść w parze?
Oczywiście, podobnie jak wierzę, a raczej wiem, że mamy życie seksualne, również nie będąc w parze. Czy chcemy tego, czy nie. Najważniejsza moja lekcja, to, czym chcę się dzielić z kobietami, jest taka: w naszych ciałach płynie energia seksualna. Rozpoznajmy ją i uwolnijmy.
 
Seks w związku nie jest najważniejszy – cytujesz w książce list od czytelniczki.
Bo to prawda. Związek to poważne, wielowątkowe przedsięwzięcie. Na przykład wspólne sprawy: praca, kredyt, mieszkanie, szkoła dla dzieci. Inny aspekt – organizacja życia codziennego. Znowu ogrom zadań – prozaicznych, ale niezbędnych. Jest też cała sfera emocjonalna: ktoś mnie kocha, wysłucha mnie, przeżyjemy razem superchwile, ktoś się z mną ucieszy z sukcesu, zapewni mi też poczucie bezpieczeństwa, dzieli ze mną pasje. Tych sfer jest więcej, a między nimi seks. Można sobie łatwo wyobrazić, że w związkach jedne aspekty działają, a inne nie. Często to właśnie seks nie działa, bo w tym obszarze brakuje nam edukacji i samoświadomości. Spotykam wiele dobrych, świetnie „zorganizowanych” par, z których życia zniknęły pożądanie i seks.
 
Co z tym zrobić? Zawsze da się popracować nad dopasowaniem dwojga ludzi?
Widziałam wiele cudów. To działa tak: jedna strona podejmuje trud poszukania własnej seksualności, zamiast korzystać z popularnych strategii „Jak uwieść partnera”. Po jakimś czasie zmienia się w niej coś tak głęboko, że i druga strona otwiera się na te zmiany. Kiedy oboje zajrzą w głąb siebie naprawdę i zdejmą z partnera presję zaspokajania cudzych potrzeb, często udaje się ponownie znaleźć przyjemność we wspólnych seksualnych poszukiwaniach.
 
Gdyby tak było, wybieralibyśmy partnerów racjonalnie, a potem uczyli się z nimi seksu.
Są szkoły, które mówią, że tak się da. Są eksperci, którzy w taki sposób pracują z parami – jak się okazuje, naprawdę wszystko jest możliwe. Ja jednak nie jestem zwolenniczką tego podejścia. Jestem wielbicielką nieokiełznanej, ekscytującej seksualnej energii i admiratorką podejścia, żeby się z własną seksualną energią dobrze zapoznać, a potem zaprosić do eksperymentów osobę, która podejmie podobną decyzję.
 
A jeśli tym dwojgu naprawdę się nie uda?
W ramach poszukiwań prawdy o sobie może się okazać, że relacja, w której jesteśmy, nie zaspokaja wielu naszych potrzeb. Tak zdarzyło się w moim małżeństwie. Obserwuję jednak kobiety, którym odkrywanie własnej seksualności i pogodzenie się z nią zawsze, ale to zawsze poprawia jakość życia.
 
Piszesz w książce, że krzywdzimy mężczyzn, kiedy ich posądzamy o prymitywizm potrzeb seksualnych.
Bo mężczyźni też mają wiele do zrobienia. Również podążają za wielowiekową tradycją, która ich uformowała na wyznawców seksu jako sposobu na rozładowanie napięcia. Nie wolno im się też przyznawać do niepokojów. Tymczasem styl życia, jaki narzuca cywilizacja Zachodu, te niepokoje piętrzy. Kłopoty? Na to jest viagra. W ten sposób nasze życie staje się antyerotyczne. Na szczęście coraz więcej mężczyzn wychodzi poza popularne poradniki, które, jak mówiłam, mają charakter przemocowy.
 
Każesz nam „tropić swoje pożądanie” – jak?
Pierwszym krokiem powinna być praktyka, którą nazywam „treningiem przyjemności”. Spróbujmy poświęcić kwadrans dziennie na poszukanie prawdziwej przyjemności – dla ciała i dla umysłu. Ważne jest, żeby tej przyjemności nie kupować, bo to byłby tylko substytut! Chodzi o to, by się zatrzymać i zrobić coś dla czystej przyjemności. Można wąchać kwiaty, można wystawić twarz do słońca albo zanurzyć rękę w gorącym piasku. I tak powoli będziemy rozwijać umiejętność wyszukiwania przyjemności, a za parę tygodni zaczniemy czuć coś więcej, może podniecenie, w końcu pożądanie.
Takiego zaspokojenia jak głęboki akt seksualny nie da nam żadna wysokogórska wspinaczka, żaden papieros ani żadna kariera. Dlatego namawiam do szukania na nowo własnej drogi seksualnego zaspokojenia. I zapraszam do przeczytania książki „Sekrety kobiecej seksualności”, w której dzielę się sprawdzonymi na własnej skórze metodami na uwolnienie seksualnego potencjału.
 
Karo Akabal – certyfikowana sex coach, założycielka Sex & Love School, trenerka przyjemności i intymnej komunikacji w związkach, propagatorka świadomej edukacji seksualnej w rodzinie, autorka „Listów od Karo” i Sex & Love TV, ekspertka od seksualności i intymnych relacji. Autorka książki „Sekrety kobiecej seksualności”.
 
Rozmowa z Karo Akabal ukazała się w „Urodzie Życia” 08/2016
 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Relacje w związku
getty images

Głaskaj, tul, dotykaj: sekret dobrego związku polega na bliskości, a nie na seksie

Kochasz? Więc tul i głaskaj – mówi seksuolożka, dr Alicja Długołęcka. Nawet jeśli już odzwyczaiłaś się od czułego dotyku, możesz wrócić do tego i na nowo doceniać bliskość.
Karolina Rogalska
04.01.2019

Dotyk daje nam wszystko, co w życiu najważniejsze – poczucie bezpieczeństwa i błogości wynikające z bliskości z drugą osobą. A do tego działa uzdrawiająco. Na poziomie fizjologicznym wzmacnia cały układ immunologiczny. To najlepsza i najtańsza terapia – mów i dr Alicja Długołęcka, seksuolożka, wykładowczyni na Podyplomowych Studiach Wychowania Seksualnego UW i AWF, autorka licznych publikacji, podręczników i książek. Przeczytaj wywiad: Karolina Rogalska: Prof. Zbigniew Izdebski w rozmowie z „Urodą Życia” powiedział, że wielu pacjentów skarży się na brak czułości, przytulania i dotyku w bliskich relacjach, bo kontakt fizyczny z partnerem sprowadza się głównie do pieszczot w seksie. Podobno wśród tych osób jest wielu mężczyzn. Dr Alicja Długołęcka: Myślę, że na tym polu psuje się wiele relacji. Jesteśmy dziś bardzo samotni. My, czyli ludzie żyjący w kulturze dualizmu, w której umysł i ciało przedstawia się jako dwa odrębne byty, a role płciowe są ściśle określone. Część kobiet kompensuje sobie potrzebę dotyku i bliskości poprzez macierzyństwo, zanurzając się w bliskich, fizycznych relacjach z dziećmi. Mężczyźni zaś, wchodząc w fazę dojrzewania, są gwałtownie odcinani od dotyku. Jego miejsce zostaje w seksie i walce. A jeśli chodzi o czułość, to obie płcie potrzebują jej tak samo całe życie. Kilkanaście lat temu były robione badania na prostytutkach. Z relacji tych kobiet wynikało, że wielu klientów przychodzi do nich nie po wyrafinowane lub ostrzejsze formy seksu, ale po przytulanie, głaskanie, możliwość wspólnego zaśnięcia. Po czysty dotyk. Ten przykład pokazuje, jak to kulturowe rozdzielenie umysłu i ciała spowodowało, że wszelkim formom dotykania nadaje się kontekst seksualny. Ze szkodą dla seksu i ze szkodą dla dotykania. Czyli? Jeżeli...

Czytaj dalej
Seks na długie lata
Getty Images

Seks w stałym związku może cieszyć nawet po latach

To jest mit, że gdzieś za ścianą ktoś uprawia nieziemski seks. Każda para ma okresy, w których martwi się brakiem namiętności – rozmowa z psychoterapeutą seksuologiem Michałem Pozdałem.
Joanna Kalewicz
12.05.2020

Jesteśmy zgranym teamem, ale po latach nie mamy ochoty na wspólny seks. Czy tzw. białe małżeństwo może być szczęśliwe? A może za wszelką cenę szukać sposobu na wspólny powrót do łóżka? O braku seksu w długoletnich związkach rozmawiamy z Michałem Pozdałem, psychoterapeutą i seksuologiem, wykładowcą Uniwersytetu SWPS, autorem książki „Męskie sprawy. Życie, seks i cała reszta” oraz ekspertem akcji #sexedpl. Joanna Kalewicz: Jak nakreśliłby pan krzywą pożądania w odniesieniu do kolejnych lat trwania związku? Michał Pozdał : Gdyby się tak dało, to by było prosto. Pamiętajmy, że ludzie się wiążą z różnych powodów. Jesteśmy przyzwyczajeni do myślenia o relacjach trochę, jak z bajek i filmów hollywoodzkich. A tak nie jest. Nie zawsze ludzie zakochują się w sobie i czują ogromną namiętność. Owszem, tak bywa, ale im dłużej pracuję jako psychoterapeuta, tym częściej znajduję potwierdzenie, że nie zawsze wzajemne pożądanie jest tym, co łączy ludzi. Niektórzy wiążą się z lęku przed samotnością albo dlatego, że nie spotkali nikogo lepszego. Nawet ostatnio miałem taką sytuację: przyszła do mojego gabinetu para, ich problemem był brak pożądania w relacji. Zapytałem o to, jak zostali parą. Pani powiedziała wtedy o swoim małżonku: „Chodził, chodził i wychodził”. A ona się łaskawie zgodziła. Jeśli popatrzymy na tę relację pod tym bajkowym kątem, to odbiega ona od naszych wyobrażeń. Rzeczywiście zwykle na początku jest fajnie, ludzie się poznają, jest duża namiętność, pojawia się to wszystko, co Helen Fisher [amerykańska antropolog i psycholog, badaczka ludzkich zachowań – red.] opisuje jako koktajl hormonalny, czyli działają wszystkie neuroprzekaźniki –noradrenalina, serotonina, dopamina, fenyloetyloamina – i to jest bardzo przyjemne. Nawet z...

Czytaj dalej
pożądanie
magnum photo/photo power

W łóżku z kompleksami? Atrakcyjność seksualna nie zależy od wyglądu

Psychoterapeuta, Wojciech Kruczyński przekonuje, że pożądanie, jakie budzimy, nie ma wiele wspólnego z tym, jak wyglądamy. Najbardziej podniecające w nas jest zupełnie co innego.
Krystyna Romanowska
20.02.2020

Patrzenie, jak komuś na nasz widok podniecenie odbiera rozsądek i każe robić szalone rzeczy, jest jedną z największych przyjemności na tym świecie. I największym afrodyzjakiem. Czego potrzebujemy, żeby tak było? Mówi Wojciech Kruczyński, psycholog oraz psychoterapeuta. Krystyna Romanowska: Seksuolodzy mówią, że kobiety uważają się za niezbyt sexy: obsesyjnie liczą fałdki i mierzą cellulit. Mężczyźni z kolei boją się oceny długości i twardości. Potem spotykamy się w łóżku i zamiast czerpać z tego samą przyjemność, boimy się, co jest w nas nie tak. Tymczasem dobrze by było, gdybyśmy powiedzieli sobie… No właśnie, co?  Wojciech Kruczyński:  Mogę powiedzieć każdej kobiecie i każdemu mężczyźnie: „Masz już wszystko, czego potrzeba, żeby ktoś stracił dla ciebie głowę. Zadbała o to natura”.  Czyli żeby stać się dla kogoś czystym obiektem seksualnym.  Patrzenie, jak komuś na nasz widok podniecenie odbiera rozsądek i każe robić szalone rzeczy, jest jedną z największych przyjemności na tym świecie. Co nas najbardziej podnieca u kogoś innego? Właśnie świadomość tego, że on lub ona czuje podniecenie na nasz widok.   Kompleksy to nieporozumienie Jedna z moich znajomych, która często zmienia partnerów seksualnych, usłyszała kiedyś od koleżanki: „Nie martwisz się, że ci wszyscy mężczyźni oceniają twoje ciało?”. Odpowiedziała: „To nie ma dla mnie znaczenia”. I nie powinno mieć. Kompleksy to w  większości nieporozumienie, pogoń za Świętym Graalem w postaci płaskiego brzucha, sterczących piersi czy czegoś w  tym rodzaju. Nie trzeba posiadać wszystkich cech idealnego obiektu seksualnego – zwłaszcza że taki ideał nie istnieje – żeby być odebraną jako pociągająca i seksowna. Partnerowi seksualnemu...

Czytaj dalej
Kobieta i manekin
magnum photo/photo power

Polka u seksuologa: czy jesteśmy tak wyzwolone, jak nam się wydaje?

Seks to dla Polek „rzecz do odhaczenia” – często jesteśmy zbyt zmęczone, aby cieszyć się bliskością i kontaktem cielesnym. Dają znać o sobie też nasze kompleksy i pruderyjność… większa niż u naszych babek!
Aleksandra Pezda
30.01.2020

Czy ja jestem nienormalna?” – tak zaczynamy zwykle rozmowę u seksuologa, niezależnie od tego, jaki mamy problem. O nowej seksualności kobiet i wstydzie, który wciąż nas pęta, z Martą Szarejko, autorką książki „Seksuolożki”, rozmawia Aleksandra Pezda. Aleksandra Pezda: Po książce „Seksuolożki” spodziewałam się raczej wyznań, jak ciężko kobietom uprawiać ten zawód, chociaż minęły lata od przełomu Michaliny Wisłockiej. A tu mamy rozmowy o seksie i seksualności. Marta Szarejko: Opowiadam historie seksuolożek, tylko schowałam je między wierszami. Najstarsza z moich rozmówczyń to prof. Maria Beisert, ma ponad 70 lat i mówi o sobie, że jest stara. Jednocześnie kipi energią, mądrością i ma naprawdę wiele do zaoferowania nauce i światu. Opowiedziała mi o trudnych początkach – kiedy ponad 40 lat temu zaczynała pracę, była w grupie kilku kobiet zainteresowanych seksuologią. Sama – prawniczka, pozostałe – psycholożki. Nie było w Polsce takiego kierunku studiów, jeździła więc na kursy do Czech. Jako pierwsze materiały edukacyjne musiały jej służyć zdobywane za granicą kolorowe pisma pornograficzne – to na nich pokazywała klientom pozycje seksualne i uczyła budowy części intymnych. Oprócz prof. Beisert jest kilka seksuolożek lekarek w podobnym wieku, następnie długa pokoleniowa luka. Wysyp – jeśli w ogóle mogę tak nazwać grupę kobiet uprawiających ten zawód w 40-milionowym kraju – mamy dopiero w ostatnich latach.  To dowód na co?  Na to, że sprawy dotyczące zdrowia seksualnego są u nas traktowane niepoważnie, a w odniesieniu do kobiet jest jeszcze gorzej. To pokłosie dominującego jeszcze do niedawna podejścia rodem z patriarchalnej kultury, że sprawy seksu należy zostawić mężczyznom. Co zresztą było powodem, dla...

Czytaj dalej