Dlaczego tak bardzo chcemy być piękne i wciąż się sobie nie podobamy? Posłuchaj psychologa
PLAINPICTURE/FREE
#lepszeżycie

Dlaczego tak bardzo chcemy być piękne i wciąż się sobie nie podobamy? Posłuchaj psychologa

Dlaczego nie podobasz się sama sobie?
Sylwia Niemczyk
04.01.2019

„Banalna ładność lansowana przez media sprawia, że zapominamy, co to prawdziwe piękno. Nasze życie to działanie. I to w nim, a nie w wyglądzie trzeba szukać źródła szczęścia” – mówi profesor Wiesław Łukaszewski, wykładowca Uniwersytetu SWPS, autor książki „Wielkie i te nieco mniejsze pytania psychologii”. Rozmawia Karolina Rogalska.

 

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Dlaczego chcemy być piękni?

Pogoń za pięknem jest w istocie pogonią za przeciętnością. Ale nikt się do tego nie przyznaje, bo wszyscy deklarują, że chcą wyjątkowości. Działa tu też stara zasada propagandowa, zgodnie z którą kłamstwo wielokrotnie powtarzane staje się prawdą. Jeżeli jakiś wzorzec jest nieustannie lansowany w przestrzeni publicznej, to staje się priorytetowy, pożądany i wszyscy staramy się do niego upodobnić.

A dlaczego dziewięć na dziesięć kobiet w Polsce nie akceptuje swojego wyglądu?

Bo nasz mózg jest leniwy i woli to, co już zna. A schematy są łatwiej przyswajane i pociągają za sobą mniejszy wysiłek poznawczy. Zjawisko, o którym mówię, dotyczy percepcji twarzy. Udowodniono to zresztą w licznych badaniach. Jeśli nałożymy na siebie wiele zdjęć, to ten składany portret wydaje nam się znacznie piękniejszy niż każdy z portretów wyjściowych. Do tego dochodzą standardy kulturowe lansowane w mediach. Są zupełnie nierealistyczne i mało kto potrafi im sprostać. Dla wielu osób jest to źródłem ogromnej frustracji.

Pisze pan w książce, że najważniejszą cechą kobiet w oczach mężczyzn jest gładka skóra, błyszczące włosy i białe zęby, czyli cechy świadczące o zdrowiu, a więc potencjalnie także o płodności.

Te standardy wynikają z mechanizmów ewolucyjnych. Podobnie ludzie reagują na stosunek obwodu talii do bioder. Na przykład u wszystkich miss Ameryki na przestrzeni ostatnich 100 lat proporcja ta była niezmienna, zawsze obwód talii stanowił 70 procent obwodu bioder. Niezależnie od tego, że jedne miały obfite kształty, a inne były bardzo szczupłe. Biologicznie uwarunkowany jest też schemat dziecięcości. Czyli życzliwa reakcja na istoty, których twarz przypomina buzię dziecka: duże oczy, mały nosek i wypukłe usta. Walt Disney przed laty poprosił psychologów, żeby scharakteryzowali obiekt, który będzie się podobać wszystkim: starym, młodym, mężczyznom, kobietom i dzieciom. Przeprowadzono stosowne badania i na ich podstawie powstała postać, która rzeczywiście we wszystkich budzi ciepłe uczucia. Jest to jelonek Bambi. Jeśli obiekt ma cechy dziecięcości, to wywołuje w nas pozytywne emocje. 

Ale nawet już w dzieciństwie lepiej być urodziwym. Pisze pan, że ładne dzieci są lepiej traktowane przez dorosłych.

Badania pokazują, że ładne niemowlaki dostają od opiekunów więcej czułości i uwagi. Częściej są dotykane, głaskane, brane na ręce. Traktowane z większą troską. Te same badania pokazują też, że osoby dorosłe w najmniejszym stopniu nie zdają sobie z tego sprawy. Wszystkim się wydaje, że traktują swoje dzieci tak samo. Obiektywne pomiary pokazują jednak, że tak nie jest. Co więcej, dzieci fizycznie atrakcyjne mają kilkakrotnie większe szanse na adopcję. Czyli dla  potencjalnych rodziców najważniejszą przesłanką adopcyjną jest wygląd dzieci. Przemoc domowa też w większym stopniu dotyka dzieci mniej atrakcyjne fizycznie. Jest to szczególnie dramatyczne i warto o tym mówić, bo ludzie kompletnie nie zdają sobie sprawy z tych zależności. 

W szkole też tak jest: ładni dostają lepsze stopnie i więcej uchodzi im na sucho.

Oczywiście. A w dodatku ładne dzieci są także lepiej traktowane przez rówieśników. Jednym z silniejszych mechanizmów kształtowania standardów urody jest właśnie dokuczanie, czyli hejt dziecięcy: na grubych, na brzydkich, na niskich, na wysokich.

Czyli znowu uśrednianie.

Właśnie. I jest to zjawisko powszechne. Tym ważniejsze, że badania Judith Harris pokazały, że w kształtowaniu się przekonań dorastających dzieci na swój temat rodzice nie są najważniejsi. Głównym ich źródłem są rówieśnicy. I dlatego dokuczanie ze strony rówieśników jest tak bardzo efektywne.

Dorosłe kobiety często mówią, że kąśliwe uwagi na temat wyglądu, które usłyszały kiedyś w domu rodzinnym, do dziś wpływają na ich samoocenę.

Oczywiście, może mieć to znaczenie. Cukiereczek, słodka córeczka tatusia nagle staje się pryszczatą dziewuchą.

W dodatku tyje, co często zdarza się w okresie dojrzewania. Wtedy nastolatki słyszą, zwykle od matek: „za gruba jesteś”, „powinnaś coś ze sobą zrobić”. Jeśli 80 procent brytyjskich uczennic z drugiej klasy szkoły podstawowej uważa, że jest za gruba, to znaczy, że te dziewczynki porównały się z jakimś standardem. A ten standard nie wziął się im przecież z głowy. Badania kliniczne pokazują, że prawie wszystkie depresje w okresie dorastania biorą się z porównań dotyczących urody.

W kwestiach wyglądu ten mechanizm jest autodestrukcyjny: niemal we wszystkich innych przypadkach szukamy kogoś gorszego, a tutaj jest odwrotnie. Szuka się porównania z kimś ładniejszym. A jeśli się szuka porównań z kimś ładniejszym, to wiadomo, jaki jest wynik…

Zawsze znajdzie się ktoś ładniejszy.

Otóż to. Dane pokazują, że tylko dwa procent Amerykanek mogłoby spełnić standardy urody lansowane przez tamtejsze celebrytki: modelki, aktorki, piosenkarki. Czyli reszta skazana jest na porażkę, co u części kobiet powoduje rozpacz. To bardzo ciekawe zjawisko, które pokazuje, że w ocenach estetycznych mamy podejście perfekcjonistyczne.

Dlaczego tak jest?

Sam się nad tym zastanawiam. Przecież zwykle znajdujemy sobie do porównań głupszego kolegę albo biedniejszą koleżankę. A w kwestii wyglądu jest ciągłe napięcie.

Czyli sami siebie torturujemy.

Tak, choć jeśli mamy poczucie osiągnięcia standardu albo chociaż zbliżenia się do niego, jest to dla nas niesłychanie budujące. Myślę, że fundamentalne pytanie brzmi: dlaczego ludzie chcą być aż tak ładni, a nie po prostu ładni. Jak pani może zauważyła, mieszkam nad gabinetem medycyny estetycznej. Zwykle siedzę tu na werandzie i pracuję, a przez okno widzę osoby, które przychodzą na zabiegi. Przeważnie są to bardzo młode i urodziwe kobiety. Co pokazuje, że to, jak wyglądamy i jak siebie postrzegamy, to dwie zupełnie różne sprawy. Niektórzy powiadają nawet, że im ktoś jest ładniejszy, tym większe prawdopodobieństwo, że znajdzie u siebie defekt urody. Czyli pogoń nigdy się nie kończy. 

Może wydaje nam się, że jak osiągniemy lansowany w mediach standard, to wreszcie będziemy szczęśliwi?

Jest to oczywiście złudzenie, żadne badania nie wskazują na taką zależność. Ale niewątpliwie atrakcyjny wygląd przynosi pewne korzyści. Z urodą jest trochę jak z wykształceniem: można bez niej żyć, podobnie jak można żyć bez wykształcenia. Ale i z jednym, i z drugim żyje się lepiej. Co ciekawe, lepsze samopoczucie pojawia się nie tylko wtedy, gdy osiągniemy pewien standard urody, ale nawet wtedy, gdy dopiero do niego dążymy. Moje doktorantki robiły badania nad osobami odchudzającymi się. Wyniki nie pozostawiają żadnych złudzeń – ludzie się odchudzają, ale nie chudną. Średni wynik w polskich badaniach wynosi w skali roku półtora kilograma. Tyle to można zrzucić, kiedy się nie je jednego dnia od rana do wieczora. Pojawia się więc pytanie: dlaczego ludzie się odchudzają, skoro nie chudną?

No właśnie – dlaczego?

Okazuje się, że im dłużej prowadzą program odchudzania, niezależnie od wyników, w tym lepszym są nastroju. Ulegają złudzeniu panowania nad sobą, dochodzą do przekonania, że kontrolują swoje życie, robią coś dla siebie. Czyli nawet nie osiągnięcie standardu, ale samo zmierzanie ku niemu poprawia ludziom nastrój. Niesłychanie ciekawy jest też związek dotyczący oceny własnego wyglądu z różnymi głębokimi problemami egzystencjalnymi, na przykład lękiem przed śmiercią. Badania, które teraz prowadzimy, pokazują, że osoby zadowolone z tego, jak wyglądają, są znacznie mniej wrażliwe na takie sygnały. One do nich w ogóle nie docierają. Okazało się nawet, że poziom lęku przed śmiercią dość radykalnie spada po wizycie u fryzjera czy w solarium. A nawet po depilacji. Co mnie osobiście bardzo zaskoczyło, przecież to musi boleć jak diabli. 

Z samego faktu bycia ładnym też wynika wiele korzyści.

Ładni są po prostu lepiej postrzegani. Są oceniani jako znacznie bardziej inteligentni, bardziej moralni i mający wyższe kompetencje. I więcej im się wybacza. Zawsze przypominam sobie badania nad podsądnymi amerykańskimi. Okazało się, że atrakcyjni ludzie dostawali znacznie niższe wyroki. I to jest kolejny powód, dla którego warto dbać o urodę.

Ten przykład pokazuje też, że kryteria estetyczne są bardzo dyskryminujące.

Oczywiście. Więcej powiem, są dehumanizujące. Jakiś czas temu czytałem niezwykle przejmujący wywiad z panią kardiochirurg, która przeprowadza operacje na otwartym sercu u noworodków. Serce noworodka ma wielkość opuszka mojego palca. Operacja na takim organie to jest majstersztyk. Pani z wielką skromnością opowiadała o tym, co robi. A uratowała kilkanaście tysięcy dzieci. Obok tekstu było jej zdjęcie. Musi pani wiedzieć, że z masochistycznym wręcz zacięciem czytuję komentarze w internecie. Te akurat w większości nie dotyczyły tego, co ta pani robi, ale tego, jak wygląda. Były potworne, np. „Po co takie pasztety pokazujecie?”. Czyli wszystkie jej dokonania zostały kompletnie unieważnione przez to, jak ona wygląda.

Krytykowanie wyglądu to broń społeczna, wymierzona głównie w kobiety. A „stara baba” to jedna z najpowszechniejszych obelg.

Dlatego te dziewczyny, które widzę przez okno, tak tłumnie odwiedzają gabinet medycyny estetycznej. Pewnie część z nich boi się przekroczenia granicy starzenia się. Moim zdaniem jest to w dużej mierze zasługa mediów. Chodzę czasem na pocztę i tam jest cała ściana wyłożona gazetami. Nie ma tam ani jednej niemłodej twarzy. I do tego wszystkie są takie same. Naprawdę, trudno je odróżnić. Może stąd ta presja? To zresztą sięga absurdu. Od dawna kolekcjonuję tytuły artykułów z internetu, pokazuję je później studentom na zajęciach. Mój ulubiony: „Ma 23 lata i wygląda młodo” albo: „30 lat i takie piersi”. Ja się pytam: a jakie ma mieć piersi w tym wieku? Idę o zakład, że ktoś, kto to pisał, nie pomyślał nad tym, co robi ani przez chwilę. 

Dziś starość utożsamia się przede wszystkim z brzydotą.

Sopot jest starym miastem, więc jak się chodzi po ulicach, można spotkać głównie osoby niemłode. Codziennie podczas spacerów widuję wiele starych kobiet, które są naprawdę piękne. One nie są ładne, one są piękne. Myślę, że prymat banalnej ładności, który się lansuje każdego dnia, tych jak przez kalkę odbitych kobiecych twarzy, sprawia, że tracimy z pola widzenia prawdziwe piękno. I to jest właśnie zadanie mediów – pokazywać coś więcej niż tylko banalną urodę i silikonowe cycki, bo w tym to piękna nie ma.

Jean Baudrillard pisze, że mamy do czynienia z chirurgią plastyczną gatunku ludzkiego. To, co naturalne, nie jest już postrzegane jako piękne.

Kryteria estetyczne zmierzają w kierunku standaryzacji. Ona odpowiada temu mechanizmowi uprzeciętniania, o którym wcześniej mówiliśmy. Myślę jednak, że musi przyjść kres tego wszystkiego. Ponieważ to, co dobrze znane, przeciętne w końcu robi się nudne, bo przestaje mieć wartość stymulującą. I mam wrażenie, że w końcu to się zawali. Ale na razie w Stanach liczba zabiegów z botoksem wzrosła w ciągu ostatnich trzech lat o cztery tysiące procent. Choć badania pokazują, że zachwyt nad poprawioną urodą szybko się kończy. Z jednym wyjątkiem – korekcją piersi. 

Czyli tylko piersi warto robić?

Wychodzi na to, że tak. Tu zadowolenie trwa wiele lat. (śmiech)

„Poprawiamy się” nie tylko w realu. Na portale społecznościowe też wrzucamy podrasowane zdjęcia.

Pokazujemy siebie w wersji idealnej. Jedna z moich doktorantek robiła przypadkowym przechodniom zdjęcia portretowe, które potem modyfikowała komputerowo. Następnie prosiła te osoby, żeby wskazały fotografię, która najbardziej im się podoba. Mężczyźni wybierali na ogół zdjęcia naturalne, kobiety natomiast prawie zawsze wskazywały na najładniejsze, czyli najbardziej przerobione. Badanym, których informowaliśmy o tym, że zdjęcia są retuszowane, znacznie siadał nastrój. Co sugeruje, że sama świadomość różnicy pomiędzy tym, jaki jestem, a jaki mógłbym być, jest źródłem wielkiego niezadowolenia. Nie rzeczywista uroda, ale poczucie tej różnicy decydowało o tym, jakie ludzie przeżywali emocje. Ta przykra konfrontacja to mechanizm pchający do zmiany. A media społecznościowe to doskonała przestrzeń do prezentowania wyidealizowanych wyobrażeń o sobie.

W książce przytacza pan badania Alicji Głębockiej, z których wynika, że Polacy są dziś o wiele mniej zadowoleni ze swojego wyglądu niż 25 lat temu. Dlaczego?

Taka silna koncentracja na kwestiach związanych z urodą to zjawisko dosyć nowe. Coraz częściej się o tym myśli i mówi. Z drugiej strony stoi za tym też przecież przemysł: kosmetyczny, modowy, medyczny. Lansuje się zupełnie nierealistyczne standardy urody, które przedstawia się jako imperatyw: albo się dostosujesz, albo cię nie ma. Trzecia, równie ważna sprawa to kiepska kondycja psychiczna Polaków. Kiedyś spędziłem całe popołudnie, patrząc przez okno na przechodniów: jaką mają ekspresję – czy się uśmiechają, czy są zadowoleni? Zobaczyłem gromadę wściekłych ludzi i pary, które nie mogą na siebie patrzeć. Kilka lat temu robiliśmy w Polsce badania nad depresją. Okazało się, że gdyby do pomiaru zastosować amerykańskie normy, to 60 procent naszych badanych miałoby kliniczną depresję. To niesłychane przesunięcie ku negatywności. Myślę, że ludzie uciekają w tę ładność, bo jest im źle. Szukają sposobu na przeciwstawianie się poczuciu beznadziejności. Co może pchać ich do tego, żeby na przykład upodobnić się do jakiegoś celebryty. 

Ale to chyba im niewiele pomoże. Zresztą celebryci też nie są z siebie zadowoleni. Rozmawiałam ostatnio z pewnym terapeutą, który ma ich wielu wśród swoich pacjentów. Mówił, że większość to osoby na skraju załamania nerwowego.

Myślę, że u gwiazd nie jest to problem związany z urodą, ale problem związany z pustką. Człowiek w jakimś momencie zaczyna nudzić się sam sobą i inni ludzie też się nim nudzą. Z jednej strony ma poczucie, że powinien być wyjątkowy, z drugiej jest uosobieniem banału, więc cierpi. Ci ludzie, o których pani mówi, potrzebują publiczności. A publiczność w końcu staje się znużona, żeby nie wiem, kto to był. Trzeba by być Zapasiewiczem, żeby się nie znudzić.

Czyli sama uroda do szczęścia nie wystarczy.

Ponadto pamiętajmy, że nasze życie nie polega na autoprezentacji. Nasze życie to  działanie i tam trzeba szukać źródła swojego szczęścia, zadowolenia i samooceny. A nie w tym, czy ma się loczek ładnie ułożony. Oczywiście, jak się idzie na randkę, to może być ważne. Ale jak się wychowuje dzieci albo idzie do pracy, gdzie trzeba kierować grupą ludzi, to już ten loczek nie ma znaczenia. Człowiek musi coś robić, a nie tylko wyglądać.

Zwłaszcza że ta ładność, w odróżnieniu od piękna, to zasób nietrwały.

Tak, i widmo tej nietrwałości wisi nad głową wielu ludzi. Pani doktor, ta ode mnie z dołu, mówi, że najwięcej pacjentek w jej gabinecie pojawia się w reakcji na pierwsze oznaki starzenia się. W sytuacji, gdy uroda jest jedynym kryterium samooceny, robi się dramat.

A przecież to normalnie, że wyglądamy różnie: raz lepiej, raz gorzej, i to, co w nas najbardziej pociągające, to właśnie ta różnorodność. Niegdyś często spotykałem tu w Sopocie panią Annę Przybylską. Jeździła rowerem z przyczepą, w której woziła dzieci. Z wielką przyjemnością na nią patrzyłem. Nie miała śladu makijażu, jakaś czapa, jakaś bluza, jakieś portki – i była w tym wszystkim pełna wdzięku. Myślę, że to jest właśnie zdrowy stosunek do siebie – nie bać się ludziom pokazać również wtedy, gdy nie jesteśmy w szczytowej formie.

Ale przecież zamiłowanie do piękna jest odwieczne…

To prawda. Najstarsze dzieła sztuki są przecież tak stare, jak homo sapiens. Piękno zajmuje centralną pozycję w wartościowaniu. Wolimy ładne niż wszystko inne. Zwykle wybieramy to, co nam się podoba nawet wtedy, gdy nie jest ani użyteczne, ani ważne. Choć oczywiście każdy kieruje się własnymi kryteriami estetycznymi: dla niektórych piękne są plastikowe margerytki, a inni zachwycają się obrazami Picassa. Ta pogoń za pięknem wynika z pewnych właściwości naszego mózgu. Ma on skłonność do wychwytywania struktur, które można by nazwać domkniętymi. Już noworodki mają wyraźne preferencje co do wyglądu. Przypatrują się dłużej osobom, których twarz odznacza się pewną symetrią. Mam wrażenie, że ta część naszego mózgu, która wychwytuje piękno, jest dziś zaniedbywana. Dzieciaki przecież znajdują piękno wszędzie: w liczbach, w kompozycjach graficznych czy dźwiękach. Kiedy dorastamy, ta zdolność zanika, nie wykorzystujemy tego potencjału. A jeśli już, to w taki szczególny sposób, który polega na lansowaniu kiczowatej ładności. Myląc ją z pięknem, możemy tylko stracić.

Rozmowa z Wiesławem Łukaszewskim ukazała się w „Urodzie Życia” 12/2015
 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Mindfulness czyli trening uważności
getty images

Na czym polega mindfulness, czyli trening uważności?

Mindfulness pomaga w redukcji stresu i w leczeniu depresji. Stworzony przez Jona Kabat-Zinna program Mindfulness-Based Stress Reduction (MBSR) dziś jest powszechnie stosowany przez psychologów.
Dariusz Bugalski
04.01.2019

Każdy chciałby żyć świadomie, powinien posiąść bezcenną umiejętność bycia „tu i teraz”, zamiast wybiegać w przyszłość czy tkwić w tym, co było. Tylko jak to zrobić? Psycholog biznesu, nauczyciel mindfulness, twórca projektu Grow One, Jarosław Chybicki udowadnia, że pomoże w tym mindfulness, to rodzaj uważności. Trening można zacząć nawet od… zjedzenia rodzynki! Jarosław Chybicki: Schowaj telefon. Dariusz Bugalski: Przecież jest wyłączony. Ale jak leży na widoku, będziemy rozmawiać tak, jakby był włączony i jakby ktoś miał zaraz zadzwonić. W trybie gotowości, a nawet wewnętrznej paniki. Zresztą, tak właśnie żyjemy. Coraz rzadziej zdarza nam się żyć inaczej, po prostu: żyć. Mindfulness może nam w tym pomóc. Skąd wiesz? Bo to robię. I znam badania. Są ich setki, a nawet tysiące. U nas się przyjęło, że mindfulness jest metodą redukcji stresu lub prostszą wersją zen dla leniwych pięknoduchów. Daj spokój. A jeśli chodzi o redukcję stresu, to tak, także. Jon Kabat-Zinn, który jest pionierem mindfulness, zaproponował taką jego wersję i zastosowanie. I to działa. Najrozmaitsze badania potwierdzają skuteczność tej techniki także w lżejszych stadiach depresji. Ale to nie wszystko? To dopiero początek. To od czego zaczniemy? Skoro początek, to może od szkoły. W Australii żyją 23 miliony ludzi. Niby sporo, ale są to często ludzie samotni, bo rozsiani na ogromnej powierzchni. Nie zawsze radzą sobie z tą samotnością. A zwłaszcza dzieci. W jednej z australijskich prowincji wprowadzono więc do szkół program mindfulness, który objął wiele tysięcy uczniów. Co oni robią? Przez kilka minut siedzą w ciszy. Albo przez kilka minut jedzą coś, co im smakuje. Choć czynność jest i tak przyjemna, może być jeszcze przyjemniejsza, jeśli...

Czytaj dalej