„Jemy i odchudzamy się, by nie myśleć o swoich prawdziwych problemach”
Adobe Stock
#lepszeżycie

„Jemy i odchudzamy się, by nie myśleć o swoich prawdziwych problemach”

Problemy z wagą, czy z pewnością siebie? Według terapeutki Marty Szydłowskiej-Pierzak nasze zaburzenia jedzenia bardzo często wynikają z niskiego poczucia własnej wartości.
Katarzyna Olkowicz
02.01.2020

Zajadamy stres, jemy kompulsywnie, uciekamy w objadanie się, aby nie myśleć o problemach. Terapeutka Marta Szydłowska-Pierzak przekonuje, że żadna dieta odchudzająca nie pomoże na nasze problemy z wagą, jeśli nie zmienimy myślenia o nas samych. 

Katarzyna Olkowicz: Zna pani kogoś, kto nigdy nie był na diecie?
Marta Szydłowska-Pierzak: Nie. Słowo dieta stało się bardzo popularne, jest to indywidualny sposób odżywiania i wszyscy jesteśmy na jakiejś diecie – odchudzającej, zdrowotnej, wegetariańskiej, sportowej, dla nabrania kilogramów itd.

A jednocześnie ponad połowa ludzi na świecie ma nadwagę. I to w momencie, gdy wydaje się, że wiemy wszystko o zdrowym stylu życia. Co stoi na przeszkodzie, byśmy byli szczupli?
Żyjemy w dużym pośpiechu, mamy ciągłe oczekiwania w stosunku do siebie, innych. Poczucie nieustannej presji sprawia, że nasze wymagania wciąż rosną. W trudnym momencie, kiedy mamy mniej energii, włącza się wewnętrzny autopilot. Podsuwa destrukcyjne myśli, na przykład: „Dziesięć razy próbowałam schudnąć, za każdym razem skończyło się fiaskiem, więc nie spróbuję jedenasty raz. Po co mam znów się męczyć, skoro wiadomo, jak się to skończy?”.

Dążymy do tego, by chudnąć, ale nasze życie, wielość obowiązków i komplikujące sprawę myśli często uniemożliwiają posuwanie się naprzód. Podejmujemy bezcelowe, automatyczne zachowania i nie zdajemy sobie sprawy z tego, co robimy. Przeszkodą może być też zbyt duży cel, który zakładamy, np. „Chcę schudnąć 10 kilogramów w ciągu miesiąca”. A gdy nam to nie wychodzi, bo ma prawo nie wyjść, poddajemy się. Warto zauważać wysiłek, który wkładamy w dojście do wyznaczonego celu, a nie tylko efekt.

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Dieta odchudzająca nie rozwiąże problemu braku pewności siebie

I wtedy następuje bezwarunkowa kapitulacja. „Jestem beznadziejna, znów się złamałam, do niczego się nie nadaję” – karcimy się w duchu. Jak walczyć z takimi myślami?
Gdy się złamiemy i na diecie sięgniemy po batona, to zamiast pomyśleć: „OK, trudno, tylko jeden baton, jutro spróbuję bez słodyczy”, często odpuszczamy, sięgamy po kolejne słodycze. Może chwilowo poczujemy się lepiej, jednak w konsekwencji nasz nastrój może się pogorszyć, a krytykujące myśli będą nasilały nasze i tak już kiepskie samopoczucie.

Skąd taka chęć ukarania samej siebie?
Myśli lękowe zawdzięczamy ewolucji. Mózg jest przystosowany do zauważania raczej rzeczy niepokojących, wzbudzających obawy, broni nas przed zagrożeniami. Istotnym elementem są schematy myślowe, takie matryce naszego zachowania, których nauczyliśmy się w dzieciństwie i okresie dojrzewania. Przez głowę przebiega nam około 70 tysięcy myśli dziennie. Jedna pociąga za sobą następną. Jeśli pierwsza myśl związana była z krytyką naszego zachowania, z dużym prawdopodobieństwem kolejna też będzie negatywna i tak spirala niechęci do samej siebie się nakręca.

Dlatego warto nauczyć się wyłapywać dobre rzeczy?
Tak, a gdy coś się udało, trzeba docenić, pochwalić siebie. Nie jesteśmy niewolnikami mózgu. On jest neuroplastyczny do końca życia, czyli cały czas budują się w nim połączenia neuronalne. Jeśli będę wciąż myślała o sobie negatywnie, reagowała lękiem na różne wydarzenia, to silniejsze będą połączenia neuronalne w tym obszarze. Gdy będę zauważać, mówić ludziom i sobie miłe rzeczy, to wytworzą się nowe połączenia neuronalne z tym związane. Nasz sposób myślenia, nadawania znaczenia różnym życiowym sytuacjom ma ogromne znaczenie dla naszego funkcjonowania.

W książce „Pożegnaj wagę”, która ukazała się niedawno, autorzy proponują inne spojrzenie na odchudzanie, często pada tam określenie: psychologia diety. Schudnięcie to kwestia głowy, nie ciała?
Psychologia diety to połączenie głowy i ciała. Do uzyskania wymarzonej wagi ma nas doprowadzić nie tylko liczenie kalorii, ale też to, co myślimy o samej diecie, od czego chcemy uciec, do czego chcemy dojść. Nasze intencje i nastawienie. Aby dieta była skuteczna, warto zadać sobie kilka pytań: po co mi ona, co chcę zmienić, do czego chcę dojść w życiu, jak to wpłynie na innych? Zastanowić się, co nam utrudnia funkcjonowanie na diecie, a co może pomóc.

To już cała strategia. Co może nam utrudnić, a co pomóc?
Pomóc może odpowiedzenie sobie napytanie, czego tak naprawdę chcę. Czy zamierzam stracić kilogramy, czy wystarczy mi utrzymanie wagi, lepsze samopoczucie po zjedzeniu czegoś zdrowego itd. A co może utrudnić? Na pewno myślenie o diecie jak o katordze, głodowaniu, nieprzyjemności. Dieta często staje się ucieczką od niewygody w życiu, od frustracji. Przechodzimy na dietę i mamy cel – schudnąć. Często jest to cel zastępczy. Czasem koncentrując uwagę na diecie, zakrywamy, to co dla nas trudne, z czym ciężko się zmierzyć, od czego chcemy uciec – trudne emocje, wspomnienia, ból.

Czyli tak jak u jednych obserwujemy mechanizm zajadania stresu, tak inni poprzez jedzenie, a raczej niejedzenie wszystkiego, udają kontrolę nad życiem?
Trochę tak. Jeśli w życiu jest nam źle, mamy problemy w pracy, nie układa nam się w związku, bycie na diecie może wypełniać sporą część naszego życia. Odczuwam pustkę, smutno mi? Sięgając automatycznie po jedzenie, regulujemy własne napięcia. Uwalniając się od bezskutecznych nawyków, zauważając swoje wartości, zmieniając schematyczne wzorce myślenia, często powodujące cierpienie, mamy szansę wypełnić swoje życie naturalną energią, poczuciem celu i sensu. Zastanówmy się też, czy skupienie na jadłospisie wynika z naszej wewnętrznej motywacji, czy też odchudzam się, by podobać się innym? Może będę mniej samotna, bo inni ludzie się mną zainteresują? A jak schudnę i otoczenie to zauważy, pochwali, doceni, to dzięki temu będę się lepiej czuła. Tylko co konkretnie da mi satysfakcję? To, że schudłam i lepiej mi ze sobą, czy to, że inni mnie chwalą?

Jeśli schudłam, to co za różnica? Wyglądam fajnie i już!
Nie do końca. Jeśli schudłam dla innych, a nie dla siebie, moje działania będą nastawione bardziej na to, by się podobać i zbierać pochwały, a mniej – by ugruntować nawyki żywieniowe. Wtedy szybko może pojawić się efekt jo-jo. I znów zaczniemy myśleć o sobie źle: nie udało mi się, jestem do niczego, to nie ma sensu.

Mądre posługiwanie się dietą może być psychoterapią, naprawianiem siebie?
Psychoterapia to może za mocne słowo, ale jest to coś, co da nam możliwość zrozumienia siebie, poobserwowania własnych reakcji, uświadomienia sobie, że mam takie myśli czy emocje, w związku z którymi zachowuję się tak, a nie inaczej. Zrozumienie siebie pozwoli nam porzucić złe nawyki i bardziej świadomie funkcjonować.

Czy to nie za duże uproszczenie: poukładam sobie w głowie i schudnę?
Oczywiście, że samo poukładanie w głowie nie wystarczy, tak jak nie wystarczy samo wyliczanie, ile zjadłam dziś węglowodanów i białek. Lepiej obserwować: jak się czuję po spacerze? Po siłowni? Jak się ma mój żołądek po zjedzeniu tej konkretnej potrawy? Czy jest mi lekko? Czy czuję się senna? Mam energię? Pojawiają się problemy jelitowe? Ból głowy? Warto się zaangażować w ten proces, poobserwować, przeanalizować i wiedzieć, co jest dla mnie dobre, ważne, wyznaczyć cel. Może być nim troska o siebie, miłość, bliskość, zaangażowanie w relacje, bycie dobrą mamą, bycie w dobrej kondycji fizycznej, lekkość, zdrowie. Z drugiej strony warto spojrzeć, co mam na talerzu, zastanowić się, jak wygląda moje jedzenie – czy pochłaniam je przed telewizorem i nie zauważam, co zjadłam, czy może jestem badaczem tego, co jem, skupiam się nad tym, jak smakuje, jak pachnie? Terapia ACT opisana we wspomnianej książce opiera się na zaangażowaniu i akceptacji. Uświadamiając sobie trudne uczucia i myśli, godząc się z nimi i wykorzystując umiejętności związane z uważnością, by odpuszczać sobie walkę z własnym ciałem, możemy zrozumieć, co jest dla nas najważniejsze w życiu. Jeśli więc mam genetyczną skłonność do większej wagi, może mi to utrudniać osiągnięcie sylwetki modelki. Nie oznacza to jednak, że powinnam sobie odpuścić, jeśli zdrowe funkcjonowanie jest dla mnie ważne. Mogę zaakceptować swoją skłonność, co nie znaczy tolerować. Czyli wiem, że tak jest, godzę się z tym, ale też zastanawiam się, co w tej sytuacji mogę zrobić, jak schudnąć choć trochę, by poprawić sobie komfort życia.

A jeśli jestem gruba i akceptuję siebie? Przecież nawet z nadwagą można być osobą szczęśliwą.
Jeśli tak właśnie się pani czuje, to zapytałabym, po czym pani poznaje, że jest osobą szczęśliwą? Jak i czym wypełnione są pani dni? Czy i jak spędza pani czas z ludźmi? Czy ma pani energię, odczuwa radość z codziennego życia? Nadwaga nie jest niczym dobrym ani naturalnym. Czasem poczucie osamotnienia, życiowej pustki sprzyja nadmiernemu jedzeniu. Warto pamiętać, że każdy człowiek ma prawo decydować o swoim życiu. Jeśli jest pani otyła i mówi: „To mój wybór”, bliscy mogą modelować sposób życia czy odżywiania, który byłby bardziej korzystny, ale nie mogą zmusić pani do zmiany nawyków. To powinna pani sama odkryć. Mogą pokazywać, że prowadzą zdrowy tryb życia, opowiadać, że jedzą dużo owoców i dzięki temu czują się dobrze, mówić, co dla nich w diecie ważne, ale próba przekonania pani do schudnięcia spowoduje raczej, że zbuduje pani wokół siebie jeszcze większy mur.

Czyli jeśli jestem ze sobą pogodzona, lubię siebie, to jem więcej warzyw i owoców, a jak siebie nie lubię, to sięgnę po hamburgera?
To, że raz sięgnę po hamburgera, nie musi oznaczać, że siebie nie lubię. Bardziej chodzi o to, by zbadać kontekst, dlaczego dziś poszłam na hamburgera. Może miałam zły dzień i potrzebowałam pocieszenia? Może na nic innego nie miałam czasu? Albo nic innego nie można zjeść przy autostradzie? A może miałam fajny dzień i postanowiłam nagrodzić się hamburgerem? Najważniejsze, że zrobiłam to świadomie. To ja wybrałam hamburgera, a nie on zawołał: „Zjedz mnie!”. Ja zdecydowałam. Mam poczucie sprawstwa. Jestem też skuteczna w swoich wyborach, bo dziś było niezdrowo, za to jutro będę cały dzień jeść sałatkę. Jeśli jednak się złamię, to nie musi oznaczać, że całe moje życie legło w gruzach. Nie, to jest jeden konkretny błąd. Podobnie w drugą stronę – to, że zdrowo się odżywiam jednego dnia,
nie znaczy, że jestem superzdrowym człowiekiem.

Mamy posty warzywne, monodiety, dietę białkową, pięciu przemian, śródziemnomorską itd. Jedna drugiej często przeczy, ale każda ma swoich wyznawców. Czy są jakieś ogólne złote rady zdrowego odżywiania dla każdego, niezależnie od diety, którą dla siebie wybrał?
Znów zachęcę do uważności, przyjrzenia się temu, co lubię, o której godzinie wstaję, jak wygląda mój dzień. Czy jest intensywny fizycznie, czy intelektualnie? Kolejna kwestia – postanawiamy jeść np. cztery posiłki dziennie albo płatki na śniadanie. I obserwujemy, jak to na nas wpływa. Mówi się, że śniadania są bardzo ważne, ale jeśli ktoś wstaje o piątej rano, to może nie mieć ochoty na jedzenie. Może będzie chciał zjeść dopiero po ósmej? Odpuśćmy. Zapytajmy też siebie, co najbardziej lubię jeść, z kim, o której, gdzie? Bo przecież to, że koleżance pomogła dieta warzywna, nie znaczy, że pomoże mnie. Jesteśmy inne, inaczej funkcjonujemy, co innego lubimy.

Dla każdego z nas dieta powinna być uszyta na miarę?
Tak! Jednemu służą płatki na mleku, innemu jajecznica na boczku. Wprowadźmy do życia dwie, trzy zmiany i zobaczmy, jaka będzie różnica. Poeksperymentujmy. Gdy zmienimy coś w jednym obszarze, z czasem coś zacznie się zmieniać w innym. Więc jeśli będziemy regularnie chodzić na spacery, to po pewnym czasie zauważymy, że mamy lepszą kondycję, bardziej sprężyste ciało, zauważymy zatem własną skuteczność. Gdy dołożymy do tego zdrowe jedzenie, popatrzmy, jak to na nas wpłynie. A gdy stwierdzimy, że nie wychodzi nam odchudzanie, może warto coś zmodyfikować. Albo umówmy się sami ze sobą, że zmieniamy niektóre nawyki żywieniowe nie po to, by zgubić kilogramy, tylko żeby trochę zmienić jakość życia.

Umówić się ze sobą można, ale jesteśmy zwykle pełni słomianego zapału.
Bo chcemy za dużo, za szybko. Postanawiamy zrzucić 10 kilogramów zamiast trzech. A to trzeba robić metodą małych kroków: co rano zjem jabłko, trzy razy w tygodniu pójdę na basen. Niech to nie będzie kontrakt do końca świata, niech mi takim rytmem życie biegnie przez miesiąc, jestem przecież tylko badaczem siebie. Nawet jeżeli ta zmiana nie spowoduje, że wysmukli się sylwetka, to może sprawi, że będę lepiej spała? A przynajmniej poprawi się ogólna kondycja. I już jest się z czego cieszyć. Zauważanie małych sukcesów pomaga zbliżyć się do tego wielkiego. Zachęcam, by patrzeć na siebie z otwartością i z odwagą angażować się w to, co dla nas ważne.

***

Rozmowa z Martą Szydłowską-Pierzak ukazała się w "Urodzie Życia" 12/2019

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
dieta odchudzająca
Adobe stock

Diety odchudzające szkodzą! – mówi szef Europejskiego Instytutu Żywienia ​​​​​

"Człowiek nie grzeszy dziś w sypialni, tylko stojąc przed lodówką."
Sylwia Niemczyk
16.11.2018

Diety to kłamstwo – nie tylko nie pomagają nam schudnąć, ale szkodzą – przekonuje d r Udo Pollmer*, szef Europejskiego Instytutu Żywienia w rozmowie z Bartoszem Janiszewskim.    Udo Pollmer – słynny i kontrowersyjny niemiecki dietetyk, naukowiec, specjalista chemii żywności. Wykładał m.in. na uniwersytetach w Fuldzie, Oldenburgu i Monachium. Od 1994 roku jest dyrektorem Europejskiego Instytutu Żywności w Monachium, zajmuje się m.in. badaniem większości nowych produktów spożywczych i diet trafiających na rynek. W Niemczech od lat wzbudza kontrowersje. W swoich badaniach i komentarzach często atakuje dietetyków, producentów żywności (m.in. za produkty light, które jego zdaniem są ordynarnym oszustwem), a nawet rząd federalny (za programy odchudzania, które wprowadza do szkół).   Bartosz Janiszewski: Będzie zamawiał pan coś do jedzenia? Udo Pollmer: Tylko kawę, dziękuję. Już jadłem.   Jest pan wybitnym specjalistą do spraw żywienia, więc to pewnie było coś zdrowego. Sałatka? Nie, gulasz. Nie mam nic przeciwko sałatkom, ale tylko jeśli podawane są razem z mięsem albo chociaż kartoflami. Sama sałata nie jest zbyt pożywna.   A eksperci przekonują nas, że jest. Jeśli ktoś jest królikiem, to pewnie tak. Dla ludzi niekoniecznie. Chociaż wiele osób bardzo lubi sałatę. Być może dlatego, że ma w sobie substancje mogące przypominać działaniem opium, a także środki uspokajające. Kiedyś ekstraktu z soku sałaty używano do produkcji środków przeciwbólowych, a w Ameryce Południowej do dziś robi się napój ułatwiający dzieciom zasypianie. U innych zaś powoduje ciężkie migreny.   Pogubiłem się. Warto więc jeść sałatę czy nie? Warto, o ile ją pan lubi. Osoby, które lubią sałatę, potrzebują...

Czytaj dalej