Depresja kobiet: co jej sprzyja, jak z nią walczyć? – pisze psycholog dr Ewa Woydyłło
Fot. iStock

Depresja kobiet: co jej sprzyja, jak z nią walczyć? – pisze psycholog dr Ewa Woydyłło

Co sprawia, że ten „wielogłowy potwór”, jakim jest depresja, tak chętnie wchodzi w kobiece dusze – pisze dr psychologii i terapeutka uzależnień Ewa Woydyłło w książce „Bo jesteś człowiekiem. Żyć z depresją, ale nie w depresji”.
redakcja „Uroda Życia”
23.02.2021

Kobiety zapadają dwa razy częściej na depresję niż mężczyźni. Dlaczego tak się dzieje, co temu może sprzyjać, jak sobie radzić? O tym pisze jedna z najwybitniejszych polskich psycholożek, terapeutka uzależnień dr Ewa Woydyłło w książce „Bo jesteś człowiekiem. Żyć z depresją, ale nie w depresji”.

*****

Ja osobiście wyobrażam sobie depresję jako wielogłowego potwora, który wygląda mniej lub bardziej groźnie w zależności od tego, którą głowę wystawi ze swojej kryjówki. Kryjówkę ma on w zakamarkach duszy, jego legowiskiem jest ludzka samotność, a pożywieniem negatywizm, egocentryzm, perfekcjonizm i bierność, a więc trujący pokarm wytwarzany przez niektóre umysły. Niekiedy uda się urwać potworowi głowę, ale często okazuje się, że depresja całkiem nie odeszła, tylko oddaliła się, dojrzewając w skrytości i następnym razem wystawi nieco inny łeb.

Na tym polega chroniczność tej przypadłości. (…) Zdrowienie z depresji widzę jak walkę lub może raczej jak ciągłą gotowość do walki o siebie przeciwko potworowi smutku, załamania, złości, nieufności, braku nadziei i zniechęcenia do życia.

(…) Nie wyzdrowieje z niej ten, kto nie weźmie w swoje ręce odpowiedzialności za wyzdrowienie. Polega to czasem na przyjmowaniu odpowiednich leków, innym razem na terapii u psychoterapeuty lub spotkaniach w grupach samopomocowych i zmianie stylu życia, a niekiedy na jednym, drugim i trzecim równocześnie.

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Co wyróżnia depresję u kobiet

(…) Zacznijmy od kobiet. Wśród osób leczących się na depresję jest ich niemal dwa razy więcej niż mężczyzn. Wytłumaczyć to można niekorzystnymi dla zachowania równowagi psychicznej uwarunkowaniami społecznymi oraz biologiczno-hormonalnymi. W naszym kręgu kulturowym oczekiwania wobec kobiet są tak wysokie, że bardzo wiele z nich nie jest w stanie im sprostać. Chodzi głównie o łączenie zadań wynikających z ról społecznych i konfliktów występujących między pracą zawodową a domową.

Dla niejednej kobiety proces rezygnacji z intelektualnych czy twórczych ambicji, pragnień i marzeń zaczyna się we wczesnych latach, gdy pod wpływem nacisku rodziny uczy się ona zdawania się na decyzje innych i w ogóle odstępuje od samorealizacji w sferze pozadomowej Te, którym udaje się zaangażować w studia, pracę, życie społeczne, bywają surowo i nieprzychylnie osądzane, często również same przez siebie. Obydwa te modele samorealizacji, zwłaszcza gdy wzajemnie się wykluczają, mogą powodować większą lub mniejszą frustrację. To zaś zwykle uruchamia następstwa w postaci zaburzeń emocjonalnych i psychicznych.

Czytaj też: 7 nawyków z dzieciństwa, które tłamszą kobiety i odbierają im głos

Niespełnione, bo niepracujące?

Kobietom rezygnującym z samorealizacji zawodowej nie jest łatwo, gdyż poza tą sferą rzadko spotyka ludzi uznanie niezbędne dla budowania poczucia wartości. Symbolem takiego braku uznania wobec „gospodyń domowych”, czyli żon i matek, jest używanie wobec nich określenia „niepracująca”. Jest ono nie tylko nieprawdziwe i niesprawiedliwe, ale wręcz pogardliwe wobec kogoś, kto swoje siły, umiejętności i w ogóle całe życie poświęca nigdy nie kończącym się i wcale nielekkim obowiązkom domowym.

W małżeństwach opartych na nierówności i braku partnerstwa dochodzi często do zaniku więzi, a następnie do rozwodu, gdy mężczyzna korzystający latami z obsługi swojej żony zacznie się jej wstydzić lub uzna za nieinteresującą w porównaniu z kobietami, jakie spotyka poza domem. Zdrady i pozornie niewinne romanse partnerów stanowią dla uczuciowych i głęboko przywiązanych kobiet jeden z najczęstszych powodów załamania psychicznego. Tym poważniejsze bywają skutki takiego załamania, im trudniejsza jest życiowa — przede wszystkim materialna — sytuacja danej kobiety. Niektóre długo przymykają oczy na przejawy niewierności mężów właśnie z obawy o przyszłość swoją, dzieci i całej rodziny

Depresję wywołują nie tylko lęki ekonomiczne. Często poważnym problemem zdradzanych i porzucanych kobiet bywa niemożność pogodzenia się z pogwałceniem zasad obyczajowych, moralnych czy religijnych. Perspektywa rozwodu wydaje się absolutnie niedopuszczalną katastrofą komuś, kto traktuje ślub jako wiekuisty węzeł. Niestety, do rozerwania tego węzła dochodzi nierzadko i w przeważającej większości przypadków kobiety stają się podwójnymi ofiarami: nie mogąc pogodzić się z rozpadem rodziny, płacą wysoką cenę — utraty równowagi psychicznej, poczucia wartości i spokoju sumienia.

Podsumowując ten wątek, można zauważyć, że depresja zagraża zarówno tym kobietom, które robią karierę, lecz odczuwają żal za tradycyjnym modelem życia rodzinnego, jak i tym, które poświęcają się rodzinie za cenę rezygnacji z kariery. Ale to jeszcze nie koniec problemu.

Czytaj także: Zdrada emocjonalna w związku. Oto 8 sygnałów, które powinny cię zaniepokoić

Depresja superkobiet

Depresja dotyka również superkobiety usiłujące nadludzkim wysiłkiem połączyć obydwie te role. W ich przypadku nakładają się na siebie stresy i przemęczenie wynikające z podwójnych obowiązków i podwójnych wyzwań: w domu i w pracy. Obserwujemy tu zjawisko podobne do uczestnictwa w wyścigu. W przypadku osób łączących trudne do pogodzenia role życiowe wyścig staje się rywalizacją z samą sobą. Wygrać go nie sposób. Zawsze towarzyszy mu obawa zaniedbania jednej dziedziny na rzecz drugiej. W najlepszym razie można nie wypaść z biegu po dwóch torach jednocześnie.

Jak jest to trudne, wiedzą kobiety, które starają się być dobrymi matkami i żonami, i równocześnie pracownicami osiągającymi sukcesy i uznanie. Wszystkie, które znam, o których słyszałam lub czytałam – że im się to udało – miały kogoś do pomocy. 

Sama byłam taką matką i choć dziś mogę powiedzieć, że wszystko się jako tako udało, to jednak wiem, że cena była niemała. Pokonywałam rozmaite trudności, nie poddając się nigdy zbyt głębokiej depresji, chociaż jej przedsmak poznałam. W moim przypadku najlepszym lekarstwem i środkiem profilaktycznym chroniącym przed załamaniem okazywały się zawsze dobre koleżanki.

Swoje zdrowie psychiczne w najtrudniejszych momentach dorosłego życia zawdzięczam ich zrozumieniu, niejednej szybkiej pożyczce pieniężnej, zabieraniu moich dzieci razem ze swoimi do Pomiechówka, Rabki albo nad morze, nie mówiąc o organizowanych ad hoc brydżach, wypadach do kina czy wspólnych wyjazdach do Gawrych Rudy. Tym sposobem nawet w okresach samotnego borykania się z domem i pracą zawsze miałam wrażenie, że mam dużą i serdeczną rodzinę. To mnie uratowało.

Siła przemocy

Nawet najbardziej oddane przyjaciółki mogą jednak nie wystarczyć w szczególnie trudnych sytuacjach. Należą do nich złe stosunki domowe, w których kobiety narażone są na różne formy agresji i krzywd ze strony mężczyzn. W leczeniu depresji u krzywdzonych kobiet najważniejszą strategią powinno być natychmiastowe powstrzymanie krzywd i aktów przemocy. Teoretycznie należy więc usunąć sprawcę z domu i skłonić go poprzez gruntowną reedukację do oduczenia się agresji.

Choć całkiem skuteczne programy grupowe dla sprawców przemocy działają już w niektórych miastach w Polsce, to nadal dla wielu policjantów, prokuratorów, sędziów oraz osób z otoczenia ofiar brzmi to jak bajka o żelaznym wilku. Opieszałość w wyciąganiu bezwzględnych konsekwencji wobec sprawców przemocy domowej wynika u nas w dużej mierze z niechęci służb socjalnych i prawnych do wtrącania się w sprawy rodzinne uświęcone tradycją i kościelnym błogosławieństwem. Postawa ta trąci jednak wierutną hipokryzją, bo gdy mąż i ojciec jest tyranem, to jakiż spokój może panować w takiej rodzinie? Z bezsilności i braku wyjścia zalęga się tam w końcu nerwica lub depresja nie tylko u kobiet, ale także u dzieci, również tych najmniejszych.

Uzależnione od bliskich

Istnieje pewna kategoria kobiet mających nadmierną skłonność do silnego przywiązywania się i wchodzenia w uczuciowe uzależnienie od bliskich ludzi, nawet takich, którzy je źle traktują i zagrażają ich bezpieczeństwu fizycznemu i emocjonalnemu. Dotyczyć to może nie tylko uzależnienia od partnera, lecz również od matki lub ojca, córki lub syna, niekiedy siostry lub brata, nawet duszpasterza. Skłonność ta może się wiązać z osobliwą mieszaniną miłości, niesamodzielności i nadopiekuńczości, przy czym w tle zawsze występuje dodatkowo poczucie małej wartości.

Uzależnienie rozwija się nie tylko w związkach krzywdzących, lecz także w relacjach wzajemnie życzliwych. Z odejściem ukochanej osoby można wtedy nie móc sobie poradzić i popaść w taką tęsknotę, od której już tylko krok do depresji. Dzieje się wtedy coś takiego, jakby została oderwana witalna część własnej istoty.

U osamotnionej w ten sposób kobiety wytwarza się niczym nie dająca się złagodzić rozpacz i niemożność wyzwolenia się od poczucia pustki spowodowanej rozłąką. Towarzyszy temu często rezygnacja z własnego życia, przychodzą myśli samobójcze. W takich przypadkach osieroconej przez stratę kobiecie trudno przyjąć pomoc innych osób próbujących przywrócić ją do normalnego życia. Wszelkie usiłowania poprawy jej samopoczucia może ona uznać za sprzeniewierzenie wobec pamięci nieobecnej osoby.

Poznałam niedawno kobietę, która od śmierci matki przed prawie dwoma laty pogrążała się w coraz głębszej depresji. (…) Swoje sprawy doprowadziła niemal do ruiny – nie płaciła rachunków i podatków, a wezwania i monity wyrzucała do kosza na śmieci. Wskutek poczucia winy za ułożenie sobie kiedyś własnego życia i oddalenie się na wiele lat od matki od chwili jej śmierci stała się wrakiem psychicznym. Widząc siostrę, która po kilku miesiącach przeszła nad odejściem matki do porządku dziennego, kobieta ta nadal nie może opanować żalu i oburzenia. „Jak ona może tak zwyczajnie śmiać się, mieć apetyt, wyjeżdżać na wakacje, kiedy naszej Matki już nie ma?”.

Jak nieracjonalne są myśli i uczucia tej pani, wskazują jej odpowiedzi na moje pytania:

— Ile mama miała lat, gdy zmarła? — Osiemdziesiąt sześć.

— To dużo czy mało?

— Dużo, ale...

— A ile pani chciałaby, aby mama żyła?

— Dłużej...

— Mama już jakiś czas wcześniej zaczęła chorować, czy tak?

— Tak. Traciła pamięć, przestawała nas poznawać, wielu rzeczy już nie rozumiała. Była poza tym chora na serce i miała jeszcze wiele innych dolegliwości. W ostatnim roku prawie w ogóle przestała chodzić i trzeba było pielęgnować ją jak niemowlę. Wszystko to było strasznie smutne.

— Czy ucieszyła się, gdy pani przyjechała, żeby się nią zająć?

— Tak, na pewno tak. Byłam przy niej non stop przez kilka ostatnich miesięcy, aż do samego końca. Mieszkała już wtedy u siostry, miała tam swój pokój i starałam się nie odchodzić od jej łóżka. Czasem tylko byłam tak zmęczona, że aby trochę się wyspać, jechałam do swojego mieszkania. Tamtego dnia właśnie tak zrobiłam. Kiedy nazajutrz przyjechałam do siostry, mama już nie żyła. Poprzedniego wieczoru, jeszcze przy mnie, usnęła i już się nie obudziła. Lekarz powiedział, że nie cierpiała, w każdym razie nie było żadnych oznak niepokoju czy wzywania pomocy.

— Czyli odeszła spokojnie i bez cierpienia.

— Tak. Ale mimo wszystko...

— Mimo wszystko nie może się pani pogodzić z tym, że mama nie żyje, tak? — Tak.

— A czy gdyby mama mogła jeszcze trochę pożyć, to czy jej stan byłby z czasem lepszy czy gorszy, jak pani myśli?

— Nie zastanawiałam się nad tym. Na pewno gorszy.

— Czy lepiej by było dla mamy, gdyby w tym coraz gorszym stanie jednak jeszcze żyła?

— Nie myślałam o tym w ten sposób. Ale nie, nie byłoby dla niej lepiej, bo bardzo już pod koniec cierpiała. Właściwie nie poruszała się o własnych siłach, już sama nie jadła, trzeba ją było karmić, chociaż wcale tego nie chciała. Do szpitala już nie chcieli jej przyjmować, lekarka zalecała oddanie jej do hospicjum, ale na to nie mogłam się zgodzić, nigdy w życiu. Chyba śmierć przyniosła mamie ulgę.

— A jak pani sądzi, czy mama byłaby zadowolona, widząc, jak pani teraz cierpi, nie mogąc tak długo pogodzić się z jej odejściem?

— Chyba nie, nie byłaby. Mama bardzo mnie kochała.

— Gdyby mama gdzieś z daleka usłyszała naszą rozmowę, jak pani myśli, co zechciałaby pani powiedzieć?

— (Szloch) Nie wiem, naprawdę nie wiem.

— Nie wie pani? Na pewno?

— Powiedziałaby chyba, żebym przestała ją przywoływać z powrotem i pozwoliła jej odejść. I żebym wróciła do swojego życia. Ale ja przecież nie mogę...

Ostatnie słowa zabrzmiały słabo, jak gdyby bez przekonania. Zastanawiam się, jak dalej potoczy się żałoba tej pani. Mam nadzieję, że tak jak obiecała, za miesiąc albo dwa zadzwoni i wtedy będzie już trochę mniej przygnębiona i smutna. Liczę też, że uda jej się zlikwidować zadłużenia, nawiąże kontakt z mężem i synami oraz przestanie tak bardzo gniewać się na siostrę za to, że „ma apetyt” i chce jej się żyć.

Czytaj też: Temat śmierci stał się dla nas tabu – nie umiemy o tym rozmawiać, nie chcemy myśleć

Zła żałoba

Żałoba to trudny proces. Składa się z wielu uczuć, układających się w niejednorodną emocjonalnie i rozmaicie przebiegającą sekwencję żalu po stracie. Jest w niej najwięcej smutku, rozpaczy, tęsknoty, ale też dosyć dużo niedowierzania, buntu, niezgody i zaprzeczania oraz pragnienia przywrócenia zmarłej osoby do życia. Do żałoby dołączają się też uczucia gniewu, bluźnierczej złości lub autodestrukcyjnej chęci własnej samozagłady. Żałoba jest naturalną reakcją na rozstanie z kimś drogim. W tym sensie jest zjawiskiem normalnym. Dobra żałoba prowadzi do stopniowego pogodzenia się ze stratą i ostatecznego pożegnania. Zawsze wymaga to czasu, chociaż niejednakowego dla wszystkich.

Bywa też niekiedy zła żałoba. Zatrzymuje ona człowieka w potrzasku niezgody, buntu, braku akceptacji. Świat wtedy zmienia się w cmentarz, z którego nie szuka się wyjścia, przeciwnie – mości się sobie grób za życia, sąsiadujący z grobem zmarłego, a niekiedy wręcz będący tym samym grobem. Psychoanalitycy uważają, że patologiczna postać nie kończącej się żałoby jest następstwem traumatycznego i nie przepracowanego lęku przed separacją z matką w najwcześniejszym okresie życia. Jest wtedy tak, jakby dorosła osoba nigdy nie przestała odczuwać pierwotnego dziecięcego lęku przed porzuceniem przez najważniejszą istotę zapewniającą przetrwanie (...).

Hormony dają o sobie znać

Powyższe rozważania pokazały rozmaite depresjogenne uwarunkowania natury społecznej i interpersonalnej dotykające najczęściej kobiet. Niektóre z nich mogą mieć ponadto silne biologiczne predyspozycje do zaburzeń emocjonalnych i psychicznych. Predyspozycje te mają zwykle związek z burzliwie przebiegającymi procesami hormonalnymi. Wymienia się wśród nich zmiany hormonalne u dziewczynek w okresie pokwitania, wahania poziomu estrogenu i progesteronu u młodych kobiet podczas cyklu menstruacji, ciąży i połogu, a w końcu spadek poziomu tych hormonów w trakcie menopauzy.

Niektóre kobiety narażone są w poszczególnych fazach swego życia na dokuczliwe objawy rozdrażnienia, zmęczenia i reaktywności emocjonalnej. Mogą one zakłócać cały tok ich życia i funkcjonowania. Wiele kobiet z podobnych powodów bardzo ciężko przechodzi ciążę, ulegając psychicznemu załamaniu, które dodatkowo może przygnębiać, gdy myślą one, że oczekiwanie na dziecko powinno przebiegać w radosnej i podniosłej atmosferze, a nie są w stanie temu sprostać.

(…) We wszystkich wspomnianych przypadkach depresji na tle hormonalnym lekarze potrafią zastosować odpowiednie środki zaradcze. Terapeuci zajmujący się profilaktyką depresji pomagają zapobiec depresji u kobiet narażonych na zagrożenia natury hormonalnej. Jednym z najważniejszych jest zalecenie redukowania stresu, nauczenie się skutecznych technik relaksu i odpoczynku. Na procesy biologiczne ma też wpływ sposób odżywiania, ilość snu i odpowiednie ćwiczenia fizyczne. Wszystko to razem, w połączeniu z umiejętnością rozpoznawania sygnałów ostrzegających o obniżonym nastroju, może skutecznie przeciwdziałać poważnym zaburzeniom nastroju. Depresja bywa też niekiedy skutkiem nie leczonej niedoczynności tarczycy, co również ma ścisły związek z niedoborem odpowiednich hormonów.

Czytaj też: Jak radzić sobie ze stresem? 5 sprawdzonych sposobów

To nie jest lek na lęk

Najgorszym sposobem, niestety nierzadko stosowanym (nie tylko przez kobiety), jest ratowanie zestresowanej psychiki papierosami, kawą, alkoholem, narkotykami, lekami uspokajającymi czy środkami nasennymi. Niektóre substancje chemiczne faktycznie poprawiają samopoczucie, ale tylko na krótką metę. Jednak trzeba mieć zawsze na uwadze ich długofalowy wpływ na centralny układ nerwowy, a zwłaszcza na gruczoły dokrewne i mózg. Nieumiarkowane i częste stosowanie używek jako remediów na złe samopoczucie wywołuje fatalne skutki. Odnosi się to do obydwu płci, ale kobiet dotyczy w szczególności. Zarówno od alkoholu, nikotyny, jak i od innych środków chemicznych kobiety uzależniają się szybciej, a wyzdrowieć z uzależnienia jest im trudniej. Żadnymi używkami ani zapobiec, ani wyleczyć depresji nie sposób. Na jedno zaburzenie nakłada się po pewnym czasie kolejne.

Niekiedy moje pacjentki zgłaszały się na terapię, będąc już silnie uzależnione od alkoholu, leków psychotropowych, papierosów i kilku różnych rodzajów narkotyków. Oczyścić organizm z takiego koktajlu, a potem nauczyć delikwentkę radzić sobie z rozmaitymi głodami i pokusami, to i dla niej, i dla terapeutów mordercza praca. Lepiej więc do uzależnień w ogóle nie dopuszczać, tym bardziej że nie tylko nie wybawiają one z depresji, lecz ją zwykle jeszcze pogłębiają.

Czytaj także: Kobiecy alkoholizm: kobiety piją alkohol inaczej niż mężczyźni?

***

Jest to fragment książki Ewy Woydyłło „Bo jesteś człowiekiem. Żyć z depresją, ale nie w depresji”, Wydawnictwo Literackie, Kraków, wyd. I 2012. Tytuł, śródtytuły, skróty i podkreślenia pochodzą od redakcji.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
bliskość nowe
Fot. iStock

Myśliwy, księżniczka, murarz - czy jesteś jedną z tych postaci w związku

Czasem nie zdajemy sobie sprawy, że nasze złe relacje w związku wynikają z lęku przed bliskością. Taki lęk jest głęboko ukryty, lubi się kamuflować i przywdziewa różne maski. Jak go rozpoznać?
redakcja „Uroda Życia”
26.11.2020

Lęk przed związkiem (inaczej przed bliskością) bierze się zazwyczaj z naszego dzieciństwa i relacji z matką. Długo może pozostać w ukryciu i daje o sobie znać dopiero wtedy, gdy wchodzimy w relacje oparte na miłości, przyjaźni. Utrudnia je, a czasem prowadzi do ich rozpadu. Znana psycholożka i terapeutka Stephanie Stahl w swojej nowej książce „Jak nie bać się bliskości” (wyd. „Otwarte”, Kraków, 2021) nazywa ów lęk demonem, który tkwi w naszej psychice i sprawia, że nie może powstać prawdziwa bliskość. Opisuje też 3 rodzaje relacji, które mają taki lęk u podstaw i nadaje im etykiety myśliwego, księżniczki i murarza (oczywiście odnoszą się do obu płci).   Myśliwy: muszę cię mieć, dopóki jeszcze cię nie mam! Peter właściwie nie był w typie Sonji. Poznali się na przyjęciu. Dobrze im się rozmawiało.Dwa dni później zadzwonił i zapytał, czy nie miałaby ochoty pójść z nim na otwarcie pubu. Sonja uznała, że zaproszenie brzmi zachęcająco. Peter znów z nią flirtował, ona natomiast delikatnie dawała mu do zrozumienia, że na jego zainteresowanie może odpowiedzieć tylko znajomością na stopie przyjacielskiej. Peter wcale nie wydawał się tym zirytowany, był niezmiennie w świetnym humorze i nadal ją podrywał. W kolejnych dniach kontaktował się z Sonją częściej, by się z nią umawiać, proponując przy tym zawsze ciekawe aktywności. Koniec końców pewnego wieczora Sonja przestała się opierać. W jej mieszkaniu Sonja i Peter wypili po kieliszku wina i spędzili razem noc. Po jakimś czasie spędzili wspólnie weekend, to był cudowny wyjazd, po którym Sonja pozbyła się reszty wątpliwości. Stało się dla niej jasne, że naprawdę zakochała się w Peterze i potrafi wyobrazić sobie dłuższy związek z nim. Teraz również Sonja zaczęła inicjować...

Czytaj dalej
dobre rady Miller
fot. iStock

Od nudnej pracy po zdradę. Ludzie piszą: Pani Kasiu, co robić gdy…. Katarzyna Miller odpowiada.

Co robić, gdy mąż ogląda porno, dzieci nawzajem sobie dokuczają, a w pracy jest toksycznie - Katarzyna Miller wnikliwie odpowiada na pytania ludzi, którzy szukają pomocy w mniej lub bardziej codziennych sprawach.
Agnieszka Dajbor
26.11.2020

W swojej nowej książce „Droga Kasiu,jak żyć lepiej?” Katarzyny Miller zaczyna się od wspomnienia jej najważniejszego listu w życiu. „Był to mój list do siebie samej, w którym zgodziłam się na siebie. Napisałam go w momencie, gdy odkryłam, jak potrzebne jest to, by stawać się coraz bardziej dorosłą i odpowiedzialną za siebie samą” – tłumaczy Katarzyna Miller. Do niej samej ludzie piszą zwykle o tym, co ich boli, z czym nie potrafią sobie poradzić. Historie są różne, ale nasze lęki, smutki i potrzeby podobne. Można się więc tymi listowną terapią inspirować. Zdrada w związku Mnóstwo tu tematów i wątków. Pierwszy z brzegu, zdrada. „Tydzień temu dowiedziałam się, że mąż mnie zdradza. Zawalił mi się świat –  pisze jedna z kobiet. I jak wiele z nas, które tego doświadczyłyśmy dodaje: Nie jem, nie śpię, nie mogę zajmować się córką. Poprosiłam o pomoc mamę, bo nie daję rady. W przypływie furii spakowałam jego rzeczy i poczułam, że wcale nie chcę , by się wyprowadzał. On najpierw próbował się wszystkiego wyprzeć, potem to umniejszał, twierdząc, że to nic nie znaczy (ale jak to może nic nie znaczyć?!), a potem wykrzyczał w nerwach, że to wszystko przeze mnie, i wyszedł z domu. Mama mi tego nie ułatwia. Jest załamana. Nie lubiła go nigdy, twierdzi, że powinien się wynieść z domu, abym mogła tę sytuację przemyśleć. Jestem jej mimo wszystko wdzięczna, że zajmuje się Julką. Wczoraj nie spałam całą noc. Pomyślałam, że go już nie chcę, że nie wyobrażam sobie, bym kiedykolwiek miała z nim pójść do łóżka, brzydzi mnie wszystko, co się z nim wiąże. Boję się o córkę. Ma tylko siedem lat, widzi, że dzieje się coś złego, martwi się. Wczoraj popłakała się bez powodu. Nie mogłam jej...

Czytaj dalej
Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne

Kłótnia w związku – lepsza niż małe,codzienne sprzeczki

Kłótnia czasem pomaga lepiej się poznać. Zaakceptować nie tylko zalety, ale i wady partnera. Lepiej się nawykłócać, nagadać, niż tonąć w codziennym rozdrażnieniu.
redakcja „Uroda Życia”
13.07.2020

Kiedy się poznajemy wszystko jest cudowne. Ale po jakimś czasie bycia razem zaczynamy dostrzegać słabości i wady partnera, to co kiedyś wzruszało, drażni. Monika Janiszewska i Katarzyna Kucewicz w swojej nowej książce „Pięknie podzieleni. Jak uwolnić związek od codziennych sprzeczek i nieporozumień” piszą, że kobiety, kiedy przychodzą po poradę często wyznają, że marzy im się, by partner był taki „jak na początku”. A to przecież niemożliwe, bo pierwszy etap miłości ma swoje prawa i już do takiego stanu zauroczenia sobą nie wrócimy. Musimy w pewnym momencie zobaczyć naszego realnego partnera, a nie nasze wyobrażenie o nim. Poza tym wszyscy się zmieniamy. W pewnym sensie trzeba nauczyć się siebie od nowa czy też nauczyć się bycia ze sobą. Zaakceptować, że nasz partner to nie jest rycerz na koniu ani jakiś święty mikołaj, któremu podstawimy pod nos listę życzeń. Tylko nasz (nie)zwykły Wojtek, Grzesiek czy Błażej. Ze wszystkimi swoimi zaletami, ale i słabostkami - tłumaczą Monika Janiszewska i Katarzyna Kucewicz. Kłótnia w związku: nauczyć się bycia ze sobą Tracimy immunitet wyjątkowości. W głowie pojawiają się myśli: co się z nim dzieje?, co z nami jest nie tak? Partner już się nie stara. A po co? Wszak odbył już taniec godowy. Już ją zdobył. Zaklepał. Już jest jego na zawsze. Co się będzie dalej wydurniał i piórka stroszył. Ona z kolei staje się coraz bardziej roszczeniowa i zrzędliwa, bo to, na co zupełnie nie zwracała uwagi na etapie zauroczenia, najwyraźniej zaczyna ją mierzić - tłumaczą Monika Janiszewska i Katarzyna Kucewicz. Teraz trzeba usiąść, nagadać się, czasem nawykłócać, czasem pomilczeć. Spraw do przegadania będzie mnóstwo. Kto robi zakupy? Kto zajmuje się domowymi zwierzakami? Kto jest od sprawdzania szkolnych zeszytów, a kto zawozi dzieci na...

Czytaj dalej
hollis
Fot. iStock

Work-life balance? Nie istnieje, równowaga między pracą a życiem prywatnym to mit. I to szkodliwy

Praca i dom zawsze będą konkurencyjne.Będą kradły dla siebie nasz czas. Mówienie, że można harmonijnie łączyć wszystkie życiowe obowiązki wpędza nas tylko w poczucie winy.
redakcja „Uroda Życia”
17.10.2020

Domyślam się, że kwestia równowagi między domem a pracą spędza sen z powiek każdej pracującej mamie. Ktoś kiedyś wspomniał o istnieniu takiej możliwości – wyrażając w ten sposób swoją opinię – a media ochoczo podchwyciły temat. Gdy ktoś z trudem łączy różne życiowe obowiązki i stale ma poczucie braku równowagi, automatycznie zakładamy, że nie poradził sobie z właściwym wyważeniem składowych swojego życia. Lista macierzyńskich niepowodzeń, na której mamy już „niezbyt udaną fryzurę do szkoły” i nie ten jogurt, co trzeba, wydłuża się tym samym o kolejny punkt... Ech... Szczerze nie cierpię wszystkiego, od czego kobiety czują się gorzej i utwierdzają się w przekonaniu, że sobie z czymś nie radzą – mówi Rachel Hollis, pisarka, blogerka i mówca motywacyjny. Jej książki m.in. „Dziewczyno ogarnij się”, pisane zawsze z bardzo osobistej perspektywy trafiały na listę bestsellerów „New York Timesa”. W nowej książce „Dziewczyno, przestań ciągle przepraszać!” namawia kobiety, by nie przeglądały się stale w oczach partnerów, matek, dzieci, znajomych. Tylko realizowały siebie i swoje życiowe cele. Cóż to jest ta równowaga między życiem zawodowym a osobistym? Już sama nazwa sugeruje, że mamy do czynienia z dwoma harmonijnymi elementami, które da się równo rozłożyć na szalach życia - tłumaczy Racchel Hollis. Tymczasem moja praca i moje życie rodzinne nigdy, przenigdy nie znajdowały się w stanie równowagi, nawet gdy jako siedemnastolatka robiłam kanapki w Sub Station w moim rodzinnym mieście. Nawet wtedy zdarzało się bowiem, że z powodu jakiegoś ważnego projektu do szkoły musiałam ograniczyć liczbę godzin przeznaczonych na pracę. Zdarzało się też, że rezygnowałam ze spotkania z przyjaciółmi,...

Czytaj dalej