DDA – dorosłe dzieci alkoholików mogą wyzwolić się z przekleństw przeszłości
iStock

DDA – dorosłe dzieci alkoholików mogą wyzwolić się z przekleństw przeszłości

DDA mają wiele atutów. Są wytrzymałe, zachowują zimną krew w sytuacjach skrajnych, radzą sobie z wyzwaniami. To mocna baza, na której można zbudować siebie na nowo.
Karolina Rogalska
10.09.2020

Dorosłe dzieci alkoholików (DDA) mają w sobie często nieświadomy, silny strach przed porzuceniem. W miłości starają się zaspokoić wszystkie potrzeby ukochanej osoby. A gdy cokolwiek idzie nie tak, wpadają w panikę. Jak sobie pomóc, co zrobić, by życie nie było straszne, tłumaczą psychoterapeuci Anna Maria Seweryńska i Cezary Biernacki.

Karolina Rogalska: Umieć kochać i pracować – to najbardziej uniwersalna definicja zdrowia psychicznego, której autorem jest Zygmunt Freud. Dorosłe dzieci alkoholików doskonale radzą sobie w życiu zawodowym. To w miłości zazwyczaj im nie wychodzi.

Cezary Biernacki: DDA funkcjonują w modelu skrajności – wszystko albo nic. Jeżeli się uczą, to najlepiej. Zawodowo są perfekcjonistami: ofiarni, lojalni, gotowi do poświęceń, nie boją się podejmowania ryzykownych działań czy pracy ponad siły. Ale pod maską kompetencji kryją się głęboki lęk i niskie poczucie własnej wartości. To emocjonalna huśtawka, balansowanie pomiędzy poczuciem „jestem najlepszy” a „jestem najgorszy, beznadziejny, jestem nikim”.

Anna Maria Seweryńska: Jeśli dziecko ma potencjał intelektualny, to prze do przodu. Ale jeśli nie jest zdolne, szybko odłącza się od systemu: rzuca szkołę, kolejne prace. Uważa, że skoro nie jest perfekcyjne, to nigdzie się nie nadaje. Że człowiek jest godny szacunku tylko wtedy, gdy jest godny podziwu.

C.B.: Taki komunikat jako dzieci dostały w domu. Dlatego w kolejnych relacjach towarzyszy im lęk, że ktoś je odrzuci. Wszędzie szukają zagrożenia. Żeby poczuć się bezpiecznie, starają się przejąć kontrolę nad relacją miłosną lub przyjacielską. I często jest tak, że gdy już są z kimś blisko, to z lęku przed odrzuceniem sami ją zrywają. Wycofują się, prowokują, żeby wydarzyło się to, czego podświadomie najbardziej się boją. W kółko powtarzają ten schemat. Bez świadomości, że są współautorami własnych doświadczeń. W takich kryzysach część z nich zgłasza się na terapię. Z poczuciem, że do niczego się nie nadają, są beznadziejni. Jednak gdy zaczynają opowiadać o tym, co się wydarzyło, zrzucają całą winę na otoczenie. Jak w rodzinnym domu, gdzie nikt nie brał za nic odpowiedzialności. Członkowie rodzin alkoholowych oscylują emocjonalnie pomiędzy poczuciem winy a poczuciem krzywdy. Innymi słowy, czują się odpowiedzialni za cały świat, tylko nie chcą wziąć odpowiedzialności za siebie. Bo nie nauczyli się, że mają wpływ na własne życie, jakąkolwiek sprawczość.

Virginia Satir pisała, że na sposób, w jaki doświadczamy miłości, ogromny wpływ ma poczucie własnej wartości: „im niższa jest nasza samoocena, tym większą mamy tendencję do uzależniania się od bezustannych zapewnień o miłości, co może doprowadzić do błędnych wyobrażeń na jej temat”. Niestabilna samoocena to częsty problem dzieci z rodzin dysfunkcyjnych?

C.B.: Takie osoby same dla siebie nie są w ogóle wartościowe ani warte tego, żeby się sobą zająć, mieć z siebie przyjemność. W relacjach społecznych przywdziewają rozmaite maski, czasem tak doskonałe, że naprawdę trudno się domyślić dramatu, który rozgrywa się w środku. Świetnie sobie radzą, wyglądają itd. Ale to tylko pozory.

A.M.S.: Nie wiedzą, kim są, nie znają swoich potrzeb i granic. Imitują zachowania innych ludzi, robią to, co inni uważają za właściwe. Można powiedzieć, że kradną czyjeś życie. Jeśli chodzi o kontakty społeczne, to trudność sprawia im budowanie dojrzałych więzi, na zasadach partnerskich. W każdej relacji emocjonalnej szukają mamy, taty, ewentualnie dziecka, którym mogliby się zaopiekować. Czyli albo są kimś, kogo trzeba wspierać, albo potrzebują kogoś, komu mogliby dawać wsparcie.

C.B.: Taka postawa powoduje ostre kryzysy, bo od szefa, nauczyciela czy innej osoby stojącej wyżej w hierarchii oczekują zazwyczaj niemal ojcowskiego lub matczynego zaangażowania. Gdy pojawi się najdrobniejszy zgrzyt – lecą głową w dół. Czują się odrzuceni i zdradzeni: „Zawiódł mnie, rozczarował”.

A.M.S.: Osoby z syndromem DDA w sposób szczególny wyczulone są na komunikaty pozawerbalne. Czytnik, który służył im w domu rodzinnym, gdy musiały wychwytywać nastroje pijanego ojca czy matki, działa też w dorosłym życiu. Bacznie obserwują ludzkie miny, gesty. Interpretują je, jako skierowane bezpośrednio do nich. Są w ciągłym napięciu. Dlatego kontakty międzyludzkie są dla nich tak wyczerpujące. A gdy zostają same, doświadczają totalnej pustki, czują się opuszczone, nieważne.

Te strategie pomagały przetrwać ciężkie dzieciństwo, ale mogą zrujnować dorosłe życie. Dlaczego trudno się ich pozbyć?

A.M.S.: Bo zazwyczaj są nabywane bardzo wcześnie. W okresie niemowlęcym, prewerbalnym. Już wtedy dziecko niczym radar wychwytuje sytuacje, które mogą być dla niego zagrażające, i wytwarza mechanizmy obronne. 

C.B.: Wyobraźmy sobie sytuację, w której niemowlę płaczem komunikuje, że jest głodne. Matka przychodzi, podaje pierś, ale jest zestresowana lub przestraszona zachowaniem męża alkoholika. Dziecko wyczuwa emocje matki i utrwala wzorzec, że jego potrzeby budzą wrogą reakcję otoczenia. Nie rozumie przecież, że frustracja matki ma zupełnie inne źródło. Starsze dzieci starają się same sobą zająć. Uczą się, że ze swoimi problemami muszą sobie radzić, bo ojciec zajęty jest butelką, a matka ojcem. I ta samotność, poczucie opuszczenia towarzyszy im przez większość życia.

A.M.S.: To jest zaczyn do nauki reagowania na coś, co nie jest wypowiedziane wprost. Taki rodzic nie mówi: „Boję się, jestem sfrustrowana tym, co dzieje się z moim mężem. Ale ty nie masz z tym nic wspólnego”. Dziecko czyta emocje matki, stara się ją uspokoić. Wchodzi w rolę rodzica swojego rodzica. Dysfunkcyjność rodziny polega m.in. na tym, że nie mówi się o odpowiedzialności czy konsekwencjach wyborów. Winą za własne nieszczęście obarcza się innych. W rezultacie dziecko kształtuje w sobie dwuwymiarowy obraz świata: jestem winny czyjegoś cierpienia albo sam cierpię, bo ktoś mnie krzywdzi.

C.B.: I realnie doświadcza tej krzywdy. Przecież nic złego nie robi, jest tylko dzieckiem. A nie dość, że nie dostaje wsparcia, to jeszcze samo musi ratować osoby, które powinny dać mu opiekę. W „pijącym” domu najważniejszy jest alkoholik. Jego życie polega na trzech aktywnościach: piciu, leczeniu kaca czy naprawianiu krzywd i szykowaniu się do kolejnego picia. Wszystkie inne ruchy są działaniami pozornymi. Po to, żeby mógł się napić w mniejszym czy większym komforcie. Matka jest skoncentrowana na nim, a dzieci ciągnie za sobą: „Bądźcie cicho, bo ojciec śpi, nie denerwujcie go”.

A.M.S.: Niektóre matki używają dzieci jako tarczy, która ma je chronić przed agresją partnera: „Idź, uspokój ojca”, a nawet „Połóż się przy nim, to da nam spokój”. Delegują dzieci do wykonywania własnych obowiązków. Te nie potrafią odmówić, bo dla matki są gotowe zrobić wszystko. Największą traumą dziecka z rodziny alkoholowej jest doświadczenie pustki. Bo ono zazwyczaj jest w tym wszystkim zupełnie samo.

Czy dlatego tak ważne w procesie wychodzenia z syndromu DDA są dobre doświadczenia w relacjach z ludźmi, które można zdobyć na przykład podczas terapii grupowej?

A.M.S.: Zdarza się, że kochający, akceptujący parter pokaże takiej osobie, jak wygląda zdrowy model związku i terapia nie jest potrzebna. Albo da zielone światło: „Idź, zaopiekuj się sobą” i wspiera ją w procesie przemian pod okiem profesjonalisty: psychiatry czy psychoterapeuty. W przypadku DDA świetne rezultaty daje właśnie praca terapeutyczna w grupie. Tam można przejrzeć się jak w lustrze. Uczestnicy terapii mają szansę się przekonać, że są równie ważni, jak inni. Nie gorsi, tylko różni. Że mają prawo popełniać błędy i dostaną wsparcie, kiedy tego potrzebują.

C.B.: Sesje indywidualne też są bardzo ważne. Ale w inny sposób potrzebne. Klient ma terapeutę na wyłączność, jest w centrum jego zainteresowania, czuje się najważniejszy i ten kontakt często służy głównie karmieniu deficytu rodzica, który u osób DDA jest ogromny.

A.M.S.: Nie do przecenienia jest kontakt z osobami, które mają podobne doświadczenia. Ludzie przestają się wstydzić, znika poczucie, że są jedyni na świecie ze swoimi problemami. Obserwują siebie i innych, dzięki czemu zaczynają rozumieć mechanizmy, które nimi rządzą. Odkrywają swoje potrzeby, wraca poczucie sprawstwa. Mogą świadomie podjąć decyzję: „Czy chcę dalej funkcjonować w taki sposób, czy podejmę wysiłek, żeby zmienić swoje życie?”.

W literaturze naukowej można przeczytać artykuły, których autorzy negują istnienie syndromu DDA. Argumentują, że jest to grupa bardzo różnorodna i każda osoba na skutek dorastania w rodzinie dysfunkcyjnej, także alkoholowej, może w dorosłym życiu doświadczać zupełnie innych trudności. Albo po prostu dobrze funkcjonować.

A.M.S.: Faktycznie spotkaliśmy się z negowaniem istnienia DDA i zgadzamy się z tym, że nie ma takiej jednostki chorobowej. Natomiast jest takie doświadczenie wzrastania w rodzinie, w której jedno lub oboje rodziców wybierają alkohol, a porzucają emocjonalnie swoje dzieci. Konsekwencją tego opuszczenia emocjonalnego jest narażenie zdrowia i życia dzieci. 

Dzięki naszemu prawie 30-letniemu doświadczeniu w pracy psychoterapeutycznej z dorosłymi dziećmi alkoholików możemy w stu procentach stwierdzić, że istnieje syndrom DDA. Chociaż osoby wzrastające w rodzinach alkoholowych mają różne historie, to zarazem wspólne doświadczenie wczesnodziecięcej traumy wynikającej z emocjonalnego opuszczenia przez rodziców. To opuszczenie jest zaczynem wytworzenia się całego systemu adaptacyjnego, który pozwala przetrwać w rodzinie alkoholowej. Właśnie ten system, będący zbiorem cech adaptacyjnych, nazywamy syndromem DDA.

Katarzyna Miller: „Romantyczna miłość jest tylko na chwilę, jeśli w nią wierzycie, przegracie”

Terapia DDA – na czym polega?

Co stanowi największą trudność w procesie wychodzenia z syndromu DDA? 

A.M.S.: To generalnie nie jest łatwy proces, bo utrwalane latami mechanizmy adaptacyjne przylegają do ludzi jak druga skóra. Stają się ich bastionem. Dlatego początkowy etap terapii to w pewnym sensie walka terapeuty z klientem o niego samego. Jest dużo lęku, wstydu i potrzeba asekuracji. Zazwyczaj pojawia się poważny kryzys. Uaktywniają się mechanizmy wyniesione z dysfunkcyjnego domu: chęć ucieczki, odrzucenia, zaprzeczenie, bo bycie w relacji, w kontakcie z własnymi uczuciami i potrzebami jest zbyt zagrażające…

C.B.: Rozbrajanie strategii, które pozwalały przetrwać w dysfunkcyjnym domu, uświadamianie sobie funkcji pełnionych w rodzinie zamiast bycia dzieckiem. Bardzo trudno jest się z nimi rozstać, bo dawały poczucie ważności, przydatności w rodzinie. W procesie terapii uczestnicy, dotykając swoich zablokowanych emocji i potrzeb, doświadczają akceptacji. Dzięki temu zaczynają konstruować swoje życie na własnych zasadach. I biorą za nie odpowiedzialność.

Czyli pierwszy etap to uświadomienie sobie, w czym się tkwi?

C.B.: Obecnie wiedza dotycząca syndromu DDA jest coraz szerzej rozpowszechniona i ludzie zgłaszający się do nas zazwyczaj nazywają swój problem wprost: „Jestem DDA”. Zwłaszcza ci z rodzin, gdzie alkohol jest wyrazisty, połączony z przemocą. Ale są też osoby pochodzące z domów, w których picie odbywało się „w białych rękawiczkach”. Wieczorami, w weekendy. Rodzic nie zalewał się wódką, tylko kulturalnie sączył ekskluzywne alkohole. Te osoby zaczynają się porównywać w terapii: „Czy ja tutaj pasuję?”, „Przecież nie miałem tak ciężko, nie byłem bity, maltretowany itd”. To nie ma znaczenia. Blizna fizyczna jest równa bliźnie emocjonalnej.

A.M.S.: Czasami pojawiają się u nas osoby odsyłane z innych placówek: od psychiatrów, psychoterapeutów, lekarzy pierwszego kontaktu. Chcąc nadać ważność swojemu cierpieniu, „produkują” silne objawy. Na przykład są latami w terapii związanej z nerwicą, depresją, fobią społeczną, mają diagnozowaną afektywną chorobę dwubiegunową, zaburzenia odżywiania, zaburzenia psychosomatyczne itd. Leczenie zaczyna się dopiero wtedy, gdy dotrzemy wspólnie do źródeł tego cierpienia.

C.B.: Początek terapii polega na uwolnieniu wszystkich wypartych uczuć, o których mówiliśmy wcześniej. Zwłaszcza doświadczanych w relacji z rodzicami, czyli: poczucia krzywdy, winy, żalu, złości, wstydu. W relacjach społecznych jest cała masa rzeczy generowanych przez lęk, wstyd, zaniżone poczucie własnej wartości, nieakceptowanie siebie, swojego ciała, braku wglądu w siebie i swoje emocje. Podczas terapii grupowej można zweryfikować, czy przekonania, jakie mam na swój temat, są uzasadnione. Pytanie brzmi: „Czy chcę zostać z tym, co sobie wyobrażam, czy chcę to skonfrontować, sprawdzić?”. Decyzja jest oczywiście po stronie każdego z nas. To jest ryzykowne. Nie wiemy, jaka będzie odpowiedź. Ale mamy szanse, aby wiedzę o sobie urealnić. A to podstawa każdej zmiany.

Jaki jest następny etap terapii?

C.B.: Drugi cel, nad którym pracujemy równolegle, to budowanie poczucia bezpieczeństwa. Każdy, kto tu przychodzi, zmaga się z lękiem przed odrzuceniem. Uczymy ludzi komunikowania uczuć wprost, mówienia o sobie, wyrażania emocji, nawet tych najtrudniejszych.

A.M.S.: Pokazujemy naszym klientom, że miłość czy akceptacja to nie jest coś, na co trzeba zasłużyć. Że są ważni dlatego, że istnieją. Bez żadnych dodatkowych warunków. Ludziom zazwyczaj bardzo trudno jest to zrozumieć. Pytają: „Dlaczego jestem ważny, skoro nie jestem ci do niczego potrzebny?”.

Bywa, że zmiany, które zachodzą w nas w procesie terapii, są blokowane przez otoczenie. Szef nie akceptuje, że nie chcemy już zostawać po godzinach, rodzice – że przestajemy wspomagać ich finansowo czy być na każde skinienie. To trudny moment.

A.M.S.: Świat zazwyczaj stawia opór tym zmianom. Szefowie potrzebują takich pracowników. W interesie rodziców z rodzin dysfunkcyjnych nie leży to, żeby dziecko stało się od nich kompletnie niezależne. A przyjaciele, na których każde skinienie biegliśmy z pomocą, mogą się oburzać: ,,Nie masz dla mnie czasu? Zawsze mi pomagałeś, wspierałeś, a gdzie teraz jesteś?”. Ważne, aby pożegnać się z dziecięcą fantazją, że ci ludzie kiedyś się zmienią. Do nas należy wybór, czy i na jakich warunkach chcemy z nimi budować dalsze relacje. Czy zdołamy zaakceptować ich takimi, jacy są.

Myślę, że wrażliwość na innych, ciepło, empatia, chęć niesienia pomocy mogą być mocnymi stronami tych osób.

C.B.: Tak, ale pod warunkiem, że te cechy wynikają z wyboru, a nie z powinności i przymusu. DDA mają wiele zasobów. Są wytrzymałe, zachowują zimną krew w sytuacjach skrajnych, potrafią sobie radzić z wyzwaniami. To mocna baza, na której te osoby mogą zbudować się na nowo. Ale to nie jest łatwe. 

Na nowo? To znaczy?

C.B.: Stanąć na własnych nogach, w zgodzie z własnymi wyborami. Wziąć odpowiedzialność za siebie z poczuciem własnej wartości i akceptacji, wyrażać własne uczucia i potrzeby, a także stawiać granice.

A.M.S.: Doświadczenie terapii pozwala odkryć, że jej celem nie była zmiana, tylko akceptacja. Uczestnicy „wracają” do siebie, do odblokowanych uczuć i potrzeb, do rozwoju swych talentów i realizacji swych celów.

Anna Maria Seweryńska – psychoterapeutka, trenerka, wykładowczyni i superwizorka, autorka programu Systemowej Pomocy Psychologicznej dla MDDA.
Cezary Biernacki – psychoterapeuta, wiceprzewodniczący Komisji Dialogu Społecznego ds. Przeciwdziałania Alkoholizmowi, współzałożyciel Ruchu Samopomocowego dla DDA w Polsce.
 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
smutna dziewczyna
Adobe Stock

6 cech DDA, które cię niszczą! Rozpoznaj je i nazwij, żeby je móc przepracować

Przemocowy partner, lęk przed konfliktami i własnym gniewem, seksualna blokada. Sprawdź, jakie są skutki wzrastania w rodzinie alkoholowej.
Aleksandra Nowakowska
29.05.2020

Twój mózg kształtuje się w dzieciństwie i w dorosłym życiu podsuwa historie sprzed lat. Nie zawsze są to szczęśliwe opowieści. Wyrastanie w domu, w którym rządził alkohol, rzuca mroczny cień. Bycie DDA – Dorosłym dzieckiem alkoholika jest ogromnym obciążeniem. Na szczęście możesz je przepracować, ale tylko wtedy, kiedy sama zobaczysz w sobie niszczące cię schematy. Pomoże psychoterapia – im wcześniej ta praca zostanie podjęta, tym szybciej nastąpi pożegnanie z demonami przeszłości.  DDA często mają mentalność ofiary Osoby wychowane przez rodziców zmagających się z alkoholizmem podświadomie dążą do bycia w związku z kimś też uzależnionym lub w jakiś sposób dysfunkcyjnym – narcyzem, biernym tyranem, partnerem agresywnie dominującym. Dorosłe dziecko alkoholika często wiążą się z partnerami, którzy stosują wobec nich przemoc zarówno psychiczną, jak i fizyczną. Nieraz DDA zdaje sobie sprawę z tego, kim tak naprawdę jest jej partner, ale jednocześnie głęboko wierzy, że uda jej się  go „uratować” – uwolnić od nałogu lub zmienić toksyczne zachowania. Dorosłe dziecko alkoholika wchodzi w toksyczny związek i naraża się na cierpienie, odtwarzając scenariusz trudnej przeszłości. Typowa cecha DDA to lęk przed emocjami  Trauma przeżyta w dzieciństwie sprawia, że Dorosłe dzieci alkoholika tłumią swoje uczucia. Ich wewnętrzny uczuciowy świat jest zamrożony. Tak naprawdę jedyne, co odczuwają, to głęboka obojętność. Boją się zwłaszcza gniewu i smutku. Siła tych uczuć jest tak wielka, że osoba z syndromem DDA podświadomie wie, że nie byłaby w stanie ich udźwignąć. Mechanizm tłumienia emocji działa jednak całościowo, więc DDA nie czują też pozytywnych uczuć – radości, miłości, nadziei, szczęścia....

Czytaj dalej
alkoholizm, metoda 12 kroków
Adobe Stock

Program 12 kroków AA: leczenie alkoholizmu zaczyna się od przyznania, że jest problem

Program 12 kroków AA to baza programu Anonimowych Alkoholików, jednej z najskuteczniejszych dotąd metod leczenia alkoholizmu.
Karolina Morelowska-Siluk
01.09.2020

Kiedy alkohol przejmuje kontrolę nad naszym życiem, sami nie potrafimy poradzić sobie z tym problemem. Potrzebujemy wspólnoty doświadczeń, pomocy grupy (lub Boga), przyznajemy się do błędów i zadośćuczynimy. Chcemy też być wsparciem dla innych. Na tych założeniach opiera się znany na całym świecie program 12 kroków wychodzenia z alkoholizmu. Jak zaznaczają członkowie Anonimowych Alkoholików: „Cały program 12 kroków wymaga stałego i osobistego wysiłku w stosowaniu się do jego zasad i ma na celu zmianę określonych nawyków, utartych schematów myślenia i zmianę dotychczasowego oglądu siebie i świata”. Współzałożyciel Wspólnoty Anonimowych Alkoholików, William Griffith Wilson nazywał je zbiorem zasad duchowych, które, stosowane jako sposób życia, mogą uwolnić od obsesji picia i dopomóc cierpiącemu, by stał się zdrowym, szczęśliwym i pożytecznym człowiekiem.  Program 12 kroków Anonimowych Alkoholików Kroki opracowano na podstawie doświadczeń zebranych przez pierwszych członków wspólnoty AA. Podwalinę naukową dały myśli i prace Carla Gustava Junga, które przekazano współtwórcy programu Williamowi Griffithowi Wilsonowi. Pierwsi uczestnicy ruchu korzystali także z dorobku jednego ze współtwórców amerykańskiego pragmatyzmu, psychologa Williama Jamesa. Jego praca „Różnorodność doświadczenia religijnego” była jednym z najistotniejszych tekstów, zanim grupa AA stworzyła własną literaturę. Praca nad wyjściem z uzależnienia zaczyna się od przyznania, że człowiek nie daje sobie rady z rzuceniem nałogu. Wszystkie wcześniejsze metody, które próbował stosować, nie przyniosły efektu. Alkoholik już wie, że musi poprosić o...

Czytaj dalej
alkoholizm i ryzykowne picie Polaków
getty images

„Ze mną się nie napijesz?!” Polki piją coraz więcej, częściej, bardziej ryzykownie

Gdzie kończy się picie dla przyjemności, a zaczyna alkoholizm?
Karolina Morelowska-Siluk
04.01.2019

Nie chcemy słyszeć, że w wypiciu butelki dobrego wina do kolacji jest coś złego. „Można powiedzieć, że na osi przygody z alkoholem picie drogiego wina jest pierwszym etapem flirtu, a pan spod sklepu monopolowego jest końcowym efektem niemożności wyzwolenia się z toksycznego związku. Nie musimy oczywiście tak skończyć, ale prawdopodobieństwo zawsze istnieje. Lepiej go nie bagatelizować” – mówi kulturoznawca, dr hab. Jacek Wasilewski.  Karolina Morelowska-Siluk: Z najnowszego raportu „Czego Polacy o alkoholu nie wiedzą”* wynika jednoznacznie, że ciągle mamy dość lekkie podejście do picia alkoholu. Nie traktujemy go zbyt poważnie. Dr hab. Jacek Wasilewski: Powiedziałbym inaczej – traktujemy go bardzo poważnie, wręcz nabożnie, ale bardzo niepoważnie traktujemy konsekwencje, jakie mogą płynąć z używania alkoholu... Nabożnie? Jest bardzo wiele sytuacji, których bez alkoholu nadal nie potrafimy uczcić. Nie mówię już o dobijaniu targu, ale o większości rytuałów społecznych, takich jak: pępkowe, ślub czy imieniny. Niby tak wiele zmieniło się w naszej kulturze, ale niepodanie wódki na weselu nie oznacza, że goście powiedzą o nim:  „nowoczesne”, nie, powiedzą zdecydowanie:  „dziwaczne”. Picie z kimś wódki oznacza wpuszczenie go do wspólnoty, wtedy ludzie są wobec siebie szczerzy, wzajemnie sobie ufają. Nie chce mi się w to wierzyć. Mam wrażenie, że przywołuje pan odległą przeszłość... Naprawdę? Nie usłyszała pani od nikogo całkiem niedawno:  „Wódki z tobą nie piłem” albo: „Ze mną się nie napijesz?”? Usłyszałam, to prawda. No właśnie. Bo z alkoholem jest podobnie jak z muzyką disco polo, nikt jej nie słucha, ale płyty sprzedają się w gigantycznych nakładach, a w sobotnią noc z...

Czytaj dalej